Rozdział XV – Tam Gdzie Ty

15

Mlaskier patrzył na swoją obolałą dłoń. Prawa ręka bolała go w przeszłości już wielokrotnie, ale tym razem czuł jakby na jego dłoni zacisnęło się imadło. Widok, składający się z dwóch błyszczących mieczy na tle długich srebrnoróżowych włosów, zaczął go już nużyć. Znał te plecy aż za dobrze i to pod każdym możliwym kątem.
++++++Kiedyś, jak był dużo mniejszy, nie upilnował chomika. Odłożył go tylko na moment żeby podciągnąć spodnie i gryzoń przepadł. Kiedy po kilku godzinach poszukiwań odnalazł zgubę, też nie wypuszczał jej z rąk. Nie skończyło się to dobrze dla zwierzaka. Mlaskier westchnął, pogłaskał Zgwałtoluda i kazał mu się schować w koszyku.
Wejdźmin nie powiedział słowa od momentu zniknięcia Zołmana. Poeta spojrzał na wystające spod koszuli łopatki przyjaciela. Ciężar, jaki spoczywał na jego szczupłych barkach, musiał ostatnimi czasy znacząco się zwiększyć, gdyż zwykle wyprostowany jak struna wejdźmin zaczął się garbić.
++++++Gejralt szedł szybkim krokiem, ciągnąc za sobą Mlaskra w coraz mniej delikatny sposób. Instynkt kazał mu odejść jak najdalej od miejsca, w którym dopadł ich Dziki Zgon, a strach przed kolejną utratą zacisnął się boleśnie na dłoni przyjaciela.
++++++Nagle coś trzasnęło, a coś innego huknęło. Prowizoryczne, zbite z kilku desek drzwiczki wpadły do środka ciasnego dołu razem z wejdźminem i Mlaskrem. Nad wykopem zebrało się kilka poczochranych głów. Gejralt westchnął.

++++++– Kto to, dziadku? – zapytała mała dziewczynka na widok prowadzonych więźniów.
++++++– To miszcz Mlaskier wnusiu, poeta i grajek, zawsze w towarzystwie tego odmiennego osobnika, odzianego w obcisłe stroje albo wcale. Wejdźminem go zwą.
++++++Gejralt spojrzał na staruszka z dzieckiem, który spoglądał na niego spod nisko opuszczonych, siwych brwi.
++++++– Pod żadnym pozorem się do niego nie zbliżaj – usłyszał.
++++++Rozglądał się dalej.
++++++Miejsce, do którego zostali zaprowadzeni, przypominało obozowisko. Szałasy były pełne ludzi, którzy wyglądali na głodnych. Na środku paliło się ognisko, gromadząc przy sobie większość coraz bardziej zainteresowanych przybyszami mieszkańców. Rozchodzące się szepty świadczyły o tym, że go znają, a dzierżone w dłoniach pałki, kamienie i łopaty, że raczej nie z tej dobrej strony.
++++++Gejralt wyciągnął jeden z mieczy i narysował nim koło na ziemi.
++++++– Wszyscy od tyłu…! DO tyłu, znaczy – powiedział. – Jeśli choćby palec przekroczy tę linię, zostanie odcięty i wetknięty gdzie indziej!
++++++Trzymając już oba miecze rozłożył ręce szeroko na boki.
++++++– Gejraltku, nie w ludzi – szepnął Mlaskier.
++++++– Nic innego nie mogę zrobić, przecież wiesz – odparł.
++++++– Ale celujesz w ludzi… – powtórzył poeta.
++++++– A skąd mam to niby wiedzieć? – wyszeptał. – Tyle osób gdzieś w środku lasu… A co jeśli to taki Bogdan i Basia razy sto?
++++++– Ale medalion ci tak nie drga…
++++++Mlaskier miał rację.
++++++Wieśniacy spojrzeli po sobie. Widok dwóch lśniących i całkiem niepospolitych kawałków metalu skłonił ich do refleksji. Wyglądały tak, jakby można było się nimi skaleczyć od samego patrzenia.
++++++– Zostawcie go – rozległ się damski głos. – I tak nie macie szans.
++++++– My na niego kupą skoczymy! – zawołał jakiś chłop.
++++++– Kupą to wy możecie swoje sedesy postraszyć – ciągnęła kobieta w kapturze. – Nie widzicie, że to wejdźmin?
++++++– No widzimy właśnie!
++++++– A nie widzicie, że to ten sam, co nam ładnych parę lat temu dwa lasodymacze spode wsi ubił, co by was tyłki więcej nie bolały? – kobieta ściągnęła kaptur spod którego wynurzyła się pewna siebie twarz, a ta okazała się być elficką. – Nasz świętej pamięci wójt miał w tym rudym łbie więcej rozumu niż wy wszyscy razem wzięci.
++++++Wśród ludzi rozległy się szumy.
++++++– Ale, alee… On z mieczami w nas!
++++++– A wy to sobie tylko grzecznie stoicie z kwiatami, tak? Nie wpadliście na to, że ktoś taki to mógłby się nam w obecnej sytuacji przydać? – elfka wyprostowała się i wyciągnęła rękę do wejdźmina. – Widzę, że moje centkowane legginsy przypadły ci do gustu.
++++++Gejralt opuścił gardę.
++++++– Tak – powiedział witając się. – Cześć, Marlena.
++++++– To nie żaden wejdźmin tylko oszust! – rzucił ktoś niespodziewanie.
++++++– I morderca!
++++++– Króla zabił!
++++++– Gwałci kozy, porywa dzieci, i zakopuje kobiety! – czyjś palec wzbił się ponad tłum.
++++++– Po nocach z gołą rzycią łazi i chłopów gania po lasach!
++++++– Całe wioski wybucha!
++++++– Porzucił dwanaście swoich dzieci!
++++++– Zjadł kota! A potem go ugotował! W brytfannie! Na żywca!
++++++– Rozpija nieletnich, kompociarz!
++++++– I nie najemy się, bo za chude to!
++++++ – Ubić koniokrada!
++++++ Rozjuszony tłum zaczął wiwatować, a w powietrze wzniosły się widły, wzleciały berety, dwie pary galotów i jeden biustonosz.
++++++– Złodziej, morderca, gwałciciel, porywacz, piroman, alkoholik i ekshibicjonista – podsumowała Marlena. – Kto wam takich głupot nagadał?
++++++– Nooo… właściwie to… – zaczął wejdźmin, ale na szczęście ktoś mu przerwał.
++++++– Takie słuchy chodzą!
++++++– Debile – sapnęła Marlena pod nosem, po czym dodała głośno. – Znam tego wejdźmina od lat i ręcze za niego. Gejralcie, przyjacielu. Potrzebujemy pomocy.

++++++Okazało się, że rozbitkowie to nikt inny jak mieszkańcy Wychódka Wielkiego, niewielkiej wsi kilka dni drogi od Wyrźnijmy, którą to Gejralt miał przyjemność odwiedzić przed laty. Niewiele z tego pamiętał, albowiem wówczas dość często zdarzało mu się eksperymentować z eliksirami i potem mieć kaca.
++++++Rzecz rozchodziła się o to, że pewnej ciepłej nocy, kiedy właśnie trwała weselna biesiada syna sołtysa, na wioskę napadła zgraja potworów.
++++++– Lasodymacze wróciły? – spytał wejdźmin, zasiadając z innymi przy ognisku. Niektórzy wciąż patrzyli na niego krzywo.
++++++– Jeden to sołtysowi łeb przy samej rzyci urwał – powiedziała Marlena. – Dziwne, bo zeżarł go tylko od pasa w górę, a resztę wziął pod pachę i uciekł.
++++++ Gejralt zamyślił się spoglądając na elfkę.
++++++ – Ja też potrzebuję pomocy – powiedział.
++++++ – Jeśli pomożesz nam wrócić do wioski – ciągnęła Marlena – dostaniesz co zechcesz.
++++++– Ja córki nie oddam – rzucił ktoś z tłumu.
++++++ – No dobrze – wejdźmin oparł dłonie na kolanach. – Wasze córki mnie nie interesują. Zastanówmy się, bo lasodymacze nie jedzą ludzi. To jak wyglądają te potwory?

++++++Opisywane przez wszystkich jako niedźwiedzio-wężo-hieno-lwy z trąbką na czole, a może i nawet dwiema, kaprawym pyskiem z wystającymi kłami i koślawych łapach, przywiodły mu na myśl tylko jedno. Marlena pomyślała, że będąc wejdźminem trzeba mieć w sobie ogromne pokłady cierpliwości. Ona sama miała ochotę naciągnąć cięciwę łuku i posłać strzałę każdemu, kto się według niej głupio odezwał.
++++++– To muszą być rypacze żywcojady – stwierdził Gejralt. – I to na czole to nie jest „trąbka”. Jedzą tylko to, co nie jest ugotowane. I tylko do połowy. Dolną część biorą na boczek i… – wejdźmin zatrzymał potok słów i spojrzał na dzieci. – Rypacze, w każdym razie, są do likwidacji. Jest na nie kilka sposobów – Gejralt wyciągnął Wejdźmiński Bestiariusz z Ptakiem na okładce, gdyż nie spotkał tych storów od dawien dawna. – Będzie mi potrzebny duży kocioł i warzywa, ponieważ… Warzywa? – ponownie zrobił pauzę. – Będziemy gotować – uniósł brwi. – Rosół.
++++++– A nie może być pomidorowa? – spytał jeden z wieśniaków spotykając się z jednym z tych spojrzeń Gejralta, które wgniata w ziemię.
++++++– A jakie są te inne sposoby? Bo akurat tak się składa, panie Gejrwalcie, że nie mamy ani kotła, ani warzyw, ani kurczaka – zauważyła wieśniaczka, uderzywszy go wałkiem kuchennym w ramię.
++++++– Ani kostki rosołowej od tych dwóch winiar, co to się zapiły winem już prawie na śmierć – dorzuciła jakaś staruszka. Na koniec swojej wypowiedzi, splunęła. – Wstrętne winiary.
++++++Gejralt mruknął. Schował się za okładką z ptaszkiem i począł wertować strony.
++++++– Włoszczyzna, kurczak, sól do smaku… mhm, cebulę lekko opal na ogniu, dodaj włoską kapustę… – mruczał, po czym powiódł oczami w górę strony i przeczytał w myślach pierwsze zdanie: „Rypacze żywcojady odstręcza wszystko, co jest ugotowane, a skoro już mowa o gotowaniu, poniżej przepis na smaczny rosołek”. Sprawdził, czy oby na pewno ma w rękach dobrą książkę.
++++++Miał.
++++++– Będę musiał zamienić słówko z Wazelinem – burknął, i zabrał się do roboty. – Kobiety i dzieci tu do mnie – powiedział wyciągając płonące kije z ogniska. – Po pochodnie – dodał. – Pójdziecie nie dalej niż sześć metrów, żebym was wszystkich widział, i pozbieracie wszystko co nadaje się do jedzenia. Staruszkowie pilnują ognia. Sympatyczni panowie z widłami, weźcie naczynia i wiadra, i migiem nad strumyk po wodę, Marlena pójdzie z wami. Pan z lewej wyciągnie paluszek z nosa, pożyczy lutnię od szefowej i zaśpiewa jakąś pogodną piosenkę – dodał puszczając oczko Mlaskrowi. – No. A ja zajmę się tym gotowaniem.
++++++Wejdźmin wyglądał na zadowolonego. Skonstruowane nad ogniskiem prowizoryczne palenisko spełniało swoje zadanie. W naczyniach gotowała się woda. W wodzie gotowały się zebrane składniki. A wszystko pachniało zupełnie jakby właśnie się ugotowało. Silna woń świeżych ziół, rozmaitych grzybów i jeżyn unosiła się w powietrzu. Delikatne smugi pary leniwie przemieszczały się wśród drzew, płynąc coraz dalej i coraz głębiej, przez ciemność pogrążonego w nocy lasu, aż do czujnych nozdrzy pałaszującego właśnie beczkę surowych ryb żywcojada rypacza.
++++++– Ble – powiedział potwór.
++++++Jeszcze bardziej skrzywił się na widok tak samo śmierdzącego człowieka. Wejdźmin, po kąpieli w wywarze z leśnych dóbr, stał i zastanawiał się, czy był to aby na pewno dobry pomysł.
++++++– Nie wiem, czy to był dobry pomysł – powiedział do stojących za nim, tak samo przyprawionych, Marleny i Mlaskra. – No bo rosół to to nie jest. A chyba miał być rosół. Sam nie wiem.
++++++Poeta na wszelki wypadek jeszcze raz wyjął z kieszeni urządzenie, które wysępił od Dyrdymała i przyłożył je do siebie, aby sprawdzić czy wskaże, że jest ugotowany. Dyrdycianka serii „X” o numerze „53” nie zmieniła koloru, gdyż działała tylko na ugotowane jajka. Mlaskier spojrzał na swoje krocze i doznał olśnienia.
++++++ Żywcojady przechadzały się spokojnie po ulicach, wylegiwały na dachach i prowadziły różne społeczne aktywności, takie jak granie w karty i handel deficytowym towarem, jakim najczęściej była (mniej lub bardziej przechodzona) dolna połowa jakiegoś człowieka.
++++++– Pójdę pierwszy – powiedział Gejralt.
++++++Zaopatrzony w miskę parującego wywaru, szedł powoli pomiędzy potworami, które odskakiwały jak poparzone, gdy zwęszały odstręczający je smród. Zaskoczony powodzeniem, machnął w stronę Mlaskra. Ten miał dać sygnał reszcie, był jednak zbyt zajęty sprawdzaniem, czy jest ugotowany. Ściągnął nawet spodnie.
++++++Gejralt zatrzymał się. Woń pojedynczej jednostki słabła i coraz mizerniej kamuflowała jego własny, bardzo w nozdrzach żywcojadów rypaczy, smakowity zapach. Wejdźmin myślał o tych wygodnych czasach, kiedy mógł jednym pstryknięciem rozpalić ognisko i o tym, jak podgrzewał zupę gołymi rękami w domu rodzinnym Zołmana na polecenie jego matki. Wtedy był zły, że to potrafi, bo spędził piętnaście minut sam w kuchni nad garem. Teraz nie był w stanie wykrzesać z siebie choćby najmniejszej iskierki. Jak zwykle w takich sytuacjach, do głowy przyszło mu jeszcze jedno rozwiązanie.
++++++– Dżemmefer – powiedział choć wiedział, że za uratowanie życia znów będzie musiał spełnić jedno jej życzenie.
++++++Powtórzył jej imię jeszcze kilkakrotnie. Odwrócił się. Ani Mlaskra, ani Marleny nie było w umówionym miejscu, a podekscytowane żywcojady zaczynały szukać nęcącego je kąska.
++++++ Gejralt zaczął się cofać. Gdyby z pomocą czarodziejki mógł sprowadzić te dwa trolle o imieniu Krzysztof, miałby ten chędożony kocioł i jeszcze do tego sos grzybowy w komplecie, ale nic nie zwiastowało jej pojawienia się, a do Vinogradu stąd był szmat drogi. Zrozumiał wtedy, że posłańcy Zgonu i ją dorwali. Posmutniał. Zastanawiał się dlaczego ktoś taki jak te trzy zbzikowane staruszki próbujące go ugotować, z których jedna była kotem, zjawiają się zawsze w najmniej potrzebnym momencie, a nie na przykład teraz. Kolejny krok w tył zatrzymał jego pośladki na studni. Gdyby tylko mógł podgrzać w niej wodę i wrzucić tam jakiekolwiek jedzenie, byłoby po sprawie. Znów spojrzał w umówioną stronę. Miał sobie za złe, że przestał trzymać Mlaskra przy sobie. „A co jeśli…”, pomyślał, a potem zamarł. Pysk żywcojada znalazł się centymetr od jego własnej twarzy. Rypacz zaczął go niuchać, wypuszczając przy tym duże ilości śliny i innych glutów. Potwór nie był pewny, czy chce zjeść górną, podejrzliwie pachnącą część przybysza, ale co do dolnej połowy nie miał wątpliwości. Teraz odległość wejdźmina od rypacza rozciągnęła się do długości „trąbki”, która uderzyła go w czoło. Moment ciszy, który nastąpił, przerwał odgłos cieknącej na ziemię cieczy, do złudzenia przypominający dźwięk oddawanego moczu. Rypacz wydał z siebie dźwięk zdziwienia odskakując z położonymi po sobie uszami. Zmierzył wejdźmina, po czym spostrzegł, że śmierdząca miska którą ten trzymał, jest przechylona, a wywar z niej znajduje się na jego łapach. “Trąbka” mu oklapła. Wtedy z gęstwiny lasu wyłonili się wieśniacy, na czele z Marleną i Mlaskrem. Za radą wejdźmina, miski z gorąca mieszanką posłużyły za naboje. Sama Marlena wystrzeliła z procy kilkanaście i każdorazowo trafiła bezbłędnie. Życwcojady rypacze wpadły w panikę. Wykręcając się z obrzydzenia, charcząc i plując, uciekły w popłochu. Jeden popełnił spektakularne samobójstwo i zjadł się sam.
++++++Gejralt odetchnął. Uradowany tłumek ruszył w jego stronę. Ktoś go podniósł, ktoś ucałował, ktoś inny poklepał tu i tam, ktoś mu rozwichrzył fryzurę, pociągnął za policzek, za ubranie, za…
++++++– No już, już – powiedział wejdźmin. – Nie ma za co, sio. Marlena? – zawołał. – Musimy pogadać.

++++++ Mlaskier wygramolił się spod pierzyny. Ubrał się, przeciągnął i przez małe okienko w dachu wyszedł na taras zbudowany na samym czubku domu Marleny.
++++++– Ja chcę jeszcze raz – powiedział do siedzącego tam wejdźmina.
++++++Gejralt uśmiechnął się smutno, po czym podszedł do grilla i odwrócił skwierczące warzywa.
++++++ – A co ty jadłeś cały dzień, jak ja byłem zajęty? – spytał.
++++++ Mlaskier chwycił pierwszego z brzegu bakłażana, ale nie zdążył go nawet ugryźć.
++++++– Ten nie – zatrzymał go wejdźmin. – Weź ten drugi.
++++++ – Dlaczego?
++++++– Bo ten drugi jest lepszy.
++++++– Rzeczywiście – przyznał Mlaskier biorąc wreszcie gryza. – Ten jest lepszy. Dużo. A dlaczego kazałeś wszystkim dziś wieczorem pozamykać okna i zaryglować drzwi? I dlaczego nie wolno im wychodzić z domów pod żadnym pozorem aż do świtu? – zapytał z pełną buzią.
++++++– Żeby nikt nas nie podglądał.
++++++– No weź. A po co te plotki, że ja gram dzisiaj koncert, jak ja nic nie grałem?
++++++– Oj Mlaskierku, nic się nie martw, będziesz grał, ale tylko dla mnie.
++++++ Mlaskier zrobił minę świadczącą o tym, że wcale mu nie wierzy.
++++++– A czemu twój medalion wibruje? I to coraz mocniej, nawet jak Juniorek jest na dole z Marlenką?
++++++– Nie wiem, może się zepsuł.
++++++Wejdźmin uspokoił przyjaciela, ale dobrze wiedział, że wejdźmińskie medaliony się nie psują. Ich magiczne właściwości wykrywają choćby krztę potwora z bezbłędną dokładnością, a zwiastujące ich przyjście spostrzegł właśnie na horyzoncie. Natychmiast spoważniał, wziął linę, którą otrzymał od Pani z Wodospadu, i zaczął nią gorączkowo owijać komin, wiążąc supły.
++++++– Bujasz mnie – powiedział Mlaskier bardzo stanowczym tonem. – Przecież widzę, że tak naprawdę to ty jesteś zmartwiony.
++++++ Wejdźmin ucałował go w czółko.
++++++– Myślałem, że będziemy mieć więcej czasu – powiedział nie przerywając pracy. – Wolałbym cię teraz wrzucić z powrotem pod kołdrę, ale niestety muszę cię przywiązać do tego komina.
++++++– Mi tam się nigdzie nie spieszy – powiedział Mlaskier.
++++++– Chciałbym ci coś wytłumaczyć, tylko nie wiem jak – westchnął wejdźmin spoglądając na kotłującą się w oddali czarną chmarę. – Bo wiesz, chciałbym żebyś wiedział że dzień, w którym kompletnie pijany wygrałem cię w karty z Fjutestem, był najlepszym dniem mojego życia. Tego dnia obiecałem sobie, że będę się tobą opiekował najlepiej jak umiem, aż do jego końca.
++++++– Aż mnie nie będzie? – wtrącił Mlaskier przyglądając się poczynaniom wejdźmina. – Czy ciebie?
++++++Gejralt spojrzał w dal, czując jak czas przecieka mu przez plączące się palce.
++++++ – Zawsze myślałem – ciągnął – że jak odejdę, to ani ciebie, ani Zołmana nie będzie już wtedy na świecie.
++++++Mlaskier podniósł głowę.
++++++– A gdzie będę, jak mnie nie będzie?
++++++Wejdźmin spojrzał na przyjaciela.
++++++– Gdziekolwiek będziesz chciał – powiedział po chwili.
++++++– To ja będę chciał być tam gdzie ty.

++++++Ziemia zaczęła drżeć. Wejdźmin zacisnął sznur w pasie poety kilkukrotnie, a resztą zaczął owijać siebie, raz po raz zawiązując mocne, wejdźmińskie więzy. Już nawet nie patrzył na horyzont. Patrzył na przyjaciela, który zdezorientowany uniósł ręce w górę, by nie przeszkadzać.
++++++– Mlaskierku, bo… Czasami jedna osoba jest powodem całego zamieszania i wszystkich złych rzeczy, które przytrafiają się innym. I ta osoba musi podjąć decyzję, która nie wszystkim może się spodobać. Trochę tak jak z tym bakłażankiem, wiesz? Nie pozwoliłem ci wziąć tego którego chciałeś i mogłeś pomyśleć, że to było samolubne. Ale koniec końców wyszło lepiej, bo zjadłeś tego lepszego. Rozumiesz?
++++++– Nie lubię jak tak mówisz.
++++++– Ja też nie lubię jak tak mówię i wcale nie chce, ale..
++++++– To po co robić coś, co się wcale nie chce – Mlaskier obraził się.
++++++– Bo gdyby wszystkim się nie chciało, to świat byłby okropnym miejscem. A mi się właśnie bardzo długo nie chciało i teraz muszę to naprawić.
++++++– Przecież tobie się zawsze chce.
++++++– To prawda – przyznał Gejralt.- We wiele rzeczy wkładałem całe serce, palce i inne części ciała, ale w tych najważniejszych kwestiach chyba nie starałem się dostatecznie.
++++++Silny podmuch wiatru niemal zwalił go z nóg. W zbliżającej się chmurze pełnej gęstego dymu, dało się już dostrzec sylwetki upiornych jeźdźców. Mlaskier spojrzał na wejdźmina.
++++++– A teraz graj – Gejralt podał mu lutnię. – Graj.
++++++Grajek chwycił ręcznie rzeźbiony instrument Marleny i ułożył palce na strunach. Wirująca chmara skręciła za dźwiękiem muzyki i zaczęła zacieśniać nad nimi koło, a im szybciej wirowała, tym jej wnętrze mocniej przyciągało do siebie. Mlaskier nie zdołał utrzymać instrumentu. Gdyby nie to, że został przywiązany, podzieliłby los lutni. Gejralt dopadł do komina i chwycił przyjaciela za ramiona. Dolna połowa jego ciała uniosła się w powietrzu.
++++++ – Nie możesz być tam gdzie ja – powiedział, zwalniając uchwyt. – Przepraszam.
++++++Lina pomiędzy nimi naprężyła się. Wejdźmin szarpnął za sznur i ściągnął miecz z pleców. Mlaskier próbował wygramolić się z więzów, ale lina zacisnęła się wokół niego z siłą, jaką nie dysponował. Odór obniżającej się, zmąconej mgły był nie do zniesienia. Grajek nie widział nic, prócz tego co wyobrażał sobie za zamkniętymi oczami.
++++++W jednej chwili wszystko wokół ucichło. Lina odpuściła, zsuwając się z poety. Mlaskier otworzył powieki i rozejrzał się. Drugi koniec sznura zniknął za okapem dachu. Poeta zaczął go wciągać, aż dotarł do odciętego końca. Spojrzał w górę, ale nie było tam nic, prócz gwiazd.

++++++W zupełnie innym, nie wiadomo gdzie znajdującym się miejscu, zimnym, głuchym i ponurym, dwóch jeźdźców Dzikiego Zgonu stało obok długowłosej, raczej mało zadowolonej postaci, i przyglądało się jej z przerażeniem.
++++++– O FLAK – powiedział w końcu jeden z nich. – TOŚMY SIĘ POMYLYLY DECZKO. SZEF NIE BĘDZIE ZADOWOLONY.

Rozdział XIII – Bogdan i Basia

13

++++++Ze wzgórza, na którym rosła tylko jedna sosna, rozpościerał się przejrzysty widok. Pagórki i doliny, pokryte cieniem chmur lub światłem słońca, zdawały się kołysać niczym ocean. Panująca wokół cisza i świeże powietrze zachęcały do leniuchowania na soczyście zielonej trawie i bezmyślnego gapienia się na przelatujące obłoki. Na takie chwile nie było wiele czasu.
++++++Wejdźmin wstał i otrzepał ubranie. Wyjął urządzenie opisane jako „Dyrdynetki 18+” i spojrzał przez nie chcąc przyjrzeć się majaczącej w oddali chatce. Nic nie zobaczył, ponownie wycelował i wcisnął jedyny guziczek na metalowej obudowie. Na początku trochę się zdziwił.
++++++– Rany, ale zbliżenie. Widać nawet… Ale zaraz… – zmarszczył brwi.
++++++Wcisnął guziczek jeszcze kilka razy i sprawił, że kolorowe obrazki z gołymi paniami zaczęły zmieniać się przed jego oczami.
++++++– Boże Święty – powiedział i podał urządzenie Zołmanowi. – Masz. Tobie się spodoba.
++++++Krasnolud przyjął prezent i od tamtej pory słuch o nim zaginął. Podobno ktoś widział go jeszcze potem, jak klęcząc krzyczy „Nie jestem gejem”, ale o tym następnym razem.

++++++Zanim wejdźmin wszedł na wzgórze by spojrzeć przez Dyrdynetki, pożeganał się z Lejdi Zgagą i opuścił jej jaskinię, po czym nogi poprowadziły go wprost do najobskurniejszego baru jaki zdarzyło mu się w życiu odwiedzić. Pamiętał, że nie powinien, ale wejdźmińska natura – jak lubił myśleć, a nie przyzwyczajenia – kazała mu przemyśleć wszystko raz jeszcze w stanie, w którym pomysły przychodzą do głowy najszybciej i są niezaprzeczalnie najlepsze na świecie. Nim zaczął myśleć, jak to również bywa w wejdźmińskiej naturze, poznał pewnego mężczyznę. Ten był zdruzgotany i przyszedł prosić wejdźmina
o radę. Ale Gejralt miał szczególne podejście do romansów.

++++++– Zołmanie, to jest Bogdan, a to jest Basia. Bogdan nie chciał iść bez Basi, a Basia nie chciała iść beze mnie – wejdźmin wzruszył ramionami i rozejrzał się po niechlujnie rozbitym obozie w poszukiwaniu wygodnego miejsca. – Trudno – zachichotał. – Zawsze miałem szóstkę z zajęć grupowych, nawet w ekstremalnych warunkach.
++++++Krasnolud przyglądał się wejdźminiowi, którego jedna ręka spoczywała na ramieniu Bogdana, a druga w talii Basi. On sam nie chciał uczestniczyć w tej zakrapianej imprezie i poszedł szukać miejsca na biwak. To znaczy chciał, ale nie mógł, bo był teraz odpowiedzialnym ojcem zgwałtoluda, a Gejralt przysiągł na własny topór, że wypije tylko jedno piwo. Dopiero teraz dotarło do niego, że Gejralt nie ma topora.
++++++– Możecie już iść, przejmę go – powiedział Zołman, ale Bogdan i Basia nie zareagowali w sugerowany sposób, więc zwrócił się do wejdźmina. – Wypiłes jedno piwo i trzydzieści eliksirów, czy jak to było?
++++++– Njeee… – wybełkotał Gejralt. – Albo może tak. Troszeczkę.
++++++Zołman przechwycił przyjaciela.
++++++– Ledwo stoisz – powiedział.
++++++– ‎To akurat u mnie nigdy, że ledwo – usłyszał w odpowiedzi. -‎ Albo stoi, albo wcale, wiesz przecież…
++++++– Zamknij jadaczkę – skwitował Zołman próbując zaciągnąć „zwłoki” do spania. Zdał sobie jednak sprawę, że sam nie da rady, toteż machnął ręką w stronę poety.
++++++Mlaskier siedział owinięty kocem pod sam nos i obserwował wszystko zza ogniska. Zimno mu nie było, tylko Zołman kazał mu się ubrać. Nie, nie – kędzierzawa głowa poety nie była aż tak zakręcona, żeby ubrać się w koc – to był akurat pomysł krasnoluda. Problem Mlaskra często polegał na tym, że nawet gdy się ubrał, to wciąż wyglądał jak nieubrany. Toteż miał siedzieć w kocu, dopóki Zołman nie zaśnie albo Gejralt nie wróci i nie powie mu, że ma się ubrać – choć na to drugie krasnolud zbytnio nie liczył. Na to pierwsze właściwie już też nie.
++++++– A wiesz, że ja umiem sofać szas?…Pacz – wymamrotał wejdźmin, zrobił kilka chwiejnych kroków w tył i roześmiał się głupkowato.
++++++– Cholera! Kładź się – warknął krasnolud. – Bo mi dziecko obudzisz.
++++++– No pszesiesz siekładę – wyjęczał wejdźmin wstając.
++++++Zołman pchnął go z powrotem.
++++++– No to choźźź się… chociaż przytul… – postulował Gejralt. – Szy coś…
++++++– Śpij!
++++++– Ale ja – mamrotał Gejralt. – Najlepiej zasypiam, jak tszymam szyjeś udo, jak najwyszej… Najwyżej tak.
++++++– Może być moje? – spytała Basia.
++++++– Eee… nieee – odparł wejdźmin. – A właściwie, to dzie est Mlaskier?
++++++Mlaskier był dumny ze swojego kamuflażu. Wejdźmin postanowił go poszukać, ale Zołman przygniótł go butem do ziemi.
++++++– Czasami się zastanawiam, jak ty w ogóle zrobiłeś to dziecko – burknął.
++++++– Tesz się szasami zastanawiam – odparł wejdźmin przyglądając się nodze na swojej klatce piersiowej, której nie był w stanie odgadnąć.
++++++– A można się dosiąść? – spytał ni stąd ni zowąd Bogdan.
++++++– Moszna… Ale bez „się”… – wymamrotał Gejralt nie otwierając oczu.
++++++Zołman pacnął się w czoło.
++++++– Dobra – powiedział. – Wszystko mi już jedno, co będziecie tu robić, ja idę. Gdzieś.
++++++Krasnolud machnął ręką i przeniósł swoje posłanie, z zawiniętym w środku synem, kilkanaście metrów dalej.

++++++Zgwałtolud, który rósł klika centymetrów dziennie, o świcie wsadził Zołmanowi duży palec u stopy do nosa. Od tej pory postanowił już zawsze budzić tatę w ten sposób. Krasnolud przełknął ślinę i odczekał, aż jego umysł ocknie się na tyle, by zrozumieć co się przed chwilą stało i przypomnieć sobie co właściwie robi sam na drewnianym pomoście. Spojrzał przed siebie. Dzień zapowiadał się ładnie. Wstające słońce oświetlało taflę jeziora na jasny pomarańczowy kolor. Kiedy przypomniał sobie to i owo, wrócił do obozu rozbitego pod samotnie stojącą na wzgórzu sosną i spostrzegł śliniącego się Mlaskra z ręką nieprzytomnego wejdźmina na jego udzie. Uznał, że wszystko jest w normie. Chwilę później spostrzegł rzeczy, które nie należały do żadnego z nich. Były to dwie sakiewki.
++++++– No tak – westchnął. – Bogdan i Basia.
++++++Krasnolud przystanął z rękami w kieszeniach i rozejrzał się w poszukiwaniu ich właścicieli. Pokręcił się jeszcze tu i tam, pogwizdał, porozglądał, pogmerał coś butem w ziemi, a potem dopadł, by je otworzyć. W środku znalazł kilka kawałków kości oblepionych robakami i wzdrygnął się odrzucając je od siebie. Spostrzegł, że takich szczątek wkoło jest więcej i że układają się w ścieżkę prowadzącą w dół, i dalej wgłąb lasu. Spojrzał na Gejralta.
++++++– Nie – powiedział i ruszył podążając śladem kości.
++++++Im głębiej w las szedł, tym było ich więcej, a one same coraz mniejsze i bardziej pokruszone. Starał się po nich nie stąpać, by poruszać się jak najciszej. Nagle spostrzegł dwie kucające postacie. Były odwrócone do niego tyłem i szeptały coś do siebie.
++++++Krasnolud zamarł, kiedy przestały.
++++++Nie do końca pamiętał jak wyglądali przybysze, których przyprowadził wejdźmin. To znaczy – pamiętał, że Basia nie była zbyt ładna ale to, co teraz stało przed nim w pełnym świetle dnia, na pewno wyglądało gorzej niż wczoraj. Bardziej trupio. To samo dotyczyło jej kompana.
++++++– Witam – powiedział i poprawił sobie żuchwę Bogdan. Spostrzegłwszy, że krasnolud dziwnie na niego patrzy, dodał: – Zawsze tak mam po jedzeniu. Wypada mi.
++++++Basia wzruszyła ramionami, a potem szybko chwyciła się za jedno z nich, przyciskając je do reszty ciała. W bezwładnie wiszącej ręce trzymała plakat, który przykuł uwagę krasnoluda. Uśmiechnęła się ukazując wszystkie zęby – górne i dolne, te z tyłu i te z przodu – łącznie z dziąsłami, jakby brakowało jej znacznej ilości skóry. Zołman cofnął się o krok.
++++++– Po jakim jedzeniu? – spytał.
++++++– Nie chcieliśmy przeszkadzać – powiedział Bogdan.
++++++– Bo spaliście – dodała Basia.
++++++Krasnolud zrobił kolejny krok w tył. Kiedy obydwoje zaczęli się do niego zbliżać, zrobił to jeszcze klika razy, aż w końcu odwrócił się i przyśpieszył. Przez środek pleców przeszedł go zimny dreszcz i zdawało mu się, że pozostawił za sobą złowieszcze sapnięcie. Tym razem pomysł obudzenia wejdźmina wcale nie wydawał mu się taki najgłupszy.
++++++– Gejralt! – wyszeptał w panice. – Gejralt! Obudź się!
++++++Wejdźmin mruknął coś pod nosem.
++++++– Gejralt, kurwa! Wstawaj!
++++++– Leż, wstań, śpij, nie śpij… – powiedział wejdźmin
w półśnie. – Weź się człowieku, zdecyduj…
++++++– Kurwa, zabije cię, jak się zaraz nie obudzisz! – Zołman obejrzał się za siebie.
++++++– No to rzeczywiście…
++++++– Gejralt, coś jest z nimi nie tak! – Zołman potrząsnął wejdżminem za barki.
++++++Ten w końcu otworzył oczy i spojrzał na niego.
++++++– Uspokój się, Zołmanie, nie wiem o co ci chodzi.
++++++– Bogdan i Basia!
++++++– Ktooo…?
++++++– Ja pierdole, Gejralt! – Zołman zaczął szukać medalionu na torsie wejdźmina oklepując go trzęsącymi się rękami. – Gdzie go masz!?
++++++– Noo… Trochę niżej…
++++++Krasnolud posłuchał i szukał, ale gdy jego dłonie znalazły się poniżej wejdźmińskiego pępka, a miednica przybrała wygodniejszą pozycję, natychmiast się cofnął.
++++++– Medalion, kurwa! – wrzasnął półszeptem łapiąc się za włosy. – Medalion!
++++++– Zdjąłem, bo przy twoim zgwałtoludku nieustannie drga. Nie żebym nie lubił, ale tak przez cały czas to…
++++++– Gdzie jest!? Masz go przy sobie?!
++++++– Możliwe.
++++++– Gejralt! Ja nie żartuję!
++++++– Oj no już dobrze, dobrze – wejdźmin westchnął. – Widzisz ten koszyczek Mlaskra, tam naprzeciwko?…
++++++Zołman nie odpowiedział. Natychmiast dopadł do koszyka i wyrzucił wszystko ze środka.
++++++– …No to nie tam – dokończył Gejralt. – Ale pupkę to masz fajną, jak się tak wypinasz.
++++++Zołman wybałuszył oczy. Wejdźmin wsparł tułów na łokciach i przechylił głowę na bok.
++++++– Coś ci przyszło do głowy w związku z tym medalionem? – zapytał, próbując ukryć oznaki rozbawienia na twarzy.
++++++Mlaskier zachichotał.
++++++– A ja chyba wiem gdzie go masz… – powiedział.
++++++Gejralt uśmiechnął się.
++++++Krasnolud wyprostował tułów i ruszył w stronę wejdźmina. Po drodze od niechcenia wziął oparty o drzewo topór i bez słowa wyjaśnienia zamachnął się wbijając ostrze do połowy w ziemię między nogi przyjaciela, które ten zdążył w porę rozsunąć.
++++++– A TOBIE PRZYSZŁO COŚ TERAZ DO GŁOWY!? – warknął.
++++++Gejralt patrzył na niego szeroko otwartymi oczami. Wiedział, że krasnoludzkie zaloty bywają brutalne, ale to byłaby przesada.
++++++– Odbiło ci!? – zapytał.
++++++– MOŻLIWE!
++++++– A co, gdybyś trafił?!
++++++– NICO! – Zołman raz jeszcze zerknął na ścieżkę usianą kośćmi. – Będziesz mnie teraz słuchał?!
++++++– Medalion mam w torebce – powiedział wejdźmin.
++++++Krasnolud spojrzał na wejdźmińską sakwę z cekinowym szlaczkiem i wysuniętym z niej srebrnym sznurkiem, który drgał miarowo, wprawiając całą resztę w ledwo dostrzegalne wibracje.
++++++– Mówiłem, że przy twoim synku jest bezużyteczny. Po co ci on? – zapytał wejdźmin.
++++++– A ja mówiłem, że coś jest z nimi nie tak! Zjedli całe zwierzę w lesie! CAŁE! Do najmniejszej kosteczki! I mają twój portret! O ile się nie mylę, to ten z sypialni Fjutesta!
++++++– Dobrze, próbuję nadążać…
++++++– Skup się, kurwa!
++++++– Ciężko się skupić, jak tak mi wpychasz ten wielki topór pomiędzy nogi i jeszcze boli mnie… – wejdźmin nie dokończył, bo Zołman wcisnął topór głębiej w ziemię.
++++++– Fjutest posłał za tobą list gończy, pamiętasz? – powiedział.
++++++– A, no tak – odpowiedział Gejralt i spojrzał za Zołmana mrużąc oczy, a kiedy był pewny, zwrócił się do Bogdana i Basi, którzy właśnie pojawili się na miejscu. – Przepraszam, czy jesteście może jednymi z tych co chcą mnie uprowadzić i postawić przed królem Wyrżnijmy celem odebrania nagrody za moją głowę?
++++++Zołman zdębiał. Podobnie jak Bogdan i Basia, którzy spojrzeli po sobie i przecząco pokiwali głowami.
++++++– Nie. My zbieramy plakaty – powiedział Bogdan.
++++++– No widzisz, Zołmanie, zbierają plakaty. I po co tyle krzyku?
++++++Krasnolud bał się odwrócić.
++++++– I już?… – zapytał. – Ja wiem że masz kaca, ale nie wydaje ci się, że wyglądają trochę… MARTWO? – wyszeptał.
++++++Wejdźmin ponownie się przyjrzał, a potem pytająco zerknął na przyjaciela. Zołman obejrzał się. Bogdan i Basia wyglądali jak całkiem normalni ludzie.
++++++Krasnolud opadł na ziemię, wziął swoje długie na ponad metr dziecko i głaszcząc je po główce posiedział tak jeszcze przez chwilę patrząc w nicość.
++++++– To niemożliwe – powiedział.
++++++– Tato, kupa – odezwał się zgwałtolud.
++++++– Co? – Zołman ocknął się.
++++++– Powiedział „kupa”, Zołmanie – wtrącił wejdźmin. – Chyba powinieneś pójść.
++++++Tak naprawdę zgwałtolud powiedział coś, co brzmiało jak „tal kuku buba”, ale Zołman i reszta zdążyli już nauczyć się co oznacza owe zdanie na własnej skórze. Wejdźmin odprowadził ich wzrokiem i przechylił głowę na widok rozdartej na plecach koszuli Zołmana. Kiedy ten całkiem zniknął za wzgórzem, spojrzał na przybyszy, których obydwa imiona zaczynały się na literę „B”.
++++++– I co tam, bąbelki? – spytał marszcząc brwi. – Bo nic nie pamiętam z wczoraj.
++++++Odkąd oglądał ich dzisiaj, nie podobały mu się ich sztywne sylwetki, sposób w jaki mu się przyglądają i głucha cisza, która obecnie ich dzieliła. Spostrzegł, że jego medalion wciąż drga, mimo nieobecności zgwałtoluda.
++++++Bogdan i Basia zrobili kilka powolnych kroków w przód jeszcze bardziej wbijając w niego wzrok. Gejralt obserwował, nie poruszał się. Kątem oka widział medalion. Na ich twarzach zaczął malować się złowrogi uśmiech, na przemian z prześwitującą pod skórą przegnitą czaszką. Wejdźmiński medalion zaczął wibrować jak szalony, całkiem wysuwając się z torby. Gejralt zachowywał spokój, ale jego szybki oddech i skupiony wzrok zdradzał, że jest gotowy na wszystko.
++++++– Nie ruszaj się – powiedział. – Ani odrobinkę – dodał nie odrywając od nich wzroku.
++++++Mlaskier dobrze znał ten ton wejdźmina. Natychmiast zamarł.
Piach podniósł się z ziemi i zaczął wirować wokół przybyszy. Skrawki ubrań i skóry odrywały się raz po raz od ich kości, aż oczom wejdźmina ukazały się dwa całkiem gołe i zgnite szkielety, które zamieniły się w szary pył i zniknęły; a on sam znalazł się w zimnym, wietrznym miejscu spowitym mgłą i cieniami.
++++++– KŁAMCA… – rozległ się niewyraźny głos.
++++++Gejralt zerwał się na równe nogi. Nim zdążył wykonać jakikolwiek ruch, wylądował we wnętrzu małej chatki. Cienie zamieniły się w smugi światła wpadające przez przybrudzone szyby w oknach, a szepty w spokojny śpiew ptaków. Zrobiło się ciepło. Wejdźmin objął wzrokiem całe wnętrze. Zauważył mały taboret, dziecięce trzewiki, otwarte na oścież drzwi i porozrzucane sukienki Dżemmefer. Nad jednym z okien siedział motylek, nienaturalnie otoczony kolorową poświatą. Wejdźmin zbliżył się do niego bardzo powoli.
++++++– Myślisz, że uda ci się go złapać?… – usłyszał głos.
++++++Kolorowy motyl zatrzepotał skrzydełkami. Wejdźmin podszedł do parapetu i wyciągnął rękę by chwycić owada, ten jednak w nienaturalnie szybki sposób przemieścił się na żyrandol. Gejralt, nie zastanawiając się wcale, zrobił dwa kroki i ponownie sięgnął po motylka. I tym razem mu umknął, wyfruwając przez okno.
++++++– Yhmm… – rozległo się nagle jakby przypadkiem. – Z niską dzewczynką było jakoś fajniej…
++++++Ziemia zatrzęsła się, a ciasna chatka przestała być przytulna. Jej wnętrze spowiła szarość i pachnący cmentarzem odór, połączony z mieszanką znanych perfum. Promienie słońca na powrót zamieniły się w gęste opary. Gejralt zachwiał się na nogach. Jasny motylek, jedyna widoczna rzecz w przestrzeni ogarniętej cieniem, jakby na niego czekał. Gejralt przeszedł przez skrzypiące drzwi.
++++++Świetlisty owad poprowadził go przez rozległą łąkę pokrytą suchą trawą, a zaraz potem pośród martwych pni spalonych drzew, które niegdyś były lasem. Niektóre z nich zdawały się ożywać i próbowały sięgnąć go czarnymi konarami, kiedy tylko je mijał. Inne piętrzyły przed nim swe karłowate korzenie, utrudniając gonitwę. Był od nich jednak znacznie szybszy. Motylek frunął przed siebie, prowadząc go wprost na wzgórze.
++++++Wspinaczka zdawała się nie mieć końca, a powtarzające się charakterystyczne elementy utwierdziły go w przekonaniu, że znajduje się w jakiegoś rodzaju koszmarnej pętli. Mimo słabnących sił, chwytał się kolejnych półek skalnych z wrodzoną zwinnością, aż dotarł na szczyt, znajdując w sobie resztki wejdźmińskiej, niczym nie wspomaganej siły.
++++++Motylek usiadł na wysoko położonej gałęzi samotnie stojącej sosny i rozprostował skrzydełka. To było to samo miejsce, w którym wczoraj rozbili obóz. Gejralt obejrzał się za siebie, ale czubek wzgórza z kołyszącym się drzewem, był jedyną dostrzegalną materią. Cała reszta, o ile w ogóle coś tam było, tonęła w gęstej mgle. Wejdźmin patrzył na skrzącego się owada oddychając ciężko.
++++++– Może herbatki, wejdźminie? – usłyszał głos rozchodzący się we wszystkich kierunkach.
++++++Te kilka chwil odpoczynku wystarczyło mu, by odbić się od ziemi i chwycić się kilku kolejnych konarów z rzędu,
wydrążonej w pniu dziupli, i wspiąć się do gałęzi, na której mu zależało. Kiedy tylko jego dłoń zacisnęła się we właściwym miejscu, gałąź zniknęła rozpraszając się w proch, a on sam, przeleciał przez dawno zapomniane ptasie gniazdo i z trzaskiem łamanych patyków wylądował na samym dole. Syknął zaciskając powieki. Kiedy je otworzył, na jego nosie siedział motylek. Wejdźmin wstrzymał oddech, ale nie z powodu owada. Nad jego głową pojawił się czyjś cień.
++++++– Niedaleko padła jabłoń od jabłka… He he… – usłyszał.
++++++Cień przemieścił się zwinnie.
++++++– Jak wiesz, roznosimy plotki – powiedział. – I nie tylko – dodał. – A ty jesteś KŁAMCĄ!
++++++Gejralt bezskutecznie próbował zlokalizować źródło rozchodzącego się głosu.
++++++– Zostaniesz szczególnie zarażony. Nie masz nic przeciwko? – usłyszał, a zaraz potem coś szepnęło mu wprost do ucha. – Kłamco?!
++++++Gejralt rozejrzał się poruszając tylko oczami. W pobliżu nie było niczego, prócz wijących się mgieł i dymów na tle czarnej nicości.
++++++– Ostatnim razem byłeś bardziej gadatliwy… – cień mruknął w zamyśle. – MÓW DO MNIE!
++++++Wrzask rozszedł się pulsującym echem i nie doczekał się reakcji.
++++++– Yhm, w takim razie ja będę mówił dalej – ciągnął cień przemieszczając się lekko. – Rozniosę całemu światu najgorsze plotki na twój temat i będę patrzył jak szczują cię psami, plują i rzucają w ciebie kamieniami i błotem! Ha ha ha!
++++++– Plotki to plotki – powiedział Gejralt. – Rzadko są prawdziwe.
++++++– Yhm. Odezwał się. Widzę, że do ciebie nie dociera, wejdźminie – głos jakby przefruną nad nim. – Zabiorę ci wszystko co kochasz i co czyni cię tym, kim jesteś, aż zostaniesz całkiem sam i bezużyteczny… A potem będę niszczył wszystko, z czym nawiążesz choćby nić porozumienia! Zrobię z ciebie najgorszą zarazę…!
++++++Motylek spłonął w magicznych oparach. Wejdźmin przełknął ślinę.
++++++– Co chcesz wiedzieć? – spytał.
++++++– Od ciebie? Nic – głos zdawał się być tuż przed twarzą Gejralta, a potem zaczął zanikać. – Już wszystko wiem.
++++++Zadymione powietrze rozrzedziło się, a wraz z przebijającymi się promieniami słońca, zimna posadzka obrosła zieloną trawą. Wejdźmin zacisnął ją w dłoniach, była prawdziwa. Spojrzał w górę. Białe chmury płynęły spokojnie na tle nieboskłonu. Z samotnie stojącej na wzgórzu sosny zbiegła wiewiórka, pokręciła łepkiem i rzuciła w niego orzechem, zupełnie jakby chciała powiedzieć „Hej, ocknij się, kolego”.
++++++Wejdźmin spojrzał na nią groźnie. Gryzoń zerknął na wyrzucony nieopatrznie orzeszek, a potem na niego i znacząco przechylił główkę.
++++++– Ale, że co? Chcesz go z powrotem? – spytał Gejralt i wystawił drżącą dłoń z orzechem.
++++++Zza wzgórza wyłonił się Zołman. Wiewiórka czmychnęła na drzewo.
++++++– Nie wiem po kim on ma takie sranie, ale na pewno nie po mnie – powiedział do wejdźmina. – Pół godziny i jeden mały bobek. A co ty taki blady jesteś? Będziesz rzygał po wczorajszym?
++++++Gejralt spojrzał na wibrujący medalion.
++++++– Gejraltku, coś cię boli? – spytał Mlaskier przyglądając się ciężko oddychającemu przyjacielowi. – Bo się trzęsiesz gorzej niż ten twój wisiorek.
++++++Wejdźmin pokiwał głową.
++++++– Kazałem ci się nie ruszać, pamiętasz? – zapytał.
++++++Mlaskier przytaknął.
++++++– Co było potem?
++++++– Nic takiego – odparł poeta. – Z drzewa zeszła wiewiórka, a potem przyszedł Zołman. Nie chciałeś żeby się wystraszyła, prawda? Dlatego kazałeś mi się nie ruszać?
++++++Gejralt odgarnął włosy i złapał się za twarz.
++++++– Nie, nie, nie – wyszeptał. – A Basia?… I ten drugi…
++++++– No tak się woła wiewiórkę! Basia, Basia! – grajek rozpromienił się na moment. – Czy nie?
++++++– Wszystko gra? – dopytał Zołman.

++++++Wejdźmin wstał i otrzepał ubranie. Wyjął urządzenie opisane jako „Dyrdynetki 18+” i spojrzał przez nie chcąc przyjrzeć się majaczącej w oddali chatce. Nic nie zobaczył, więc wcisnął kilkakrotnie jedyny guziczek na metalowej obudowie i sprawił, że kolorowe obrazki z gołymi panienkami zaczęły zmieniać się przed jego oczami.
++++++– Boże Święty – powiedział i podał urządzenie Zołmanowi. – Masz. Spodoba ci się.
++++++Krasnolud przyjął prezent i odszedł w zaciszne miejsce. Nie zauważył nawet, że coś nieustannie chrupie pod jego butami.
++++++– Nie będziesz wiedział o czym mówię, ale miałeś rację – powiedział Gejralt patrząc przed siebie. – Coś było z nimi nie tak. To byli posłańcy Dzikiego Zgonu. Nie tylko Mimi została porwana. Są tam wszyscy, na których kiedykolwiek w jakikolwiek sposób mi zależało. A to znaczy, że może być tam dziesięć osób, ale może być też na przykład ponad cztery tysiące. Zależy w jaki sposób ocenił stan mojego zaangażowania w…- Gejralt chrząknął. – W każdym razie, od dzisiaj macie się trzymać blisko mnie – wejdźmin odwrócił się na pięcie chwytając Mlaskra za rękę. – Bliżej niż wtedy jak w trójkę… Zołmanie?

++++++Krasnoluda nie było w pobliżu. Z drzewa spadła wiewiórka.
++++++Była martwa.

Rozdział XI – Pani z Wodospadu

11

Wejdźmin siedział oparty o drzewo i tarł oczy. O wejdźmina opierał się mały Zołman Junior i ciamkał koniec ładnie zdobionej butelki w wiklinowym koszyczku, raz po raz opróżniając jej wnętrze. W ciągu tego czasu Gejralt wymyślił wiele rzeczy i o wielu z nich od razu zapomniał. Inne z kolei nie dawały mu spokoju. Te drugie dotyczyły jego córki i tego, jak będzie wyglądało jego życie, bez względu na to, czy ją znajdzie – czy nie. A co jeśli nie? Maluch przypominający Zołmana, tyle że siedzący na jego udach w liliowej sukience, wcale mu w tym nie pomagał.
++++++Od kilku dni miewał koszmary. Sen powtarzał się i zawsze kończył się tak samo. Ciemnością. Bał się o nim myśleć, bo wiedział, co może oznaczać. Bał się bo czuł, że tym razem sobie nie poradzi. Często myślał też o słowach, które niedawno usłyszał. Wyrazy: „wieści” i „rozchodzą” zaczynały nabierać niepokojącego znaczenia. Denerwowało go też „powoli” i „ostatnio”.
++++++Gejralt zmarszczył brwi. Musiał się skonsultować.
++++++– Wymyśliłeś coś? – przerwał mu Zołman.
++++++Wejdźmin podrapał się po brodzie. Odkąd eliksiry przestały na niego działać (w tym eliksir „Gładszy niż pupka”) na jego twarzy pojawił się lichy, czarnawy zarost. Swędział.
++++++– Tak – powiedział. – Zauważyłeś, że w słowie „krasnolud” jest ukryte drugie słowo?
++++++– Co? – zdziwił się Zołman.
++++++– Lód – Gejralt spojrzał na niego zaczerwienionymi oczami. Nie uśmiechał się.
++++++Zołman postanowił puścić to mimo uszu. Słowo „lód” już od dawna nie kojarzyło mu się ze śmietankową masą w wafelku.
++++++– Wymyśliłem też określenie na twojego syna – ciągnął Gejralt. – Zgwałtolud.
++++++– Ty spałeś coś w ogóle? – krasnolud zachował cierpliwość.
++++++Wejdźmin zamyślił się. Nie odpowiedział.

++++++Zołman nie odszedł. Przechylił głowę i zaczął przyglądać się przyjacielowi. Nie martwił się zbytnio, wiedział bowiem że milczący, irytujący i nieodpowiadający na pytania Gejralt to dobry znak. Zaraz potem spojrzał na swojego potomka i butelkę w wiklinowym koszyczku, której zawartość najwyraźniej bardzo mu smakowała. Krasnolud delikatnie odebrał ją synkowi, pozostawiając jego wyciągnięte za nią rączki, i powąchał.
++++++– Hm – mruknął. – Ładnie pachnie.
++++++Zwrócił tym uwagę wejdźmina.
++++++– Pachnieee… Lasem. Jakby iglastym…? – kontynuował. – Co to jest? Coś z szyszek? Widziałem jak Mlaskier zbiera rano.
++++++– Mm. Blisko – rzucił wejdźmin, zakładając ręce na piersi.
++++++Zołman wziął łyka i przybrał minę przypominającą smakosza win podczas degustacji.
++++++– Rzeczywiście, to nie szyszka – stwierdził, delektując się dalej. – Coś bardziej… Wyrafinowanego. Jakby zebrać krople rosy o poranku z igieł świerku i…
++++++– Sok z lasodymacza – przerwał mu Gejralt.
++++++Zołman wypluł zawartość ust fundując sobie i siedzącym pod drzewem zimny, klejący prysznic.
++++++– No i masz, Zołmanie, cały się ufyfłałeś i nas też… – rzekł wejdźmin, próbując go oczyścić.
++++++– Zostaw! – wrzasnął. – Kurwa! No kto normalny pije takie rzeczy! Synku, nic ci nie jest? – Zołman podniósł go i zaczął nim potrząsać.
++++++– Uważaj, pognieciesz mu sukienkę…
++++++– Jaką, kurwa, sukienkę?! On ma na sobie spodenki w topory i malutką kolczugę!
++++++– Mój ma…
++++++– Zamknij się! Co teraz? Czego mam się spodziewać? Będzie miał halucynacje? Coś mu wyrośnie? Zamieni się w drzewo? W potwora?!
++++++– Nic, Zołmanie. To zwykły sok.
++++++– Zwykły sok, to jest kurwa z porzeczek!
++++++– Twojemu dziecku pasuje.
++++++Zołman spojrzał na syna, który teraz wlewał w siebie napój leżąc na plecach i natychmiast mu go zabrał.
++++++– Zostaw! – wrzasnął. – Nie pij tego świństwa!
++++++– Klinken flinken tal mu ka? – spytało dziecko.
++++++– Że co? Smakuje ci?! Wypluj to!
++++++– Flinken klinken tal gu gu – powiedział zgwałtolud i wszedł w kupkę liści, zostawiając sobie jedynie małe okienko do podglądania.
++++++– Zołmanie, znowu go straszysz.
++++++– Spierdalaj! – warknął krasnolud wskazując wejdźmina palcem. – Synuś, zapamiętaj sobie raz na zawsze: Nigdy niczego od niego nie bierz! W szczególności do buzi!
++++++Gejralt wypchnął policzek językiem.
++++++– No tak – powiedział. – Ale teraz to przegiąłeś pałę.
++++++Wejdźmin wstał i założył torebkę, przewieszając ją na skos.
++++++– Zbierajcie się, jesteśmy już blisko.

++++++Szum wodospadu było słychać coraz głośniej. Fruwające wokół motyle i świergoczące ptaki zapraszały przybyszy w głąb gęstego, wilgotnego lasu. Gejralt pozostawał czujny. Przedzierając się ledwie widoczną ścieżką wśród bujnej roślinności uważał, żeby żadna gałązka która ociera mu się o klejnoty, nie wystrzeliła w twarz idącego za nim Zołmana, który taszczył na brzuchu naprędce zrobione nosidełko ze swoim potomkiem. Mlaskier jakby czuł, że z wejdźminem jest coś nie w porządku, trzymał go więc za rękę i przyglądał mu się zmartwionymi oczami plącząc mu się pod nogami, raz to z lewej, raz z prawej strony. Przechodząc przez ostatni zwał gąszczu, ich oczom ukazała się niewielka, porośnięta kwiatami polanka zachwycająca swoim bajkowym urokiem. Z jednej strony przylegała do wysokiej skały, z której czubka spływał rwący potok, kończąc swoją drogę w spokojnej tafli niewielkiego jeziora.
++++++– Jest – wyszeptał Gejralt. – Nie zbliżajcie się do wody.
++++++– Dlaczego? Wykąpałbym się. I Juniorka – powiedział Zołman.
++++++– Ja też! – zawołał Mlaskier.
++++++– Nie – Gejralt podniósł głos. – Tu mogą być ruchałki wodne i smyrenki.
++++++Mlaskier zrobił poważną minę i bardzo powoli włożył palec wskazujący w taflę wody.
++++++– Skąd wiesz? – krasnolud naburmuszył się.
++++++– Normalnie bym je, Mlaskruś wyjmij stamtąd palec, słyszał. Lepiej nie ryzykować kąpielą, szczególnie że będą bronić swojej Pani – powiedział i na powrót zwrócił się do Mlaskra. – Jak zaraz go nie wyjmiesz, to najpierw piękna smyrenka ocierając się o ciebie zwabi cię anielskim śpiewem do jeziora, a zaraz potem dopadną cię ruchałki, i jakkolwiek Zołmanie szeroko się teraz uśmiechasz, to mogę cię zapewnić, że jest to dużo gorsze od tego, co zrobiły ci zgwałty.
++++++Krasnolud przestał się uśmiechać. Mlaskier wyciągnął palec.
++++++– No dobrze – zaczął Gejralt wydychając powietrze. – Skoro przeszła wam ochota na dożywotnią kąpiel pod wodą ze stadkiem panienek z ptaszkami…
++++++– Zaraz, zaraz – przerwał krasnolud. – Skąd wiesz? Próbowałeś?
++++++Gejralt wciągnął policzki i założył ręce.
++++++– Młody byłem, samotny – rzucił.
++++++Krasnolud burknął coś pod nosem.
++++++– To po co tu jesteśmy? – spytał.
++++++– Przyszliśmy zasięgnąć rady Pani z Wodospadu.

++++++Mało kto słyszał o Pani z Wodospadu. Była raczej legendą, mitem przekazywanym z pokolenia na pokolenie i nieliczni wiedzieli, że istnieje naprawdę. Miała to być postać bardzo osobliwa, mówiąca szeptem niemal pozbawionym intonacji, o ciele pięknej kobiety, jednak zimnej jak lód; o twarzy martwej, świdrujących oczach, które nigdy nie mrugają i skórze pokrytej niebieskimi łuskami. Pani z Wodospadu uchodzić miała za personę nadnaturalnie obdarzoną wyższymi emocjami i nadprzyrodzonymi zmysłami, które pozwalały jej dostrzec wszystko z wyrazistością, zapachem, namacalnie i ze słuchem czulszym od każdej innej, nawet magicznej istoty. Wiedzieć miała o wszystkim co dzieje się na ziemi i wokół niej. Dostrzegać niedostrzeżone, ujawniać nieujawnione. A wszystko co robiła, to leżała. Długi czas.
++++++– Problem jest taki – tłumaczył dalej Gejralt – że do środka tej Wodospadowej Świątyni można wejść tylko nago, a ona mówi tylko wtedy, gdy się jej dotyka.
++++++– To może ty wejdziesz nago, a ja będę macał? – zaproponował krasnolud.
++++++– Doceniam próbę pooglądania mnie na golasa Zołmanie, ale ‎wchodzi się pojedynczo. Po wejściu należy jej uważnie słuchać i nie zadawać pytań, dopóki nie skończy. Wszystko co mówi, może mieć znaczenie, ale ponieważ jest dużo bardziej rozwinięta od każdej możliwej żyjącej istoty i całe dnie jest sama, wypowiadać się może trochę… zawile. To kto pierwszy?
++++++– A czy ona też ma… no wiesz… – krasnolud pokiwał ręką w okolicach bioder.
++++++– Ptaszka? Nie.

++++++I tak Zołman postanowił wejść do wodospadu.
++++++– Pamiętaj Zołmanie, im bardziej się starasz tym więcej mówi! – usłyszał za plecami głos wejdźmina. Musiał się przy nim rozebrać, ale uznał, że warto. Zignorował komentarze na temat swoich męskich pleców oraz zgrabnego miejsca, w którym się kończą i zniknął za spływająca taflą wody. Jego oczom ukazała się lodowa grota podświetlona nienaturalnej wielkości błękitnymi grzybami. Na samym jej końcu, w najjaśniejszym miejscu, na wielkim okrągłym liściu unoszącym się na krystalicznie czystej wodzie, leżała Pani z Wodospadu. Prezentowała się nawet lepiej niż w ustach wejdźmina.
++++++Krasnolud wyprostował się i po dłuższej chwili wyszedł na zewnątrz bardzo zadowolony.
++++++– No… – powiedział patrząc na oczekujące spojrzenia towarzyszy. – Dziwna nie dziwna, ale całkiem niezła z niej babka.
++++++– ‎I…? – zapytał Gejralt.
++++++– ‎No starałem się…
++++++– ‎Taaak.. I?
++++++– ‎Tak bardzo się starałem, że nie słyszałem co mówi.
++++++Wejdźmin nadmuchał klatkę piersiową i zamknął oczy.
++++++– Dobrze – powiedział – Ja pójdę – wypuścił powietrze. – Chwila, a gdzie jest Mlaskier?
++++++Ciągnięty ciekawością Mlaskier był już w środku. Nie trzeba było jednak długo na niego czekać. Poeta, nie zważając na leżącą legendę, pchnął wielki liść na którym leżała robiąc sobie trochę miejsca, rozebrał się i wykąpał.
++++++– Na koniec dotknąłem ją w oko – powiedział po wyjściu. – Hi hi, śmiesznie, bo go w ogóle nie zamknęła!

++++++Wejdźmin miał nadzieję, że jeszcze cokolwiek z niej zostało. W pośpiechu ściągnął wszystko co miał na sobie i, nieco spięty, znalazł się po drugiej stronie wodospadu. Z kieszeni jego niedbale rzuconej torebki wysunęła się mała książeczka, a z jej wnętrza – uschnięty niebieski listek. Zołman znał Wejdźmiński Bestiariusz. Z widzenia. Trudno było zapomnieć misia na okładce.
++++++Podniósł go i otworzył w zaznaczonym liściem miejscu.
++++++– Lekcja 18, Zgwałty – przeczytał. – Poziom niebezpieczeństwa: Niski. Krótka charakterystyka… bla, bla. Występowanie: stare lasy liściaste. Styl życia: grupowy… Populacja: zagrożona… Same bzdety. Wymiary: od 15 do 450 centymetrów, o kurwa. Właściwości magiczne: tak. Pożywienie: liście, szyszki, gałęzie, mięso z indyka… kiełbasa? Odporne na: alkohol i wszystkie wejdźmińskie znaki. Ulubiony przysmak: sok z lasodymacza.
++++++Zołman odłożył bestiariusz.
++++++– Kurwa – powiedział.

++++++Dokładnie to samo pomyślał Gejralt. Rzadko mu się to zdarzało.
++++++– Jesteeeś zmęęęczooonyyy weeejdźmiiinieee – usłyszał z wnętrza groty. – Pooołóóóż się oboook mnieee…
++++++Gejralt nie miał w naturze leżenia obok nagich kobiet, a tym bardziej dotykania ich, ale teraz nie miał też innego wyjścia. Coś mu mówiło, że nie stara się tak bardzo jak Zołman bo to, co wpatrywało się w niego nieporuszającymi się oczami, nie mówiło nic. Ostatnio szybko tracił cierpliwość.
++++++– Nie będę robił dalej dopóki nie zaczniesz jakiegoś zdania.
++++++Cisza. Pani z Wodospadu w dalszym ciągu patrzyła na niego martwo i bez mrugnięcia. Jakby zastygła, niewzruszona.
++++++– Boże Święty – powiedział wejdźmin i zabrał się do roboty.

++++++Dotknęła jego umysłu, a jej oczy zrobiły się fioletowe. Wzięła głęboki wdech i przeniosła się w jego świat. Najpierw zobaczyła zieloną łąkę i usłyszała śmiech, a zaraz potem brzęk zamykanej kraty i poczuła chłód. Śmiech zamienił się w krzyk, a łąka w łyse pole usiane kośćmi. W następnej chwili uderzył ją silny podmuch ciepłego powietrza i kilka kłosów w twarz, a potem znalazła się na wysokim wzgórzu, gdzie poczuła się dobrze i lekko. Zamknęła oczy chwytając ostatnie promienie słońca. Na swym drżącym ciele poczuła ciepły uśmiech. Jej serce wypełniła radość i mnóstwo scen jak z filmów dla dorosłych, ale kiedy je otworzyła, na horyzoncie szalała burza. Nagle znalazła się w ciemnym i zimnym miejscu bez dna. W całkowitej, czarnej nicości. Na jej barkach spoczęło brzemię tak ciężkie, że ledwo wstała z kolan. Poczuła ciepło czyjejś dłoni. Ta złapała ją za rękę i wyciągnęła na zewnątrz. Okazało się, że znajdowała się w wielkim, ryczącym niczym potwór kredensie, który zaczął przechylać się wprost na nią. Kiedy uderzył o ziemię, ocknęła się łapiąc powietrze.

++++++Minęła już ponad godzina i Zołman zastanawiał się, co by się wydarzyło, gdyby jednak się wykąpał. Patrzył na idealnie gładką powierzchnię jeziora co rusz dostrzegając ponętne sylwetki smyrenek. Co jakiś czas zerkał też na wodospad, aż za którymś razem ujrzał w nim Gejralta i na powrót zaczął gorączkowo szukać kobiecych kształtów.
++++++– I co? – spytał w końcu. – Dowiedziałeś się czegoś?
++++++Gejralt zapiął spodnie, schował w nie koszulkę i usiadł na skałce patrząc gdzieś daleko.
++++++– Doszedłem… – wejdźmin zamyślił się robiąc pauzę – …do wniosku, że w niektórych sytuacjach jestem mało asertywny.
++++++– ‎Przestałeś dotykać?
++++++– ‎Nic nie przestałem – oburzył się Gejralt. – Ona przestała mówić w pewnym momencie.
++++++– ‎Jak to przestała jak ty nie przestałeś? Miała nie przestawać, u mnie nie przestawała. Chyba. W jakim momencie przestała?
++++++Wejdźmin spojrzał na krasnoluda i uniósł brwi.
++++++– Kulminacyjnym – powiedział.
++++++– ‎Aha, no tak. Teraz sobie przypomniałem, że u mnie też tak było… Musiało być tak – krasnolud podrapał się po nosie. – A później?
++++++– ‎Kazała mi wyjść.

++++++Gejralt postanowił zaczekać. Nie mylił się. Po kilku minutach Pani z Wodospadu majestatycznie wyszła ze swojej jamy. Jej fryzura nie była jednak odporna na niszczące działanie opadającego strumienia wody, toteż zwróciła się do nich z twarzą całkiem zakrytą czarnymi włosami.
++++++– Osoooby weeejdąąą… – powiedziała.
++++++Gejralt nie chciał, żeby wystraszyła Mlaskra, więc bardzo delikatnie odsłonił jej jedno oko.
++++++– Lejdi Zgaga, to ty umiesz chodzić? – powiedział zaraz potem rozkładając ręce. – To po co kazałaś mi kiedyś latać z jedzeniem dla ciebie codziennie przez pół roku…?
++++++– Cooo się dziiiwiii… – odparła. – Wszęęędzieee tylko gooołeee babyyy… Osoooby weeejdą móóówię…
++++++– Nago? – dopytał Zołman.
++++++– Nieee, w ciuuuchachhh…
++++++Spojrzeli po sobie.
++++++– Żartowałaaam… – zażartowała. – Żartowalaaaam, że żartuuujeee… – z jej twarzy pozbawionej mimiki nie dało się niczego odczytać. Wiedziała o tym. – W ubraaaniaaach… – rzuciła odwracając się powoli.

++++++Ruszyli za nią do wnętrza. Stanęła. Mlaskier pochylił się i odkrył, że jej nogi zamieniły się w kilka wijących się macek, które wprawiały całą resztę w ruch. Kiedy się wyprostował, stała już twarzą do niego, chowając dłonie za plecami.
++++++– Wejrzałam w twe duszeee, weeejdźminieee… Jeeest bardzooo udręczooonaaa… Widziałaaam twe snyyy…
++++++– A widziałaś ten, co mi się śni ostatnio?
++++++– O skaaaczącyyych po traaawie tyyyłkaaach…?
++++++– Nie.
++++++– O naaagich rycerzaaach na różooowyyych jednooorooożcaaach…? Faaajnyyy…
++++++– Też nie.
++++++– O krasnoluuudaaach z wieeelkiiimiii…
++++++Zołman odsunął się.
++++++– O kooozaaach?…
++++++– Nie no, błagam. To dawno było.
++++++– O Miiimiii?…
++++++Gejralt zdębiał.
++++++– O Mimi? – powtórzył. – Nie, ja… Ja nawet nie wiem jak ona wygląda.
++++++– To ooo czyyym?…
++++++– Mam taki sen… – zaczął wejdźmin. – Koszmar. Jestem w ciemnym miejscu, tak ciemnym, że nic nie widzę, ale czuję, jakbym widział. Wszędzie jest mnóstwo czarnych cieni, które poruszają się wokół mnie, jakby w zwolnionym tempie, ale jednocześnie bardzo szybko. Czuje je, są wszędzie. Jest cicho i nic nie słyszę, oprócz nich. Wiem dokładnie gdzie są. Każdy z osobna i wszystkie razem. I odczuwam straszny niepokój. I wtedy… Wtedy pojawia się jedno jasne, małe światełko. Powstaje jakby z nicości, i nagle w mgnieniu oka orientuję się, że jest nade mną. Jest inne, jest ciepłe, nie tak jak tamte. I boi się tak samo jak ja. Wpatruję się w nie i zaczynam rozumieć, że boi się mnie. A potem… kiedy wyciągam rękę, żeby je uspokoić, wszystko znika. I wtedy się budzę.

++++++– Jesteeeś odpowieeedzialnyyy za wieleee żyyyć, wejdźmiiiniiieee… – zaczęła. – Ktoooś, kto nieuuustannie przewodzi innym jest wyczerpaaany. Ale twoooi przyyyjaaacieleee… Oni muuuszą pozooostać bliiisko cieeebie, jeednoocześnieee będąc daaaleeekooo… Czaaarne chmuuury wijąąą gniaaazdo z ich kooości… Muuusisz się śpieeeszyć, wieeeści czeeekają na cieeebie… Nieee ocaaalisz sieeebieee, ale światłooo ocaaaliii cieeebieee…
++++++– Nic z tego nie rozumiem…
++++++– Zrooozuuumieeesz… w jedneeej z ostaaatniiich chwiiil… – Pani z Wodospadu podała wejdźminowi przedmiot, który cały czas trzymała za sobą. – Kieeedy nadejdzieee chwilaaa, będzieeesz wiedziaaał, coo robiiić…
++++++– Sznur? Poważnie? – Gejralt obracał w dłoniach grubą plecioną linę. – Z pętelką?
++++++– Poooraaadziiisz sooobieee… – Pani z Wodospadu zaczęła cofać się, aż uderzyła głową w skałę. Następnie spojrzała na swoich gości z dalszej perspektywy. Gejralt znieruchomiał, Mlaskier był równie przejęty przeżuwając przy tym niebieskiego grzyba, a Zołman patrzył na nią.
++++++– Któryy z waaas steruujeee tym okręęęteeem?… – zapytała.
++++++– Gejralt, nie widać? – odezwał się Zołman. – Chociaż nie zawsze mu wychodzi.
++++++– Krytyyykujeeesz coś, o czyyym nie masz pooojęcia, krasnoluuudzie. Przywóóództwo to ciężka praaaca. Jedna sekuuunda jego wahania kooosztuje cię caaałe wiekiii… I to bez eliksiru „Ja pierdooolę”. Nie przetrwaaałbyś trzeeech dni bez nieeego w tereeenie. Pamiętaj o tym.
++++++Lejdi Zgaga przypełzła z powrotem.
++++++– Mam dla cieeebie jeeeszczeee jednąą rzeeecz, weeejdźmiiinieee… – powiedziała. – Preeezeeent… Najświętszyyy złoooty napóóój, po któóóry zwyyykli śmiertelnicyyy zdolni są przebyyyć drooogę na konieeec świataaa w każdyyym staaanie swego ciaaała i umyysłuuu, nawet jeśli już nie mogąąą i szczeeególnieee wteedy, gdy wypiją juuuż taaakie dwaaa i praaagną więęęcej …i ja też spożywam gooo… Na okrągłooo… A too byyyło chyyba najdłuższeee zadaaaniee jakiee wypoowieedziaałaam w swooim żyyyciuuu…
++++++Pani z Wodospadu wyglądała na zamyśloną, a wejdźmin otworzył buteleczkę z najświętszym napojem świata i powąchał. Wziął łyka.
++++++– To piwo – powiedział.
++++++Pani z Wodospadu przechyliła głowę. Tym razem wyglądała, jakby przestała myśleć. Zołman próbował ją dotknąć, ale cofnęła się.
++++++– No dobrze – powiedział Gejralt po chwili. – Czy chciałabyś powiedzieć mi coś jeszcze?
++++++Pani z Wodospadu wyprostowała szyję.
++++++– ‎Jak na cieeebie paaatrzę, to czuuuję pożądaaanieee, ale nie wiem, czyyy baaardziej podnieeeca mnieee mężczyyyzna… czyyy kooobieta…
++++++Wejdźmin uniósł brwi. Zapadła niezręczna cisza, więc gospodyni lodowej groty wpełzła do swojej sadzawki aż po same oczy i zaczęła puszczać bąbelki.
++++++– Ja! Ja! – zawołał Mlaskier. – Ja mam pytanie.
++++++Bulgotanie ustało…
++++++– A wąż, to właściwie stoi czy leży?
++++++Bulgotanie wróciło.
++++++– Teeeraaaz osobyyy mogą juuuż pooójść… – powiedziała, znudzona.
++++++– Dziękujemy, Pani Zgago – powiedział Gejralt i ruszył w stronę wyjścia, a w ślad za nim Zołman i Mlaskier.
++++++– Wejdźminieee… – powiedziała. – Ty jeszczeee zooostajeeesz…
++++++– O rany… – Gejralt załamał ręce.
++++++– Farciarz – wycedził Zołman.

Rozdział IX – Dziewiąte Dziecko

dziewate-dziecko

Tej nocy lało jak z cebra. Przykryty ciemnymi chmurami księżyc nie miał najmniejszych szans na pokazanie się w całej swej okazałości, a pozbawione gwiazd niebo grzmiało napawając niepokojem. Gdzieś w oddali, pomiędzy majaczącymi na wietrze drzewami, dało się ujrzeć migoczące światełko.
++++++Pan Gieniusz postawił nową świecę na parapecie i sprawdził szczelność wszystkich okien. Dorzucił drwa do kominka
i rozjuszył żar pogrzebaczem. Przechodząc, spojrzał na swoją żonkę i westchnął coś pod nosem kiwając głową. Zasiadł do stołu
i zanurzył chochlę w świeżo zrobionej zupie jarzynowej. Mruknął w zadowoleniu otwierając wąsatą buzię i już miał skosztować ciepłego wywaru z warzyw, gdy znajomy dźwięk skrzypiącego podestu przykuł jego uwagę.
++++++Przed drzwiami coś się zatrzymało. A potem zapanowała cisza.
++++++Pan Gieniusz, z wciąż uchyloną żuchwą, szybko to przekalkulował. Mogło to znaczyć dwie rzeczy: albo osoba, która tam stanęła, dalej tam stoi i to jest źle; albo obydwoje z żoną się przesłyszeli. Jej mina świadczyła o tym, że tak nie było. Kilka mocnych uderzeń sprawiło, że drewniane drzwi z hukiem wyleciały z zawiasów i runęły na podłogę, a monstrum które w nich stanęło podświetlił spadający z nieba grom. Potwór jęczał, sapał i chrapał jednocześnie, zupełnie jakby miał trzy otwory gębowe, chociaż nie było widać żadnego. Przemoczone futro na jego garbatych plecach poruszało się w rytm ciężkiego oddechu. Dwumetrowy, pokryty brązową sierścią stwór o centkowanych kończynach, zamaszystym ruchem wbił w podłogę dwa pokaźne miecze, podciągnął się na nich i – pozostawiając za sobą dwa paski rozmazanego błota – wjechał do chaty. Jęknął.
++++++Pan Gieniusz i jego żona wrzasnęli wyrzucając chochle z rąk. Spod sterty sierści wysunęła się głowa, chudą ręką odgarnęła mokre włosy z czoła i odetchnęła.
++++++– Ach! Te wiosenne ulewy! – zawołała szczerząc zęby.
++++++Nagle, spod tego samego futra, wysunęła się druga głowa, cała pokryta ciemnymi kędziorkami, która mlasnęła kilka razy próbując otworzyć posklejane śpiochami oczy.
++++++– O – powiedziała, kiedy jej się udało i przeciągnęła się zrzucając przemoczoną kapotę na podłogę. Osuwające się nakrycie ukazało trzecią głowę. Ta z kolei przeklęła siarczyście wstawiając drzwi na miejsce i padała na ziemię. Wejdźmin ściągnął Mlaskra z pleców i odczepił obłocone deski od butów, rzucając je gdzieś w kąt.
++++++– Dobrze, że mieliśmy się czym odpychać, bo by się nie dało jechać na tych nartach – powiedział, poklepując swoje miecze z uznaniem.
++++++Mieszkańcy domu siedzieli bez ruchu z rozwartymi żuchwami patrząc na dwa błyszczące kawałki metalu wystające
z ich podłogi, w których odbijały się ich całkiem blade twarze.
++++++– Mogę? – ciągnął wejdźmin podchodząc do kominka. – Jest nam trochę trudniej odkąd nie mogę podpalać czego popadnie.
++++++– Błagamy! Zostaw nas! – krzyknął Pan Gieniusz. – Nie rób nam krzywdy! – dodała jego żona.
++++++– Ale o co wam chodzi, ludzie? Czy ja się jakoś źle zachowuję? – spytał, siadając do nieruszonej miski zupy. – Zapłacimy wam za jedzenie i nocleg. Dzień dobry, tak w ogóle. Co za czasy, zero kultury.
++++++– Ja wiem co ty jesteś! Ja żem cytał! – Gieniusz rzucił się za widły.
++++++– Oj – zareagował Gejralt na moment przerywając jedzenie. – Żebym nie musiał zaraz wstać, bo mi się nie chce.
Małżonka puknęła się w czoło i podbiegła do mieczy, próbując je wyciągnąć.
++++++Wejdźmin mruknął.
++++++– Nidyrydy – powiedział. – Musiałabyś najpierw dotknąć mojego… Zresztą nieważne – urwał i podszedł do mieczy wyciągając je kolejno, po czym schował je do pochwy (nienawidził tego robić, ale czasem musiał) i oparł się o stół.
++++++– O co wam chodzi? – zapytał rzucając na nich cień.
Płonący za jego plecami ogień sprawił, że wciśnięte teraz
w kąt małżeństwo z otwartymi ustami ściskało siebie nawzajem, widły i dywan.
++++++– Bo ja żem się zląkł – ocknął się pan Gieniusz. – Tak naprawdę, zamiast tych wideł, chciał żem ja wziąć se cu innego do ręki.
++++++– Nie pokazuj mu! – szepnęła jego żona. – Przeto cię ubije!
++++++– Nie nie, można pokazać – wtrącił Gejralt.
++++++– Cicho siedź, Hanna! – powiedział pan Gieniusz. – Panie wejdźmin, przepraszam za tamto, i to, i tamto o tu, ale we wszystkich gazetach piszą!
Mężczyzna trzęsącą się ręką podał dzisiejszą prasę wejdźminowi.
++++++– Tylko niech nas pan oszczędzi! My nic nie powiemy, żeś pan u nos był! My to się nawet cieszymy, żeś go pan ubił!
Gejralt niewiele już z tego rozumiał.
++++++– Mlaskier masz, bo mi się nie chce czytać tej gazety teraz – rzucił.
Poeta wziął prasę do ręki i zmarszczył czoło. Coś mu w tych literkach nie pasowało.
++++++– A – powiedział w końcu i stanął na głowie. – Teraz lepiej. W zeszłym tygodniu we wsi Nictuniema skradziono: cztery dziewice, osiem krzeseł, dwa…
++++++– Nie to – przerwał gospodarz. – Na góze pan cyta.
Mlaskier spojrzał na gospodarza i zastanowił się chwilę.
++++++– Mam czytać z sufitu? – zapytał.
Poirytowany krasnolud wstał i wyrwał mu gazetę z rąk. Mlaskier stracił równowagę, na szczęście wejdźmin zdążył go złapać za kostki. Postanowił się z nim trochę podroczyć. Zołman usiadł na krześle. Nagle rozszerzył oczy.
++++++– Gejralt, tu piszą że zamordowałeś Fjutesta – powiedział.
++++++– No błagam.
++++++– Gejralt, piszą, że król zniknął krótko po twojej wizycie. Jest nawet nagroda za twoją głowę.
++++++– Przecież widzieliśmy Fjutesta zaledwie dwa dni temu, w tej kolejce pełnej półnagich mężczyzn, co mi nie dałeś popatrzeć, zazdrośniku.
++++++– Gejralt, tu jest nawet twój portret.
Wejdźmin zerknął na artykuł wychylając się zza ramienia Zołmana.
++++++– Boże Święty – powiedział. – Zołmanie powiedz szczerze, czy ja mam taki nos?
++++++– Kurwa, czy to ważne!? Będzie na ciebie polował każdy zapchlony obdartus w tym kraju!
Wejdźmin oparł Mlaskra o ścianę i usiadł na krześle, nie zważając na to, że zajmuje je krasnolud. Przeleciał oczami pierwszą stronę i mruknął.
++++++– No. I to rozumiem – powiedział. – Następny artykuł mówi o tym, że razem z królem z miasta zniknął także smród. I ten smród to jest akurat moja zasługa, proszę państwa. I nikogo przy tym nie „ubiłem”.
++++++Wieśniak wstał z podłogi i otrzepał rękę.
++++++– Gieniusz Zwiędlak jestem, panie wejdźmin – powiedział. – I wierzę panu. A to moja żonka, Hanna Zwiędlakowa.

++++++Choć pani domu nie do końca wierzyła, to zaprosiła przybyszy do stołu. Żadne z gospodarzy nie chciało jednak obok nich usiąść. Państwo Zwiędlakowie przyglądali się swoim gościom w obawie o własne życie, jednak z każdą kolejną minutą okazywało się, że naburmuszony krasnolud jest po prostu zmęczony i głodny, beztroski grajek żyje w innej rzeczywistości, a w oczach wejdźmina panuje raczej spokój i nie widać tam śmierci. Zołman brał już trzecią dokładkę, a Mlaskier przyjął sobie za cel zjadać wszystko w kolejności alfabetycznej, toteż miał problem, bo przed nim była tylko zupa. Gejralt poradził mu, żeby jadł w kolejności anal-fabetycznej i zaczął od tyłu, po czym zwrócił się do gospodarza.
++++++– Dzieje się coś u was, na tym wygwizdowie?
++++++– A dzie tam – odchrząknął pan Gieniusz. – U nos to spokój jest przez calusieńki rok. Czasem tylko jaka maszkara z lasu wyjdzie i skradnie nam jajko czy kurę. Nie pamiętam co było pierwsze. A tak to nic, nic się u nos nie dzieje. Jam jest biedny chłop ze wsi co nigdy mądry nie będzie i lepiej się nie wychylać. Tak mi ojciec i matka całe życie powtarzali.
++++++– Czyli żadnych złych mocy, czarnych kotłujących się energii, złowieszczych aur, mgieł, ciemności w środku dnia?…
++++++– Ja tam nie zauważył. Ino moja Haneczka obciążona niewygodną klątwą jest. Co rusz zachodzi w ciąże.
Wejdźmin spojrzał na brzemienną kobietę. Ta właśnie zabijała męża wzrokiem.
++++++– To chyba nie jest kwestia klątwy… – zachichotał.
++++++– Panie, jak nie jak tak? Jak ja z nią w ogóle już nie tego-tego? A tu dziewiąte dziecko w drodze! Ja ni mom siły już!
++++++– Ach, te klątwy… – mruknął Gejralt.
++++++– A no klątwy! Kiedyś przyszła do nos tako wieszczka, co za nią moja żonka sowicie zapłaciła. Siedziały razem chyba z gudzinę! No i ta wieszczka w końcu obwieściła, że jakoby moja Hania jest wybranką Bogini jakiejś i będzie dla niej dzieci rodziła
i nic się zrobić nie da!
++++++Gejralt zerknął na drzwi do drugiego pokoju, które od jakiegoś czasu uchylały się i przymykały. Zauważyła to też pani Zwiędlakowa, która prędko skomentowała to jako przeciąg.
++++++– A ta wieszczka – zaczął Gejralt – co była u pana żony, to pamiętacie jak miała na imię? – spytał.
++++++– Marmulada, czy jakoś tak? – Gieniu podrapał się po głowie. – Skąd mam wiedzieć przecie. Jam jest biedny chłop ze wsi co nigdy mądry nie będzie i lepiej się nie wychylać. Tak mi ojciec i matka całe życie powtarzali.
++++++Wejdźmin nie odrywał wzroku od poruszających się drzwi, aż w końcu dojrzał kilka par oczu, jedne nad drugimi.
++++++– Ładny mi przeciąg – skwitował.
++++++– Hanna, no! No nie narażaj się, no! – skarcił ją mąż, a następnie zwrócił się do Gejralta z uśmiechem. – Jak już pan tak patrzy, to przedstawię.
++++++Pan Gieniusz gwizdnął i po domu rozległ się tupot małych bosych stópek, które ustawiły się rzędem równo na środku pokoju.
++++++– Ten najstarszy to Krzyś – zaczął. – Osiem lat ledwo skończył gałgan, a zaraz wszystkich nas przerośnie! A brzydki..! Na tego żółtego mówimy Kreska, bo takie skośne oczy ma. Obok stoi Marysia, ta pulchniutka taka w kręconych włosach i zielonych oczach; a ta ładna szczupła niebieskooka blondyneczka z tym lichym warkoczykiem to Zosia. Ten czarny to Dżordż, a ten niziutki z brązowymi oczami, co mi trochę kowala z miasta przypomina tak swoją drogą, to Józiu. Na tego ostatniego Rudy wołamy, no bo rudy jest, to jak inaczej.
Wejdźmin uniósł brwi.
++++++– No to może byś pan z żoną od czas do czasu jednak „tego-tego”? – zasugerował. – Wtedy pani Klątwa, znaczy KLĄTWA, byłaby mniej… Aktywna?
++++++– Nie, ja tam się boję – rzucił Gieniusz. – Jam jest biedny chłop ze wsi co nigdy mądry nie będzie i lepiej się nie wychylać. Tak mi….
++++++– Tak, tak. Tak panu ojciec i matka całe życie powtarzali.
++++++– Panie wejdźmak, a może pan?
++++++– Ja?
++++++– No jakby pan tam zajrzał i z tą Boginią porozmawiał, co? Tylko tak ostrożnie, bo jak następne mi się siwe urodzi, to już chyba oszaleje.
Zołman zakrztusił się zupą.
++++++– Ja się trochę znam na klątwach – powiedział, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.
Gejralta zastanawiało coś innego.
++++++– Tylko że… – zaczął. – Wspomniał pan o dziewiątce, tu jest siedem, ósme w brzuchu. Gdzie jest dziewiąte dziecko?
++++++Pan Gieniusz ściągnął beret z głowy i zaczął go miętosić pocąc się przy tym cały.
++++++– No bo… To dziewiąte to akurat nie moje… – przyznał.
++++++– Dzieciarnia! – przerwała Hanna. – Czas spać!
++++++Dzieci jednak nie posłuchały. Wszystkie zgromadziły się wokół nieznajomych i poczęły ich wnikliwie oglądać, nie zabraniając sobie dotykać, rozciągać ubrania, wchodzić na kolana i ciągnąć za włosy. Pan Gieniusz rozpromienił się.
++++++– Ciekawskie są, bo do nas to prawie nikt nie przychodzi – rzekł.
++++++Hanna chrząknęła.
++++++– Dosyć tego – powiedziała. – Dzieci, do łóżek! Państwo przyjezdni też. Pościelę wam na zapiecku.
++++++– Ja to bym jeszcze coś zjadł – powiedział Gejralt.
++++++Zosia, która jako jedyna wpatrywała się w niego bez ruchu, wypluła z buzi landrynkę i wyciągnęła rękę.
++++++– Tak, dziękuję dziewczynko – powiedział wejdźmin unosząc brwi. – Zostawię sobie na jutro.
++++++– Proszę paaanaaaa… – zagaił jeden z chłopców, wiercąc dziurę w uchu swojego misia. – A opowiecie nam bajkę na dobranoc? Bo tata zna tylko jedną.
++++++– E tam bajkę! Prawdziwą wejdźmińską historię! – wykrzyknął najstarszy z rodzeństwa unosząc w górę drewniany miecz.
++++++– He he – zaśmiał się Zołman i zwrócił do przerażonego Gejralta. – Przyzwyczajaj się. Chociaż
z tym, że wejdźmińską, to bym uważał…

++++++Wejdźmin usiadł na fotelu w pokoju sypialnym i wcisnął plecy w oparcie. Nie był pewny, która z jego przygód byłaby odpowiednia. Pomyślał o dymonach z Koxenfurdzkiego ZOO i o machaniu mieczem przed lasodymaczami, a także o uroczystości u Króla Elfów ze Schuja’tel i pamiętnej oliwce; o tym jak Zołman wypił eliksir „Ja pierdolę” i jak zapłodniły go zgwałty, o podstępnym cmoku, cwanych wonszołakach i o podróży do Afrikiki, z której przywiózł sobie Murzyna podobnego do Dżordża. Obawiał się jednak, że zbyt wiele istotnych szczegółów w większości z tych historii mogłoby spotkać się ze sprzeciwem rodziców, z kolei inne mogłyby nie przypaść do gustu dzieciom. W akcie desperacji wyjął jedno z urządzeń Dyrdymała, ale szybko je schował. Nie był pewny do czego służy, a po ostatniej próbie wiedział, że nazwa „Dyrdypączek na fąfel” może oznaczać wszystko. Siedem par wpatrzonych w niego oczu (plus Mlaskier) zaczynało się niecierpliwić. Wejdźmin związał włosy, pochylił się i postanowił zacząć od początku.
++++++– Dawno, dawno temu, w ukrytej głęboko za groźnymi górami szkole, zupełnie innej niż wasza przyjazna wiejska podstawówka…
++++++– My nie chodzim do szkoły. W ogóle – wtrącił Józiu pociągając nosem. – Tata mówi, że i tak będziem głupi.
++++++– Tak. W każdym razie – kontynuował Gejralt. – Ta sekretna, schowana przed światem za wysokim murem…
++++++– Homo Moh’er? – znów przerwał Józiu.
++++++– Nie, smarku – wejdźmin zdziwił się. – Cicho siedź. Ojciec ci nie powtarza, że lepiej się nie wychylać? Wracając do historii…
++++++– No ale o cym jes ta histolia? – zapytała Zosia.
++++++Wejdźmin westchnął.
++++++– No właśnie chcę powiedzieć, że jest to historia o tym skąd się wzięli wejdźmini, czyli tacy jak ja. Najlepsi poskramiacze stworów i wszelkich potworów, którzy nie lubią jak się im przerywa, tak swoją drogą – dorzucił Gejralt, zerkając na mądralę, która mu podpadła.- Czegokolwiek.
++++++– Takich stworów jak Pan Klinkenflinkental też? – rzucił Dżordż.
++++++– Jak co? – spytał Gejralt.
++++++– Eee, to taki ich zmyślony przyjaciel – wtrącił Gieniusz, a jego żona przytaknęła.
++++++– Aha. No w każdym razie, w pewnej wsi pod Vinogradem
o wdzięcznej nazwie Penistaje, przed małą chatką, przypominającą stajnię dla jednego konia, siedział wieśniak, którego imienia niestety nikt nie zapamiętał…
++++++– A moze być ksiąze? – spytała Zosia. – Co spotyka pięęęękną księznicke, któla tak naplawdę jest kozą i mają dziwnego dzidziusia!
++++++Wejdźmin zdębiał na moment i zerknął na Gieniusza.
++++++– Ale to nie był książę i nie miał kóz – sprostował.
++++++Dziewczynka posmutniała.
++++++– No tludno – powiedziała.
++++++Wejdźmin kontynuował.
++++++– No dobrze.. No więc pod tą stajnią siedział wieśniak,
który to niczego nie lubił. Nie lubił ludzi, nie lubił dzieci, nie lubił zwierząt ani roślin, nie znosił pracować i…
++++++– To z czego żył? – padło kolejne pytanie.
++++++– Został mnichem. Ale o tym później.
++++++– Cym? To jakaś odmiana mchu?
++++++– Nie kochanie, mnich to nie jest żadna odmiana mchu, tylko… Dobra, od tej pory, ten kto się odezwie, śmierdzi – wejdźmin podniósł głos. – Zanim ów wieśniak wstąpił do klasztoru, aby ukryć przed państwem malwersacje podatkowe swojej przyszłej działalności, spędzał cały swój czas na obserwacji. Popalając swoją zniszczoną, starą fajkę, nie rozmawiał z nikim, za to całe dnie wszystkich obserwował. Co robią, z kim… rozmawiają, jak długo, kiedy gdzie i po co. Wiedział wszystko o każdym. Można więc powiedzieć, że ów wieśniak był księciem informacji, Zosiu. Czasami sprzedawał je za kilka miedziaków zrozpaczonym wdowom, zakochanym nastolatkom, złodziejom i burdelmamom.
++++++Jego wioska była jednak zbyt mała i mieszkała w niej niewystarczająca ilość osób aby mógł się na tym wzbogacić, a on sam był już po trzydziestce i uznał iż jest zbyt stary by ruszyć w świat. Obserwował więc dalej, aż pewnego dnia jego uwagę przykuła jedna, z pozoru nieistotna, ale nagminnie powtarzająca się rzecz: panny często prosiły chłopców o pomoc.
++++++A to pozbyć się szczura ze spiżarni, w której akurat stała prycza, uporczywego kreta kradnącego marchewki w ogródku przy krzakach, utłuc pająka zza nigdy nie odsuwanej komody, powiesić półkę, naprawić stół czy tam inne łóżko; i wtedy w jego głowie zrodził się pomysł: A co, gdybym tak miał swoją własną armię wyspecjalizowanych przystojnych robotników? Od razu wziął się do roboty. Zebrał kilku najpopularniejszych młodzieńców i pobierał opłaty za wynajęcie ich, płacąc im procent od zakończonej fuchy.
++++++W krótkim czasie jego stajnia dorobiła się piętra i stała się centrum wszelkiego ratunku. Z czasem wieść rozeszła się dalej i po pomoc przychodzili ludzie z sąsiednich wiosek, a listy zaczęły przychodzić nawet z najodleglejszych krain. Interes stał się bardzo zyskowny, a pomocnicy coraz lepsi. Wtedy właśnie wstąpił do klasztoru, bo państwo zbyt mocno zaczęło interesować się jego działaniami. Był tak pochłonięty liczeniem pieniędzy, że nie zauważył nawet, iż najczęściej rzekomy szkodnik, do których posyłał swoich robotników, to była tylko wymówka, aby ściągnąć przystojnego chłopca do domu. A jeżeli nawet coś tam było, to mało która samotna panna miała z czego zapłacić. Na ich szczęście pomocnicy byli wyrozumiali i przyjmowali każdą inną formę…
++++++– Gejralt, nie rozpędzaj się – wtrącił Zołman.
++++++– Śmierdzisz! – rzucił Józio.
++++++– Nie, nie śmierdzi – wejdźmin zmarszczył brwi, po czym kontunuował. – Nie trudno się domyślić, że nie trzeba wykwalifikowanego specjalisty, aby pozbyć się pajęczyny spod łóżka, toteż nasz wieśniak postanowił posunąć się o krok dalej i stworzyć prawdziwego pogromcę wszelkich ohyd i szkarad tego świata, wliczając w to nękające ludzkość potwory również nie z tej ziemi. Poświęcając wszystko, wraz z dwoma innymi mnichami, założył bractwo w wysokich górach, z dala od wszelkich pokus, – tak Józio, w Homo Moh’er – które z czasem i biegiem wydarzeń tam zachodzących zaczęto określać mianem „wejdź mi na” – a na co, to już nie mogę powiedzieć.
++++++Młodzi mężczyźni szkoli się tam od najmłodszych lat pod okiem magów, czarodziejów, prostytutek, żigolaków, zielarzy i druidów, aby jak już dorosną, stać się najlepszymi w swoim fachu, to jest oczywiście między innymi i przede wszystkim, w usuwaniu prawdziwie strasznych i często magicznych stworów. Panny płaciły chętnie, za to – i za tamto drugie też, albowiem każdy wejdźmin był bardzo sprawny fizycznie i posiadał zestaw specyfików mających na celu ułatwić mu starcie z silniejszym przeciwnikiem, opracowanym przez najtęższe głowy. Młodzieńcy znaleźli dla nich jednak dużo ciekawsze zastosowania niż dezorientacja potwora. Strzałem w dziesiątkę okazał się eliksir „Pies” pozwalający widzieć w całkowitych ciemnościach, albowiem większość panien woli przy zgaszonym świetle… yyy… rozwiązywać krzyżówki i ktoś musi pomóc czytać im hasła.
++++++Niestety, posiadający tak niezwykłe możliwości wejdźmini, którzy w wyniku przemian przestali się starzeć, po wyjściu ze szkoły rozchodzili się po całym świecie i już nigdy do niej nie wracali. Większość z nich ginęła próbując zaimponować bogatej mieszczance, a placówka – choć często odwiedzana przez bogaty kler – z braku funduszy bardzo podupadła. Ze strachu przed śmiercią, większość rekrutów zaczęła pałać się głównie… naprawianiem łóżek. Najgorszą sławą cieszył się pewien wejdźmin o francuskich korzeniach, któremu wszyscy wejdźmini do dziś zawdzięczają powiedzonko „Ma-dame, poru-cham i spa-dam”. Z czasem wejdźmini zrobili się tak ładni, że zaczęli zwracać uwagę również panów.
++++++– Chyba już wystarczy – wtrąciła pani Zwiędlakowa.
++++++– Już kończę – powiedział Gejralt. – Był jednak jeden wejdźmin, który po wielu latach wrócił do szkoły. Nikogo tam już nie było. Ów wejdźmin postawił sobie za cel odbudować cieszące się niegdyś dobrą sławą bractwo. Miesiącami ślęczał z nosem w rozpadających się księgach, by zgłębić całą wiedzę swych licznych twórców. Nic jednak, prócz alkoholu, nie dawało mu satysfakcji, a po świecie rozeszła się wieść, że szkoła jest przeklęta i nikt nie chciał się w niej uczyć.
++++++Zrozpaczony, opętany myślami wejdźmin, w końcu zaczął porywać dzieci takie jak wy z takich domów jak wasz i popadł w szał eksperymentalnego tworzenia, wciąż próbując udoskonalać swoją armię. Niewielu dobrych wejdźminów udało mu się stworzyć, ale z całą pewnością osiągnął sukces. Wazelin, bo tak miał na imię, wkrótce całkowicie popadł w alkoholizm. Nie przestał jednak próbować i choć często ledwo stał na nogach, nigdy się nie poddał. I tak, po wielu latach prób i tysiącach butelek wódki dalej, wreszcie miał chłopca, który odpowiadał jego oczekiwaniom. Z jakiegoś powodu był inny niż reszta dzieci i co najważniejsze, po przeobrażeniu się w wejdźmina nie oszalał ani nie stracił zdolności samodzielnego myślenia. Niestety Wazelin stworzył go po pijaku i nie pamiętał jak. Nie mogąc sobie przypomnieć receptury, znów zaczął pić aż…
++++++– Umar? – ziewnął Józiu. – Nasz dziad tak zszedł.
++++++– Nie, ciągle żyje – odparł Gejralt, nakrywając go kocem. – I ciągle pije.
++++++– A jak miał na imię ten chłopiec? Ten co się najbardziej udał? – dopytała Marysia przecierając oczy.
++++++– Po wielu latach okazało się, że jednak nie był taki doskonały – wejdźmin ucałował ją w czółko.
++++++– To jaki jest molał? – Zosia przytuliła poduszkę.
++++++– „Molał”, dziecko? – Gejralt podał jej misia.
++++++– Kazda histolja ma molał.
++++++– Aaa… no tak. Ale ta się jeszcze nie skończyła – powiedział i poczuł, że coś złapało go za rękaw.
++++++Usiadł.
++++++– Mam pod łózkiem tsy pajonki – ciągnęła dziewczynka. – Zabiezes je?
++++++Gejralt zajrzał pod pryczę, ale było zbyt ciemno aby mógł cokolwiek dostrzec.
++++++– Teraz ich nie ma – powiedział.
++++++– Są stlasne.
++++++– Będę tutaj gdyby wróciły – odparł wejdźmin. – Dobranoc, dzieci – powiedział po chwili, położył się obok i zasnął.

++++++Kiedy wszystkie świece już zgasły, a sen na dobre zmógł mieszkańców, kilka desek w podłodze zaczęło się poruszać. Drgając coraz szybciej, jedna po drugiej, zdawały się przemierzać cały pokój. Nagle jedna podskoczyła wyżej niż reszta i uderzyła wejdźmina w opuszczoną poza łóżko rękę. Gejralt otworzył oczy nie poruszając się i spojrzał w dół. Spod podniesionego kawałka parkietu wydobywało się blade światło a zaraz za nim coś, czego nawet on nie spodziewał się zobaczyć.
++++++– Zołmanie?… – szepnął najciszej jak umiał. – Śpisz?…
++++++Krasnolud burknął coś pod nosem.
++++++– Bo chyba już wiem, czyje jest to dziewiąte dziecko.
++++++– Gejralt, kurwa, chuj mnie to obchodzi teraz…
++++++– A powinno, bo jest twoje.
++++++Krasnolud rozszerzył oczy, jakby w ogóle nigdy nie spał.
++++++– Pan Kazimierz…? – wybełkotał.
++++++– Klinkenflinkental… – wyszeptało stworzenie i powoli zsunęło się pod podłogę.

Rozdział VII – To Coś

to-cos

Wejdźmin Gejralt zeskoczył z konia.
++++++– Już mi się nie chce siedzieć w tym siodle – stwierdził.
++++++Przeciągnął się i chwycił za lejce by dalej prowadzić Pupkę pieszo. Do Wyrżnijmy było już niedaleko. Świadczyła o tym obsypana brokatem ścieżka i jak okiem sięgnął – brak czegokolwiek do jedzenia. Fjutest bardzo dbał o to, by nikt nie miał przypadkiem czegoś za darmo. Od dawna zatrudniał tak zwanych „obleśnych”, których dziennym zadaniem było obłażenie całego lasu i wyzbieranie wszystkiego co urosło przez noc w promieniu kilku mil od miasta. Tym sposobem mógł zajadać się świeżymi jagodami kiedy nudził się na tronie, a to, czego nie zjadł, wysyłał na targ, z którego dochód trafiał do królewskiego skarbca.
++++++Gejralt nie przypominał sobie jednak, by w królewskiej gwardii obleśnych leśnych zbieraczy znajdowały się konie, a im bliżej miasta, tym więcej ich było. W zasadzie się od nich roiło. Porzucone na poboczu zwierzęta siedziały ze spuszczonymi głowami, co jakiś czas smarkając w kopyta i pijąc alkohol ukryty w papierowych torebkach; inne próbowały pochować się żywcem lub przedawkować koniczynę, zaopatrując się w towar u końskiego dilera w czarnym płaszczu, ciemnych okularach i kapeluszu.
++++++Gejralt, Zołman i Mlaskier postanowili odbyć tę część trasy udając, że wcale ich tu nie ma.

++++++Pod mury Wyrżnijmy dotarli późnym wieczorem. Było tu dość tłoczno jak na tę porę dnia. Ściśnięte końskie pośladki utrudniały przedostanie się pod miejską bramę. Zołman pobiegł dołem, starając się wybierać drogę przez klacze, aby uniknąć guzów na głowie, których mógłby się nabawić biegnąc pod ogierami. Mlaskier wolał iść górą i skakać po koniach w losowe strony, aż znajdzie wyjście z końskiego labiryntu. Gejralt wybrał tradycyjną drogę i postanowił się przeciskać, przepraszając za każdy swój ruch. Jeszcze nigdy nie obmacał tylu koni na raz. Wyciągając z buzi włosy z końskich ogonów, którymi obrywał w twarz, spojrzał za siebie i westchnął. Coś mu mówiło, że już nigdy nie znajdzie Pupki.
++++++– Stać! – warknął strażnik. – Zanim was wpuszczę, muszę się upewnić, że żaden z was nie jest koniem.
++++++– Słucham? – spytał wejdźmin.
++++++– Rozkaz króla – wytłumaczył strażnik. – Żaden niepokwitowany koń nie ma wstępu do Wyrżnijmy.
++++++Gejralt podrapał się za uchem.
++++++– O co chodzi z tymi końmi? – zapytał.
++++++– Całe miasto zafajdane. Śmierdzi gównem aż po wschodnią bramę. Ledwośmy posprzątali gruz po ataku ryczywoła, to teraz przyszło nam łajno zbierać. Ech, coś nie ma szczęścia ostatnio to miasto. Wcześniej ludzie też po ulicach srali, ale teraz panie, to jest istna anarchia. Konie strajkują, a porządnych ludzi to już prawie nie ma. Nawet bandyci i złodzieje stąd wyjechali. Więzienie w szwach pęka, bo za załatwianie się na zewnątrz jest teraz surowa kara. Żadnego zwierzaka, prócz szczura, nie uświadczyliśmy od kilku tygodni, a łajna ciągle jakby więcej. Król od zmysłów odchodzi, bo mieszkańcy miasto opuszczają i nie ma komu robić, a ci co wyjechać nie mogą, to w kanałach miejskich siedzą, bo tam jakby mniej wali. Potwierdzam, ja sam się tam z rodziną przeniosłem dwa dni temu i powiem wam, że jest dużo lepiej niż na zewnątrz. Jak się jeszcze studzienki szczelnie pozamyka, wtedy jest prawie czyste powietrze. No, także tego – powiedział strażnik przyglądając się podejrzliwej minie wejdźmina. – Otworzyć bramę!
++++++Wrota zaczęły się rozszerzać i pierwszy strumień powietrza buchnął im w twarz. Zdawać by się mogło, że nawet ono zakaszlało i wzięło głęboki haust swojego świeższego ja, kiedy tylko wydostało się na zewnątrz. Nie były potrzebne żadne wejdźmińskie zmysły, żeby niemalże zobaczyć tę swoistą woń.
++++++Na ulicach było prawie pusto, pomijając biegającego w szale starego zbzikowanego dziada. Błyszczące cekiny zastąpiło wszechobecne łajno, a brokat – roje czarnych much. Jedyny otwarty stragan na głównym rynku oferował maseczki na twarz nasączone ekstraktem z trawy cytrynowej, jednakże nie cieszył się popularnością ze względu na to, że nikogo tu nie było. Wniosek był jeden:
++++++– Tu się nie da oddychać – powiedział Gejralt. – Tylko że ja znam ten zapach…
++++++Zołman skrzywił się zakrywając nos rękawem.
++++++– Jaki, kurwa, zapach. Gejralt, wszyscy znają ten smród!
++++++– No tak, ale…
++++++– Moje tak nie śmierdzi jak to – powiedział Mlaskier przez nos.
++++++– Nie sądziłem, że to kiedyś powiem – przerwał krasnolud – ale możemy już iść do zamku? Tam pewnie nie śmierdzi wcale.

++++++Zamek Fjutesta nie był jednak całkiem wolny od smrodu, a to za sprawą stopy króla, którą ten zadarł pod sam nos wejdźminowi, kiedy tylko go zobaczył. Zołman znalazł się wówczas w niefortunnym miejscu. Później, jako jeden z nielicznych, nigdy nie chwalił się nikomu, że widział królewskie klejnoty.
++++++– Patrz! – wrzasnął Fjutest i odstawił nogę na miejsce. – Czujesz?! Te zafajdane zwierzęta zasrały mi całe miasto! Wstaje rano, a tu smród jak z latryny! Myślałem, że to ja się sfajdałem w nocy, ale kurwa nie! Wyszedłem na dziedziniec i wdepnąłem w takie łajno, że noga do dziś mi śmierdzi! A buty miałem!
++++++Fjutest chodził w tą i z powrotem, nielogicznie machając rękami. Nawet koronę ubrał do góry nogami.
++++++– A gdybym ci powiedział – zaczął Gejralt – że to nie konie zapaskudziły miasto i że znajdę to i złapię?
++++++Król ściągnął bambosze i zaczął po nich skakać. Następnie wbiegł na stół i złapał się za głowę robiąc przysiad.
++++++– Ha ha! – wrzasnął. – Kurwa, no przecież! Czemu wcześniej na to nie wpadłem!?
++++++– Ale nie za darmo i pod pewnym warunkiem – dodał wejdźmin i założył ręce na piersi.
++++++– Co?! – Fjutest zeskoczył ze stołu. – Jestem królem! Niniejszym nakazuje ci złapać to coś, co masz złapać, żeby tego nie było!
++++++Gejralt ziewnął. Fjutest padł na kolana i w tej pozycji doczłapał do wejdźmina.
++++++– Błagam – powiedział. – Moje królestwo…! Jest wszystkim co mam!
++++++Wejdźmin uniósł brew i zrobiło mu się nawet trochę smutno. Poza tym, jeszcze nigdy przedtem nie zdarzyło się, żeby to król klęczał przed nim. Fjutest wstał, podszedł do ściany i uderzył w nią głową kilka razy, po czym pocałował swojego lokaja w kolano.
++++++– Niech będzie! – powiedział. – Zapłacę ci ile powiesz!
++++++Gejralt obejrzał swoje paznokcie.
++++++– Sto tysięcy – rzucił.
++++++– Dobra!
++++++– Mało.
++++++– Gejralt, no miej serce! – lamentował król. – Przecież ja zarobiłem wczoraj tylko dwanaście i pół miliona, a dzisiaj jest podobno jeszcze gorzej!
++++++– No to niech będzie – zgodził się wejdźmin. – Jeszcze warunek. Nigdy więcej tego całego rozkazywania w stylu: jestem królem, na kolana… i bla, bla, bla.
++++++Fjutest zaklął pod nosem.
++++++– I bez krępowania, szarpania za włosy i przyciskania do tej zimnej kolumny – ciągnął Gejralt. – I jak powiem koniec, to posłuchasz. I żadnego duszenia.
++++++Król miotał się po sali i wrzeszczał, ale w końcu przytaknął. Ukazując górne dziąsła, zgniótł stojącą obok filiżankę gołymi rękami i zaczął obgryzać nogę krzesła, którą wcześniej wyrwał. Wejdźmin patrzył na niego i po raz kolejny ujrzał jedynego na świecie posiadacza męskiego ciała, które mu się w żaden sposób nie podobało.
++++++– Dlaczego w dalszym ciągu odnoszę wrażenie, że i tak ty wychodzisz na tym lepiej? – powiedział.

++++++Następnego ranka na królewskim dziedzińcu wszyscy byli jacyś niewyspani. Zołman przyglądał się snującej się po kątach służbie. On i Mlaskier nie mogli narzekać. Nie była to co prawda królewska komnata, do której wstęp miał tylko wejdźmin, ale każdy z nich dostał po pokoju w piwnicy, w którym było prawdziwe łóżko, i choć raz na jakiś czas dało się tam słyszeć jakieś zawodzenie, to po otwarciu beczki z bogatych zasobów królewskiej winiarni przestali się tym przejmować, a im głośniejsze i przeraźliwsze było stękanie, tym więcej służby w piżamach i szlafmycach przychodziło do piwnicy. Rozkręcili tam nawet niezłą imprezę.
++++++Była jedenasta trzydzieści rano, co oznaczało, że Gejralt spóźniał się już półtorej godziny. Krasnolud zaczynał podejrzewać, że mogło to mieć jakiś związek z wczorajszymi jękami, które zamiast z lochów, mogły pochodzić z najwyższego piętra. Nie zdążył jednak tego przemyśleć, gdyż pojawił się wejdźmin.
++++++– Spóźniłeś się – powiedział Zołman. – Jak poszła dalsza część negocjacji?
++++++Gejralt wyglądał jak ktoś, po kim przeszło coś w rodzaju kowadła do ubijania kostek brukowych w ziemi, aby potem mogły chodzić po nich całe tłumy ludzi. I to niejeden raz.
++++++– Powiedzmy, że Fjutest nie dotrzymał części umowy – odparł.
++++++– Wiadomo było – skwitował krasnolud. – Że nie zapłaci. Nic ci nie da?
++++++– To nie on mi daje, tylko ja jemu.
++++++– Kurwa, nie chciałem wiedzieć co tam robicie z Fjutestem po nocach! – sprostował Zołman.
++++++– Hm? – wejdźmin zamyślił się. – Ja niewiele. Generalnie to on mnie cały czas pos…
++++++– Nosz…! Ani słowa więcej!
++++++Krasnolud zirytował się.
++++++– Nieważne – powiedział w końcu, kiedy po dalszej obserwacji przyjaciela doszedł do wniosku, że jego wcześniejsze podejrzenia na temat nocnych odgłosów były jak najbardziej słuszne. – Ale trzymaj mnie z daleka od Fjutesta, bo jak matkę kocham, następnym razem jak go zobaczę to tak mu wpierdolę, że przez tydzień nie siądzie na tym swoim pozłacanym tronie!
++++++Gejralt uśmiechnął się.
++++++– To byłaby miła odmiana – powiedział. – Schyliłbym się dać ci całuska, mój ty obrońco, ale nie mogę. Chodźmy. Mam pomysł.
++++++Zołman nie rozumiał, dlaczego Gejralt w dalszym ciągu zamierza wykonać swoją część zadania. Postanowił jednak nie drążyć, aby znów przypadkiem czegoś się nie dowiedzieć. Z zachowania przyjaciela odczytał, że ten czegoś szuka, o co zdecydował zapytać uznając zwrot: „czego szukasz” za względnie bezpieczny.
++++++– O rany, czego ja NIE szukam, Zołmanie. Córki, swoich mieczy, medalionu, bezpiecznej kryjówki wieczorem, jedzenia, Pupki, Mlaskra… A teraz to szukam studzienki kanalizacyjnej – usłyszał.

++++++W kanałach Wyrżnijmijskiego Przedsiębiorstwa Kanalizacyjnego „W kupie raźniej” rzeczywiście jakoś mniej śmierdziało. Odkąd szczury przeniosły się na powierzchnię, było też bezpiecznie i całkiem jak na ścieki czysto. Wejdźmin podążał kamiennymi korytarzami od czasu do czasu pozdrawiając fioletowo-zielonych mieszkańców podziemnej Wyrżnijmy. Niektórzy mieli po dwie głowy, a inni trzy ręce. Szedł wraz z nurtem brązowej rzeki, aż dotarł do miejsca, w którym wszystko wypływa na światło dzienne. Otworzył kratę i wyszedł na zewnątrz. Tutaj dalej nie było ładnie i ładnie wciąż nie pachniało, ale brak znajomego łajna w okolicy poinformował go o końcu podróży.
++++++Gejralt wyciągnął pozłacany flakonik perfum i mocno spryskał jedną ze swych ręcznie haftowanych chusteczek. Zwinął ją w rulonik i położył na polanie. Kazał wszystkim ukryć się w krzaczkach.
++++++– I teraz czekamy – powiedział.
++++++– Na? – spytał Zołman.
++++++Wejdźmin wskazał palcem miejsce.
++++++– Aż przynęta zadziała – wyjaśnił.
++++++Na polanie po kilku chwilach pojawił się niewielkich rozmiarów rudawy stwór w białe paski z długim, spiczastym pyszczkiem zakończonym małym noskiem. Poruszał tym noskiem tak, że z każdym krokiem przybliżał się do pachnącej chusteczki. Z drugiej strony również był zakończony małym spiczastym ogonkiem, pod którym skrywał coś wstydliwego.
++++++Mlaskier wyciągnął popcorn. Lubił jak Gejralt robi zasadzkę. Kiedyś nawet sam się złapał.
++++++– To to?! – szepnął Zołman.
++++++– Tak – odparł Gejralt. – A myślałem, że już nie istnieją…
++++++– Ale skąd wiedziałeś, że tu?! – wyszeptał Zołman.
++++++– Te potworki są dość prymitywne, ale nie aż tak żeby paskudzić we własnym domu – zaczął Gejralt. – Skoro Wyrżnijma to jego toaleta, wystarczyło znaleźć miejsce w okolicy, które nią nie jest. No i te małe smrodki mają pewną słabość.
++++++– Ładny kibel sobie wybrał, he he he. Królewski.
++++++Wejdźmin zachichotał.
++++++– One zawsze wybierają sobie na to ładne i pachnące miejsca – tłumaczył. – Pradawna legenda głosi, że były zmorą pewnego perfumiera z Włosów, który na łożu śmierci poprosił kapłana czarnej magii, aby nałożył na cały gatunek tę śmierdzącą klątwę w zamian oddając mu swoje ciało. Od tamtej pory te biedne istoty nie mogą się rozmnażać, bo…
++++++– O – wtrącił Mlaskier żując prażone ziarna kukurydzy. – Poszedł na kupę.
++++++– No właśnie – potwierdził Gejralt. – Może trochę potrwać nim odnajdzie chusteczkę.
++++++Przy piątym podejściu stworek wreszcie wytrzymał na tyle długo bez udania się na stronę, że odnalazł źródło nęcącego go zapachu i natychmiast cały się w nim wytarzał. Przytulał i ściskał różową chusteczkę z zamkniętymi oczami, zupełnie jakby się w niej zakochał. Nagle wyczuł, że nad nim jakby pociemniało. Otworzył oczy i migiem prysnął na drzewo. Gejralt podniósł chusteczkę i wyciągnął rękę w jego stronę. Zwierz wahał się chwilę, ale zbliżył się prężąc łapkę i capnął swoją zgubę. Przytulił ją mocno. Wejdźmin pokazał mu coś jeszcze. W oczach zwierzątka odbił się złoty, pachnący flakonik.

++++++Król Fjutest jadł watę wydłubaną z królewskiej pufy i z królewską klamerką na nosie moczył swoją zhańbioną królewską stopę w wywarze z płatków królewskich róż do czasu, aż jego służący zagrzeje mu królewskie bambosze. Minęło już kilka godzin odkąd pozwolił ubrać się wejdźminowi, a w mieście wciąż śmierdziało. Poza tym bolała go ręka, ktoś ukradł mu perfumy warte fortunę i nic mu dzisiaj nie smakowało, nawet ciasto czekoladowe, łosoś z koperkiem i kawior. Zastanawiał się czym zasłużył sobie na tak paskudny los, kiedy drzwi do sali tronowej otworzyły się.
++++++– No wreszcie! – zawołał Fjutest i nakazał służącemu założyć sobie bambosze. Następnie wstał i powiercił chwilę stopami. – Co to ma być?! – wrzasnął. – Są źle nagrzane! Zwalniam cię! Ty! – zwrócił się nagle do kogoś pod ścianą. – W podskokach lecisz do tej, no kurwa, jak to się nazywa. Gazety! I karzesz napisać że ja, dzielny król Fjutest uporałem się ze smrodem w heroicznej walce na śmierć i życie, i że wszyscy mieszkańcy mają wrócić zapłacić zaległy podatek! I jeszcze coś więcej o mnie, że nieustępliwy byłem i że z niejednego chleba piec jadłem. No coś wymyślisz.
++++++– Ale ja tu tylko naprawiam podłogę…
++++++– Gejralt! – zawołał król. – Co tak stoisz, musimy to uczcić!
++++++Wejdźmin nie ruszył się z miejsca. Dziesięć metrów od Fjutesta w zupełności mu wystarczało.
++++++– Złapałeś to coś, co miałeś złapać? – król wstał i zaczął kroczyć w jego kierunku.
++++++– Tak – odparł Gejralt cofając się o taką samą ilość kroków. – Złapałem.
++++++– A co to w ogóle było? I czemu wszędzie czuje te perfumy, których nie mam!
++++++– Rozwolniak to był – odpowiedział wejdźmin. – To on ma twoje perfumy.
++++++– Co?! No to gdzie to kurwa jest?!
++++++Gejralt złapał za klamkę i otworzył drzwi.
++++++– Nad tobą – powiedział, zatkał nos i…
++++++Uciekł.

Rozdział V – Piąte Koło

piate-kolo

Obracające się drewniane koło z brakującymi szprychami odbijało się od skalistego podłoża, co jakiś czas przejeżdżając po suchej gałązce.
++++++Mlaskrowi zrobiło się smutno kiedy zrozumiał, że koło z tyłu nigdy nie dogoni koła z przodu. Próbował pomóc temu kołu, ale bolało to bardziej niż ostrzegawczy klaps od Gejralta, albowiem poeta jeszcze przed chwilą zwisał górną połową ciała głową w dół i przewieszony przez zbity z desek bok wozu, dyndał twarzą tuż przy jednym z obracających się okręgów. Teraz położył się na sianie obok Zołmana.
++++++Krasnolud leżał na plecach z rękami założonymi za głowę i patrzył w ciemniejące niebo żując źdźbło pszenicy. Z coraz większym trudem utrzymywał otwarte powieki. Kołysany przez nierówną drogę przy akompaniamencie monotonnego szumu wydobywającego się spod wozu, zasypiał.
++++++Wejdźmin wrócił na miejsce obok woźnicy. Przetarł oczy i ziewnął wlepiając wzrok gdzieś przed siebie. Skulił się. Zaczęło robić się zimno.
++++++Droga, coraz bardziej pogrążająca się w szarości kończącego się dnia, nie należała do najciekawszych rzeczy jakie widział w życiu. Otoczona jedynie przez skaliste zbocza, kręta i wąska mogła prowadzić tylko w jedno miejsce.
++++++– Dalej nie jadę – rzekł młody woźnica zatrzymując się na skrzyżowaniu.
++++++Wejdźmin rozejrzał się po głuchej okolicy i zerknął na pogrążonych we śnie towarzyszy.
++++++– Wysadzisz mnie tutaj, czy u siebie? – zapytał.
++++++Woźnica spojrzał na siedzące obok niego indywiduum, które uśmiechało się do niego w sposób do którego nie przywykł. Od początku nie był zadowolony z tego, że wpuścił to dziwne zjawisko na swój wóz, bo od początku nie podobało mu się, jak to siwe tyczkowate coś o kocich oczach mu się przygląda. Uznał to jednak za niegroźne, ale ponieważ wcześniej czegoś takiego nie widział, postanowił temu nie ufać.
++++++– Tu – odparł i dał do zrozumienia, że zakończył rozmowę udając się na stronę.
++++++Wejdźmin powiódł za nim wzrokiem i wzruszył ramionami. Po cichutku wszedł na siano i usiadł okrakiem na Zołmanie.
++++++– Pobudka, Zołmanku – powiedział smyrając go siankiem po policzku. – Dalej będziemy musieli pójść na nóżkach.
++++++Krasnolud otworzył jedno oko, które otworzyło się od razu w bardzo złym humorze, pod bardzo zmarszczoną brwią.
++++++– Zejdź ze mnie – powiedział krasnolud nawet nie drgnąwszy. – I nie mów do mnie jak do Mlaskra.
++++++– Zejdź, zejdź – mruknął Gejralt wiercąc się nieco. – Coś ci przygniotłem?
++++++– Nie siedź na mnie, złaź powiedziałem.
++++++– Uuu, no może rzeczywiście wstanę, bo zaczyna się robić jakoś twardawo…
++++++Zaraz po ukończeniu tego zdania, wejdźmin przekoziołkował przez wóz i znalazł się na ziemi.
++++++– Ałć… – powiedział. – Brutal.

++++++Zimną noc przetrwali śpiąc jeden za drugim, przy czym, po wielu dyskusjach, Zołman wywalczył, że za nim leży Mlaskier, a przed nim nikt. Rano i tak obudził się w środku. Ruszyli w dalszą drogę. Była trudna i niebezpieczna, ale znali ją dobrze – kończyła się na bramie, przed którą zbzikowany starzec z ukrycia lał wodę ze szlaucha. Na bramie, wymazanej dżemem truskawkowym mającym imitować krew. Na bramie, pokrytej gumowymi kolcami, do której wejdźmin ostatnim razem przyłożył swój medalion z serduszkiem. Na bramie, która ani drgnęła.
++++++– No i co tak stoisz jak widły w gnojówce? – rzucił Zołman patrząc na Gejralta, który nic nie robił.
++++++– No – powiedział w końcu wejdźmin kiwając się w przód i w tył z rękami opartymi na pośladkach. – Medalion też sprzedałem. Teraz mi się przypomniało.
++++++– Ja pierdole – rzekł Zołman po chwili.
++++++– Nieee, wiecie co? Rozmyśliłem się. Wracajmy – powiedział wejdźmin i zawrócił.
++++++Zatrzymało go jednak gorące, pachnące słodkością powietrze, które buchnęło zza rozwierającej się bramy. Mlaskier natychmiast wbiegł do środka. To było jego ulubione miejsce. Pełne kolorów, muzyki, tańców, basenów, drinków, jedzenia, zabawek dla dorosłych i przyjaznych, roznegliżowanych wejdźminów.
++++++– Gejralt, synu! – wykrzyknął Wazelin, wynurzając się ze środka. – Wszędzie poznam twój zapach!
++++++Ten najstarszy z wejdźmińskich braci, ich mentor i nauczyciel, nigdy nie miał dość imprezowania i wszystkiego, co się z tym wiąże.
++++++– Wreszcie zajrzałeś do starego Homo Moh’er! – powiedział. – Ale czekaj, bo jakoś dziwnie wyglądasz.
++++++– Mmm… – pomyślał Gejralt. – Bo jestem trzeźwy?…
++++++Jeden z rekrutów, aktualnie usługujący wszystkim braciom, podał wejdźminowi różową szklaneczkę z papierową tęczową parasolką zanurzoną w białawej cieczy pachnącej wysokoprocentowym kokosem. Gejralt spojrzał na nią, po czym odstawił ją z powrotem na srebrną tacę i zamilkł.
++++++– Chłopcze, wszystko w porządku? – spytał Wazelin głaskając wejdźmina po klatce piersiowej. – Zaraz, zaraz, czegoś mi tu brakuje. Gdzie masz medalion? Nie widzę go na twoim zgrabnym torsie.
++++++– W kieszeni.
++++++Wazelin zerknął.
++++++– To nie jest medalion – stwierdził. – A miecze? Też w kieszeni?
++++++– Miecze to… Ukradli.
++++++– Kto ukradli?
++++++– Odzyskam je, to na chwilę tylko…
++++++– Okradli cię na chwilę tylko? Gejralt, możesz sobie być najlepszym wejdźminem na świecie, ale wciąż obowiązuje się kodeks, mój drogi.
++++++Kilku młodych rekrutów zaczęło szeptać coś między sobą.
++++++– Gejralt – wtrącił Zołman. – Chyba nie przyszliśmy tu po to, żebyś kłamał.
++++++Na te słowa Wazelin zmarszczył czoło.
++++++– Gejralt i Gejralt… – wejdźmin wywrócił oczami. – Przyszliśmy tutaj, bo… Strasznie się stęskniłem! – zawołał i rzucił się Wazelinowi na szyję.
++++++Fioletowobrody mentor bardzo się ucieszył. Obmacał go tu i tam, a potem odepchnął od siebie i zrobił jeszcze groźniejszą minę. Gejralt spodziewał się, że nie będzie łatwo oszukać człowieka, który wszystkiego go nauczył. Cofnął się i uklęknął przed swoim mistrzem tak, jak nakazuje postąpić wejdźmiński regulamin w przypadku czegokolwiek. ++++++Wziął głęboki oddech.
++++++– Straciłem wszystkie moce – zaczął. – I nie działają na mnie żadne eliksiry. Sprzedałem miecze. A potem medalion. Wiem, że tak nie można, ale… Tak wyszło. Wróciłem do domu – Gejralt złapał Zołmana za rękę i ścisnął ją bardzo mocno. – …bo nie wiem co robić. A to jest mój chłopak, więc zabraniam go wam dotykać.
++++++Krasnoludowi w pierwszej chwili zagotował się mózg, jednak szybko uznał, że z dwojga złego woli tę opcję, niż żeby było tak jak ostatnio, kiedy to obudził się tu rano cały wytatuowany w usta różową szminką. Ale nie puścił ręki przyjaciela też z innego powodu – z powodu wyrazu twarzy Wazelina, który przeraził nawet jego samego.
++++++– Gejraltku! – przerwał ciszę Mlaskier, który przybiegł przebrany za kaczuszkę. – Chodź, szybko! Przy basenie! Musisz to zobaczyć!
++++++– NIE – huknął Wazelin, aż po całym Homo Moh’er przeszły ciarki. – Teraz Gejralt, to ty się udasz na ten drugi dziedziniec. Tam, gdzie wszystko się zaczęło.
++++++Żółte piórka z przebrania Mlaskra opadły na ziemię.

++++++Niewielu słyszało o ciemnej stronie wejdźmińskiego gniazda, albowiem wiedzą o nim tylko ci, którym przyszło spędzić tu młodzieńcze lata, ale nawet oni sami woleliby o nich czasem zapomnieć. Nie było tu błękitnej wody, kwiecistej roślinności, pachnącego powietrza, ani nawet jednego promyka słońca. Położone głęboko pod ziemią zamczysko tonęło w zimnych kamiennych murach porośniętych mchem i azbestem, pocięte ciasnymi korytarzami, które przemierzało echo niosąc ze sobą krzyki, wycie i szarpanie łańcuchów; to miejsce wyłożone zardzewiałymi klatkami i twardymi pryczami z innymi drewnianymi rzeczami ze skórzanymi paskami, niewiele miało wspólnego z luksusem na powierzchni. I rzadko kto wracał tu po raz drugi.
++++++– Macie niebywałe szczęście – zaczął Wazelin krocząc przez lochy – że możecie to zobaczyć.
++++++– Czy ja wiem… – burknął krasnolud. – Chyba wolałbym go nie wi… Czy to, co przed chwilą minęliśmy, to był prawdziwy cmentarz z prawdziwymi duchami?
++++++– He heh – zaśmiał się Wazelin. – Trzymałem tu kiedyś małego Gejralta, żeby przestał bać się zjaw. W końcu się z nimi zaprzyjaźnił. Nawet ciut za mocno.
++++++– To z duchem można… Chociaż nie. Nie było pytania. Za to mam inne. Trzymałeś dziecko na cmentarzu?
++++++– Ooo, żeby tylko – Wazelin machnął ręką. – No i co się tak patrzysz, Zołmanie? A myślałeś, że dlaczego twój chłopak nie boi się dzisiaj latać w nocy po lasach, spać po jaskiniach albo włazić tam, gdzie nikt by nigdy nie wszedł? Bo się przyzwyczaił. On już widział takie ohydztwa, że teraz już nic go nie przeraża. No chyba, że gołe baby. Bez związku z brzydotą. Przy okazji, cieszę się, że w końcu się zeszliście.
++++++Zołman spojrzał na kolejny loch który mijali, i mógłby przysiąc, że są tam lasodymacze popijające kawę z eleganckich filiżanek. Potrząsnął głową.
++++++– Myślałem – zaczął – że to bardziej kwestia tych waszych eliksirów, że go jakoś… Uodporniły… Czy coś.
++++++– A gdzie tam – Wazelin zmarszczył się. – Eliksiry to tylko kolorowe soczki. Pozwalają na chwilowe wyostrzenie zmysłów, poprawianie tego czy tamtego, albo… no takie różne, hmm, ulepszenia powodują, wiesz, różnych… rzeczy. Nie mówię, że nie są ważne, ale prawdziwe wejdźmińskie zdolności, to lata ciężkiej pracy. Wiesz, jak trudno zrobić wejdźmina? Jak myślisz, dlaczego siedzę tu z czterdziestoma chłopcami?
++++++– Wolę się nad tym nie zastanawiać – powiedział Zołman.
++++++– Przyjrzałeś się im chociaż?
++++++– Nie.
++++++– Większość, to się w ogóle nie nadaje, żeby ich stąd wypuścić.
++++++– A to nie jest przypadkiem tak, że im więcej wejdźminów, tym lepiej dla ludzi? – krasnolud dziwił się sam się sobie, że to powiedział.
++++++– Wejdźminów tak, ale tylko tych udanych.
++++++– A to się może coś nie udać?
++++++Wazelin westchnął.
++++++– Przemiany to nie taka prosta sprawa. Nie każde ciało potrafi zaakceptować i wykorzystać, dajmy na to, jad z lasodymacza. Jedno ciało go zaakceptuje, inne nie, drugiemu sfajczy mózg, a trzecie go wykorzysta. I wtedy dopiero można mówić o początkach powstania ciała wejdźmińskiego.
++++++– Nie podoba mi się sposób, w jaki mówisz o ludziach. Gdzie jest Gejralt?
++++++– Twój przyjaciel, krasnoludzie, to nie jest do końca człowiekiem.
++++++– Wygląda… normalnie, jak na swoje własne standardy. Ludzko, w sensie.
++++++– A ilu widziałeś ludzi o pionowych źrenicach? Wejdźmin potrafi dostrzec pajęczynę w ciemnościach, zanim ty w nią wleziesz. Gejralt się pewnie nie chwali, ale wie co robiłeś wczoraj wieczorem po zapachu twoich rąk, mimo, że myłeś je od tamtej pory kilkanaście razy.
++++++– Chwali się…
++++++– Słyszy bicie twojego serca, kiedy idziecie obok siebie. To znaczy słyszał.
++++++Zołman zamyślił się.
++++++– Nic dziwnego, że jest teraz taki zagubiony – powiedział.
++++++Mlaskier nic nie mówił. Słuchał tylko i oglądał kolejno każdy loch z pleców Zołmana. Nie chciał z nich zejść odkąd zobaczył imprezujące pupojady.
++++++– O magicznych Znakach już nawet nie wspomnę – ciągnął Wazelin. – Gejralt był jak motyl wśród tych wszystkich glist, które tu chowam. Dlatego jestem podwójnie zawiedziony, że tak mnie zawiódł i zawiódł.
++++++– Nie przesadzasz trochę? To przecież nie jego wina, że stracił swoje moce…
++++++– Pozbył się swoich mieczy i medalionu, jak jakichś szpargałów!
++++++– Od razu pozbył. Zapożyczył się, bo i tak nie mógł pracować. Przyszła zima, a my nie mieliśmy co do ust włożyć. No potem to przyznaję, że trochę odleciał, ale powiedzmy że znalazł sposób żeby zarobić…
++++++– Oszukując? Nie tego go uczyłem. Takich wejdźminów, co się po nocach przebierają za potwory i krzyczą: „mrrr, złap mnie wejdźmninku”, to ja tu mam na pęczki.
++++++Krasnolud podrapał się po głowie.
++++++– A nie możecie mu, no nie wiem, po prostu wykuć nowych mieczy i wisiorka? – spytał.
++++++– WYKUĆ NOWYCH?! Wykuć nowych, czyś ty oszalał!? Każdy wejdźmiński miecz musi zamoczyć… to znaczy, musi moczyć się dziesięć lat w gorącej czekoladzie, a drugi w sosie truskawkowym ze starannie wyselekcjonowanych owoców zbieranych tylko w piątek wieczorem przez chłopców o imieniu Jakub! A potem jeszcze trzeba to mieszać z krwią przyszłego właściciela, żeby uzyskać piękny karmazynowy odcień! Ich nie można sobie ot tak wykuć! One należą po wsze czasy tylko do jednego ciała i tego nie da, rozumiesz, NIE DA się powtórzyć! One są magiczne! Nie można ich sprzedawać! I to nie żaden wisiorek, jak go nazwałeś, tylko magiczny MEDALION, który…!
++++++– Dobra, uspokój się, ja pierdole, rozumiem.
++++++Wazelin wziął głęboki oddech i wytarł ręką fioletową brodę, którą sobie zapluł.
++++++– Jak mówią pradawne księgi, które wczoraj przejrzałem po raz pierwszy – kontynuował – podobna rzecz przytrafiła się kiedyś wielkiemu Kutanolsenowi. Do tej pory myśleliśmy, głównie ja, że wszystkie te księgi to jakieś brednie starych, nigdy nie trzeźwiejących zboczeńców, ale teraz wszystko uległo zmianie.
++++++– A co się stało z tym Kutase..nol… Wol..wo… Nem?
++++++– Umarł. Ale do rzeczy. Czas na coś przyjemniejszego. Chłopcy!

++++++Wazelin klasnął w ręce i okrągła sala do której dotarli rozbłysła światłem pochodni. Zgromadzeni wejdźmini nie wyglądali na tak odprężonych jak na górze. Krasnolud spojrzał na każdą z czterdziestu zakapturzonych twarzy. Nie dostrzegł wśród nich tej, której szukał.
++++++– A co wy się tak poubieraliście wszyscy jak na pogrzeb? – zapytał.
++++++– Taka tradycja, ale już powoli od niej odchodzimy.
++++++– Wazelin – ciągnął Zołman, stawiając Mlaskra na ziemi. – Minął już tydzień od naszego przybycia, a my nic nie wiemy. I przede wszystkim, gdzie jest Gejralt, bo już mnie to wszystko irytuje tutaj.
++++++– Musieliśmy się przecież zastanowić. Więc zastanowiliśmy się, że będziemy się właśnie teraz zastanawiać dalej. Chłopcy! Raport!
++++++Jeden z rekrutów wystąpił na środek sali. Powiercił się chwilę pod obszernym czarnym habitem przewiązanym skórzanym pasem, który nagle opadł ukazując lekarski mundurek – taki, który na półkach sklepowych najpewniej byłby oznaczony jako towar dla dorosłych. Otworzył różowy zeszycik gdzieś w połowie. Odchrząknął.
++++++– Próba pierwsza: z… onani… Zorganizowanie epickiej imprezy i doprowadzenie ciała do stanu utraty. Świadomości, poprzez picie a potem już tylko podawanie alkoholu dożylnie – rekrut zachichotał. – Hy hy, fajnie było. I. Utrzymywanie go w tym stanie przez …raz, dwa, trzy… Trzy dni. Wynik: negatywny, brak poprawy bież… bieżno… Bież-non-cego stanu.
++++++– A bo pomyśleliśmy, że to może przez to – wtrącił Wazelin. – Ale jednak nie.
++++++– Próba druga – kontynuował „lekarz”. – Uwie…uuu… Uwięzienie ciała i. Całkowita depilacja, łącznie z głową. Wynik: pozytywny. Ciało zachowało świadomość i uwolniło się z kajdan i uuu… Uciekło. Próba trzecia: u-nie-ru-cho-mie-nie. Ciało. Ciała. Na sztywno. I. Łaskotanie. Wynik: negatywny, ciało straciło czucie w kończynach, bo-je-za-mocno związaliśmy – mówca przerwał i dodał od siebie: – Żeby nam nie uciekł jak poprzednim ra…
++++++– Dobrze, następne! – przerwał Wazelin.
++++++– Próba… Raz, dwa, trzy… Próba czwarta: odurzenie ciała czym się da. W celu uniknięcia… Usunięcia! Usunięcia fff… wszystkich zarazków i. Podawanie zestawu eliksirów wejdźmińskich stopnia… raz, dwa, trzy, cztery, pięć…. piątego, a potem jadu z potworów w kolejności alfan.. analaf…al. Betycznej. Wynik: negatywny. Ciało na chwilę straciło wzrok.
++++++– Dobra, dosyć tego! – Zołman uderzył pięścią w stół. – Gdzie jest Gejralt!
++++++– Bez nerwów – powiedział Wazelin. – Jak mówiłem, eliksiry wzmacniają wejdźmińskie zdolności, a małe ilości jadu mogły je pobudzić, przynajmniej w teorii, he he. Nie zaszkodziło spróbować.
++++++– Pytam po raz ostatni. Gdzie. Jest. Gejralt!
++++++– I tak nic z tobą nie porobi wieczorem, jest trochę zmar…
++++++Stare, zardzewiałe drzwi do sali otworzyły się skrzypiąc
i skupiając na sobie wzrok wszystkich zgromadzonych. Po chwili z ciemności wyłonił się wejdźmin.
++++++– O tutaj jest, idzie przecież. Cały i zdrowy – Wazelin odetchnął z ulgą. – No i proszę. Jeszcze rano myśleliśmy, że umrze, a tu taka niespo… – przerwał, kiedy przypomniało mu się, że Zołman stoi obok niego. – To znaczy, niedosłownie. Tak się tylko u nas mówi, jak ktoś się troszeczkę gorzej czuje z rana.
++++++Zołman powstrzymał się od rękoczynu.
++++++– Gejralt? – spytał. – Powiedz coś.
++++++Srebrny Wilk, lub Głodny Wilk – jak zaczęli nazywać go wejdźmińscy bracia po tym, jak za każdym razem kiedy tu przyjeżdżał zjadał wszystko w zasięgu wzroku, był blady i bardziej głodny niż zwykle. Jego chude policzki zdawały zapaść się jeszcze bardziej. Wyglądał na skołowanego i mocno zmęczonego, ale poruszał się o własnych siłach pomimo asekuranta, który sprawiał wrażenie bardzo podnieconego, że to właśnie jemu przypadło to zadanie.
++++++– Coś – powiedział wejdźmin.
++++++Ledwo utrzymał się na nogach po nagłym nalocie Mlaskra.
++++++– Nic ci nie jest? – spytał krasnolud.
++++++– Nic, nic, już teraz dobrze.
++++++– Gejraltku, masz jakieś dziwne oczy – zauważył poeta odklejając głowę od przyjaciela.
++++++– To tylko tak na chwilkę Mlaskruś, niedługo przejdzie.
++++++Oczy wejdźmina mieniły się zielono-srebrnym odcieniem, przypominając oczy zwierząt, które w ciemnościach poruszają się sprawniej, niż za dnia. W przypadku wejdźmina reguła ta nie miała jednak odzwierciedlenia albowiem widział teraz dość niewyraźnie.
++++++– A zatem – zaczął Wazelin. – Skoro żadne cywilizowane środki nie pomogły, musimy wymyślić coś innego, co właśnie przed chwilą wymyśliłem, jak cię zobaczyłem, mój ty biedaczku. Skoro moce nie chcą ci wrócić po dobroci, to wpakujemy je w ciebie na siłę, he he. Co wy na to, chłopcy?
++++++Wejdźmińscy uczniowie strasznie się rozochocili. Kilku puściło Gejraltowi oczko, inni zaczęli się od razu rozbierać.
++++++– No ale… Wszyscy na raz?… – dopytał wejdźmin, przytulając Mlaskra mocniej do siebie.
++++++– Masz rację – przyznał mentor. – Ja zacznę. I potem reszta będzie się po kolei dołączać, co do jednego. Chłopcy! Ustawcie się w szyku, dwanaście osób na rząd!

++++++Gejralt chciał coś powiedzieć, ale wszystko działo się zbyt szybko jak na jego obecny stan. Trzy osoby już zaczęły się do niego dobierać. Ktoś mu pomachał.
++++++– Pierwsza dwunastka za mną! – krzyknął Wazelin.
++++++Zołman uniósł brwi.
++++++– Mogę coś powiedzieć, zanim zaruchacie go na śmierć? – wtrącił.
++++++– Krasnoludzie, to jest WEJDŹ-MI-N – wytłumaczył Wazelin zrzucając narzutkę. – Od razu widać, że nic nie wiesz o genitologi tego słowa. Ja nie wiem, co on w tobie widzi.
++++++Mlaskier naburmuszył się. Może i nie miał nadprzyrodzonych zmysłów ani żadnej super mocy, ale najlepiej ze wszystkich wiedział co to jest wejdźmin. Zaczął drapać zbliżających się rekrutów pazurami, jednak został szybko zneutralizowany poprzez zbiorową moc unieruchamiania. Gejralta to rozgniewało.
++++++– No no, jaki porywczy chłopiec! – powiedział Wazelin, smarując się olejkiem bananowym. – Może zamiast z ciebie Gejralt, to z niego zrobimy nowego wejdźmina po prostu?
++++++Gejralt zmarszczył brwi.
++++++– Prędzej pozwolę wam wszystkim grzmotnąć mnie na raz – powiedział. – Odsuńcie się! JUŻ!
++++++Na sali zapanowała cisza. Rekruci zrobili wejdźminowi miejsce, zostawiając go w utworzonym w ten sposób okręgu. Wazelin upuścił flakonik z olejkiem, który zabrzęczał kilka razy na kamiennej posadzce i zatrzymał się.
++++++– Niesamowite – powiedział, wybałuszając oczy. – Dlaczego słuchacie go bardziej ode mnie? – spytał swoich uczniów.
++++++– No bo… – zaczął ktoś. – Jakby nie było, to jednak najlepszy wejdźmin na świecie jest.
++++++– Legenda – dodał ktoś inny. – Szacunek się należy.
++++++– Na własne oczy widzieliśmy jak pokonał ryczywoła i żadne moce nie były mu potrzebne.
++++++– Przecież on nie ma żadnych mocy i jest słaby jak bąk! – przekonywał mentor.
++++++– Ja tam wole nie ryzykować – powiedział ktoś inny, a reszta przytaknęła.
++++++Wazelin zmrużył oczy. Kazał wszystkim zgromadzić się na głównym placu i wyjąc palce.

++++++Jeżeli wcześniej krasnoludowi wydawało się, że wejdźmińscy rekruci ubrali się jak na pogrzeb, to teraz trudno było mu nazwać styl ich ponurych strojów. Być może on sam miał już dosyć tego miejsca, a może była to tylko kwestia zachmurzonego nieba, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że w powietrzu wisi coś niepokojącego i nie miał na myśli unoszącego się nad dziedzińcem Wazelina. Mentor, w pełnym rynsztunku, powoli zbliżał się ku ziemi. Kiedy stopami dotknął gruntu, odczepił uprząż i wszedł na specjalne podwyższenie.
++++++– Nie ma to jak mocne wejście, he he – powiedział. – Rach, ciach i bum! No ale, już bez zbędnych ceregieli. Gejralt, wystąp.
++++++Wejdźmin wykonał polecenie.
++++++– Drogi Bracie – zaczął fioletowobrody rozwijając zwój papieru. – Ze względu na haniebne czyny jakich się podjąłeś, aby splugawić swoje imię i święty kodeks wejdźmiński, wydanie czwarte, z ptaszkiem na okładce, okrywam cię hańbą, yyy… tak. Nie to czytam – Wazelin przeleciał oczami kilka następnych linijek tekstu. – O! Niniejszym zostajesz skazany na wygnanie z bractwa wejdźminów. Według paragrafu jeden-zero-jeden, złóż swój medalion i miecze na…, yyy… opuść to miejsce, no wyjdź przez bramę i nie wracaj, po prostu.
++++++Gejralt skinął głową, wstał i bez słowa udał się do wyjścia. Mlaskier wystawił wszystkim język, a Zołman napluł na podłogę.
++++++Zgrzyt zamykającej się za nimi bramy przyprawiał o dreszcze. Metalowe zatrzaski huknęły, a potem wszystko ucichło pozostawiając za sobą tylko kłęby opadającego pyłu. Wejdźmin wyprzedził przyjaciół i usiadł na kamieniu z widokiem rozciągającym się na wąwóz. Mlaskrowi zrobiło się smutno, toteż opadł na ziemię i przytulił się do ud Zołmana. Krasnolud patrzył chwilę na milczącego wejdźmina, po czym wziął głęboki oddech. Kazał Mlaskrowi poczekać i podszedł bliżej urwiska.
++++++– Gejralt? Czy lasodymacze mogłyby, tak czysto teoretycznie, pić kawę z filiżanek? – zagaił.
++++++– Nie wiem, chyba tak – odparł wejdźmin. – Mają zwinne dłonie. A czemu pytasz?
++++++– A nic. Tak tylko… zagaduje. Chodźmy już stąd – rzekł i odszedł kilka kroków. Zatrzymał się i westchnął. Spojrzał na przyjaciela, który w dalszym ciągu siedział na kamieniu.
++++++– Idziesz? – spytał.
++++++– Nie wiedziałem, że świat jest taki cichy – powiedział wejdźmin.
++++++Krasnolud usiadł obok niego. Już powoli zaczynał przyzwyczajać się do roli pocieszyciela.
++++++– Cichy nie cichy – rzekł. – Wciąż mamy robotę. Ja to bym się nawet cieszył, że mnie stąd wygnali. I mogą sobie mówić co chcesz, i tak jesteś wejdźminem, czy się to komuś podoba czy nie. I to najlepszym. A teraz rusz ten tłusty tyłek, szlak czeka.
++++++Nagle poczuł, że został objęty za ramię.
++++++– No tak. To ja próbuję podnieść cię na duchu, a ty jak zwykle… – Zołman spojrzał na oparte na kolanach, luźno zwieszone obie dłonie wejdźmina.
++++++Powoli zerknął na swoje ramie.
++++++– Gejralt… – szepnął.
++++++Wejdźmin mruknął pytająco.
++++++– Lasodymacz… – wyłkał krasnolud.
++++++– Już mówiłem, że chyba mogą pić tę kawę…
++++++– Nie, Gejralt, nie o to mi chodzi – Zołman w bezruchu popatrzył na zakończony czarnym frędzelkiem ogon, który wciąż leżał na jego ramieniu. – Lasodymacz! Jest za nami!
++++++Wejdźmin obrócił się w locie i błyskawicznie stanął na równe nogi. Zołman skulił się i zakrył oczy rękami. Po chwili rozszerzył palce. Było zdecydowanie za cicho.
++++++– Zołman, tu nikogo nie ma – stwierdził Gejralt.
++++++Krasnolud wstał i rozejrzał się. Po lasodymaczu nie było nawet śladu.
++++++– Mógłbym przysiąc, że widziałem jego ogon obejmujący mnie za ramię! – powiedział. – Czułem to!
++++++– Oj Zołmanku… – wejdźmin westchnął. – Przywidziało ci się. Lasodymacze nie zapuszczają się w te strony. Ale masz rację, chodźmy już stąd. Spędziłeś za dużo czasu w Homo Moh’er, jak my wszyscy – Gejralt uśmiechnął się pobłażliwie na widok Mlaskra, próbującego odpiłować sobie własną nogę patykiem. Wciąż nie miał w niej czucia.
++++++– Potrzebujemy pieniędzy, a ja wiem gdzie jest ich dużo za dużo – powiedział wejdźmin.
++++++Zołman nagle zamarł, wpatrzony w przyjaciela, który spojrzał na niego z góry.
++++++– A ty co się tak na mnie patrzysz? – spytał Gejralt, uśmiechając się szeroko. – Zakochałeś się we mnie w końcu?

++++++Jego jasne włosy powiewały na tle ciemnych chmur, pełna spokoju twarz promieniała, a górne trójki były dłuższe niż reszta zębów i bardziej spiczaste niż zwykle.
++++++Krasnolud przełknął ślinę. To nie mogło wróżyć niczego dobrego.

Rozdział III – Największy Czarodziej

rozdzial 3

++++++Głęboko pod ziemią, w miejscu o którym nie wiedział nikt prócz szczurów, kretów i dżdżownic, panowała całkowita cisza. Kolorowe mikstury w skomplikowanej aparaturze chemicznej nie bulgotały, kotły pełne tajemniczych wywarów zdążyły już ostygnąć, a magiczne przedmioty i fikuśne maszyny porozstawiane tu i ówdzie w całkowitym chaosie zdawały się drzemać. Nawet białe myszy laboratoryjne przeciągały się leniwie w swoich klatkach, trącając się łapkami po rozdziawionych pyszczkach. W koło, lekko i powoli, unosiły się drobinki kurzu, widoczne w ciepłym blasku pochodni i nadtopionych świec.
++++++Jednym słowem, czarodziej Dyrdymał zrobił sobie dzisiaj wolne.
++++++Było tak jak lubił najbardziej – cicho. Nie odpowiadał na wiadomości z transmagicznych tuneli świetlnych, wyłączył portale teleportacyjne co do jednego i wyciszył wszystkie pikające urządzenia wkładając sobie kołki z waty do uszu. Myślał o schematach, liczbach i kompilacjach. Układał w głowie wzory, które za pomocą magicznych umiejętności wizualizowały się nad jego głową, jeden nad drugim, by w końcu wyparować wśród gorącej pary uciekającej z drewnianej misy, w której zażywał ciepłej kąpieli.
++++++I nagle do głowy przyszła mu piosenka. „Motylem jestem… aaa, pofrunę gdzie nie byłam jeszcze, uuu…” zanucił, zupełnie nie wiedząc dlaczego właśnie to akurat teraz przyszło mu do głowy. Poczuł, że maseczka z zielonej glinki zaczyna go piec w skórę. Czarodziej wstał, zdjął plasterki ogórka z oczu, wykręcił długie wąsiki pozbywając się resztek ziołowej odżywki i opłukał twarz. Ponieważ miał tylko pięćdziesiąt centymetrów wzrostu, w zasadzie nie było różnicy czy siedzi czy stoi, więc usiadł.
Siedział tak jeszcze przez chwilę kiwając się w rytm snującej się po jego głowie melodii, kiedy do jego zmysłów dotarło niepokojące dudnienie. Dyrdymał wyjął watę z uszu i zmarszczył krzaczaste brwi, próbując zlokalizować źródło odgłosów.
++++++Ubrał niebieski szlafrok w żółte gwiazdki i puszyste bambosze w tym samym wzorze. Pobiegł na sam środek swojej tajnej bazy, podskoczył i pociągnął za dźwignię ściągając z góry rozsuwany peryskop. Bacznym okiem rozejrzał się po powierzchni ziemi. Nikogo jednak nie spostrzegł. Odgłosy zdawały się być coraz głośniejsze i przypominać ludzką mowę.
++++++Czarodziej przyłożył policzek do jednej ze ścian i wzmocnił dźwięk zaklęciem.
++++++– Trochę tam ciemno – usłyszał.
++++++– Poprowadzisz?
++++++– Wiesz, ostatnio w ciemnych miejscach lepiej sobie radzę jak jestem z tyłu.
++++++– Hihihi… Prawda.
++++++– Kurwa!
++++++Przekleństwo było tak głośne i siarczyste, że Dyrdymał odskoczył od ściany jak poparzony. Natychmiast zamiótł porozrzucane płatki róż pod dywan, zrzucił szlafrok i pobiegł po bardziej odpowiednie ubranie ledwo wyrabiając zakręt, zza którego znienacka wyrosły przed nim długie nogi w obcisłych wzorzystych leginsach.
++++++– Przeszkodziliśmy w czymś? – spytał wejdźmin.
++++++– Aaaaa…! – czarodziej zawrócił i na powrót odział się w gwiaździstą podomkę. – Tak! – wrzasnął.
++++++Przemyślał to jednak i…
++++++– NIE! – dodał szybko. – To nie moje!
++++++– Przecież masz to na sobie…
++++++– Cicho!
++++++Gejralt przykucnął i pomiział wciąż ciepłą wodę w małej drewnianej misce wyjmujące z niej płatek.
++++++– Kąpałeś się w różach? – dopytywał.
++++++– Nie! Ja się nie kąpie! – rzucił czarodziej. – Jak się tu dostaliście?!
++++++– Tyłem.
++++++– Tu nie ma tylnego wejścia!
++++++– Mhm, każdy tak mówi na początku – stwierdził wejdźmin.
++++++– Szliśmy takim wąskim ciemnym tunelem – powiedział Mlaskier, otrzepując się z piasku na podłogę.
++++++– Co!? Wysadziłem to przejście lata temu! – krzyknął mag i oparł ręce na biodrach, zupełnie zapominając o tym, że nie zawiązał szlafroka, który bezwładnie rozchylił się na boki ukazując środkową część jego ciała. – Zresztą, jakim cudem ktoś tak wielki jak ty się tamtędy przecisnął? To był tunel awaryjny, tylko na mój rozmiar!
++++++Gejralt przygryzł dolną wargę spoglądając na półtorametrowego czarodzieja i jego maleńką posturę.
++++++– Mogę ci powiedzieć, Dyrdymale – zaczął – że czasami bardziej liczy się technika, a nie rozmiar.
++++++– Dosyć tego bablania – przerwał Zołman, który dopiero co wygramolił się z tunelu. – Gejralt potrzebuje pomocy. Masz chwilę? Kurwa, co ty masz na sobie?

++++++Problem utraty wejdźmińskich mocy był dla czarodzieja, jak i samego zainteresowanego, czymś całkiem nowym. Po zapoznaniu się z sytuacją Dyrdymał przebył cztery kilometry po swoich włościach drepcząc w tę i z powrotem pod nakazem całkowitej ciszy, podczas której dogłębnie analizował problem na wszystkie możliwe znane sobie sposoby – choć Gejralt od razu zwrócił mu uwagę, że „dogłębnie” w jego przypadku jest raczej mało możliwe.
++++++Czarodziej zatrzymał się tuż przed wejdźminem i kazał mu się położyć. Przeszedł po nim kilkakrotnie, po czym zajrzał mu pod powieki, uszczypnął w rękę i wyrwał mu włosa z głowy. Długi srebrny włos zdawał się nie błyszczeć jak zwykle. Czarodziej wypowiedział zaklęcie, podpalił go, zrobił z niego kulkę i wsadził ją sobie do buzi. Pociamkał przez chwilę burcząc coś pod nosem, po czym wypluł ją i zadeptał.
++++++– Tak jak myślałem! – wrzasnął w końcu, budząc Zołmana. – Jesteś kompletnie zatruty.
++++++– Ktoś go otruł?… – spytał udający całkowitą przytomność krasnolud.
++++++– Sam się otruł.
++++++– Ja?… – zdziwił się Gejralt.
++++++– Cicho! Jesteś po prostu jedną wielką chodzącą trucizną. Zademonstruję ci.
++++++Dyrdymał podszedł do słoiczka z owadami i wyciągnął najgłodniejszego komara sadzając go na skórze Gejralta. Komar natychmiast go ugryzł i z błogim uśmiechem wciągnął porcyjkę wejdźmińskiej krwi. Chwilę później doznał ataku serca i umarł.
++++++– Przekroczyłeś wszelkie limity zdrowego rozsądku i żyjesz jeszcze tylko dlatego, że jesteś wejdźminem – kontynuował czarodziej, nie pozwalając sobie przerwać. – Cicho! Zwykły człowiek już dawno by zszedł, albo skończył jak mój świętej pamięci kuzyn, który utopił się w sedesie, bo nie potrafił odróżnić kibla od czapki i został pochowany z klozetem na głowie, bo nie dało się go wyjąć.
++++++Dyrdymał znów przeszedł kilka razy w tę i z powrotem nie zważając na leżącego na drodze wejdźmina, po czym uniósł wskazujący palec.
++++++– Diagnoza i rozwiązanie! – zawołał. – Zdrowa dieta, żadnych używek, eliksirów, alkoholu i…
++++++– To co ja będę robił? – zmartwił się Gejralt.
++++++– Cicho! Możesz zacząć uprawiać s…
++++++– Przecież uprawiam… – przerwał mu wejdźmin.
++++++– Przynajmniej trzy razy w tygodniu! – dodał.
++++++– Ooo… – jęknął wejdźmin. – To to spokojnie. Słyszeliście? – Gejralt zwrócił się do przyjaciół.
++++++Zołman pokręcił głową.
++++++– Sport, kretynie.
++++++– Cicho! – wrzasnął czarodziej. – Ponieważ masz przed sobą trudne zadanie, mogę ci zaoferować natychmiastową pomoc doraźną.
++++++– Przecież zrobię ci krzywdę – stwierdził wejdźmin.
++++++– Cicho! I za mną!

++++++Szklana tuba, którą zjechali kolejno na najniższy poziom sekretnej jaskini Dydrymała, przemieszczała się niemal bezszelestnie. Po przebyciu skomplikowanego skalnego labiryntu i przeskoczeniu przez fosę z lawy, dotarli do pustej ściany.
Czarodziej zaczął wymachiwać rękami by po kilku chwilach przez ich oczami ukazały się żelazne drzwi z tabliczką:

„SEKRETNE LABORATORIUM NAJWIĘKSZEGO , NAJPOTĘŻNIEJSZEGO I NAJWIĘKSZEGO CZARODZIEJA-WYNALAZCY NA ŚWIECIE”.

++++++Za tymi drzwiami, według maga, kryły się cuda nie z tej ziemi. Nie wolno było niczego dotykać, a oglądać można było tylko z odległości jednego metra. Plusem było to, że wszystkie urządzenia były dość malutkie, aby można je było bez problemu schować do kieszeni, toteż Mlaskier właśnie to dokładnie robił.

++++++– Dyrduszka S-35 – zaczął czarodziej. – Mój najnowszy magiczny wynalazek. Precyzja magii nad przewagą kunsztu nad precyzją i przewagą magii w jednym.
++++++– Jakaś nowa przyprawa do rosołu?… – spytał wejdźmin.
++++++– Cicho! – oburzył się czarodziej. – To tylko tak wygląda jak kostka rosołowa, dla bezpieczeństwa.
++++++– A co to? – zainteresował się Mlaskier.
++++++– Wystarczy tutaj potrzeć i proszę!
++++++Złocisty sześcianik zrobił PYK! i zamienił się w puszystą poduchę.
++++++– No to rzeczywiście… – burknął krasnolud. – Dobrze, że ta niebezpieczna rzecz jest w formie kostki rosołowej.
++++++– Cicho! A tu mam jeszcze coś lepszego. Dyrdymolix V-kropka-1500. Wirtuozeria w najczystszej postaci połączona z maestrią i szczyptą najwyższej techniki rodem z elfiego lasu.
++++++Wejdżmin wziął do ręki patyk.
++++++– Czyli…? – spytał.
++++++Dyrdymał sięgnął po jabłko i przyłożył do niego swój wynalazek, którego końcówka po kontakcie ze skórką rozżarzyła się zielonym światłem.
++++++– Można nim wycinać napisy na owocach – wyjaśnił. – Nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać. A tu – Dyrdymał wbiegł po drewnianych schodach przystawionych do regału i ściągnął z półki metalowe kółko wielkości monety. – Dyrdymerek Z, wersja druga!
++++++Czarodziej położył ją wejdźminowi na dłoń. Obręcz zakręciła się i wypuściła ze środka małą chmurkę, która falując ułożyła się w mglistą liczbę.
++++++– Sześćdziesiąt dziewięć…? – zapytał Gejralt.
++++++– Przykład niesamowitej zręczności poruszania się w arkanach magii zatopiona w morzu piękna i majestatu koła. Pokazuje liczbę, o której najczęściej myślisz – chrząknął mag.
++++++– A co robiła wersja pierwsza?
++++++– Nic – odparł. – A tu! Dyrdycianka X53!
++++++– Dyrdymał – odezwał się Zołman. – Masz coś, co zastąpi Gejraltowi chociaż część wejdźmińskich umiejętności? Albo chociaż kiedykolwiek się przyda?
++++++– Ja chcę Dyrdyciankę Iks Pięćdziesiąt Trzy! – Mlaskier założył ręce na piersi i naburmuszył się. – Daj mi.

++++++Poeta uspokoił się dopiero wtedy, kiedy dostał upragniony przedmiot. Wspólnie zadecydowali, że rzecz ta jest na tyle bezpieczna, aby Mlaskier mógł ją posiadać na wyłączność. Dyrdycianka serii „X” o numerze „53” zmieniała kolor, kiedy jajko było ugotowane.

++++++Zaopatrzeni w wynalazki Dyrdymała, opuścili podziemną twierdzę w ciszy. Zołman szedł drapiąc się po głowie i myślał o czymś bardzo intensywnie, patrząc na Mlaskra, który sprawdzał, czy każda napotkana rzecz nie jest przypadkiem ugotowana. Wejdźmin zerwał śliwkę z drzewa i usiadł na głazie.
++++++– Wygrawerowałem sobie serduszko – powiedział. – Kiedyś potrafiłem to zrobić bez dyrdy-czegoś-tam. Jestem do niczego.
++++++Krasnolud usiadł obok wejdźmina, pierwszy raz od bardzo dawna z własnej woli.
++++++– Uszy do góry, Gejralt – powiedział. – Jest nas trzech, poradzimy sobie i bez twoich nadludzkich zdolności. Zresztą, po co ci one. I bez tego jesteś dość pomysłowy.
++++++– Hi hi – zachichotał grajek. – Prawda. Wczoraj w nocy…
++++++– Mlaskruś, to akurat nie ma nic wspólnego z moimi nocami. Mocami, znaczy się.
++++++– Nie to nie – rzucił Mlaskier i odwrócił się obrażony.
++++++Zołman zastanowił się.
++++++– Z Dyrdymałem nie wyszło. To może w Homo Moher ci pomogą?
++++++– Możliwe.
++++++Krasnolud westchnął.
++++++– Powiesz wreszcie jaki jest ten twój plan? – zapytał.
++++++– A ja znam plan – powiedział z dumą Mlaskier odwracając się. – Gejralt wszystko mi wczoraj opowiedział.
++++++– Tobie?
++++++– Tak. A więc – poeta nabrał powietrza, skupił się bardzo mocno i lekko się zarumienił. – Jak już wydostaniemy się z tego gąszczu samych niewiadomych – zaczął głaskając się po włosach – zeskoczymy na moje czółko i sprawdzimy, czy żaden kłopot nie wpadł mi do oczek. Następnie wejdziemy na sam czubek mojego noska, gdzie rozejrzymy się za potencjalnymi możliwościami dalszej wędrówki. Stamtąd spostrzeżemy, że niżej są dużo ciekawsze rzeczy. Zanim jednak ruszymy na dobre na południe, zboczymy trochę z głównej trasy i zajrzymy najpierw za wschodnie uszko, a potem zachodnie, bo nigdy nie wiadomo co uda nam się tam usłyszeć. Następnie będziemy się powoli i dokładnie przesuwać w dół po szyjce, aż dotrzemy do dwóch bliźniaczych malutkich pagórków, gdzie spędzimy troszkę więcej czasu próbując wyssać trochę wiedzy na temat utraty wejdźmińskich mocy. W międzyczasie zasięgniemy języka, aby upewnić się, że o niczym ważnym nie zapomnieliśmy. Wracając, ominiemy pagórki i pójdziemy dalej w dół zahaczając o największe żebrowe metropolie, gdzie odwiedzimy kilku starych przyjaciół, aż dotrzemy do małej dziurki na środku brzuszkowej polanki, gdzie rozpalimy duże ognisko i może nawet uwarzymy kilka eliksirów. Dalszą drogę wskaże nam wąska, porośnięta kłosami ścieżka i tu będziemy musieli uważać, żeby nie spaść z biodrowej skarpy. Stamtąd zaczniemy niebezpiecznie zbliżać się do miejsca pobytu przynajmniej jednego z wejdźmińskich mieczy, który najpierw oswobodzimy, a potem użyjemy troszkę siły i odwrócimy…
++++++– Dobra! Wystarczy! – wrzasnął Zołman ocknąwszy się w porę.
++++++Wejdźmin puścił Mlaskrowi oczko i uśmiechnął się lekko.
++++++– Tak – przyznał. – Tyle wystarczy. Dalej już troszkę zabrakło mi weny.
++++++– Winszuję wyobraźni – rzucił krasnolud. – A teraz po ludzku.
++++++– No nic – odparł wejdźmin po chwili namysłu i dał Zołmanowi śliwkę z serduszkiem. – Zrobię to, co umiem najlepiej. Wstanę i pójdę przed siebie – powiedział.

++++++Chwilę później, gdzieś w głębi lasu, rozbrzmiał wesoły śpiew przy akompaniamencie jednej, jak się okazało, zupełnie nieugotowanej lutni…
++++++– Motylem jestem… mm-mmmm… na na na na, motylem jestem, uu-uuu… Pofrunę gdzie nie byłem jeszcze, aa-aaa…, zatrzymaj bo nie wróóócę więcej…!

Rozdział II – Wyjdźmin

rozdzial2

++++++Ciszę przerwało walenie do drzwi tak nagłe, że Zołman podskoczył, a Mlaskier spróbował schować głowę w piasek. Ten zamiar został skutecznie udaremniony poprzez fakt, że pomiędzy piaskiem a jego głową znajdowała się drewniana podłoga. Poeta stracił przytomność. Zołman spojrzał na niego jakby chcąc krzyknąć „uważaj, debilu”, ale po chwili pokręcił tylko głową i spokojnie podszedł do drzwi.
++++++Kiedy je otworzył, ujrzał brodatego wieśniaka, który wymachiwał rękami, jakby żywo gestykulując podczas opowiadania jakiejś historii, ale mówić zaczął dopiero kiedy Zołman pacnął go w głowę.
++++++– Panieee! – zaczął starzec, któremu brakowało większości zębów. – Paniee…
Zołman odczekał jeszcze chwilę, ale zorientował się, że jego rozmówca śpi. Tym razem szturchnął go w ramię.
++++++– Paniee! – obudził się dziadek. – Wedźmyna czeba! Podobno znikł i go ni ma od dawna, a tu potwóry sie mnożom! A nasza Jagienka pono zasłyszała dzie, że ten wedźmyn to ostatnio w tych łokolicach widzion był. Ale Jagienka guupia, to sie jej mogło pokićkać cuś…
++++++Zołman westchnął.
++++++– Wejdźmin jest niedysponowany – powiedział. – Nie pójdzie. Jakie potwory?
++++++– A żebym to ja wiedzioł, jakie. He, he, he he.
++++++– Eee – Zołman nie bardzo wiedział co nagle tak rozśmieszyło przybysza. – To chyba niezbyt groźne, że się pan śmiejesz na samą myśl.
++++++– A dzie tam niegroźne! Sie śmiejem bo mnie się przypomnioło jak to ciotka Zulka sie zamkła w wychódku a ja żem z Antkiem go hyc! Do jeziora poturlali. Zulka pływać umiii, ale jak na niom wypłynęło to całe gówno, to panie śmiechu to była kupa, he he he he.
++++++Zołman przewrócił oczami.
++++++– Ale co mnie pan o gównach godo jak ja tum ratunku przyszoł szukać! – dziadek zmarszczył brwi i pogroził mu palcem. – Snujom się jakieś zjawy i inne duperszwance po lesie tam we wsi za miedzom i babom chłopów kuszom, i kuszom i, wyobraź sobie pan, z nimi filtrujom! I inne takie. No wiesz pan co mówiem, nie? Po dupach je macajom!
++++++– To rzeczywiście brzmi jak wejdźmińska robota – westchnął krasnolud. – Ale już mówiłem. Przykro mi – wejdźmin nie pójdzie.
++++++– Chuleera! – zafrasował się staruszek. – A ja mówił im że wydźmon to bujda jaka! Tera jeszcze powiedzom że ja głupi dziad i go nie umioł przekonać do pomocy. A niech ich to licho se dyma po kniejach, zaraza. I jeszcze żem zapomniał cuś ważnego. Nie wieta co to?
++++++Zołman pokręcił przecząco głową. Przybysz począł odchodzić, ale ponieważ szedł bardzo, bardzo powoli, po kilku minutach wciąż był na wyciągnięcie ręki od wejścia do chatki. Krasnolud stał niezręcznie w drzwiach czekając aż zamknięcie ich nie będzie nietaktowne, ale kiedy staruszek przebył kolejne trzy kroki w czasie, w którym spokojnie można by ugotować wystawną kolację, zatrzasnął je machnięciem ręki. Potem wrócił do niewielkiego salonu, w którym stało kilka mebli, a na podłodze siedział Mlaskier i masował sobie nogę powtarzając pod nosem „moja głowa”.
++++++– Gejralt, siedzisz tam już ze dwa tygodnie – powiedział do kredensu. – Jak nie wyjdziesz, to umrzesz z głodu.
++++++Odpowiedziała mu cisza.
++++++Krasnolud usiadł na podłodze obok Mlaskra.
++++++– Nic – rzucił w przestrzeń. – On tam chyba już zostanie, Mlaskier. Nagle dowiedzieć się, że jest się ojcem, niezła farsa. Ale, kurwa, kto mógł wiedzieć że tak się… zamknie.
++++++– Gejraltuś jest w szoku – odparł poeta wciąż masując nogę. – Jak raz przypadkiem nadepnąłem na ślimaka to też już potem nie wyszedł z muszelki. Ta sama zasada.
++++++– Eee.. No mniej więcej – burknął krasnolud. – Szkoda że Dżemmefer postanowiła działać na własną rękę. Już ona by go wykurzyła… Masz jeszcze jakieś pomysły?
++++++– Tak, ostatnio pomyślałem, że można by doczepić skrzydełka do bułek – poeta rozpromienił się na tę myśl i widać było, że przeszedł mu cały ból.
++++++– Czasami się zastanawiam, czy ty tego nie robisz specjalnie. Pytam czy masz jakieś pomysły na temat tego, co z tym zrobić – krasnolud wskazał palcem stojący pod ścianą kredens.
++++++– A, to tak. Mam 37 pomysłów.
++++++– To teraz odrzuć wszystkie, które nie mają absolutnie żadnego sensu, i powiedz mi te które zostaną.
++++++– To nie mam.
++++++– Tak myślałem.
++++++– Chociaż nie, mam jeden – Mlaskrowi twarz zaświeciła się, jakby właśnie wynalazł nie tylko koło, ale też trójkąt, kwadrat i stożek. Trójkąt, gwoli ścisłości, wynaleziony został przez trzech mnichów – założycieli akademii Homo Moher, i to już pierwszego dnia ich działalności.
++++++Mlaskier zrobił efektowną pauzę i zmrużył oczy.
++++++– Włożyć do nosa – powiedział powoli.
++++++– Co?
++++++– A co innego można by zrobić z palcem?
++++++– Mlaskier, Jezus Maria, nie chodzi mi o palec … czy ty jesteś taki…
++++++– CO INNEGO MOŻNA BY ZROBIĆ Z PALCEM? – powtórzył Mlaskier.
++++++Zołman już miał pacnąć go dłonią w tył głowy, ale nagle coś do niego dotarło.
++++++– Hmm. No nie wiem Mlaskier – powiedział ostentacyjnie głośno – co można zrobić z palcem. Może…
++++++Z kredensu dobiegły dźwięki, jakby ktoś się tam poruszył.
++++++– Tak po prostu włożyć do nosa? A może gdzieś indziej?
++++++Krasnolud i poeta spojrzeli na siebie przytakując porozumiewawczo.
++++++– Ja też nie wiem Zołmanku gdzie można jeszcze włożyć palec. Szkoda, że nie ma tu Gejraltusia, może on by wiedział?
++++++– Taak, taak – Zołman wziął głęboki oddech, powtarzając sobie w myślach, że robi to dla przyjaciela. – On na pewno by wiedział. A tak to chyba nigdy się nie dowiemy gdzie można by, ehm, włożyć palec…
++++++Kredens nie wytrzymał. Ze środka dało się słyszeć przeciągłe westchnięcie, a potem głos, który szczegółowo wyjaśnił im, co jeszcze można zrobić z palcem.
++++++– A widzisz Gejralt – ucieszył się Zołman. – Jednak jest jeszcze dla ciebie nadzieja! Wyłaź!
++++++Odpowiedziała mu cisza.
Krasnolud miał dość. Wstał i kopnął drzwiczki kredensu.
++++++– Gejralt! Musisz stamtąd wyjść – warknął. – Posłuchaj. Nie wiem dlaczego nie możesz już robić swoich dziwnych znaków i pić eliskirów. Nie mam pojęcia co się z tobą dzieje, ale wiem jedno. Jesteś najdzielniejszą osobą jaką znam, a znam Mosznana z Gór Krwawych, zwanego Młotojądrym, który własnymi jajcami zatłukł na śmierć cztery niedźwiedzie grizzly. Na swój własny, pojebany, pedziowaty sposób zawsze sprawiałeś, że najgorsze śmierdzące bagno, w jakie wpadliśmy zamieniało się w różowy budyń, a z dwojga złego lepsze to, niż żeby zeżarła ci głowę jakaś mizerna Mizerna, a potem ją wysrała i zeżarła z powrotem. Ja też mam dziecko, Gejralt, i w moim przypadku to akurat jest sytuacja z gatunku tych gównianych. Ale pomyśl, ty, co baby dotykasz tylko jak chcesz sprawdzić gdzie kupiła taki fajny tusz do powiek, czy inne gówno, dostałeś od losu w prezencie takiego małego kogoś, kto pewnie odziedziczył te twoje niestworzone zdolności, a na dodatek jest w połowie fajną czarodziejką. Ale co najważniejsze, bezpieczeństwo tego kogoś zależy od ciebie. Pokonałeś już cholernie dużo potworów, ale te, które są pod łóżkiem twojej córki, to one są dla ciebie teraz najważniejsze. Ja to co innego, ja co noc sprawdzam czy pod moim łózkiem nie czai się ten mój… potomek, ale ty musisz teraz wziąć się w garść. Rozumiesz? Bo jak nie rozumiesz, to zaraz wezmę topór i nie będziesz miał gdzie się…
++++++– Tak – odpowiedział kredens.
++++++Drzwiczki powoli otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Ze środka wyłonił się wejdźmin. Zołmanowi przeszło przez myśl, że to niemożliwe, że po tygodniach spędzonych w środku Gejralt wciąż ma perfekcyjną fryzurę i doskonały makijaż. Zaraz jednak zganił się za to, że zwraca uwagę na takie rzeczy. Lata przygód w tym specyficznym towarzystwie pozostawiły pewien znaczący ślad na jego psychice.
Wejdźmin popatrzył w sufit, jakby zastanawiając się nad czymś, po czym pewnym krokiem ruszył w stronę wyjścia.
++++++– Co ty robisz…? – Zołman zmarszczył brwi, ale wiedział, że choćby próbował, to nie jest w stanie zatrzymać przyjaciela. – Chcesz teraz odejść?
++++++– Mój kochany, ja nie odchodzę, ani nawet, co mnie samego dziwi, tym razem nie dochodzę. Ja IDĘ. Idę pokonać potwory spod łóżka.

++++++Zołman odetchnął z ulgą i skinąwszy na Mlaskra podążył za wejdźminem na zewnątrz. Była dobra pogoda na marsz, więc chatkę, w której spędzili ostatnie tygodnie zostawili za sobą szybko. Niczego ze sobą nie zabrali.
++++++– Gejralt, ale czekaj … – powiedział krasnolud. – Cieszę się, że zmieniłeś zdanie, ale może jednak przystopujmy. Trzeba by ustalić jakiś plan, przygotować się…
++++++– Ja już mam plan. I przygotowałem rzeczy – odparł wejdźmin nie zwalniając kroku.
++++++– Rzeczy? Przecież siedziałeś w kredensie!
++++++– Ależ Zołmanku, byłem tam tylko kilka razy malować paznokcie. Akurat mówiliście coś o palcach. To było całkiem na temat, bo bo mój nowy lakier musi schnąć w ciemności – Wejdźmin obejrzał się na towarzysza i zauważył jego rozdziawione pytająco usta – Za szafką w ścianie jest dziura. – dodał, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
++++++Zołman zweryfikował to stwierdzenie jednym spojrzeniem na majaczącą w oddali chatkę. W jej ścianie ział widoczny nawet teraz całkiem spory otwór. Spojrzał z powrotem na wejdźmina.
++++++– No tak. To przynajmniej pewna zjawa nie będzie się już kręcić po okolicznych lasach i klepać po dupach, co?
++++++– Ja nic o tym nie wiem – powiedział Gejralt poważnie, przyspieszył kroku i zagwizdał najbardziej podejrzaną melodyjkę, jaką można sobie wyobrazić.
++++++– Zołmankuu – powiedział Mlaskier ciągnąc Zołmana za rękaw. – A czyja to właściwie była ta chatka, co w niej mieszkaliśmy z kredens… znaczy Gejraltusiem?

++++++Dwa tygodnie później pewien siwy dziadek dotarł piechotą do wsi i pacnął się w czoło. Z miejsca zawrócił i ruszył w stronę domu.

Rozdział I – Między wódką a nogami

rozdzialy-1

++++++Szereg kolorowych butelek zdobiących spiętrzone półki nad barem odbijały światła świec, lampionów i rozweselone twarze. Nagle, jedna z nich schwytana przez pulchną dłoń, powędrowała na blat i przechyliła się wypełniając ciemnobrązowym trunkiem kieliszek, który – wędrując wprost do gardła sponiewieranego klienta – sprawił, że delikwent zaraz po konsumpcji uderzył czołem w blat.
++++++– Nie śpi! – warknęła stojąca za barem baba o okrągłych kształtach. – Bo mi włosy w likierze moczy!
++++++Wejdźmin Gejralt podniósł głowę, odgarnął długie srebrne włosy z różowymi pasemkami, odczekał aż wirujący w kącie zegar nabierze ostrości i odwrócił się w stronę sali opierając łokcie na blacie. Wypuścił wysokoprocentowe powietrze z ust nucąc coś o ponętnych figurach
i wierconych w nich dziurach, po czym rozejrzał się po pełnej i głośnej sali drewnianego przybytku. Musiał jeszcze chwilę odczekać, toteż wyciągnął rękę w stronę kobiety za barem nie odwracając się do niej wcale.
++++++– A niech cię szlag trafi! – krzyknęła baba. – Jesteś gorszy od pleśni! Gdybym wiedziała, że taki z ciebie moczymorda, to dług za tego wonszojeża spłacałabym inaczej!    
++++++– Wonszołaka – rzucił Gejralt, i z nową butelką wina w ręku ruszył przed siebie.
++++++Zwinnie ominął wszystkie półnagie panie i biorąc soczystego łyka prosto z gwinta, tanecznym krokiem przedostał się na drugą stronę parkietu. Wzniósł toast z przypadkowymi ludźmi, po czym – lekko się chwiejąc – przywitał namiętnie pewnego młodzieńca, którego akurat mijał; okręcił się wokół własnej osi klepiąc innego
w pośladki, by wreszcie znaleźć się na zewnątrz, aby trochę się przewietrzyć. Po kilku ładnych minutach, które spędził głównie na niecierpliwym patrzeniu przed siebie i opróżnianiu butelki, w końcu wlał w siebie ostatnią kroplę trunku i chcąc pozbyć się flaszki spostrzegł, że tuż obok kosza na śmieci stoi wyraźnie rozgniewany krasnolud, który z założonymi rękami przygląda mu się co najmniej złowieszczo.
++++++– Długo tu stoisz? – spytał Gejralt.
++++++– Dzisiaj moja kolej – burknął Zołman.
++++++– Kolej na co? – wejdźmin odpalił papierosa w niepodobny do siebie sposób. – Teraz to do mnie jest kolejka, Zołmanie.   
++++++Krasnolud zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
++++++– Dzisiaj ja wyrywam z twoją pomocą – wytłumaczył.
++++++– A niby dlaczego? – wejdźmin spojrzał na zegar wieży kościelnej.
++++++– Bo – zaczął Zołman. – Przedwczoraj czytałem Mlaskrowi tę samą bajkę trzydzieści dwa razy, żebyś ty mógł zabawiać się z jakimś opalonym obcokrajowcem. Cztery dni temu udawałem, że cię nie znam, żebyś mógł mi dać kosza i popisać się przed jakimś mięśniakiem, a w zeszłym tygodniu kłóciłem się z tobą udając twojego chłopaka, żeby ten wysoki brunet mógł cię potem pocieszać! Więc, kurwa! Dzisiaj. Moja. Kolej! 
++++++– Boże Święty, jestem strasznie rozwiązły – zamyślił się Gejralt, wiodąc wzrokiem za dotąd niewidzianym mężczyzną przeciskającym się przez obstawione ludźmi wejście do tawerny pod szyldem „Goły Byk”. Był pewny, że nigdy go nie spotkał, bo nigdy nie widział człowieka ze skrzydłami na plecach.
++++++– Przepraszam, można przejść? – zapytał nieznajomy napotykając na stojącego w drzwiach wejdźmina.
++++++– Nie – odparł Gejralt. – Można tylko przelecieć.
++++++Krasnolud pacnął się w czoło. Ledwo zdążył nabrać powietrza by powiedzieć kilka gorzkich słów przyjacielowi, gdy prawie już gotową wiązankę soczystych przekleństw przerwał mu przerażony lament kulejącego starca:
++++++– Ratunku! Kolejny mokrojeb! Ludzie! Pomóżta…!
++++++Zołman spojrzał na Gejralta spod brwi i pokręcił głową. Ten wyprostował się i poprawił opadające spodnie. 
++++++– Oho! – powiedział. – To brzmi jak zadanie dla wejdźmina! W ogóle się nie spodziewałem. 
++++++Zdyszany starzec padł na ziemię i z niepełnym uśmiechem złapał się za serce dziękując Bogu za zesłanie wybawcy w tym ciężkim dla miasteczka czasie. Tłum ludzi zaczął kibicować wejdźminowi.
++++++– Później do ciebie wrócę, ptaszku – szepnął Gejralt w stronę dopiero co poznanego skrzydlatego człowieka, puszczając mu oczko. – Jak masz na imię?
++++++– Może być Ptaszek – odparł mężczyzna z szeroko otwartymi oczami zdając sobie sprawę z tego, że musiał właśnie poznać miejscowego bohatera.
++++++Wejdźmin uśmiechnął się szeroko. A potem zwrócił się w stronę krasnoluda. 
++++++– Jesteśmy w Gołopolu, Zołmanie – oznajmił. – Ludzie mnie uwielbiają. Rozchmurz się troszkę.
++++++– Mam tego dość – burknął krasnolud i wszedł do „Gołego Byka”. 

++++++Nieopodal w krzakach, ale wystarczająco daleko aby uciec przed oczami miejscowej gawiedzi, buszował straszliwy potwór. W okresie godowym lasodymaczy nawet Gejralt wolał nie zapuszczać się głęboko w ciemny las. Duże szkliste oczy potwora i białe zęby wyróżniały się na tle jego ciemnej, pokrytej grubą warstwą zaschniętego błota twarzy. Reszta jego wijącego się ciała ociekała glonami, trzciną i czymś, co ciężko było rozpoznać nawet wejdźminowi. Gejralt zapalił zapałkę, aby lepiej widzieć i dojrzał, że z krocza szkarady zwisał już dość długo martwy karp; w dłoniach, niczym noże, trzymał podłużne szyszki, którymi machał bez konkretnego kierunku, za to celnie celował rogiem wystającym z czubka jego głowy w zbliżającego się oprawcę wydając z siebie dźwięki, przypominające upośledzoną kozę uciekającą przed rozszalałym indykiem. Na jego szyi zawieszona była drewniana tabliczka z napisem: „Wonszołak”. 
++++++Do uszu miejscowych, wpatrujących się w ślad za wejdźminem, dotarło chrupnięcie. 
++++++– Pogruchotał mu gnaty! – wykrzyknął ktoś z tłumu wywołując kolejną falę wiwatów.
++++++W krzakach jednak nikt nikogo nie gruchotał.
++++++A przynajmniej nie w ten sposób.
++++++– Dobry pomysł z tym rożkiem od lodów na róg, Mlaskier – przyznał wejdźmin, kończąc chrupać nieco twardy już wafelek.
++++++– Wiem – odparł dumny poeta. – Sam wymyśliłem.
++++++Gejralt nakazał Mlaskrowi pojęczeć jeszcze trochę tak jak zwykle, a następnie przekazać mu trofeum.
++++++Mlaskier nagle przestał umierać.
++++++– Wziąłeś trofeum, prawda?… – zapytał wejdźmin.

++++++Chłopi z Gołopola początkowo wierzyć nie chcieli, jakoby trofeum z wonszołaka było w formie ryby. Poprzednie trofea wydawały im się być bardziej przekonywujące. Bardziej potworne. Bardziej złe. Nijak próbowali przyrównać zdechłego karpia do stworów, które od kilku miesięcy prześladowały ich miasteczko w sposób niezwykle niepokojący – strasząc dzieci genitaliami, napastując zwierzęta domowe (głównie kozy), oddając mocz na źródła światła i obmacując jajka w kurnikach po nocach. Na szczęście wejdźmin, darzony szacunkiem za pozbycie się dwudziestego siódmego z rzędu szkodnika, dopiął rozporek i zdołał udobruchać niedowierzający tłum powołując się na to, że jakie by to trofeum z wonszołaka nie było, to wargi to łaknięcia ma akurat pokaźne, a potwora już nie słychać. Wróciwszy do tawerny, zlokalizował Ptaszka i na dobry początek, postawił mu drinka.
++++++Sytuacja rozwijała się pomyślnie. Taboret wejdźmina był już przesadnie blisko krzesła „Ptaszka”, toteż obydwoje uznali, że nie ma sensu zajmować dwóch siedzeń na raz, skoro mogą zajmować jedno. Chwilę później doszli do wniosku, że w ogóle nie ma sensu ich zajmować i poszli potańczyć. Wejdźmin rzadko trafiał na tak dobrych tancerzy, jak on sam. Nawet Zołman lubił czasem na niego popatrzeć, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał. Wijąc się gdzieś pośród rozgrzanych muzyką ludzi, już miał przechodzić do bezpośredniego ataku na „Ptaszka”, gdy usłyszał znajomy głos za plecami.
++++++Czarodziejka drgała z zimna, strachu i przemęczenia. I trochę na widok wejdźmina.
++++++– Gejralt… – szepnęła, przytulając go niezwykle mocno.
++++++– No nie, no nie teraz kobieto, już prawie go miałem – wybełkotał półprzytomny wejdźmin.
++++++– Tak strasznie za tobą tęskniłam… – Dżemmefer uśmiechnęła się roniąc łezkę i wtuliła się jeszcze mocniej.
++++++– Już do ciebie wracam, Ptaszku ty mój, tylko się wygramolę… – zawołał Gejralt próbując wydostać się z uścisku. – Ale zaraz, jak ty mnie w ogóle znalazłaś? Nie wypowiedziałem twojego imienia – wejdźmin przerwał.
++++++Ironiczny uśmiech krasnoluda i jego szeroko rozstawione nogi mówiły same za siebie.
++++++– Ty mały zdrajco! – warknął wejdźmin.
++++++– Trzeba już było skończyć tę całą szopkę – rzekł Zołman. – I pomóc mi z panienkami.    
++++++– Pomóc ci z…?! Ooo… już ja ci pomogę…! Hej, dziewczyny! – zawołał Gejralt. – Widzicie tego krasnoluda? Wiecie, dlaczego jest taki malutki? Bo ma krótkie nóżki, krótkie rączki i krótkiego…
++++++– Gejralt! – czarodziejka podniosła głos, szarpiąc wejdźminem. – Ocknij się! Mimi! 
++++++– Co mi-mi?
++++++– Zniknęła… Ta zła magia, mgła… Nie czułeś?… Stawiam na Łoże Czarodziejek, ale nie mogę się tam pokazać bo wtedy się przyznam!
++++++– Do czego? I co to jest, albo raczej było, „mi-mi”? – dociekał wejdźmin.
++++++– Nasza córka, Gejralt.
++++++– CO?! – oburzył się Ptaszek. – To ty masz dziecko z tą kobietą?! – zaskrzeczał, po czym parsknął, machnął ręką i odszedł opadając z sił przy najbliższym stoliku.
++++++– Właśnie miałem spytać mniej więcej o to samo… – wyartykułował wejdźmin wpatrując się w Dżemmefer.
++++++– He he he he… – zarechotał Zołman. – No to rzeczywiście powstrzymałeś ten „biblijny potop”, na całe dziewięć miesięcy…!
++++++– Zamknąć ryje! – wrzasnęła barmanka. – Do sądu idźcie się powydzierać!
++++++– Nie wtrącaj się gruba babo! – wysyczała czarodziejka.
++++++– Ja ci dam grubą babę, wywłoko! Trzeba się było nie puszczać z tą moczymordą! Gdyby nie jego upodobania, to byśmy tu mieli istne przeludnienie!
++++++– Gejralt, zatrzymają ją znakiem!
++++++– A czemu sama jej czymś nie zaczarujesz, Dżem? – spytał.
++++++– Nie gadaj, tylko rób! – wrzasnęła czarodziejka.
++++++Wejdźmin spojrzał na nią ukradkiem i uniósł brwi równolegle z palcem wskazującym.
++++++– Ostatnim razem jak to powiedziałaś – zaczął – posłuchałem cię i zostałem tatusiem. Więc nie.
++++++– Mam siostrzyczkę…? – na twarzy Mlaskra pojawił się pełen naiwnej radości uśmiech, który sprawił, że niedomyte resztki błota odpadły z jego policzków.
++++++Dżemmefer już od dawna podejrzewała, że ojcem Mlaskra jest Gejralt, a jego matką jakaś małpa.
++++++Wejdźmin przetarł ręką czoło i wskazał na poetę.
++++++– To nie jest mój syn – wyjaśnił.
++++++– To ty tak z własnym synem!? I kto wie co jeszcze! Ty zboczeńcu! – oburzył się ktoś z gości, a na sali rozgorzały głosy zniesmaczenia.
++++++– To nie jest mój syn – powtórzył Gejralt, próbując nie stracić kontroli. – I wygląda na to, że nie mam też córki, bo ta wariatka, co tu właśnie wtargnęła, zgubiła własne dziecko. Co z ciebie, Mlaskruś wyjmij orzeszki z noska, za matka?! 
++++++Dżemmefer znieruchomiała. Chwilę później zaczęła przypominać czajnik pełen gorącej wody, która zaraz się zagotuje.
++++++– Jak śmiesz! – ryknęła. – Ty egoistyczna łajzo! Zawsze myślisz tylko o sobie! Naprawdę cię to nie interesowało? Wiesz, że wdała się w ciebie?…
++++++Gejralt podniósł wzrok, który po chwili stał się całkiem obojętny.
++++++– No to może wcale nie zniknęła, tylko miała cię dosyć i uciekła? – zasugerował, a czarodziejka znów zamarła. – Sama powiedziałaś, że wdała się we mnie – wyjaśnił.
++++++W karczmie zapanowała bucząca w uszach, niezręczna cisza. Dżemmefer z trudem łapała oddech, zaciskając pięści. Zołman pokiwał głową z dezaprobatą. Gejralt wciągnął policzki błądząc oczami gdzieś po podłodze. Mlaskier wyciągnął orzeszki z nosa.
++++++– Przepraszam – powiedział wejdźmin.
++++++– Dżem ma rację, Gejralt – wtrącił krasnolud. – Pogubiłeś się. 
++++++– Musiałem odreagować…
++++++– Sześć lat?!… – wyłkała czarodziejka.
++++++– Od sześciu lat nie przyjął ani jednego zlecenia na potwory – dodał krasnolud.
++++++– No jakże to? – oburzył się jakiś pijak. – A wonszołaki…?
++++++– Zołmanie, jeszcze słowo… – pogroził mu Gejarlt.
++++++– I co? – przerwał mu krasnolud. – Użyjesz swoich słynnych wejdźmińskich mocy?
++++++Wejdźmin posmutniał i zacisnął zęby. 
++++++– Co się z tobą stało, Gejralt? – skrzywiła się czarodziejka. – Wydaje mi się, jakbym w ogóle cię nie znała. Twoja córka, pal licho że nie miałeś chęci jej poznać, zniknęła. – Dżemmefer wpatrywała się w wejdźmina z oczekiwaniem, ale nie usłyszała odpowiedzi. – Prosić cię o pomoc, to był błąd. No bo dlaczego miałbyś się nią akurat teraz przejąć? I wiesz co? Dobrze, że Mimi wdała się w ciebie, może nie będzie tak głupia jak ja. Mam nadzieję, że żyje.
++++++Dżemmefer odwróciła się kierując się w stronę wyjścia. Miała w głowie jeden wielki mętlik. Gejralt też.
++++++– Nie mogę jej pomóc… – powiedział cicho. 
++++++– Proszę, już nic więcej nie mów…
++++++– Nie jestem już wejdźminem, Dżem.
++++++Czarodziejka zatrzymała się i zawróciła.            
++++++– O czym ty mówisz?… – zapytała.
++++++Gejralt, z nieznanym sobie dotąd trudem, otworzył usta:
++++++– Sprzedałem miecze bo… Nie były mi już potrzebne, bo… Eliksiry też nie działają i…. Straciłem swoje moce. Wszystkie. Syrden, Mignij, Fucksji i Dancing Queen są do niczego. Nie słyszę lepiej niż Mlaskier, nie widzę wyraźniej niż Zołman. Nie czułem żadnej złej energii, nie widziałem mgły. Nie słyszałem nawet, że weszłaś.
++++++– Jak to straciłeś?… Dlaczego? Co się stało?
++++++Gejralt spojrzał w tracące nadzieję oczy czarodziejki, które z wolna zbliżały się w jego stronę. Wzruszył ramionami.
++++++– Nie wiem… Ja… nie pamiętam. Nie pamiętam nawet kiedy ostatni raz byłem trzeźwy. Obudziłem się i… już ich nie było. Po prostu zniknęły…

PROLOG

PSX_20190822_194057

++++++Ciepły, wiosenny wieczór zachęcał do spacerów, przy których można by podziwiać malownicze okolice Wyrżnijmy i pobliskich miasteczek. Jednym z takich miejsc, położonym o godzinę drogi konno od głównego traktu było Wsiodełko. Mieszkali tu prości ludzie, którzy na co dzień zajmowali się rolnictwem, hodowlą bydła i rzemieślnictwem, a wieczory poświęcali rodzinie, modlitwie i prostytutkom. Pomarańczowa tarcza słońca falowała na tle usianego puchatymi obłokami nieba, i była już tak blisko horyzontu, że zdawała się prawie dotykać wieży niskiego kościółka, który wciąż stanowił najwyższą budowlę w promieniu wielu mil.
++++++Dziś jednak próżno było szukać na zewnątrz bawiących się dzieci, kokietujących córek młynarza czy nawet drobnych pijaczków o czerwonych nosach. Okiennice większości domostw były pozamykane, huśtawki same, jakby znudzone kołysały się na wietrze, a ostatni, zbłąkani przechodnie szybkim krokiem udawali się w stronę swoich domów. Coś wisiało w powietrzu i ludzie to czuli. Składało się to „coś” głównie z dziwnego zapachu przypominającego mieszaninę cmentarnej zgnilizny i wyśmienitych perfum z najnowszej kolekcji domu mody madame Cock’o’Szpadel – Cock’o Numer 69, z domieszką jajecznicy.
++++++Ostatni obywatele ryglowali właśnie za sobą drzwi, kiedy zrobiło się jakby ciemniej. Słońce jednak nie skryło się jeszcze za linią horyzontu. Być może się bało, bo linia ta rozmyła się i przybrała ciemnoszary kolor, jakby coś kotłowało się tam, gdzie styka się z ziemią. Nienaturalna mgła powoli przemieszczała się w stronę domostw.

***
++++++Dziewczynka siedziała na drewnianym taborecie i przebierała nóżkami. Mama kazała jej się nie ruszać, a był to nakaz, którego wrodzona odpowiedzialność nie pozwalała jej złamać. W końcu od dwóch dni nie była już czterolatką. Wiedziała też, że w razie wyższej konieczności wszystkie zasady należy złamać, aby zrobić to, co jest właściwe. Tego nauczyły ją historie o przygodach taty – a tata zawsze wiedział jak postąpić.
++++++Wyższa konieczność przyszła szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać i dziewczynka musiała podjąć pierwszą w swoim życiu bardzo ważną decyzję. Na parapecie usiadł bowiem motylek. Jego kolorowe skrzydełka złożyły się, a on sam skubał sobie w szczelinie drewnianej framugi coś, co mogło być kroplą zaschniętego miodu, przyniesionym przez wiatr pyłkiem dzikiej róży, lub kupą. Taki motylek w sam raz nadawał się do złapania w rączkę i położenia sobie na nosie.
Nie było rady. Jednym susem zeskoczyła ze stołeczka a następnie z bojową miną przytaknęła sama do siebie, jakby utwierdzając się w przekonaniu, że to słuszny wybór, i zaczęła skradać się w stronę owada. Kiedy ten zamarł w bezruchu, zrobiła to samo. Potrafiła się skradać, bo miała to w genach, tak samo jak swoje skrzące się srebrnym kolorem włosy i pomarańczowe oczy.
Motylek również miał w genach oczy, i dlatego kiedy była już tuż, tuż, przefrunął sobie spokojnie na górną krawędź okna, gdzie z pewnością nie mogła go dosięgnąć. Zmarszczyła gniewnie brwi. Jej zdaniem, był to bardzo niemiły motylek.
++++++Wytarła nos w rękaw i zatuptała krótkimi nóżkami. Motyl znów znieruchomiał, bo powietrze w pokoju zadrżało. Włosy dziewczynki podniosły się lekko, jej oczy jakby pojaśniały, a wszystkie dźwięki stały się przygłuszone. Czas zwolnił. Odbiła się od ziemi, wykonała salto z półobrotem i odbijając się od krawędzi okna wyskoczyła pod sam sufit. Nie miała jednak wprawy. Jej palce minęły o włos kolorowe stworzenie, które panicznie machało skrzydełkami i w ostatniej chwili chwyciły się żyrandola, dzięki czemu ich właścicielka nie runęła z całym impetem na ziemię.
++++++Motyl już się nie bawił, ale nie tracąc czasu w linii prostej wyfrunął przez okno.
Dziewczynka, trzymając się jedną ręką ramienia kandelabru, wisiała pod sufitem i patrzyła za nim smutno. Łatwe poddawanie się nie leżało jednak w jej, w końcu – pięcioletnim już – charakterze. Zeskoczyła na ziemię, lądując na ugiętych kolanach i, stając uprzednio na palcach aby dosięgnąć klamki drzwi, wybiegła na zewnątrz.

***

++++++Czarodziejka stała na gołej skale wystającej z porośniętego trawą zbocza wzgórza i w milczeniu wpatrywała się
w widoczne w oddali zabudowania. Czuła w powietrzu coś wielce nieprzyjemnego. Kiedy, przewróciwszy oczami, wytarła liściem z buta kawałek psiej kupy, zapach ustąpił. Dżemmefer zaklęła pod nosem i usiadła na kamieniu. Myślała o przeszłości. O czasach wesołych przygód i spektakularnych wydarzeń. To było lata temu – teraz prowadziła swój wymarzony, stateczny żywot w chatce na obrzeżach położonej opodal wielkiego miasta wsi. Czarów używała rzadko. Swoją magiczną moc oszczędzała na specjalne okazje – na przykład, gdyby ktoś z jej bliskich był w niebezpieczeństwie. Albo kiedy nie chciało jej się przygotowywać kolacji. Albo sprzątać. Albo gdzieś iść.
++++++Czasem zjawiał się u jej drzwi jakiś podróżnik, który zasłyszawszy o talentach, potrzebował przysługi. Sprzedawała mu wtedy wodę z cukrem albo sok z rabarbaru, albo gnojówkę w ozdobnej buteleczce mówiąc, że to eliksir miłości lub eliksir Długi Wonsz, lub maść na hemoroidy. Utrzymać się z tego procederu było łatwo, bo ludzka zdolność do przypisywania zwykłym rzeczom magicznych właściwości nie zna granic, a i gnojówki i rabarbaru było pod dostatkiem.
++++++W wytwarzaniu prawdziwych eliksirów nigdy się nie specjalizowała, choć kiedyś znała prawdziwego mistrza w tej dziedzinie. Uśmiechnęła się na myśl o tych wspomnieniach. Tęskniła za swoim wejdźminem – wirtuozem eliksirów i miecza – jak sam to nazywał, i ojcem jej jedynego dziecka.
++++++Te rozmyślania przerwała jej nagła zmiana w powietrzu. Tym razem jednak nic nie przykleiło się do jej buta. To było znacznie bardziej subtelne, i wyczuwalne przez skórę, jak nagły chłód, kiedy chmura niespodziewanie zakrywa letnie słońce. Ktoś inny wziąłby tę osobliwość za zwykły skok ciśnienia lub jakiś inny kaprys pogody, ale czarodziejskie zmysły potrafiłyby wykryć pierdnięcie muchy w sąsiednim królestwie, jeśli oznaczałoby to niebezpieczeństwo.
++++++Tym razem jej lędźwia zakotłowały się jak domek z kart podczas trzęsienia ziemi.
++++++– Mimi – szepnęła do siebie.
++++++Zeskoczywszy z kamienia na którym stała, Dżemmefer rzuciła się biegiem w stronę swojego domu. Miała złe przeczucie. Nie przebyła jednak dwóch sążni, kiedy powietrze zgęstniało na tyle, że można je było kroić wejdźmińskim mieczem. Ciśnienie tego uczucia przytłoczyło ją; zachwiała się. Próbowała jeszcze osłonić się od tej dziwacznej aury za pomocą naprędce wyartykułowanego zaklęcia – na próżno. “Mimi” – powtórzyła. I padła bezwładnie na ziemię.

***

++++++Motylek był wyraźnie podirytowany determinacją swojego prześladowcy. Przefruwał dalej i dalej, a osóbka w niebieskich trzewikach, która za nim podążała za każdym razem znajdowała jakiś sposób by się do niego zbliżyć. Mimi nie dawała za wygraną. Oddaliła się już od domu na taką odległość, że wiedziała, że kiedy wróci mama, to nie będzie zadowolona i na pewno włosy staną jej dęba a oczy zaświecą się złotym kolorem. Obejrzała się za siebie. Chatki nie było już nawet widać zza drzew, które zostawiła za sobą. Miała jednak na głowie większe zmartwienia. Właściciel kolorowych skrzydełek usiadł bowiem na wysokiej gałęzi stojącej samotnie sosny i najwyraźniej postanowił spędzić w tym malowniczym miejscu długie
i upojne chwile, nie niepokojony takimi błahostkami jak wyścig szczurów i pęd do kariery charakterystyczny dla pokolenia karierowiczów współczesnej cywilizacji.
++++++Dziewczynka nie miała już sił aby zrobić użytek ze swoich nadnaturalnych zdolności, ale spostrzegła, że nisko położony konar idealnie nadawał się do tego, aby postawić na nim gołą stópkę. Z tego konara dostała się jeszcze wyżej, na platformę złożoną z dwóch skrzyżowanych gałęzi, a potem, łapiąc się ziejącej w pniu dziupli, wgramoliła się na gniazdo, które dawno temu pozostawił po sobie jakiś zapomniany budowniczy. Była już całkiem blisko motylka. Kiedy upewniła się, że suche patyki dawały jej wystarczające oparcie, przygotowała się do skoku wzwyż. Ku jej niezmiernemu rozczarowaniu, właśnie w tym momencie owad zatrzepotał od niechcenia skrzydełkami i, zatoczywszy kilka chwiejnych pętli odfrunął, unosząc się tak wysoko nad ziemią, że nie było już żadnej nadziej na pościg. Zmarszczyła brewki i tupnęła nóżką.
++++++Jak mówi stare, wejdźmińskie przysłowie, każde gniazdko wytrzyma harce niesfornego ptaszka. Czy to z powodu niewłaściwego oszacowania sił naporu przez projektanta, czy tego, że, jak stwierdza jasno Wielki Wejdźmiński Bestiariusz Z Misiem Na Okładce, nawet bardzo małe dziewczynki prawie zawsze ważą więcej niż bardzo małe ptaszki, suche patyki pod jej stopami pękły z głośnym trzaskiem, a Mimi runęła na znajdującą się poniżej trawę. Przez chwilę mrugała załzawionymi oczami, nie bardzo wiedząc co się właściwie stało, ale szybko chęć łkania przerodziła się w szeroki uśmiech, ponieważ na nosie usiadł jej motylek.
++++++Dziewczynka miała właśnie złapać go delikatnie palcami, kiedy zauważyła, że przed nią na trawie rozpościera się wyraźnie czyjś cień. .
Powoli odwróciła głowę.

***

++++++Dżemmefer otworzyła oczy. Poczuła w ustach smak ziemi i trawy i uświadomiła sobie, że wciąż leży w tym samym miejscu, w którym straciła przytomność. Dziwny półmrok i złowieszcza aura zniknęły. Było całkiem zwyczajne, letnie popołudnie. To były złe wieści. Zerwała się na nogi.
++++++– Mimi! – zawołała, kiedy wpadła z impetem do chatki. Gdy nikt jej nie odpowiedział, opadła ciężko na stojący przy drzwiach taboret. Szybko jednak wzięła się w garść. Wiedziała, że musi działać szybko.
++++++Dżemmefer zamknęła oczy i wypowiedziała szeptem formułę zaklęcia. Powietrze w głównej izbie zamigotało i na chwilę rozbłysło fioletowo-zielonym światłem. Z podłogi podniosły się tumany kurzu, a kiedy opadły, zostawiły po sobie unoszące się w powietrzu świetliste drobinki, które wskazywały drogę. Czarodziejka pognała ich śladem, nie zamykając za sobą drzwi. Świetlisty szlak poprowadził ją przez pobliską łąkę i las na szczyt górującego nad okolicą wzgórza. Kilka razy musiała wspiąć się na stromą skarpę, czy ominąć głęboki rów, nawet wtedy, gdy unoszące się nad nim światełka sugerowały, że ktoś znacznie zwinniejszy wcześniej go przeskoczył. Biegnąc zastanawiała się, co mogło odciągnąć dziewczynkę tak daleko od domu. Miała najgorsze myśli.

++++++Ślad urywał się nagle przy wysokiej sośnie, kołyszącej się spokojnie na wietrze nieopodal najwyższego punktu wzniesienia. Wokół drzewa latał sobie motylek. To była niezwykle malownicza okolica. Dżemmefer opadła na kolana. Nikogo tam nie było.