– W powietrze?! – odkrzyknął wejdźmin.
– Miało być bardziej horyzontalnie! – powiedział Michał, obserwując Mlaskra i Zołmana spadających nieopodal. Mlaskier zdjął majtki i przyglądał się efektom tego czynu. Zołman zbliżał się do nich rozpaczliwie płynąc w powietrzu żabką.
Znajdowali się tak wysoko, że drzewa pod nimi wydawały się mieć wielkość wykałaczek. Ale szybko rosły. Trzeba było działać. Michał jeszcze raz przyjrzał się znakom na kartce z zaklęciem. Odczytał je gardłowym głosem. Nic się nie stało.
– Dziwne – powiedział przyglądając się zaklęciu. – Przysiągłbym, że…
– Zrób coś! Bo cię zabiję! – krzyknął płynący Zołman, który był już znacznie bliżej. Grunt zbliżał się z nieubłaganą prędkością.
– Już wiem! – krzyknął czarodziej przekręcając kartkę. – Trzymałem to w złą stronę!
– Ha ha – odkrzyknął Wejdźmin. – Też tak czasem mam!
Michał odwrócił kartkę do pionu z zamiarem teleportowania ich z powrotem na ziemię. Wyciągnął rękę przed siebie. Fszt! – Kartka zatrzepotała i pofrunęła w górę. Zołman przysiągłby, że odlatując na chwilę ułożyła się w kształt pięści z wysuniętym środkowym palcem.
– Ups – powiedział Michał.
Przez chwilę lecieli w milczeniu. Wejdźmin spojrzał w dół i zobaczył Dżemmefer, która, niepomna spadających w jej stronę postaci, właśnie znikała w wyczarowanym przez siebie portalu.
– Zrób coś! – wrzasnął Zołman. – Użyj jakiegoś zaklęcia!
Michał pospiesznie wyszperał z kieszeni jakąś kartkę i odczytał jej treść wskazując palcem ziemię.
Czar powiększający wystrzelił z jego palca zaledwie kilka sekund przed lądowaniem. Całkowitym przypadkiem, na ziemi pod nimi leżała jedwabna chusteczka. Musiała ją upuścić czarodziejka. Wykonana z najznamienitszego jedwabiu zbieranego przez niewinne sierotki w najbardziej nasłonecznionych miejscach Bananowego Raju oraz haftowana srebrną nicią we wzorek w małe, puszyste poduszeczki i pachnąca wiosną, znajdowała się wprost na linii lecącego z prędkością światła zaklęcia. No, prawie. Bo dokładnie na tej linii leżał krowi placek.
Niemal kwadrans zajęło im wygrzebywanie się z “poduszki asekuracyjnej”, jak nazwał ją Michał. To, jak nazwał ją Zołman nie nadaje się do przytoczenia. Ale i tak brzmiało ładniej niż to, jak nazwał Michała. Wejdźmin chodził po okolicy przyglądając się ziemi, aż w końcu uklęknął i zaczął w niej grzebać.
– Ha! – powiedział wyjmując z dołka mydło. – Wiedziałem, że warto było poświęcić na to pół roku życia. Czarodzieju Michału, czy możemy prosić o prysznic?
Michałowi udało się wyczarować prysznic dopiero za trzecim razem. Za pierwszym wyszła mu konewka, a za drugim stado tygrysów. Po ich pokonaniu, obarczonym co prawda śmiercią Michała, przyszedł czas na kąpiel. Gejralt z Mlaskrem, znani ekolodzy, postanowili nie marnować wody kąpiąc się razem. Zołman próbował w tym czasie wydłubać sobie oczy, ale dał za wygraną, bo został ochlapany szamponem i przestał cokolwiek widzieć. Minęło trochę czasu, zanim towarzysze, czyści i pachnący, byli gotowi aby skonsultować dalsze modus operandi.
– No dobra – powiedział Zołman. – W każdym razie żyjemy. Hej, co to?
Krasnolud spoglądał w górę. Na tle nieba rysowała się spadająca sylwetka. Szybko zauważyli, że była to Pupka, która najwidoczniej została teleportowana na wyższy od nich pułap. Koń uderzył w “poduszkę asekuracyjną” z całym impetem, ponownie pokrywając wszystkich grubą warstwą “waty” z której była zrobiona.
– W każdym razie żyjemy – powiedział wolniej Zołman, mając znacznie bardziej ponurą minę.
Na ziemi nieopodal coś się zakotłowało. Małe światełko rosło i rosło, aż w końcu zgasło, pozostawiając za sobą uśmiechniętego czarodzieja.
– To ja! – powiedział Michał. – Ha, ha. Myśleliście, że tygrys mnie pożarł? Nic z tych rzeczy. Zmniejszyłem się do rozmiarów mrówki, żeby zrobić wam niespodziankę. Koniec żałoby!
– Michał, Michał…? – zamruczał wejdźmin. – A, tak. To fajnie.
– Kurwa – powiedział Zołman.
Mlaskier w ogóle tego nie zauważył.
Michał zbulwersował się i chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdążył, ponieważ tuż przed swoim nosem zobaczył czubek włóczni. Do czubka przyczepiona była włócznia właściwa. Do włóczni przyczepiona była ręka, a do niej ciężkozbrojny rycerz na koniu. Do rycerza był przyczepiony oddział co najmniej tuzina innych. Do ostatniego w formacji przyczepione było jedno babie lato.
– Pójdziecie z nami – powiedział rycerz przez zamkniętą przyłbicę. – I to już.
– Jesteście oskarżeni o zakłócanie spokoju, zburzenie zabytkowego zamczyska i nierząd w miejscu publicznym – tłumaczył im dowódca oddziału w drodze do, jak udało im się usłyszeć, „gmachu sądu”. – Który, nawiasem mówiąc, wciąż trwa. A im dłużej ten głupi nie przyodzieje bryczesów tym wyrok będzie bardziej srogi. Takie jest prawo księstwa O’koń.
Mlaskier, acz niechętnie, przystanął i wygrzebał z plecaka spodnie.
– To nie my! – zaoponował Michał. – To ryczywół, legendarny potwór, a właściwie taka czarodziejka, co to nas…
– Zamknąć się! Zostaniecie poddani najwyższemu z naszych sądów – kontynuował dowódca straży. – Będziecie osobiście sądzeni przez srogiego Don Emanuela zwanego Młotodzierżcą i Zgniataczem Kości.
Kiedy strażnik wypowiedział te przydomki, inni rycerze z prowadzącego ich oddziału ucichli. Nie dało się jednak odczytać ich emocji przez zamknięte hełmy.
– Gejralt, coś tu się niedobrego dzieje – powiedział Mlaskier. – Boję się.
– To dziwne – uprzedził wejdźmina w odpowiedzi Zołman. – Nigdy nie słyszałem o księstwie O’koń. Ale jest wśród krasnoludów taka legenda, psia mać. Że gdzieś na świecie, niewidoczna dla śmiertelników znajduje się kraina pełna splendoru i przepychu. Mają zaczarowane miasto, pełne budynków przerastających najwyższe sekwoje, i maszyny oblężnicze potrafiące zgładzić oflankowany mur jednym uderzeniem. Ich wojownicy mają po cztery ręce a ich sądy są tak srogie, że kiedyś mucha, która w sposób nieprzepisowy przeleciała na wskroś uliczki została skazana na poćwiartowanie. Ich marmurowe gmachy…
Gmach sądu składał się z pojedynczego pnia na polanie niespełna siedemnaście kroków od miejsca ich lądowania. Na pniu stało kuliste akwarium.
– Jam jest sędzia Don Emanuel zwany Zgniataczem Kości i Młotodzierżcą! – powiedziała ryba pływająca wewnątrz. Otaczający ich rycerze nie poruszyli się, ale zakrzyknęli „Wiwat!” – A teraz odbędzie się sąd!
– He, he. Gejralt, patrz! – Mlaskier przyglądał się sędziemu. – On jest rybą.
– No. Ale Mlaskier. Uszanujmy wolę gospodarzy – Zwrócił się wejdźmin do Sądu. – Ale, ha ha. Nie no, panie sędzio. Pan jest rybą.
– Zamknąć się! – krzyknął sędzia. – Bo wam powyrywam…
Michał podszedł do akwarium i nasypał sędziemu wyjętych z kieszeni drobinek suchego chleba. Sędzia podpłynął do powierzchni wody, wciamkał kilka z nich, po czym na powrót przybrał srogi wyraz pyszczka.
Zołman rozglądał się zdezorientowany.
– Coś tu bardzo nie gra – powiedział krasnolud. – Albo powiem inaczej. Co tu się, kurwa, dzieje?
– Cicho! – krzyczała ryba. – Prawo księstwa O’koń jest najświętsze i nieubłagane! Skażę was na śmierć! Już was w zasadzie skazuję! Brać ich!
Inni rycerze otoczyli ich konno, ale nic innego się nie stało.
– Hm – Zastanowił się wejdźmin i podszedł do jednego z nich. – Mam pewne przypuszczenie, że… Ha ha ha ha ha!
Otworzył ręką przyłbicę najbliżej stojącego rycerza. Wewnątrz hełmu było akwarium z rybą.
– Zamknij to! – krzyknął dowódca straży. – Sprzeciw! Przywołuję cię do porządku!
– Oni są rybami! – powiedział uśmiechnięty Wejdźmin. – To tak słodkie że aż normalnie nie wiem!
Ponieważ rycerze próbowali stratować ich konno, towarzysze zdjęli z każdego z nich hełm zawierający akwarium i postawili je wszystkie na ziemi.
– Wsadź mnie z powrotem do zbroi! – krzyczał dowódca straży.
– Skazuję was na śmierć przez łamanie kołem! – wyrokował sędzia.
– Zgniecie zaraz śmiercią haniebną! – groziła inna „głowa”. – Rzucam wam rękawicę! Poodgryzam wam członki!
Śmiali się przez dobre dziesięć minut. Następnie uradzili, że trzeba ruszać w drogę. Niebo na dalekim południu ciemniało. Źle to wróżyło. Zbliżała się pora, aby przedsięwziąć przygotowania.
– Czeluść was pochłonie! – słyszeli za sobą.
– Ruszamy za wami w pościg! Nie ukryjecie się – krzyczała jedna z rybek niemal wywracając się razem z akwarium i hełmem.
– Ażeby was pożarł glonojad! – dodała inna.
– Urwiemy wam głowy i nasypiemy soli do kręgosłupa! – włączył się kolejny głos.
Towarzysze oddalili się niespiesznie.
– No, w każdym razie żyjemy – powiedział Zołman. – He he he he he he he….