Rozdział IV – Nieduza Sprawa


Wioska Śmierdź w czasach swojej świetności słynęła ze znakomitych wyrobów garncarskich i istniejącego tam niegdyś domu publicznego dla bezdomnych sierot, dotowanego przez fundusz inwestycyjny pochodzący ze skarbca samego króla Fjutesta, któremu kilka razy zdarzyło się zaszczycić ów przybytek własną obecnością.
++++++Czasy te należały jednak do przeszłości. Kiedy Gejralt wraz z towarzyszami stanęli u jej bram, z niepokojem zauważyli, że bram nie ma, zostały bowiem zamurowane. W tej sytuacji nieoceniony okazał się Mlaskier, który znał wiele ballad o magii, bramach i generalnie różnego rodzaju otworach, a zatem wiedział, że pewne magiczne typy wrót ujawniają się dopiero po wypowiedzeniu na głos specjalnego hasła. Postanowił więc wypróbować wszystkie znane sobie słowa w kolejności alfabetycznej.
++++++– Albert – powiedział poeta któreś już z kolei słowo, i odczekał stosowną chwilę, aby zobaczyć, czy dało to jakieś rezultaty. Kiedy wyglądało na to, że nie, pokręcił głową zmartwiony. – Albinos. Wiecie co, znudziło mi się – Hasło to pewnie więcej niż jedno słowo. Spróbuję powiedzieć wszystkie możliwe kombinacje.
++++++– Mlaskier, Jezus Maria – westchnął przeciągle Zołman.
++++++– Czubek butelki. Pierogi z mięsem i warzywami. Motyla noga. Żółto-zielony dzbanek.
++++++– Mlaskier…
++++++– Patrz – wejdźmin przerwał krasnoludowi gestem, i skinął głową w stronę najwyższej części muru.
++++++Za flanką coś się poruszało.
++++++– Wygląda jak hełm – Zołman zmrużył oczy.
++++++– Mhm – Gejralt podrapał się po głowie.
Wyjął zza pazuchy jeden z gadżetów, które otrzymali wcześniej od czarodzieja Dyrdymała – Dyrdyfon 8000. Urządzenie czyniło głos mówiącego wielokrotnie głośniejszym.
++++++– Dzień dobry. Czy jest ktoś tam na górze? – powiedział do mniejszego końca urządzenia.
++++++– BLEBLEBLEBLE HAHAHAAHAHAHA KUKURYKUUUU!!!!! – wydobyło się z drugiego końca. ++++++Wejdźmin westchnął. Schował urządzenie do kieszeni.
++++++– Haloo! Tam na czubku! Czy pan nas słyszy?! – wydarł się na całe gardło.
Hełm podniósł się niechętnie, ukazując noszącą go głowę. Należała do mężczyzny z wielkimi, zawiniętymi w górę wąsami. Miał opaloną cerę i rozbieżnego zeza.
++++++– Czego tu?! – odkrzyknął nieznajomy irytującym, piskliwym głosem.
++++++– Jesteśmy wędrowcami i mamy do wykonania bardzo ważną misję! – odpowiedział Gejralt. – Szukamy noclegu, jadła i języka do zasięgnięcia!
++++++– Nikogo nie ma w domu! Idźcie sobie!
++++++– Jak to… nikogo nie ma? – skonsternował się Gejralt. – Widzę dymy z kominów!
++++++Strażnik podrapał się po hełmie, zamrugał oczami i zrobił usta w dzióbek.
++++++– Nikogo nie ma! Dymi się bo żona gotuje zupę! – krzyknął, a następnie bardzo powoli z powrotem schował się za cegłami.
++++++Gejralt i Zołman spojrzeli na siebie pytająco, i bez słów zgodzili się poczekać na dalszy rozwój wypadków. Mlaskier próbował otworzyć wrota.
++++++– Drzewo sandałowe. Wisiorek z pętelką. Siedemnaście czternastych kilograma lnu – w tym miejscu zrobił pauzę, gdyż coś mu mówiło, że trafił w dziesiątkę. Mur jednak ani myślał drgnąć. – Ech. Siedemnaście czternastych kilograma snu? Słoik z zakrętką. Pies ogrodowy…
Zza muru znów wychynęła głowa. Wciąż miała na sobie te same wąsy, i właściwie wciąż wyglądała tak samo, z wyjątkiem tego, że tym razem zamiast hełmu na jej czubku widniała kępa złotego siana.
++++++– A wy jeszcze tu?! … Ekhm – głowa odchrząknęła i zmieniła głos na nieco wyższy – A wy jeszcze tu?! Mąż już mówił! Nikogo nie ma! A się dymi bo zupę gotuję!
++++++– A gdzie są wszyscy? – zapytał Gejralt.
Głowa schowała się, by za chwilę wynurzyć się na powrót ubrana w hełm, spod którego wystawało źdźbło siana.
++++++– Ładnie to tak wypytywać bezbronne kobiety?! – krzyknął strażnik. – Żona wszystko mi powiedziała!
++++++– Słuchaj pan! – krzyknął Zołman, który się już zirytował. – Mój kolega jest wejdźminem! I jak zaraz nas nie wpuścisz to on… swoimi mocami rozwali ten wasz murek w drobny mak! I przekonamy się jak jest naprawdę!
++++++Zezowaty strażnik przez chwilę patrzył na nich i na rosnące opodal drzewa.
++++++– Na pewno nie jesteście myszami?! – krzyknął w końcu.
++++++Spojrzeli na siebie. Potem na niego.
++++++– No dobra! Wpuszczam was. Ale niech chociaż jeden zje kawałek sera albo się schowa pod miotłą to już nie będę taki niesamowicie grzeczny!
++++++Mlaskier ucichł. Spojrzeli na cegły wypełniające wnękę, w której kiedyś była brama. Wydawały się teraz nabierać nieznacznie jaśniejszego koloru. Przyroda wokół jakby zamarła. Fuga w murze przestała wydawać się realna. Lada chwila miała się…
++++++– No idziecie?! – strażnik krzyknął na nich z góry. I pokazał palcem na sznurową drabinkę, którą przed chwilą spuścił.
Mlaskra zostawili przed bramą, bo uparł się, że odgarnie prawidłową kombinację słów. Postanowili wrócić po niego, jak załatwią sobie nocleg.
++++++Wąsaty strażnik miał jakiś metr wzrostu i podejrzanie odmawiał odpowiedzi na jakiekolwiek pytania dotyczące tego, gdzie się podziała jego żona, ale co do tego, że nikogo tam nie było najwyraźniej aż tak nie minął się z prawdą.
++++++Wieś milczała jak grób. Wszystkie okiennice były pozamykane, a na głównym placu nie było żywej duszy. Tylko unoszący się gdzieniegdzie z kominów dym i migoczące zza okiennic światła świec pozwalały sądzić, że w kilkudziesięciu chatach i domach kryją się jacyś ludzie.
++++++– Idźcie lepiej od razu do sołtysa – wypiszczał strażnik nerwowo rozglądając się na boki. Robił to nie poruszając głową. – I tak nikt inny was nie wpuści. Powiedz pan żeś jest wejdźmin, to może was nie ustrzelą.
++++++– Ustrzelą? – Zainteresował się Gejralt, ale strażnik nerwowym krokiem oddalił się już w stronę schodków prowadzących do posterunku na szczycie muru obronnego.
++++++– Gejralt, może po prostu poszukajmy innej wioski. – zasugerował Zołman. – Tu się dzieje coś bardzo dziwnego. W ogóle, mur wokół takiej małej wsi? Muszą mieć jakąś paranoję. A bez twoich mocy…
++++++– Spokojnie, Zołmanku, mamy przecież mnóstwo zaczarowanych gadżetów od Dyrdymała. – Co może nam z nimi grozić?

++++++Chatę sołtysa znaleźli bez większych problemów, bo wisiał na niej krzywo wymalowany żółtymi literami szyld głoszący „SŁOTYS WSI ŚMIERDŹ. NIE WCHODZIĆ”. Zapukali. Nikt im nie otworzył, więc Gerjalt pomyślał o swoim Dyrdyfonie, ale szybko potrząsnął głową i zapukał głośniej.
++++++– Panie sołtysie! Jestem wejdźminem! Chcieliśmy noclegu i odpowiedzi na pytanie, czy w tych okolicach nie działo się ostatnio nic dziwnego. Ale to chyba już wiemy!
++++++– Wejdźmin? – odpowiedziały cicho drzwi. – Udowodnij.
++++++– Chwilowo … nie mogę. Ale jeśli powiecie nam co tu się dzieje, to może spróbuję pomóc.
++++++Zanim drzwi zdążyły odpowiedzieć, Gejralt usłyszał za sobą krzyk Zołmana przypominający połączenie bardzo brzydkiego przekleństwa i pisku małej dziewczynki.
++++++Z miejsca przyklęknął przy przyjacielu, który, blady jak ściana, leżał nieruchomo na plecach. Oddychał, co wejdźmin dokładnie sprawdził dotykając mu piersi pod kolczugą, ale nie dawał się obudzić ani spoliczkowaniem, ani klapsem, ani nawet…
++++++– Dobra, was też to bierze – zadudnił zza drzwi głos sołtysa. – Czyli można wam ufać. Ale nie myślcie, że otworzę. Jak żeście wejdźmin, to zróbcie coś z tym.
++++++Gejralt podrapał się po głowie.
– Z tym?
– Twój przyjaciel właśnie padł Tego ofiarą. Od kilku miesięcy dzieją się tu straszne rzeczy. I czasem kogo dopadną. To znaczy, nikomu się jeszcze nic wielkiego nie stało, z wyjątkiem paru omdleń i jednego lekkiego zawału, ale strach blady na wieś padł. Ostatnio w biały dzień chleb prawie odgryzł piekarzowi głowę. No panie wejdźmin, jak żeście tacy dzielni to do roboty!
++++++– Gejralt! – wymamrotał nagle wciąż półprzytomny krasnolud. – Gejralt… załóż na siebie… Gejralt.. dlaczego to jest takie… nie … nie zmieści…
Wejdźmin zmrużył oczy i przyjrzał się przyjacielowi. Kiedy ten w końcu otworzył oczy, przyłożył palec do ust, nie pozwalając mu się odezwać.
++++++– Zołmanku, chyba po raz pierwszy od lat czeka nas prawdziwa wejdźmińska robota. Ale mów cicho, bo najwyraźniej grasuje tu bardzo niebezpieczny potwór.
++++++– Gejralt…? Masz szczęście że to co mi się przed chwilą śniło, że widziałem i zemdlałem… nie, zaraz. Dlaczego ja jestem na ziemi? I jaki potwór? Mamy misję, pamiętasz?
++++++– To może być powiązane z naszą misją. Ten potwór to bardzo rzadki gatunek. Żyje tylko w niewoli, u potężnych czarodziejów, bo tylko oni są w stanie sobie z nim poradzić. Ale tu w okolicy nie ma potężnych czarodziejów. Hmmm. Musiało tędy coś… przejść?
++++++– Dobra, dobra – Zołman oprzytomniał, ale wciąż miał dreszcze. – Ubijmy to lepiej zanim znowu coś mi się stanie. Potem będziemy się zastanawiać. Co to za potwór?
++++++– O ile się nie mylę, Zołmanku, jest to nic innego jak straszliwa Nieduza. Jest zazwyczaj dość nieduża. Gdy spojrzysz jej w oczy, natychmiast zamienia siebie i otoczenie w to, czego boisz się najbardziej. Sama w sobie zazwyczaj nie jest szczególnie groźna, zmienia się w myszy i takie tam. Ale ludzie pod jej wpływem stają się niebezpieczni dla siebie i otoczenia… Zołmanku?
++++++– Rozumiem – rzekł krasnolud zawiązując oczy oderwanym rękawem. – Będę po prostu machał toporem w przypadkowych kierunkach.
++++++– Nieduzę, mój drogi, najlepiej pokonać za pomocą… o cholera.
++++++– Gejralt, co?
++++++– Nic.
++++++– Gejralt!
++++++– No… siedzi ci na głowie. I właśnie spojrzałem jej w oczy.
++++++– Co mam zrobić?
++++++– Nie patrz jej w oczy.
++++++– Przecież mam przepaskę! Jestem bezpieczny?
++++++– Trudno powiedzieć.
++++++– Dlaczego?!
++++++– No bo… jedna z rzeczy których boję się najbardziej jest taka, że spotka cię straszliwa śmierć w męczarniach.
– Ja pierdolę.
Nieduza siedziała na czubku krasnoludowej głowy i świeciła oczami. W tym samym momencie na niebie rozbłysł jakiś punkcik. Spowodowało to spore zamieszanie w, odległych o wiele mil, obserwatoriach Wyrżnijmijskiej akademii nauk, gdyż nikt nie spodziewał się tak dużego meteorytu spadającego na jakieś miejsce w królestwie o tej porze roku. Gejralt przeczuwał, jakie to będzie miejsce.
Z cienia przy chacie sołtysa, przy której wciąż się znajdowali wysunęły się jakieś macki i jęły powoli pełznąć w stronę przerażonego Zołmana, który nie wiadomo skąd kieszenie miał teraz pełne dynamitu. Gdzieś za plecami krasnolud usłyszał ryk tygrysa. Meteor na niebie robił się coraz większy.
++++++– Gejralt! Co się dzieje?! – wrzasnął Zołman. – Zrób coś!
++++++– Nie mogę! – wejdźmin stał jak sparaliżowany. – Nie mogę ciąć mieczem bo siedzi ci na głowie! Zresztą nawet go nie mam. A im bardziej patrzę na te wszystkie straszne rzeczy tym bardziej się boję, że zaraz cię rozszarpią!
++++++– No to wymyśl coś!
Jadowite węże właśnie wchodziły Zołmanowi do nogawek, a ich syczenie zagłuszał świst lecącej w ich kierunku ognistej kuli z nieba. Gejralt intensywnie myślał. Gdyby mógł użyć swoich znaków, to zatrzymałby to szaleństwo, ale w tej sytuacji może najrozsądniej byłoby po prostu czule pożegnać się z towarzyszem, zanim…
++++++Meteor uderzył tuż po tym, jak spomiędzy ryków, świstów i złowrogich pomruków dał się słyszeć jeden, ledwo przebijający się przez hałas głos.
++++++– A co to?
Nie stało się nic. Meteor zniknął. Zniknęły wszystkie tygrysy, węże i demony. Na końcu sama Nieduza, która najwyraźniej nie bardzo rozumiała co się dzieje, zrobiła pop! i nagle przestała istnieć.
++++++Wejdźmin rozglądał się badawczo, a Zołman zsunął z twarzy opaskę. Był blady jak ściana i miał drgawki, ale na jego twarzy gościł wyjątkowo głupawy uśmiech.
++++++– He, he, he – powiedział i położył sobie liść na głowie. Następnie zjadł go i się rozpłakał.
Za nimi stał tam Mlaskier, który miał właśnie opowiedzieć im wszystkie kombinacje słów, którymi nie udało się otworzyć bramy, i jak to w końcu postanowił, że ten mur może być zwykłym murem, i wszedł po drabince, ale widząc reakcję Zołmana szybko poszedł przynieść mu kupkę błota na pocieszenie.
Gejralt zamyślił się i poszedł porozmawiać z sołtysem. Niewiele to dało, bo sam sołtys jak i mieszkańcy, którzy obserwowali wszystko przez dziurki od klucza i szpary w okiennicach, postanowili pozostać zamknięci w domach do końca życia, ale wejdźmin wiedział już na pewno, że w królestwie działo się coś… magicznego. Magicznego w zły sposób.
++++++Kiedy krasnolud doszedł do siebie i napił się wódki, zapytał Gejralta jak właściwie pokonali tę Nieduzę.
++++++– A wiesz, że to samo w sobie jest zagadką … – odparł wejdźmin. – Mlaskierku, powiedz mi, czego ty boisz się najbardziej?
++++++– Hmm – zastanowił się poeta jedząc stokrotkę. – No… najczęściej boję się, że nie ma. Na przykład, że nie ma ciebie, że nie ma Zołmanka, albo śniadanka. Albo że nie ma szyszek…
++++++– No i właśnie w to zmieniła się Nieduza – ucieszył się Gejralt.
Zołman schował tylko twarz w dłoniach. Postanowili, że nie będą przedłużać swojego pobytu we wsi Śmierdź. To nie było szczególnie przyjemne miejsce.
Ruszyli w dalszą drogę. Wieś opuścili przez magiczny mur, do którego hasło podał im sołtys. Brzmiało: „Siedemnaście czternastych kilograma bzu”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *