Opowieść Wyrżnijmijna ~ Część I

Specjalny dzyndzelek zahaczył o zębatkę i uruchomił system mechanizmów, który, pociągając za łańcuch zdzielił Zołmana po głowie deską. To był siódmy raz tego wieczoru.
– Nie no, ja cię po prostu zabiję – powiedział krasnolud i podniósł leżący w kącie topór.
Rzucił nim w czarodzieja, który przyglądał się zbudowanej przez siebie aparaturze. W locie broń złapał wejdźmin i użył jej by odkroić czarne końcówki trzymanego w ręku banana.
– Nie kłócić się, robaczki – powiedział. – Dyrdymale, twój Chudopał chyba nie działa tak jak należy.
– Duchołap, kurwa – stęknął Dyrdymał osłaniając się magiczną tarczą przed cegłą, która poszybowała w jego stronę. – Jakby krasnolud się nie ruszał, tak jak mówiłem, tylko spokojnie trzymał rusztowanie, dopóki klej nie wyschnie, to byśmy już dawno skończyli.

Maszyna zajmowała większość miejsca w ciemnej piwnicy jednej z Wyrżnijmijskich kamienic. Jej centralny punkt stanowiła szklana bania wielkości dorosłego człowieka, którą, dla lepszego efektu opatrzono napisem “bardzo niebsbxlsf”. Dyrdymał nie był mistrzem ortografii. Czarodziej wskazał ją palcem, kiedy już upewnił się, że Zołman nie ma pod ręką żadnych więcej nadających się do rzucania przedmiotów.
– Teraz powinno działać – powiedział. – Tylko trzeba wyjąć stamtąd jego. Wewnątrz bani ze smutną miną stał bezradnie Mlaskier.
– Wejdę go pocieszyć – powiedział Wejdźmin.
– NIE! – krzyknęli jednocześnie Zołman i Dyrdymał, którzy natychmiast zauważyli, że przezroczysty pojemnik pozwalałby dokładnie widzieć, co dzieje się w środku.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Jak chcecie. Niech ktoś pociągnie za sznurek otwierania. Może sam wyjdzie.
– Dobra! – powiedział stojący jakby nigdy nic przy panelu obsługi Mlaskier i pociągnął za sznurek.

Bania podniosła się, ale ponieważ nikogo już tam nie było, nie przyniosło to żadnych pożytecznych konsekwencji. Po chwili powoli opadła na swoje miejsce.
– Właśnie mi się przypomniało – stwierdził czarodziej – dlaczego najczęściej wam nie pomagam. Spadam stąd, i to już!
Wykonał kilka skomplikowanych ruchów rękami. Było to zaklęcie zmieniające go w sokoła wędrownego – najszybszego ptaka świata. W międzyczasie jednak Zołman lekko trącił go ręką, i po głośnym “puf” na podłodze, w miejscu, gdzie przed chwilą stał mag, pojawił się ślimak. Zwierzątko zlustrowało się umieszczonymi na czułkach oczami, spojrzało z wyrzutem na krasnoluda i zaczęło przemieszczać się w stronę schodów prowadzących do wyjścia.
– He, he, he – zarechotał Zołman. – Uważaj na rogu Alei Wichru i Ulicy Błyskawicznej, podobno straż pałacowa łapie tam dyliżansy za nadmierną prędkość!
Ślimak był już o 2 milimetry dalej niż wcześniej.

***

Gwiazdkowy Duch Minionych Świąt był bardzo stary. W tym roku skończył rok. Duchy jednak nie starzeją się w taki sam sposób, jak ludzie. Właściwie wcale się nie starzeją. Ich wygląd, wbrew obiegowej opinii, nie zależy jednak od tego, jak wyglądały w chwili śmierci; w przeciwnym wypadku wyrżnijmnijski Dom Publiczny Pani Flut dla Emerytów i Rencistów (Sp. Z. O. O.) byłby źródłem dużej ilości szeroko uśmiechniętych zjaw. Co jasno stwierdza Wejdźmiński Bestiariusz z Misiem na Okładce, Duchy wyglądają po prostu tak jak powinny. Ten konkretny powinien wyglądać jak ubrany w szlafmycę i białą togę, przygarbiony starzec.

Duch Minionych Świąt siedział na fotelu w swoim niewidzialnym domku, w niewidzialnym królestwie duchów i palił niewidzialną fajkę.
– Gówno – stwierdził spoglądając w stronę niewidzialnej rury odpływowej swojej niewidzialnej toalety, w której błąd inżynieryjny sprawiał, że zalegająca w niej zawartość była akurat całkowicie widzialna.

Duch nie lubił świąt. Nie lubił ich, ponieważ w zasadzie niczego nie lubił. Więc świąt też. Raz stwierdził, że jest coś, co lubi. Narzekać. Ale po krótkiej chwili ta myśl mu zbrzydła. Spojrzał niechętnie na niewidzialny, duchowy dzwonek, który, jak co roku, czyli jeszcze nigdy, pojawił się na niewidzialnym stoliku stojącym w kącie chatki. Zadaniem tego dzwonka było powiadamianie Ducha o tym, że jest potrzebny. To był jego cel: przekonać jakąś gburowatą personę, że święta to radosny czas, który powinien upływać na czynieniu dobra i brataniu się z ludźmi.

Wcześniej liczył na wsparcie: po sąsiedzku stały chatki przeznaczone dla Duchów Teraźniejszych i Przyszłych świąt. Tego pierwszego jednak nikt nie potrzebował, bowiem przedstawianie ludziom tego, co dzieje się przed ich oczami właśnie teraz nie miało wiele sensu, a drugi przełożył swoje zadanie na nieokreśloną przyszłość i poszedł się upić popularnym w tamtych okolicach Spirytualitusem Strong Długo Ważonym. Więc Duch Minionych Świąt siać radość na świecie miał sam.

Niezależnie od chęci, jedynym celem istnienia wszystkich duchów jest wypełnianie powierzonego im zdania, Duch wciągnął więc smarki głębiej do nosa, połknął je, i czekał.

***

Do, zdaniem niektórych, zbyt dużych, uszu króla Fjutesta docierały ostatnio legendy o tym, że u wyjątkowo negatywnie nastawionych, majętnych gburów w okresie świąt dzieją się niewytłumaczalne zjawiska. Ludzie się zmieniali, podobno pod wpływem magicznych zjaw, które coś tam im pokazywały. Fjutest, zdaniem niektórych (zwłaszcza tych, którzy wcześniej mówili o dużych uszach, a do których wkrótce potem zawitała pałacowa straż) był idealny, i nie życzył sobie, aby ktoś go zmieniał.

Oczywiście były rzeczy, które król lubił, jak mu się pokazywało; wśród nich próżno jednak szukać świątecznych bombek. A jeśli już ktoś by ich szukał, to stanowczo nie byłyby świąteczne. Wolał więc dmuchać na zimne. Prawie zamarzł i nabawił się zapalenia płuc, zanim ktoś mu wytłumaczył, że to powiedzenie to tylko przenośnia. Posłał więc po profesjonalistę, który z pomocą jakiegoś mądrego czarodzieja miał upewnić się, że jego różowy zamek (Fjutest wolał określenie Pałac, przy czym, jak zwykł mawiać “c” było nieme) nie padnie ofiarą niezapowiedzianej wizyty nieznanego gościa.

***

– Wszystko jest – powiedział Gejralt. – Smutne i mroczne pomieszczenie, pułapka, święta… Jeszcze tylko trochę, i będziemy mogli wykonać zadanie i spokojnie iść ubierać choinkę. Choinkę… – zamyślił się na chwilę – Właśnie stwierdziłem, że U jest fajniejsze, niż O. A teraz Zołmanie…
– Nie – odparł szybko krasnolud.
– O, bawimy się w powtarzanie końcówek – ucieszył się Mlaskier.
– Zołmanku, to nie jest czas na przedrzeźnianie.
– Nie – powtórzył krasnolud.
– Hihihi – Mlaskier zaklaskał w dłonie. – Ja też, ja też. Nie.
– Będzie nam potrzebny najważniejszy rekwizyt, który sprawi, że zwabi się tu zjawa. Czyli ktoś, kto jest gburowaty i nie lubi świąt. Naturalnie nie może tu być mowy o mnie.
– Nie – Mlaskier zaklaskał.
– Ale wydaje mi się, chociaż w głębi duszy jesteś zupełnie inny, ty najlepiej odegrasz taką rolę.
– Ę.
– Gejralt, wiesz jak to się kończy, jak mnie wystawiasz na jakiekolwiek potencjalne niebezpieczeństwo, to ono natychmiast przestaje być potencjalne.
– Ależ Zołmanku. Tym razem jedyne, co może ci się stać, to, że zostanie ci ukazane, dlaczego święta są fajne.
– A są?
– Ą.
– Już i tak nie masz wyjścia – puścił do niego oczko Gejralt. – Gdyż jak tak się w ciebie wpatruję, to jednocześnie hipnotyzuję cię znakiem.
– M – powiedział Mlaskier, ale najwidoczniej znudziła mu się zabawa, ponieważ umilkł i zaczął dłubać w nosie patykiem.
– Ha, ha, ha – zadudnił Zołman. – Otóż mój drogi Gejralcie, spodziewałem się tego, i przed chwilą wypiłem eliksir Anty-hipnoza. Był w twojej torbie. Możesz mi naskoczyć.
– Bardzo chętnie. Ale nie ma takiego eliksiru.
– Co?
Zołmanowi życie stanęło przed oczami. Zrezygnowany wyjął z kieszeni butelkę i wręczył Gejraltowi. Ten przeczytał nieco zdartą już etykietkę. “Anty … hip… oza”
– To jest eliksir Antylo-Hipopoto-Koza – stwierdził. – W skrócie eliksir „Ach, Koza”. Sprawia, że przez dwie godziny wydaje ci się, że jedziesz po urwisku na rozpędzonej kozie, która myśli, że jest antylopą. I że goni was hipopotam. Ale skoncentruj się, Zołmanku. Po prostu skłam, że nie lubisz świąt ani swoich przyjaciół.
– Ech, dobra – powiedział Zołman. – Nie wiem jak się zdobędę na takie kłamstwo. Ale jak nie dasz mi antidotum zanim to zacznie działać, to sam się mniej więcej tak zaraz poczujesz.

***

Nadzieja, że dzwonek nie zadzwoni prysnęła razem z chęcią kichnięcia, którą ten przerwał Duchowi. Wygrywał melodyjkę w rytm słynnej ballady Miszcza Mlaskra “Idę równo, wdepnę w błoto (tytuł roboczy)” w wyjątkowo upierdliwy, zdaniem Ducha, sposób, bowiem był to dzwonek polifoniczny. Duch wiedział, że muzyczka nie ustanie, dopóki nie wykona swojego zadania, podniósł się więc, zaklął pod nosem i udał się w stronę portalu do krainy śmiertelników. Czyli zszedł po schodach.

***

– Jak ja nie luuubięęę świąąt – jęczał teatralnie Zołman. Siedział na fotelu podpierając głowę ręką i przewracał oczami. – Jestem zgnuśniaały, smuutnyy i śmieerdzęę…
Gejralt kiwał głową z aprobatą. Mlaskier się nudził, więc dla zabawy przestawił wciąż zmierzającego w stronę drzwi Dyrdymało-ślimaka w to samo miejsce, z którego wyruszył.

Nagle przygasły światła.

Zołman zerwał się z fotela i wskoczył za niego, przygotowując topór. Wejdźmin przyglądał się ciekawie szklanej bani. W środku pojawił się święcący na niebiesko dym, a kiedy opadł, ich oczom ukazała się półprzezroczysta postać przygarbionego starca.
Duch rozejrzał się spod krzaczastych brwi.
– Co.. Kurwa.. – wybąkał pod nosem. – Ekhm… JESTEM DUCHEM MINIOONYCH ŚWIĄĄĄT. POKAŻĘĘ CI TWOJĄ… Nie no, co tu się od… Kim wy jesteście? Przyszedłem do jakiegoś.. Ee.. – Duch podrapał się po głowie. – Załamana.
– Jest za fotelem – powiedział Mlaskier.
Zza fotela dobiegł odgłos, jakby ktoś pacnął się w czoło.
– Panie duchu – zwrócił się do zjawy Gejralt. – Złapaliśmy pana w Chudopał. W zasadzie mieliśmy pana przekonać, że nie można tak nachodzić ludzi. Ale pan się jakiś taki smutny wydaje. Wypuszczę pana, i porozmawiamy o tym, co pana trapi, tak?
– Sam se wyjdę. Jestem duchem – burknął duch, przechodząc przez szklaną ścianę Duchołapu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *