– Zołman! Zooołmaaan! – wrzeszczał Mlaskier. – Zołman, ty mały chuju, przecież wiem, że mnie słyszysz!
– No nie taki znowu mały! – oburzył się krasnolud, wychylając głowę zza krzaczka porzeczki. – Kurwa, nawet wysrać się z rana nie można na spokojnie. Ty też tu? Czego chcesz?
– Widziałeś gdzieś Gejralta?
– Ta. Ostatnim razem jak go widziałem, to przebrał się za nimfę i hasał po lesie w tej swojej zwiewnej tuniczce. Szukał jakiegoś lachodupca, czy coś…
– Lasodymacza?
– Ta, chyba tak. Ale to było trzy dni temu.
Mlaskier mlasnął.
– Bo ja wracam właśnie od Fjutesta – powiedział. – Mam dla niego nagrodę. Czterysta wyrżnijmijskich koron.
– Tyle forsy za te kamienne majteczki, o których mi opowiadał, aż całkiem zaszło słońce?!
– Ametystowe, Zołmanie. Ametystowe stringi, mówiąc dokładnie. Fjutest był zachwycony, kiedy je ubrał.
– Widziałeś… go…? Nie, dobra, nie. Nie chcę wiedzieć.
– Przecież wiesz, że mi to obojętnie z kim.
– Chyba powiedziałem, że nie chcę nic na ten temat wiedzieć – skończył, wciągając spodnie. – Rób co chcesz. Ja stąd spierdalam, nim całkiem odmarźnie mi tyłek.
– Mam królewskie wino – zagadnął grajek.
Zapadła cisza. Krasnolud patrzył na niego tępo zastanawiając się, co jest gorsze: pić wino z Mlaskrem, czy nie pić wina wcale.
– Dziesięć metrów stąd rozbiłem obóz – powiedział w końcu. – Chodź.
Nad wyrżnijmijskim lasem powoli zapadał mrok, wśród którego rozchodził się delikatny dźwięk Mlaskierowej lutni. Ogień, który udało im się rozpalić, wesoło podskakiwał w rytm ich śpiewu.
Siedemnasta panienka, pojechała do Gienka, ale Gienka nie było, pannę coś w lesie zbiło. Osiemnasta panienka pojechała do Benka, ale Benka nie było, pannę coś w lesie zbiło. Dziewiętnasta panienka, pojechała do…
– Coż to kurwa było?! – wrzasnął nagle Zołman, wytrącając Mlaskrowi instrument z rąk.
Obydwoje szybko zlokalizowali krzaki, które poruszały się szeleszcząc. Szelest był coraz głośniejszy, aż w końcu ucichł całkowicie, by powrócić ze zdwojoną siłą. Wyłoniła się z nich nieco zgrzana, jasna postać.
– Spokojnie kluseczki, to tylko ja.
– Gejrrralt – wybełkotał Zołman przewracając się na bok. – Ale żeś nas wystraszył, chłopie…! To znaczy… Eee… Dorwałeś to Lacho… Lacho…
– Lasso. Dymacza – poprawił go Mlaskier, bekając.
– Mhm – przytaknął Wejdźmin. – Oto dowód – rzekł, powoli unosząc rękę, na której końcu dyndało obowiązane sznurem trofeum.
Nie było duże. Było ogromne.
Gejralt uniósł brew i uśmiechnął się zalotnie.
– O żesz ty w mordę… – wyszeptał krasnolud jak zahipnotyzowany. – Wiesz Mlaskier, jak na to patrzę, to muszę ci przyznać rację, że rano nazwałeś mnie małym chujem. Na wszystkie kurwy Vinogradu – przeżywał Zołman, wciąż wpatrzony w trofeum. – Gejralt, jak żeś tego dokonał!?
Nic innego nie przyszło mu do głowy, więc się za nią chwycił.
– Normalnie – oznajmił wejdźmin. – Męczyłem go, aż upadł. Na brzuch – dodał, biorąc soczysty łyk wina. – Nie bez powodu nazywają mnie WEJDŹminem – zaznaczył.
– To na cholerę ci te miecze? – warknął Zołman.
Gejralt spojrzał na niego wyjątkowo z góry.
– A myślałeś przepraszam, że czym wchodzę?
Mlaskier przyglądał się spragnionemu wejdźminowi, który lekko pochylony zaciągał się winem. Jego obraz falował mu przed oczami, ale poeta uznał, że Gejralt musi być okropnie zmęczony. Zrobił mu nawet miejsce na pieńku, który zajmował, ale wejdźmin po krótkim namyśle zdecydował, że raczej postoi.
– A gdzie Pupka? – zapytał Mlaskier, rozglądając się wkoło.
– Ooo… – jęknął Gejralt. – Niechcący złapała się w Syrden i zamarzła.
– Pupka nie żyje?! – pisknął Mlaskier.
– Co? – zapytał wejdźmin. – A tak, Pupka. Pupka! – zawołał.
Po chwili z lasu wyłonił się koń.
– O jest. Pupka – potwierdził wskazując na zwierzę otwartą dłonią.
– To nie jest Pupka – skrzywił się Mlaskier.
– Jak nie jak tak – upierał się Gejralt.
– Pupka była czarna. Ten koń jest biały – zauważył Zołman.
– Przecież mówiłem, że zamarzła – wyjaśnił wejdźmin, zaciągając się winem.
– Gejralt… Co żeś zrobił z…
– Ne moe tea móić, bo pije łino – oznajmił, łypiąc na nich jednym okiem.
Zołman i Mlaskier popatrzyli na siebie pobłażliwie i rozsiadli się wokół iskrzącego ogniska.
Kiedy Gejralt opróżnił butlę i właśnie miał zabierać się za następną, do jego uszu dobiegło zalotne wycie.
– Oho! – zanucił. – Jeszcze jeedeeen…!
– Gejralt, no chyba nie zamierzasz teraz… – spytał Mlaskier, ale Gejralt był już w połowie naciągania tuniki na biodra wesoło pogwizdując.
– Hm? – zapytał zastygając w ruchu.
Zołman był innego zdania.
– No co ty, zwariowałeś?! – wrzasnął, wprawiając Mlaskra w drgawki. – Niech idzie! Inaczej ten lassodupiec tu przyjdzie, a ja nie mam zamiaru przeżywać tego drugi raz!
– Oj no, nie było tak źle… – mruknął wejdźmin.
– Ty to już lepiej nic nie mów! – krasnolud pogroził mu palcem.
Gejralt puścił mu oczko, energicznie natarł miecz błyszczykiem, lecz tym razem brzoskwiniowym, i łyknął coś białawego wyrzucając flakonik za siebie. Jego oczy rozbłysły.
– To ja lecę, chłopcy. Nie czekajcie na mnie, bo jak zdobędę drugie trofeum, to od razu jadę do Wychódka Wielkiego odebrać nagrodę – rzekł, poprawił włosy i na powrót wskoczył w krzaki znikając w czarnym lesie.
Pupka podążyła w ślad za nim, a krasnolud z grajkiem wkrótce zasnęli i obudzili się dopiero wtedy, gdy przywitało ich słońce.
***
Wąska ścieżka w lesie powoli rozszerzała się, a na horyzoncie powyżej drzew było już widać kryte strzechą dachy. Pupka, obwieszona trofeami wyciętymi z lasodymaczy po obu stronach siodła, szła powoli i ociężale.
Gejralt, zasnąwszy na swoim koniu, zbudził się dopiero na miejscu, kiedy śliniąc się zsunął się na ziemię. Z jego torebki wysypały się puste flakoniki po eliksirach.
Usiadł, przetarł na wpół otwarte oczy i poklepał stojące obok dziecko.
– Dobra Pupcia – rzekł, patrząc przed siebie. – Jesteśmy na miejscu.
– Tato! – wydarł się chłopiec wprawiając Gejralta w osłupienie i uciekł.
Wejdźmin podniósł się z ziemi, otrzepał z piachu i przewiesił się sznurem z trofeami, które dumnie spoczęły na jego piersiach.
– Gejralt – usłyszał za plecami. – Zdejmij to.
– Zołman… Ty już tu?
– Nie będę z tobą rozmawiał, dopóki tego nie ściągniesz – rzekł krasnolud, rozglądając się.
W koło zebrał się już tłumek gapiów, a wśród nich kilka matek, które zasłaniały oczy swoim dzieciom.
Wejdźmin westchnął i zrobił dzióbek z ust.
– Wielkie mi rzeczy… Przepraszam… – rzekł, chociaż wcale nie musiał, bo kiedy ruszył naprzód tłum natychmiast się rozstąpił.
Podszedł do najbardziej okazałej chaty z całej wioski, zapukał trzy razy i otworzył drzwi.
– Wejdź, Wejdźminie – rzekł głos, którego właściciela nigdzie nie było widać.
Gejralt burknął coś pod nosem i rzucił trofea na stół, zza którego szybko wyłonił się obdarzony długą rudą brodą sołtys Wychódka.
– O BOŻE! – zaskrzeczał. – Zabierz to z mojego stołu! Ja tu jem!
– Też bym coś zjadł – oznajmił Gejralt, spoglądając na trofea głodnym wzrokiem. – Tak czy inaczej, unieszkodliwiłem lasodymacze i przychodzę po swoją nagrodę.
– Masz, bierz! – wrzasnął sołtys, rzucając w jego stronę sakiewkę. – Tylko weź to już!
Wejdźmin leniwie chwycił za sznur i ruszył w stronę wyjścia wlekąc trofea po podłodze. Zatrzymał się przed chatą i spojrzał na Zołmana pochylonego nad jego torebką. Westchnął, wypuścił sznur z ręki i zostawiając zdobycze pod drzwiami chaty sołtysa podążył w jego kierunku.
– Wypiłeś dwadzieścia osiem różnych eliksirów?! – wrzasnął krasnolud wymachując rękami pełnymi pustych buteleczek. – Czyś ty zdurniał do reszty?!
– Tak wyszło… – wymamrotał wejdźmin.
– Eliksir „Jakieś Gówno” – odczytał Zołman na jednej z etykietek i spojrzał na niego pytająco.
– Tego właśnie nie powinienem był wypijać, bo tak się teraz czuję… – stwierdził Gejralt. – Czy ty się o mnie martwisz, Zołmanie?
– Eliksir „Coś Fajnego” – czytał dalej krasnolud. – Co to kurwa jest?!
– Przecież jest napisane… – wybełkotał wejdźmin i bezwładnie runął na ziemię przytulając się do niej policzkiem.
Tłum wkoło zawył.
– Gejralt! – krzyknął Zołman. – Co ci jest? Co mam robić! Dać ci „Coś Fajnego”?! Może wody? Gejralt! Mów do mnie! Co mam zrobić!?
– Uspokój się… – wyjęczał wejdźmin ziewając. – Tylko się położyłem.
Zołman uniósł brwi i wytrzeszczył oczy.
– Nie, kurwa. Nie wytrzymam z tobą.
– Jak już chcesz mi coś zrobić – zaczął ospale. – To zrób mi…
– Spierdalaj.
– Lo…
– Spierdalaj, mówię!
– Lodo…
– Zamknij się! Powiedziałem, żebyś się zamknął!
– …watą kąpiel – dokończył Wejdźmin z trudem. – I daj mi jedzenie. Mam okropnego kaca.
Zołman nie był zadowolony z obrotu sytuacji, ale jego przyjaciel wkrótce stracił przytomność i krasnolud był zmuszony zająć się nim w szczególności po tym, jak dzieci sołtysa zaczęły bawić się częściami lasodymaczy, a on sam, nie bacząc pod nogi, potknął się o nie wprawiając mieszkańców wsi w niemałe rozbawienie. Następnie chwycił za siekierę, ale koniec końców, skończyło się tylko na groźbach.
Tylko jedna osoba zdecydowała się pomóc przybyszom. Była nią elfka Marlena, która w ramach pożegnania podarowała Gejraltowi swoje stare leginsy w panterkę, w które odział się bezzwłocznie zaraz po przebudzeniu następnego ranka. Wejdźmin zapewnił Zołmana, że czuje się doskonale, więc zdecydowali, że zaraz po śniadaniu wyruszą w dalszą drogę.
Najedzony Gejralt przeciągnął się na progu chaty Marleny i udał się do stajni, gdzie chwycił konia za lejce i ruszył naprzód.
– Gejralt, to nie twój koń – zauważył Zołman.
Wejdźmin spojrzał na lejce i powiódł po nich oczami, aż dotarł do ciemnego łba.
– A. Rzeczywiście – przyznał. – Wypiłem eliksir „Pies”, który sprawia, że widzę na czarno-biało.
– Pomijając fakt, że w ogóle go wypiłeś, to niczego nie zmienia, skoro wciąż widzisz biały.
– Czepiasz się szczegółów, Zołmanie – uciął, znalazł białego konia i zerknął na przyjaciela ściągając usta. – Wsiadasz? Zmieścisz się z przodu.
– Nie.
– Jak wolisz. Gdybyś zmienił zdanie, to… – przekonywał, ale Zołman wyprzedził go burcząc coś pod nosem.
– Idziesz, czy nie? – rzucił krasnolud. – Mlaskier mówił, że idzie się zabawić w Koxenfurcie, nie może być daleko.
Późnym popołudniem wejdźmin natrafił na ślad, który sugerował, że Mlaskier szedł tą samą drogą, ale mimo próśb krasnoluda, nie chciał mu zdradzić żadnych szczegółów.
– Nie chce mi się już jechać na tym koniu – oznajmił nagle, zsiadł z Pupki i oddał mu lejce.
Krasnolud nie wytrzymał długo przyglądając się temu, co robi jego towarzysz. Wejdźmin, wyraźnie zadowolony, zrywał przydrożne kwiaty i delikatnie gładził kolorowe płatki uśmiechając się przy tym lekko.
– Jeszcze nam ktoś spuści wpierdol przez ciebie – rzucił Zołman.
Wejdźmin zachichotał zabawnie.
– Doczekałem się kumpli, kurwa – kontynuował krasnolud pod nosem. – Jeden spedalony wiecznie naćpany wejdźmin i drugi, wcale nie lepszy, poeta-grajek z pawim piórkiem w dupie.
– Co tam burczysz, Zołmanie? Zrobię ci wianek na poprawę nastroju.
– A spierdalaj.
Na ścieżce przed nimi pojawiło się trzech bandytów.
– No i mówiłem – oświadczył krasnolud zakładając ręce na piersi.
Gejralt zerknął na nich przelotnie, układając swój bukiet z bardzo poważną miną.
– Stać! – wrzasnął jeden z osiłków podnosząc swój miecz. – Oddawać broń, pieniądze i… biżuterię – dodał, wodząc wzrokiem po Gejralcie.
Zołman wyjął topór i przygotował się do walki, na co Gejralt westchnął, wyraźnie znudzony, co nieco go zdezorientowało.
– Niech będzie – rzekł Gejralt i podszedł do osiłka, który wymierzył w niego mieczem.
– Potrzymaj kwiaty – nakazał wejdźmin.
– Że co?
– Potrzymaj kwiaty – nalegał.
Bandyci spojrzeli po sobie. Jeden z nich odebrał bukiet wyraźnie rozbawiony.
Gejralt podziękował i szybkim ruchem wyciągnął jeden ze swych mieczy, którym niemal niezauważalnie machnął przed osiłkiem, by temu po chwili spadły spodnie. Wejdźmin wbił końcówkę swego miecza w ziemię i oparł się na nim w skupieniu wpatrując się w zaskoczonego mężczyznę.
– Hmm.. – mruknął. – Kawał z ciebie chłopa. Szkoda, że śmierdzisz. Zrobimy tak. Zejdziecie nam z drogi i pójdziecie śmierdzieć gdzie indziej. W przeciwnym razie skończycie w bardzo spektakularnym trójkącie.
– Gdybym był na waszym miejscu, to bym go posłuchał – wtrącił Zołman.
– Co? O czym ty kurwa gadasz?! – warknął bandyta.
Wejdźmin przewrócił oczami. Nie chciało mu się tego tłumaczyć.
– Flaki z ciebie wypruję ty pedalski strachu na wróble! – ryknął osiłek, ruszając z podniesionym mieczem.
– Tak, tak – mruknął Gejralt i pstryknął paznokciami łapiąc bandytów w Syrden.
Unieruchomieni mężczyźni wodzili wzrokiem za wejdźminem – bo tylko oczami poruszać mogli – który przechadzał się wokół nich wyciągając im broń z rąk i ściągając z nich resztę ubrań. Jak zwykle przykładał się do tego z wielką starannością.
– Zobacz Zołmanie, kolejny biały koń był z nimi. Ten będzie dla ciebie. Nazwiemy go… Pupka. Tak, Pupka to całkiem ładne imię dla konika. Co pan o tym sądzi, panie bandyto? Zołmanie, mógłbyś? – zwrócił się nagle do towarzysza. – Zołmanie?
Ale Zołmanowi ani się śniło pomagać w tym przedsięwzięciu, więc już dawno wziął nogi za pas.
– Hm. Odnoszę wrażenie, że ten uparciuch tego pożałuje – mruknął Wejdźmin. – Trudno. Sam was zwiążę.
Gejralt, pozostawiając bandytów w ciekawej aranżacji, przyznał sam sobie, że ma bardzo bogatą wyobraźnię, wsiadł na Pupkę i ruszył w kierunku wzgórza, na którym położony był Koxenfurt. Po dwóch dniach dotarł do strumyka pod samym wzgórzem, nad którym spotkał kąpiącego się Mlaskra, i obydwoje przyszykowali się na wizytę w Koxenfurdzkich zamtuzach, które zamierzali odwiedzić, aby się nieco zrelaksować.
TO JEST ARCYDZIEŁO