Pan Żupan sam już nie pamiętał, jak miał naprawdę na imię. Wszyscy nazywali go tak od czasu, kiedy jako mały chłopiec potknął się o grabie i wpadł do pojemnika na kompost. Nikt nie wiedział, co to ma ze sobą wspólnego. Pan Żupan zatem pogodził się ze swoim przydomkiem i zwykł reagować na niego jak na swoje prawdziwe nazwisko, a nawet umieszczać go na różnego rodzaju oficjalnych dokumentach. Pan Żupan mieszkał w zwykłej kamienicy w niewyróżniającej się mieścinie na obrzeżach królestwa Króla Fjutesta i poza tajemniczym pseudonimem nie było w nim nic nadzwyczajnego.
Codziennie rano Pan Żupan kupował pieczywo na miejskim straganie, wracał do domu i jadł jajecznicę z czterech jajek i wszystkiego, co zostawało w lodówce po ostatniej kolacji. Mieszkał sam, mimo niespełna czterdziestu lat nigdy się nie ożenił. Imał się różnych zajęć: a to pracował jako ogrodnik w podmiejskich rezydencjach należących do tych, którym poszczęściło się bardziej, a to, za drobne opłaty, świadczył usługi polegające na czyszczeniu podków koni przejeżdżających przez miasto dyliżansów.
Pan Żupan z charakteru był dość nudny, a jego życie obfitowało jedynie w monotonię i codzienny zastrzyk czarno-białej i podręcznikowo nieciekawej rutyny. Pan Żupan był z tej sytuacji niezwykle zadowolony. A jednak, jak to jednak bywa z różnymi rzeczami, także i ta miała się kiedyś zmienić.
– Bułki wyszły – powiedział właściciel straganu.
Sprzedawca, którego Pan Żupan nie kojarzył z widzenia, ubrany był w długi, brązowy płaszcz z postawionym kołnierzem, nisko naciągnięty kapelusz i grube okulary. Jego nos i wąsy wyglądały dość dziwnie, jakby były przyczepione do okularów za pomocą dwóch małych klipsów. Rozglądał się nerwowo. Pan Żupan spojrzał na niego uważnie. Brak pieczywa w każdym wzbudziłby wątpliwości co do uczciwości i rzetelności kontrahenta.
– A co jest? – zapytał ostrożnie.
– Wtorek – odparł sprzedawca. – I mandarynka.
– Mandarynka?
– Tak jest. Egzotyczny owoc z najdzikszych zakątków Afri-ki-ki. Polecam, jedyna taka na rynku.
Pan Żupan powstrzymał się od wypowiedzenia na głos myśli, że na tym konkretnym rynku były tylko trzy stragany. Ten sprzedawał artykuły spożywcze, drugi garnki, a trzeci handlował kiedyś pamiątkami, ale został zamknięty, bo sprzedawcy szkoda było się rozstawać ze swoimi artykułami. W końcu to pamiątki.
– A bułki? – Pan Żupan podniósł jedną brew przyglądając się z bliska egzotycznemu owocowi, który sprzedawca położył na ladzie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział. Straganiarz skoncentrował na nim swój rozbiegany wzrok.
– Nie ma. Jest mandarynka. Bierze pan, czy nie? – przez chwilę wydał się podirytowany, ale po chwili na jego twarzy pojawił się na powrót nieco wymuszony uśmiech. – Wie pan. Podobno ma magiczne właściwości.
– Ale ja tylko chcę zjeść śniadanie… Proszę mi powiedzieć, czy ta ‘mandarynka’ nadaje się na śniadanie? Jakie właściwości?
– To tajemnica. Ale na pewno będzie pan zadowolony. Odstąpię ją panu za pół ceny.
Żupan przez chwilę zastanawiał się, dlaczego jego poranek postanowił zrobić mu taką nieprzyjemność, jak nieprzewidziana zmiana w jadłospisie. Niezależnie jednak od tego jaka będzie jego zawartość, mógł jeszcze uratować normalność swojego niezmiennego porządku dnia, i zjeść w końcu to cholerne śniadanie.
– No dobrze – burknął. Ile płacę?
– No, ee… Niech stracę – z jakiegoś powodu właściciel straganu uśmiechał się teraz od ucha do ucha. – Tak zdecydowanemu klientowi ten wspaniały frykas należy się za darmo.
Owoc leżący na stole w niczym nie przypominał standardowych plonów szeroko dostępnych u licznych rolników królestwa. Pokryta pomarańczową skórką kulka wydzielała osobliwy, kwaśno-słodki zapach. Pan Żupan nie miał ochoty na więcej niepotrzebnych odstępstw od swoich codziennych rytułałów, i dlatego uznał, że tak samo jak cebulę, ziemniak, buraka czy jajko, swój nowy nabytek najlepiej będzie pokroić a następnie usmażyć na patelni okraszonej dużą ilością smalcu. Kiedy jednak zbliżył się do owocu z nożem gotowym do siekania i ćwiartowania, w głowie zadźwięczały mu słowa sprzedawcy “ma magiczne właściwości.”
Zamarł w miejscu. Panu Żupanu, człowiekowi odpowiedzialnemu i praktycznemu, nie uśmiechało się uwalnianie bogowie-wiedzą-jakich ‘magicznych’ skutków dotykania egzotycznego owocu zbyt pochopnie. Sprzedawca obiecał, że będzie zadowolony, ale co to właściwie znaczy? Mama czytała mu w dzieciństwie wypożyczone z biblioteki zwoje z Baśniami Tysiąca i Dwóch Kocy. Magiczne przedmioty czasem dawały właścicielom wspaniałe przymioty: bogactwo, nadnaturalną siłę albo życie wieczne. Znacznie częściej jednak skutki kontaktów z nimi były opłakane. Mógłby o tym zaświadczyć chłopiec, który najpierw postanowił założyć tylko jeden siedmiomilowy but, albo ksiżniczka co zaszła w ciążę z tyczką-wędrowniczką, która następnie dała nogę i nikt jej więcej nie widział.
Prywatny protokół postępowania w nieprzewidzianych sytuacjach Pana Żupana przewidywał w takim wypadku tylko jedno: konsultację z niezaangażowaną osobą trzecią, która potrafi dostarczyć obiektywnej analizy zaistaniałego wydarzenia w postaci werbalnej. Mówiąc krótko, Pan Żupan wykoncypował, że bezpieczniej będzie zapytać o zdanie sąsiada.
– Tak to jest – powiedział pan Niesioł autorytatywnie. – Jak się nie dokonuje świadomych zakupów. Komu jak komu, Panu Żupanu, ale panu to powinno się więcej oleju w głowie jawić. Dobrze, żeś chociaż pan tego nie zjadł.
– No to jak sąsiad myśli – odparł świeżo upieczony właściciel mandarynki. – Co z tym zrobić? Kroić strach, bo nie wiadomo co to za czary w środku czyhają, zjeść tym bardziej, bo kto wie jak to się skończy, trzymać w domu tak bez sensu, to bez sensu… wyrzucić może?
– Absolutnie nie wyrzucać! Jeszcze jakaś klątwa za to na dom spadnie. Ja, panie, sąsiad powiem tak – powiedział sąsiad. – Igrać z czarami sensu nie ma. Słyszałeś pan o tej wieszczce co to przewidziała naszej Kasieńce, że trzy dni i trzy noce później na placu defiladowym spotkać miała miłość swojego życia?
– Ale to się akurat sprawdziło. Kasieńka szczęśliwie mężata przecież.
– Tak, ale ponoć dwa tygodnie później ta wieszczka wpadła pod pędzący dyliżans. Mówię panu, igrać z magią to strach, zabobon i choroba.
– To co robić?
– Może jest pewien sposób. Znam ja takiego księgowego, co ma taką szwagierkę, co jej męża na trakcie do Vinogradu uratował pewien wejdźmin. Czarownik ponoć, na klątwach, urokach i różnych nieznajomych lichach zna się wyśmienicie. Mogę pana, panie sąsiad, jakoś z nim skontaktować.
Pan Żupan westchnął przeciągle. To miał być całkowicie zwyczajny dzień. Pomyślał jednak, że jak cieknie rura w wannie, to wzywa się hydraulika. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Wizyta czarownika potraktować można podobnie. I życie wróci do normy. Przytaknął powoli, podziękował panu Niesiołowi, i, nie zbliżając się więcej na wszelki wypadek do tajemniczego obiektu, poszedł do pracy.
Tego samego wieczoru, kiedy Żupan, ubrany w swój ulubiony szlafrok w romby i zygzaki, szykował się już do snu, od strony drzwi jego mieszkania dobiegło pukanie. Brzmiało zupełnie, jak rytm biesiadnej melodii skomponowanej przez słynnego trubadura, Miszcza Mlaskra, pod tytułem “Idę równo, wdepnę w błoto”. Pan Żupan, przykładny obywatel, rozważał przez chwilę udawanie, że nie ma go w domu, tak jak zwykł to robić kiedy spodziewał się wizyt poborców podatkowych, domokrążców lub swojej mamy, ale w końcu udał się powolnym krokiem do wejścia i otworzył klapkę pozwalającą zobaczyć, kto jest po drugiej stronie.
Przez chwilę wydawało mu się, że pomylił pory dnia, i na niebie wciąż świeci pełne słońce, ale, kiedy jego źrenice zmniejszyły się do rozmiarów ziarenek maku, zorientował się, że to tylko blask lamp ulicznych odbijających się w wysadzanej cekinami, wypolerowanej perfekcyjnie kolczudze przybysza. Pan Żupan chciałby zapytać, kto go odwiedził, ale ten zamiar udaremniła ręka, która wsunęła się przez klapkę od zewnątrz i potargała go za nos.
– A kto to sobie tak tutaj wygląda? – powiedział pieszczotliwie głos. – Hi, hi. Podobno jest tutaj zadanie dla wejdźmina? Straszna klątwa? Morderczy potwór?
– W zasade do ne do kodca wadomo – Pan Żupan próbował jednocześnie odpowiedzieć i oswobodzić nos. – Prope popekać, zaraz bana wbuszcze.
Kiedy wejdźmin zabrał w końcu rękę z jego twarzy, Żupan otworzył drzwi, ale te zatrzymał zabezpieczający łańcuszek. Odhaczenie nie było jednak konieczne, bo chudy wejdźmin po prostu wszedł do środka przez uchyloną szparę.
– Nie wiem co to jest – powiedział Gejralt po krótkich oględzinach tajemniczej mandarynki i odwrócił się na pięcie, idąc w stronę wyjścia z obojętną miną.
– Zaraz, panie wejdźmin – zatrzymał go Żupan. – Ja nie mam do kogo z tym pójść. Jak teraz spać w jednej chałupie z tym… czymś? Sąsiedzi już gadają, klątwa na człowieku ciąży nie wiadomo jaka, dotknąć to to strach…
Wejdźmin przystanął.
– Ja to zawsze dam się przekonać facetowi w szlafroku – powiedział do siebie.
– No dobrze – dodał głośno. – Ale będę potrzebował patyk i dwa małe kamienie.
– Do odprawienia egzorcyzmu?
– Do zabawy. Z czarami poradzę sobie bez rekwizytów.
Po dokładniejszych oględzinach, Gejralt doszedł do wniosku, że magia zawarta w tajemniczym owocu musiała być stworzona przez nie byle jakiego czarodzieja. Nie dawała bowiem żadnych standardowych symptomów: medalion z serduszkiem ani drgnął, owoc nie świecił w ciemności, a wypity przez wedjźmina eliksir Dziobak tylko sprawiał, że użytkownik znosi jajko, więc także nie okazał się pomocny.
– Nic… – mruknął trzymając głowę tuż przed leżącą na stole mandarynką. Pan Żupan również przyglądał się owocowi z bliska.
– Może nie jest taka niebezpieczna? – zasugerował. – Na razie nic złego mi nie zrobiła.
– Może – odparł wejdźmin po namyśle. – Ale ryzyko jest duże. Nieznajome czary bywają trudne do wykrycia. Możliwe też, że jest to przykład magii naturalnej, która po prostu jest obecna w niektórych bardzo rzadkich roślinach, a w takim przypadku skutki i prewencja mogą być niemożliwe do określenia.
Już mieli zakończyć obserwację, kiedy rozległ się przeciągle niski, dziwny odgłos.
– Przepraszam – Gejralt uśmiechnął się nieśmiało. – Jadłem fasolę na śniadanie.
Pan Żupan uznał, że robotę najlepiej pozostawić specjaliście, więc oznajmił, że idzie spać. Obejrzał się jeszcze za siebie pełnym wątpliwości wzrokiem i zniknął w sypialni.
Wejdźmin zaniósł mandarynkę do salonu, na wszelki wypadek trzymając ją przez specjalną szmatkę nasączoną anty-magicznymi wywarami i pachnidełkiem fiołkowym. Następnie położył przedmiot na stole, usiadł w fotelu i czekał.
– Szkoda, że nie ma ze mną Mlaskra – powiedział do owocu. – On by po prostu cię zjadł i byłoby po problemie. Ale ja nie zaryzykuję. Możesz być pełna zaklęć takich jak “Zła fryzura do końca życia” albo “Brudne paznokcie codziennie”. Nie ma mowy. I nie patrz tak na mnie.
Mandarynka nie odpowiedziała.
Wejdźmin odczekał jeszcze jakiś czas, ale nie zaobserwowawszy żadnych niepokojących wydarzeń podniósł się z fotela.
– Ach, ale chce mi się spać. No trudno, nic więcej dzisiaj nie mogę zrobić – rzekł głośno i teatralnie. – Jakiekolwiek duchy zaklęte są w tym zaczarowanym owocu, są ponad moje siły. Idę sobie i absolutnie nic nie poradzę.
Poszedł w stronę wyjścia, i kiedy już miał, niby od niechcenia, nacisnąć klamkę, odwrócił się gwałtownie i skoncentrował wszystkie swoje siły na stworzeniu potężnego magicznego znaku. Stanął na jednej nodze, zarzucił włosami i podniósł ręce w powietrze.
– Fay- Foo – Ss! – krzyknął.
Pomieszczenie rozświetliło się niebieskim blaskiem tak jasnym, że w kilku sąsiednich królestwach powstały nowe religie. Rozległ się przeraźliwy dźwięk trąb bojowych a księżyc odwrócił się do ziemi drugą stroną i już tak został, co spowodowało duże zamieszanie w kręgach akademickich Fjutesckiej Akademii Nałóg, oraz kilka katastrofalnych powodzi.
Kilka sekund później blask ustał, a wejdźmin poprawił sobie włosy. Poczekał jeszcze, aż zacznie cokolwiek słyszeć. Podszedł do leżącej na stole mandarynki i pomachał przed nią swoim medalionem z serduszkiem.
– Nic – stwierdził. – Uparta jesteś. Trzeba będzie sięgnąć bo bardziej skomplikowane metody.
Kiedy Pan Żupan o poranku wyszedł ze swojej sypialni, nie do końca wiedział, gdzie się znajduje. Cały salon jego niewielkiego mieszkania pomalowany był na czarno. Ściany pokrywały liczne wypisane kolorową kredą symbole magiczne. Zniknęły gdzieś wszystkie meble, z wyjątkiem stolika, na którym wciąż leżała mandarynka i małej poduszki, na której w pozycji lotosu siedział wejdźmin i medytował. Na czubku jego głowy stała zapalona świeczka, a w ustach trzymał coś, co wyglądało jak połączenie starożytnego totemu i zwykłego patyka. Wszystkie okna zostały zamurowane a zamiast żyrandola na suficie zwisał strach na wróble. Z kuchni wyjrzała na niego małpa, która z głośnym piskiem schowała się i zatrzasnęła drzwi.
Żupan wydał z siebie cichutkie “Ee…”, co zwróciło na niego uwagę wejdźmina. Ten wypluł dziwny przedmiot i zgasił poślinionymi palcami zdobiącą jego głowę świecę.
– No niech się tak nie wytrzeszcza – powiedział. – Ważne jest to, czy zadziało.
– A… zadziałało? – wydusił z siebie Żupan po dłuższym milczeniu.
– Zasadniczo… nie – odparł wejdźmin. – Ja to już nie wiem. Albo ta mandarynka jest aż tak bardzo magiczna, że nawet ja nie potrafię nic z tym zrobić, albo to jest kwestia przeznaczenia.
– AAAAA!!! – wydarł się Pan Żupan bez widocznego powodu.
– No już cichutko – pocieszył go Gejralt. – Możemy jeszcze spróbować starożytnego rytuału Abra-Barabra, ale będziemy potrzebować żywego słonia i czterdziestu siedmiu kulawych chomików…
– Nie! Nie ma mowy. Ja to zjem po prostu! Zjem i jak mi wyrośnie trzecia noga to już i tak lepsze niż… to! Jem to!
Wejdźmin zagrodził mu drogę.
– Proszę pamiętać o ryzyku. Jeśli ukryte jest w tym owocu jakieś złe zaklęcie, trzecia noga to akurat najlepsze co mogłoby pana spotkać.
Pan Żupan opadł na podłogę pod ścianą i schował twarz w dłoniach. Wejdźmin usiadł obok niego.
– No i co ja teraz zrobię? – powiedział żałośnie.
– Spokojnie, ja też nie mam pojęcia, co dalej – pocieszył go Gejralt.
Siedzieli tak jeszcze przez trzy kwadranse. Owoc złowrogo był sobie na stole i się nie ruszał. Wejdźmin podniósł w końcu głowę jakby nad czymś myślał, podrapał się po niej i wstał.
Pani Halina była zwykłą kobietą mieszkającą w całkowicie zwyczajnym mieście. Tego dnia na targu zamierzała kupić dwa kilo mąki i galon mleka. Zawsze kiedy odwiedzali ją wnukowie robiła przepyszne naleśniki z jagodami i dżemem truskawkowym. Zwykła kupować potrzebne jej składniki na jedynym stojącym tam straganie, który oferował artykuły spożywcze, jednak w świetle bieżącej gospodarki oraz swojej własnej, skromnej emerytury wolała sprawdzić, czy nowy, czwarty stragan, który właśnie zauważyła nie przedstawia korzystniejszej oferty. Sprzedawca uśmiechnął się szeroko.
– Dzień dobry – powiedział. Robił dość sympatyczne wrażenie, a jego srebrne włosy z różowym pasemkiem nie mogły nie intrygować.
– Czy mąka i mleko są? – zapytała Helena marszcząc brwi.
– Nie ma – pokręcił głową sprzedawca.
– A co jest?
– Mandarynka. Wie pani, podobno ma magiczne właściwości…