Wejdźmin Gejralt ratuje Święta

++++++Daleko w głębi lądu, już dawno pokrytym grubą warstwą białego puchu, za dolinami i górami, w samym środku całkiem białego lasu, siedział na pieńku jeden bardzo smutny, i bardzo wstawiony…
++++++– Czy to jest?…
++++++…Święty Mikołaj. Wokół Świętego Mikołaja leżały trzy puste butelki, ale z szarego worka smętnie spoczywającego pod jego nogami wystawało kilka pełnych.
Mikołaj głośno beknął, zapalił ostatniego papierosa, którego uprzednio wyjął z pomiętolonej paczki, po czym mocno zaciągnął się nadpalonym filtrem. Nie zdążył zakląć, bo zorientował się, że ktoś mu się przygląda.

++++++– Święty Mikołaju, czy to ty? Mogę się przysiąść? – spytał wejdźmin i nie czekając na odpowiedź usiadł obok niego.
++++++– Ta… – burknął Święty. – Nie słyszałeś, że Mikołajowi siada się na kolana?
++++++Gejralt, po krótkiej chwili zastanowienia, grzecznie zmienił miejsce i odczekał aż Mikołaj skończy pić wódkę.
++++++– Mały odpoczynek przed kolejną zwariowaną szarżą rozdawania prezentów? – zagaił.
++++++Święty otworzył kolejną butelkę i nie odpowiedział.
++++++– Panie Mikołaju, jest wigilia – ciągnął Gejralt. – Dlaczego nie rozdajesz prezentów?
++++++– Skoro jest wigilia, to czemu ty nie siedzisz przy stole z rodziną, tylko łazisz sam po lesie i zadajesz głupie pytania?
++++++Gejralt uniósł brwi.
++++++– Wyszedłem się przewietrzyć – odparł. – Cudem udało mi się wymknąć. Ona ciągle każe mi jeść, a ja pęknę zaraz. Patrz – wejdźmin rozciągnął ubranie. – Mam nawet sweter z twoją podobizną.
++++++Święty spojrzał na wełniany wzór przedstawiający jego podniebny rydwan na tle gwiazd i księżyca.
++++++– Ech… – westchnął i zaniósł się płaczem tuląc do siebie wejdźmina. – Nigdy więęęceeej…
++++++Gejralt przechylił głowę i spojrzał w jego załzawione oczy.
++++++– Moje elfy o… o… odeszły. Co do je… jednego. Bo nic im nie pła… pła… płaciłem… A ten skurwiel, Króliczek Wielka… ka… ka… nocny, zaproponował im dwa razy ty… tyle…!
++++++– Dwa razy nic to dalej nic – zauważył wejdźmin.
++++++– Dokła… kładnie – Święty wziął kolejny łyk. – Elfik Bąbelek na do wi… wi… widzenia kopnął mnie w ko.. kostkę… Tak się pokłóciliśmy, że o… o… odchodząc, te małe gnojki u… u…kradły mi renifery i ro…ro… rozłożyły sanie na częściii…
++++++– Bardzo mi przykro. Papierosa?
++++++Mikołaj nie odmówił.
++++++– To ko… ko… koniec – ciągnął łapiąc powietrze. – Już ni… ni… nigdy święta nie… nie… będą… Ale co to za święęętaaa…! – Mikołaj zaczął szlochać. – Bez preeeezeeentóóów…!
++++++Gejralt zastanowił się. Jego sweterek z Mikołajem był już całkiem mokry od łez prawdziwego Mikołaja i wejdźmin wiedział, że jak zaraz to wszystko przymarznie, to zrobi mu się zimno.
++++++– Ale czekaj – powiedział. – Żeby dostarczyć prezenty potrzebujesz: środka transportu, zwierza co go pociągnie i zgrai elfów, tak?
++++++– Ta.. tak… – Mikołaj przetarł twarz i pociągnął nosem.
++++++Gejralt obrzucił go pytającym spojrzeniem.
++++++– Schuja’tel – powiedział. – Mówi ci to coś?

++++++– To nie jest Święty Mikołaj – powiedział Yonder i zakładając ręce na piersi nie dał dojść Gejraltowi do słowa. – Po pierwsze, jest pijany i śmierdzi papierosami zamiast ciasteczkami i mlekiem. Po drugie, to nie są jego sanie, tylko jakiś stary rozklekotany wóz do przewożenia gnoju pomalowany zwykłą farbą w krzywy świąteczny wzorek z czerwonym fotelem na przodzie. Po trzecie, jest do nich przyczepiony koń, zresztą pewnie twój, z patykami na głowie, a nie siedem reniferów z dostojnym porożem. Po czwarte, nigdzie nie widzę prezentów.
++++++– I to jest właśnie to o czym chciałem z tobą porozmawiać, mój kochany Yonderku – wtrącił Gejralt puszczając mu oczko.
++++++Elf zmarszczył brwi. Zrobił kilka kroków w przód i zatrzymał się milimetr od wejdźmina depcząc jego przestrzeń osobistą z niezwykle złowrogą miną.
++++++– Nie przy ludziach – powiedział.
++++++Gejralt zrobił dzióbek z ust i zerknął na stojący obok szałas. Nie umknęło to szefowi elfiego oddziału łuczników, który słynął ze spostrzegawczości. Wyprostowany co najmniej tak, jak jedna z jego strzał, pokiwał się chwilę i westchnął.

++++++– No dobra – powiedział Yonder piętnaście minut później zapinając spodnie po wyjściu z szałasu. – Ale jak masz zamiar przetransportować siedem tysięcy elfów na tym? – spytał, wskazując na wóz z którego właśnie odpadło koło.
++++++Gejralt spojrzał na Świętego Mikołaja. Ten wyrzucił w krzaki kolejną pustą butelkę.
++++++– Moje stare elfy nie sięgały mi nawet do kolan – powiedział. – Wpakowałem je siłą w worki i przewiozłem na Biegun Północny.
++++++Mikołaj wzruszył ramionami. Wstał i wyciągnął coś z kieszeni.
++++++– Ale w sumie… Kiedyś wsadziłem tam… no, nieważne. Właźcie – powiedział otwierając wór na prezenty, który zdawał się nie mieć dna.

++++++Gejralt także wszedł.

++++++Wór faktycznie nie był tym, czym mógłby się na pierwszy rzut oka wydawać komuś, kto na co dzień nie ma w zwyczaju rozmyślania o wszelkiego rodzaju worach. Gejralta to nie zdziwiło.
Wewnątrz, jak okiem sięgnąć, rozstawione były regały posegregowane geograficznie i alfabetycznie. Wejdźmin zgadywał, że normalnie zawierały prezenty, ale teraz wypełnione były po brzegi najróżniejszego rodzaju trunkami. Był i krasnoludzki spirytus, i zwykła wódka, i niezliczona ilość rodzajów wina, i wódka, i wszelkie odmiany piwa z całego świata, ale głównie wódka. Po bliższej inspekcji wejdźmin stwierdził, że w tej kolekcji niezliczonej ilości butelek po rozmaitych alkoholach jest tylko wódka.
W worze czas płynął inaczej, dzięki czemu podróż powrotna trwała zaledwie kilka minut. W tym czasie elfy ze Schuja’tel zdążyły wypić absolutnie całą zawartość magazynu, a nawet sprzedać butelki i wydać zarobione w ten sposób pieniądze na nieprzyzwoite rozrywki.

++++++Kiedy Mikołaj otworzył wór w swojej fabryce, wewnątrz toczyły się rozmowy o wysokiej sztuce i polityce, bo trzeba wiedzieć, że metabolizm elfów potrzebuje alkoholu do trzeźwego myślenia.
Fabryka, mieszcząca się na Biegunie Północnym przy ulicy Gwiazdkowej, podążała z duchem czasu. Była wyposażona w najnowsze zdobycze technologii, takie jak napędzane energią wodną taśmociągi, czy parowa maszyna przerabiająca światło słoneczne na dżem i wódkę.
Siedem tysięcy elfów ochoczo zabrało się do pracy. Produkcja szła tak dobrze, że kiedy skończyli, zdążyli już wytrzeźwieć, i teraz pijacko obijali się po kątach.
++++++Był jednak jeden problem. Obarczony wypełnionym zabawkami worem wóz okazał się zbyt ciężki, aby uciągnął go wychudzony koń Pupka, trzeba zatem było wykluczyć wszystkich pasażerów z wyjątkiem samego Mikołaja. Wejdźmin, nie mógł lecieć, na co w końcu przystał, choć nie omieszkał przypomnieć wszystkim jaka to strata, zważywszy na jego predyspozycje do przeciskania się przez kominy i inne takie.
++++++– Pupciu moja – powiedział przytulając się do końskiego zadka. – Kocham cię bardzo. Wiem, że dasz radę.
++++++Koń odwrócił łeb i spojrzał na wejdźmina.
++++++– Nie wiem kim jesteś, ale też cię kocham – powiedział.
++++++Gejralt zdębiał. Na szczęście szybko przypomniał sobie, że w Wigilię gadające zwierzęta to nic nadzwyczajnego, szczególnie tu, na Biegunie. Kiedy upewnił się, że to na pewno nie jego koń, postanowił wykorzystać sytuację i udał się na negocjacje z mieszkającymi nieopodal pingwinami.
++++++Koniec końców, rydwan Świętego Mikołaja zaprzężony w dwa niedźwiedzie polarne, cztery pingwiny, konia i jedną fokę podjął próbę ruszenia z miejsca. Okazało się, że foka, choć posypana magicznym proszkiem lata całkiem nieźle, nie potrafi pracować w zespole, toteż wejdźmin uznał ją za zbędny balast i wykluczył z zaprzęgu.
++++++– No to w drogę! – zawołał Mikołaj. – Hej ho! Hej ho! A nie… Ho! Ho! Ho!
++++++Wejdźmin patrzył przez chwilę za oddalającym się orszakiem, po czym przypomniał sobie, że nie ma jak wrócić do domu.
++++++– Ug ug ug! – usłyszał nagle. To była foka. – To znaczy, te, wejdźmin, nawet tak na mnie nie patrz.

++++++Barszcz parował przyjemnie pomiędzy innymi potrawami na pokrytym obrusem stole, a zasiadający przy nim krasnolud, ubrany w sweterek z podobizną orszaku Świętego Mikołaja grzecznie czekał na sygnał, by zacząć jeść. Miał już spróbować podkraść leżącego na skraju talerza krokieta, kiedy otworzyły się drzwi.

++++++– No i gdzieś ty łaził tyle! – wrzasnęła matka Zołmana. – W kominku już prawie ogień zgasł! Pilnować miałeś!
++++++Gejralt wchodząc do pomieszczenia użył mocy i buchnął ogniem w żarzące się drewno.
++++++– A tak się kręciłem, tu i tam – odparł. – Na Biegunie Półno…
++++++– Siadaj, barszczyk jedz a nie kłapiesz jęzorem – przerwała. – Ciepły, rozgrzewający, nalałam ci. I zwiąż te kudły do jedzenia!

++++++Spod stołu rozległa się muzyka grana na lutni. Gejralt domyślił się, że jest tam Mlaskier, więc położył obok swojego krzesła talerzyk pierogów. Po chwili spod obrusu wynurzyła się ręka i wciągnęła go za sobą, ale co ciekawe, muzyka ani na chwilę nie przestała grać.
Siedzieli potem długo, śmiali się i rozmawiali, aż do momentu kiedy poeta wyszedł w końcu ze swojej, jak sam zwykł ją określać, tajnej bazy o której nikt nie wie, i wskazał palcem na udekorowaną różowymi wstążkami choinkę.
– Prezenty! – krzyknął poeta i wybiegł na zewnątrz. Po chwili wrócił nieco skonsternowany, mówiąc, że najwidoczniej przegapił Mikołaja, ale za to jest całkowicie pewny, że widział przelatującą nieopodal fokę.
Zołman, zabierając się do otwierania swojego prezentu postanowił, ten jeden raz nie skomentować bzdur, które gada jego przyjaciel i kurtuazyjnie tylko przewrócił oczami.

++++++– Co tam dostałeś, syneczku? – spytała pani krasnoludowa.
++++++Zołman wyciągnął bardzo małe skórzane ubranko z łańcuszkiem pośrodku i szybko je schował.
++++++– Nic – powiedział.
++++++Wejdźmin wysunął swój prezent z podłużnego pudełka tylko do połowy.
++++++– Mój to chyba robił sam Yonder – stwierdził.
++++++– Gejralt? – spytał Zołman patrząc na przyjaciela. – Mówiłeś, że gdzie byłeś?

Opowiadanie XX – „Mlaskier”

Piekarnia krasnoluda Jana Banana nigdy nie narzekała na brak klientów. Szyld w kształcie chleba zawieszony nad wejściem co chwilę dzwonił, albowiem co rusz otwierające i zamykające się drzwi trącały niewielki dzwoneczek doń przyczepiony. Pan Banan pozdrawiał ciepłym gestem każdego klienta, którego torby wypełniało świeże, pachnące pieczywo. Z uśmiechem na twarzy spojrzał na swoje idealne wypieki, i przetarł lśniącą ladę bawełnianą chusteczką. Następnie chwycił miotłę i zebrał kilka ziarenek piasku z podłogi, które zakłócały ład przestrzenny. Rozejrzał się po swoim błyszczącym czystością przybytku i z zadowoleniem chwycił się za pas na swoim pokaźnych rozmiarów brzuchu, do którego przytwierdzone były rozmaite szmatki i detergenty. Zamknął oczy i pociągnął nosem wzdychając z ulgą. Wydobywający się z pieca zapach chrupkiej, chlebowej skórki sprawił, że pan Banan zakręcił się w majestatycznym piruecie i z błogością na twarzy podreptał do okna sklepowego, gdzie jego mina szybko zrzedła. Po drugiej stronie witryny ujrzał bowiem przyklejony nos do zaparowanej i tłustej od paluchów szyby, a zaraz za nim resztę spłaszczonej twarzy jakiegoś bezdomnego włóczęgi. I to jeszcze w miejscu, gdzie starannie wygrawerowano napis: „Piekarnia Jana Banana, najlepszy chleb w całym… w… Wszędzie”. Natychmiast chwycił za niezbędne środki czystości, wyszedł na zewnątrz i wycelował strzelbą w liżącego szkło Mlaskra.
++++++– Wynocha! – wrzasnął, kiedy na linii jego strzału pojawiła się nieco zdenerwowana srebrna głowa.
++++++– Spokojnie, panie Bananie – powiedziała uśmiechając się. – Chyba nie chce pan tego zrobić?
++++++– A i owszem, chce! Rusz się, bo mi zasłaniasz!
++++++Krasnolud skupił wzrok.
++++++– Ale, ale – ciągnął wejdźmin. – Jak mu pan strzeli w głowę, to będzie miał pan dużo więcej sprzątania. I po co?
++++++Piekarz spojrzał na wejdźmina spod groźnie zmarszczonych krzaczastych brwi.
++++++Warknął i opuścił broń. Podszedł do witryny i przetarł ją jedną ze swych szmatek.
++++++Fuknął na do widzenia i wszedł do środka.

++++++Miszcz Mlaskier wstał i podrapał się po wklęśniętym brzuchu. Zapachy wydobywające się z wnętrza piekarni sprawiły, że jego kiszki zagrały marsza, co nie umknęło słuchowi wejdźmina.
++++++– Jesteś głodny – stwierdził Gejralt wyciągając na wierzch puste kieszenie i zerknął na parujące wypieki.
++++++Westchnął i spojrzał na przyjaciela.
++++++– Nie mam ani grosza – powiedział.
++++++Mlaskier spuścił wzrok. Jego powieki zaczęły delikatnie drgać, a kąciki ust opadły. Grajek podniósł głowę i wlepił wielkie zaszklone oczy w wejdźmina.
++++++– Nie no, tylko nie ta mina…! – pisnął Gejralt i złożył ręce pod nosem. – Dobra – dodał zaraz po krótkiej chwili patrzenia na przyjaciela. – Czekaj tu. Już ja się znam na krasnoludach.
++++++Wejdźmin szybko rozeznał się po wnętrzu piekarni i wszedł do środka, by po chwili z powrotem wysunąć głowę.
++++++– Tylko się nie ruszaj – ostrzegł zwracając się do poety. – Rozumiesz? Masz tu stać jak słup przed tą szybą, żebym cię cały czas widział.
++++++Mlaskier potwierdził skinięciem głowy, po czym na jego twarzy wymalowało się przerażenie. „Na szczęście” – pomyślał, „Gejralt już schował się w środku i nie zauważył, że ruszyłem głową”.
++++++Poeta uspokoił się. Stał w całkowitym bezruchu lustrując oczami gwarne otoczenie. Szybko doszedł do wniosku, że swędzi go noga. Nie mogąc się poruszyć, zaczął wydawać z siebie delikatny jednostajny cichutki dźwięk cierpienia. Z tego wszystkiego zaczęła go swędzieć również druga noga. Polecenie Gejralta było bardzo wyraźne, toteż poeta musiał szybko wymyślić jak zaradzić obecnej sytuacji.
++++++– Psszeprasszaaam… – zwrócił się do przechodnia niemalże nie otwierając ust. – Bo ja se ruchaś ne moge… Szy mosze mie pan posmyrać po nocach? – zapytał, a potem powiódł za nim oczami, gdyż ten nie wykazał żadnego zainteresowania, prócz bardzo osobliwego wyrazu twarzy.
++++++Mlaskier przełknął ślinę. Spojrzał w witrynę. Jego przyjaciel powoli i bardzo dokładnie przeciskał się przez każdą osobę w kolejce. I był tyłem. Mlaskier lubił patrzeć na Gejralta od tyłu, toteż minęło trochę czasu nim uznał, że jak podrapie się bardzo szybko, to Gejralt tego nie zauważy, chociaż trochę się bał, bo już nie raz tak było, że chciał zrobić coś po ciuchu za plecami wejdźmina, gdy ten nagle zwracał mu uwagę, nawet nie zerkając na niego ani przez sekundę.
++++++„Raz owcy śmierć” – pomyślał i rzucił się na swędzące miejsca, po czym na powrót stanął bez ruchu, tępo wpatrzony w witrynę. Nawet przechodzący obok pies uznał go za słup i podniósł tylną nogę. Poeta nie poruszył się nawet wtedy, ale zapach który dotarł do jego nosa przypomniał mu, że już od dawna chciało mu się siku.
++++++Myśl ta nie dawała mu spokoju. Wibrowała w jego mózgu niczym… coś wibrującego w… czymś innym. Po pięciu minutach zaczął się pocić. Rozważał zrobienie tego tu i teraz, ale szkoda mu było nowych satynowych spodenek w szałowym, purpurowym odcieniu, które dostał od wejdźmina. Poza tym, gdyby je zniszczył, Gejralt byłby jeszcze bardziej zły, niż gdyby się poruszył. Poeta uznał to za pewnik. Podszedł do witryny i rozpiął rozporek. „Dźwięk taki, jakby padał deszcz na szybę”, pomyślał i z uśmiechem na twarzy spostrzegł, że Gejralt właśnie na niego spojrzał. Był z siebie dumny – wejdźmin miał go widzieć przez cały czas i on tu ciągle jest. Pomachał mu więc. Nie rozumiał tylko dlaczego jego przyjaciel ma taką przerażoną minę i dlaczego narzucił właśnie swoją ulubioną tunikę na głowę właściciela sklepu.
Poeta wzruszył ramionami. Ustawił się tam gdzie przedtem i westchnął ociężale. Już dawno nie miał tak trudnego zadania do wykonania.
++++++Kiedy tak stał i przyglądał się spływającym strugom po szybie, zdał sobie sprawę z tego, że zapomniał ile ma lat. Przelatujący obok czerwony robaczek w kropki przywiódł mu pewną myśl. Postanowił policzyć kropki na swoim ciele, aby dowiedzieć się w jakim jest wieku. Ale czy on miał w ogóle jakieś kropki? Oczywiście, że miał. Spostrzegł to szybko, kiedy całkiem się rozebrał.
++++++– Jeden, dwa, trzy… – liczył. – Znowu jeden, dwa, trzy… Jeden, dwa, trzy…
++++++Doliczył się trzech kropeczek razy osiem takich obliczeń i podrapał się po głowie. Niestety aby dokładnie określić swój wiek, potrzebował pomocy wejdźmina. Ten akurat uchylił drzwi i wystawił głowę.
++++++– Mlaskier, co ty wyprawiasz, ubierz się! – wycedził, po czym wrócił do piekarni.
++++++Poeta pomyślał, że nigdy wcześniej nie słyszał podobnych słów z ust Gejralta. Coś wprost odwrotnego, owszem, ale „ubierz się”? Nigdy. Niemniej jednak posłuchał przyjaciela, mimo protestującego znanego w okolicy ulicznego malarza aktów, który pojawił się tuż obok nie wiadomo skąd. Rozzłoszczony artysta klepnął go w plecy, zwinął sztalugę i odszedł obrażony. I wtedy Mlaskier zdał sobie sprawę z tego, że nie policzył kropek na plecach. Ubrał więc tylko spodnie i zaczął przeglądać się w witrynie, próbując coś dostrzec. Skrzywił się. Do tego też przydałby mu się Gejralt. Dodatkowo uznał, że w tych nowych spodenkach jego pupka wygląda bardzo ładnie. Uśmiechnął się do siebie i puścił sobie oczko. Stojąca za szybą ponętna niewiasta odwzajemniła jego „zaloty” posyłając mu buziaczka, czego poeta nie zauważył, bo jego wzrok przykuło coś znacznie w jego mniemaniu fajniejszego.
++++++W szybie odbijał się biały łabędź. Źrenice Mlaskra rozszerzyły się. Gdyby go złapał, mógłby go podarować Gejraltowi. Jego przyjaciel uwielbiał łabędzie i zawsze chciał jednego mieć. A może to był króliczek…? „Nieważne”, pomyślał Mlaskier. Ważne, że zwierzę było białe, a wejdźmin lubił białe zwierzątka.

++++++W rzeczywistości, gwoli jasności, nie był to łabędź, tylko biała kura, która z przerażającym wrzaskiem zaczęła uciekać przed napastnikiem. Mlaskier nie dawał za wygraną. Gonił ja przez cały rynek lawirując pomiędzy licznymi straganami. On i kura wzbudzili niemałe zamieszanie. Mlaskier przebiegł po perskich dywanach, wywrócił stanowisko ze świeżymi rybami, poślizgnął się i wpadł w czyjeś pranie, starannie rozwieszone za domem, skąd przeskakując przez płot znalazł się na torze wyścigowym, gdzie właśnie odbywały się zawody. Cudem uniknął stratowania przez pędzące konie nawet ich nie zauważając. Kwoka pędziła przed siebie z rozłożonymi skrzydłami, zupełnie jakby chciała wzbić się do lotu. Ale Mlaskier nie był głupi, wiedział, że łabędzie nie latają. Wtargnąwszy na pole kapusty ogrodzone drutem kolczastym, o mało nie skręcił sobie nogi skacząc po nich jak gdyby grał w popularne w tej części rejonu klasy. Biesiadująca obok grupa pijanych muzykantów kibicowała mu zawzięcie, dopóki peta nie przebiegł przez ich ognisko potrącając lampy naftowe. Spektakularny wybuch za plecami Mlaskra widziało tysiące osób, oprócz niego samego.
++++++W lesie było znacznie trudniej gonić kurę. Drzewa i podskakujące co rusz pułapki na wilki i niedźwiedzie nie zbiły poety z tropu. Kura też świetnie radziła sobie z omijaniem przeszkód. Robiła to w sposób podobny do swojego myśliwego – po prostu biegła przed siebie z otwartym dziobem nie zważając na nic. Tuż za lasem nieco jej się upiekło, gdyż z racji niskiego wzrostu, chłopi koszący zboże maczetami, nie byli w stanie jej sięgnąć. Mlaskier nie spostrzegł niebezpieczeństwa – szczególnie, że kiedy przebiegał tuż obok rozbujanych ostrz, te zatrzymywały się w bezruchu, łącznie z ich właścicielami. Natomiast równo ułożone snopki siana znacznie utrudniały mu widoczność, toteż postanowił przebiec przez większość z nich. Nie zauważył, że dobiegł do urwiska i że prędkość jego ciała gwałtownie przyspieszyła z racji spadania. Był coraz bliżej lecącej wraz z nim kury. Mlaskier przefrunął tuż obok nastroszonego zwierzęcia, które najwidoczniej również nie do końca wiedziało, co się dzieje. Niestety było za szybko, żeby je złapać. Poeta spojrzał w dół i zobaczył malutki domek, który robił się coraz większy. Jego dach nagle pokrył się kulistym płomieniem, a potem znaczna jego część odfrunęła, tworząc dziurę. Ziemia zadudniła i silny podmuch powietrza od dołu uniósł go nieco.
++++++– Łiii…! – cieszył się poeta, a zaraz potem ucieszył się jeszcze bardziej, bo do zabawy dołączył Gejralt, który zdołał dogonić poetę.
++++++Wejdźmin chwycił Mlaskra w locie, a następnie wycelował znakiem Haard w ziemię prosto przez dziurę w dachu stodoły. Siano w jej wnętrzu wzbiło się i opadło tworząc puszystą kołderkę, a kolejny silny podmuch wiatru wzniecony tuż nad ziemią, wzbił ich w górę i ocalił przed znacznie twardszym lądowaniem.

++++++Gejralt zdmuchnął siano z twarzy i szybko obejrzał przyjaciela.
++++++– Mlaskieruniu, nigdy więcej tak nie rób! – krzyknął. – Gdyby coś ci się stało, to bym chyba oszalał! Jesteś cały? – zapytał.
++++++Poeta nie rozumiał zasadności tego pytania, więc zadał swoje.
++++++– Dlaczego masz rybę na głowie, wyglądasz, jakbyś wyszedł z pożaru i urosły ci cycki? – zapytał.
++++++Wejdźmin uspokoił się i wyciągnął dwie jeszcze ciepłe bułki spod koszulki.
++++++– O – powiedział Mlaskier.
++++++Poeta wziął zamaszystego gryza i, przeżuwając bardzo dokładnie, zamyślił się. Tuż obok jego głowy jak bomba przeleciała kura wbijając się w siano. Zaraz potem zniosła dwa jajka na raz.
++++++– Gejraaalt? – zagaił poeta wciąż zamyślony.
++++++– Tak, Mlaskruś? – wydyszał wejdźmin trzymając się za serce. – Zapomniałem o kurce.
++++++– A pamiętasz jak mówiłeś, że ma się tyle lat ile jest kropek?
++++++– Tak, jak łapaliśmy biedronki.
++++++– No to jak ja będę coraz starszy i będę miał coraz więcej tych kropek, to czy ja w końcu będę cały czarny?
++++++Wejdźmin parsknął śmiechem.
++++++– Co?… – zapytał co najmniej tak rozbawiony, jak zestresowany i zmęczony.
++++++– No czy jak będę stary, to czy będę cały czarny? – powtórzył nie dające mu spokoju pytanie Mlaskier.
++++++Gejralt z trudem tłumił narastające rozbawienie. Nie wytrzymał. Opadł na siano i popłakał się ze śmiechu.
++++++Mlaskier naburmuszył się. Zwinął kolana pod brodą i objął nogi rękami. Nie lubił jak wejdźmin śmieje się z czegoś śmiesznego i nawet nie powie mu z czego.
++++++– Przepraszam, Mlaskruś… – wykrztusił wejdźmin próbując nie chichotać. – Nie robaczku, nie będziesz cały czarny – powiedział wycierając łzy.
++++++– A ile? – rzucił wciąż obrażony, acz ciekawy poeta. – Do połowy?
++++++Gejralt spojrzał na niego z pobłażliwą miłością i pogłaskał go po główce.
++++++– To dlatego rozebrałeś się przed piekarnią? – zapytał. – Liczyłeś pieprzyki?
++++++– Chciałem policzyć ile mam lat – odparł dumny z siebie poeta.
++++++– Mhm. A na plecach? Policzyłeś?
++++++– Nieee… – uśmiechnął się Mlaskier. – Ale wszędzie indziej naliczyłem trzy. Dużo razy.
++++++– A niżej?… Liczyłeś?…
++++++– Też nie… – poeta zarumienił się.
++++++– Noo too… – zaczął wejdźmin uśmiechając się łobuzersko i zabrał się za niezbyt skomplikowaną matematykę z dogłębną, jak na wejdźmina przystało, skrupulatnością…

Opowiadanie XVI – „Balonowa Miłość”

Wejdźmin Gejralt rozejrzał się po niewielkiej sali. Czterech z dziewięciu umięśnionych rycerzy w wypolerowanych zbrojach od razu wpadło mu w oko. Niestety żaden z nich nie wracał tymi samymi drzwiami, którymi wchodził. Gejralt usiadł na zdobionej ławce wciskając się w wąską przestrzeń pomiędzy szerokimi rycerzami. Wyglądało na to, że jest kolejka. Po nim przyszło jeszcze kilku śmiałków.
++++++– Następny! – warknął strażnik, ale nikt nie zareagował. – Ej, ty! Chucherko! Twoja kolej!
++++++Gejralt odwrócił się pytająco napotykając wzrok strażnika.
++++++– Do mnie mówisz? – spytał.
++++++– A widzisz tu kogoś mniejszego od siebie? – odparł strażnik.
++++++– No żebyś się nie zdziwił czasem – rzekł wejdźmin i wstał.

++++++Znudzona balonówna jeździła postrzępionym paznokciem po podłokietniku swego tronu. Nie podniosła nawet głowy na dźwięk otwieranych drzwi.
++++++– O Boże… No co to jest…? – jęknął jej ojciec, krępej postury balon, załamując ręce.
++++++Dziewczyna natychmiast wstała prostując się jak strzała.
++++++– Chcę tego! – wrzasnęła.
++++++– Słucham? – zdziwił się balon.
++++++– Jego chcę mówię!
++++++– Ale nie ma mowy…
++++++– Bo pójdę na wesele z Klaudią! – groziła balonówna.
++++++– Za jakie grzechy…! – zagrzmiał balon. – Nie pójdziesz na wesele mojego brata z żadną Klaudią! Hudbert wydaje za mąż już trzecią córkę, a ja jednej nie mogę! Wstydu mi tylko narobisz! Powtarzam raz jeszcze! Szukamy dla ciebie godnego partnera, mężnego, honorowego rycerza! A to to to, to co to ma być? Czy to w ogóle jest mężczyzna…? – zastanawiał się balon. – Straż! Sprawdzić, czy to jest mężczyzna!
++++++Strażnik, który wprowadził wejdźmina do środka, natychmiast podbiegł bliżej drewnianego podwyższenia i zwrócił się do władcy.
++++++– Tak jest, panie! – zasalutował. – Aleee… Jak? – dodał po chwili.
++++++– No normalnie! – huknął balon. – Umiesz chyba odróżnić kobietę od mężczyzny, tak?! Dlaczego los pokarał mnie takimi debilami…
++++++– Hendryku, to chyba nie jest konieczne – odezwała się żona balona. – Przecież widać, że jest płaski jak deska.
++++++– Ty też jesteś, a jakoś jednak – rzucił balon. – Do roboty!

++++++Strażnik odchrząknął, podrapał się po głowie i mlasnął. Na jego znak dwóch innych strażników unieruchomiło Gejralta chwytając go pod ramiona. Przywódca straży, zawahawszy się nieco, wsunął palec wskazujący pomiędzy idealnie gładki brzuch wejdźmina a centkowane leginsy i odchylił je nieco zaglądając do środka. Natychmiast się odsunął.
++++++– I co? Łyso ci teraz? – wtrącił Gejralt nawet nie próbując uwolnić się z uścisku mężnych pomocników.
++++++– Panie – zaczął strażnik. – To z całą pewnością jest mężczyzna.
++++++Balonówna obruszyła się.
++++++– W takim razie – zaczęła – ma prawo stanąć do wyzwania!
++++++– Nie no, ludzie, córciu… – jęknął balon. – Nie będę go skazywał na pewną śmierć…
++++++– Ojcze, odbierasz mu prawo honoru! Pozwól mu zapracować na swoje zaufanie! Musi walczyć by zdobyć dla mnie jabłko!
++++++– Nasza córka ma rację, Hendryku – ponownie wtrąciła siedząca obok męża balonowa, sztywna co najmniej tak, jak pewna część Gejralta podczas pewnych czynności.
++++++Balon przetarł twarz dłońmi, ciągnąc w dół zmęczone oczy.
++++++– Helena – zwrócił się do żony. – Ja cię proszę, spójrz na niego. No przecież jakie on ma szanse z niedźwiedziem? – zaświergotał. – Nawet zbroi nie ma, rozszarpie go zanim mrugniemy okiem. Potem trzeba będzie posprzątać jego flaki, zawiadomić rodzinę, wystąpić z oficjalnym pismem do…
++++++– Tu chodzi o zasady! – przerwała mu córka. – Łamiesz swoje własne reguły! – postulowała zaciskając pięści.
++++++– Bo nie chce go mieć na sumieniu! Niech sobie to to żyje, no…

++++++Po namiocie rozeszło się soczyste chrupnięcie. Balon rozszerzył oczy. Niedźwiedź chrapał, a strojąca w dole jasna, długowłosa postać przeżuwała kęs czerwonego jabłka.
++++++– No wszystko fajnie, ślub i w ogóle – zaczął Gejralt, korzystając z chwili ciszy – ale ja tu generalnie przyszedłem po to, żeby wam powiedzieć, że mieliście w ogrodzie lasodymacza, którego unieszkodliwiłem – wypaplał ściągając trofeum z pleców. – Proszę, oto dowód.
++++++Balonowa Helena spłonęła rumieńcem.
++++++– Jakaś nagroda by mi się za to należała, co nie? – dodał wejdźmin, rzucając ogryzkiem w niedźwiedzia.
++++++Balon Hendryk westchnął.

++++++Nadworny kasztan Artur był mężczyzną o wyjątkowo pompatycznej minie. Co rusz poklaskiwał, aby dodać swym poleceniom animuszu. Na każdym kroku obrażał Gejralta, okazało się bowiem, że wejdźmin radzi sobie całkiem słabo z obowiązującą etykietą.
++++++– Widzę wejdźminie, że dobre maniery są ci całkiem obce – rzekł kasztan. – Ale nie jest tak tragicznie jak na kogoś, kto na co dzień żyje jak dzikie zwierzę w lesie.
++++++Gejralt odpalił sobie papierosa od świecy i nadymał wargi wypuszczając chmurę gęstego dymu.
++++++– Ty też nie wyglądasz najgorzej jak na kogoś, kto ma zapałkę w tyłku aż do samej szyi – powiedział.
++++++Kasztan uniósł brwi i zapowietrzył się czerwieniejąc. Już miał wypowiedzieć niecenzuralne słowa, kiedy drzwi do sali otworzyły się. Artur zreflektował się.
++++++– Przed tobą dziedziczka tronu i ziemi, po której stąpasz! – zaanonsował. – Katarzyna! Bo Mam Katar! Piąta!
++++++Gejralt zachichotał szczerząc zęby.
++++++– Że jak?
++++++– Na kolana…! – syknął kasztan.
++++++– O, na pewno nie. Możesz sobie pomarzyć.

++++++Katarzyna Bo Mam Katar Piąta wyjęła z buzi gumę i przykleiła ją do obrazu dziada z pradziada wiszącego na ścianie, w miejscu nosa. Podciągnęła rękawy swej skromnej sukni, oparła ręce na biodrach stając w rozkroku i gwizdnęła na kasztana wykonując szybki ruch głową, który oznaczał mniej więcej tyle co słowa: spieprzaj stąd, ty łysy dziadu. Zarzuciła przy tym warkoczem. Wejdźmin zgasił papierosa w starożytnym wazonie z tulipanami i wyprostował się. Balonówna, czekając aż kasztan opuści długą na trzydzieści metrów salę, okrążyła Gejralta kilka razy i z miną uznania pokiwała głową.
++++++– Mów mi Kaśka – powiedziała. – Pewnie zastanawiasz się, dlaczego wybrałam akurat ciebie.
++++++– Mmm… – mruknął Gejralt. – Bo nikt inny nie przeżył?
++++++– Nie.
++++++– Bo jestem ładny?
++++++– Nie.
++++++– Nie jestem ładny?
++++++Katarzyna Bo Mam Katar Piąta zgubiła trop.
++++++– Wybrałam ciebie – zaczęła – bo myślę, że nie będziesz miał żadnych obiekcji aby zrobić to, o co cię zaraz poproszę.
++++++– Noo, to jednak jestem ładny… – zmartwił się wejdźmin.
++++++Kasia wzięła głęboki, uspokajający oddech.
++++++– Kurwa no – przeklęła, co świadczyło o tym, że haust powietrza jej nie pomógł. – Skup się, bo nie będę powtarzać. Jestem zakochana. Niestety moi rodzice tego nie rozumieją. Chcą mnie wydać za jakiegoś nadętego buca, który prawie nigdy nie ściąga swojej zbroi, potem chcą mieć wnuka, a na koniec mam zostać dziedziczką ich ziem i do końca życia wysłuchiwać skarg spoconych chłopów, a że to susza, a że myszy zjadły ziarno, ble ble ble. Przecież ja się do tego nie nadaje.
++++++– Spoconych chłopów? – zainteresował się Gejralt.
++++++– Ja chcę zwiedzać świat u boku mojej Klaudii, być wolna jak ptak, jeździć na mojej klaczy gdzie mnie wiatr poniesie i stawiać czoła codziennie nowej przygodzie!… – balonówna zakręciła się wokół własnej osi i uniosła ręce. – Nie dla mnie wystawne bale i suknie, w których nie można oddechu złapać i te wszystkie zasady i maniery. Kapujesz?
++++++Wejdźmin zastanowił się robiąc dzióbek z ust. Rozumiał, ale…
++++++– Ja was ze sobą nie wezmę – odparł.
++++++– Chryste no! – załamała się Kasia. – Weź się skup! Na weselu będzie dużo gości, bo Polenka to ostatnia córka mojego wuja, ale też odpowiednio dużo straży. Wyprowadzisz mnie z tej nadętej imprezy tak, żeby nikt nie zauważył. Dowieziesz mnie do skrzyżowania pod Drzewem Widelców. Tam będzie czekała na mnie Klaudia, dalej damy sobie radę.
++++++Wejdźmin zmarszczył się w niepewności i pokiwał głową z grymasem na ustach. Kasia zrobiła groźną minę, co nieco go zaniepokoiło. Balonówna zrobiła się jeszcze groźniejsza, ale widząc, że to nie działa, złożyła ręce pod brodą i zrobiła słodkie oczy.
++++++– Proooszę… – powiedziała najmilej jak potrafiła.

++++++Gejralt nie był zbyt konsekwentny, jeśli w grę wchodziły słodkie oczy, nawet jeśli były to słodkie oczy dziewczynki, a nie Mlaskra. Wiedział o tej słabości. Zgodził się, a pierwsze słowa, które wypowiedział do niego balon Hendryk Bo Mam Katar Drugi zaraz po wejściu do domu weselnego brzmiały:
++++++– Znam moją córkę na wskroś, na pewno próbowała cię już przekabacić na swoją stronę. To teraz słuchaj – balon wbił wejdźminowi palce między żebra, ale o dziwo, nic go to nie zabolało. – Moja córka już nie pierwszy raz próbuje uciec, ale za to pierwszy raz sama wybrała sobie partnera, który przynajmniej ma coś między nogami, dlatego po weselu odwieziesz Katarzynę prosto do naszego zamku, a jak rano o dziewiątej trzydzieści nie zejdziecie na śniadanie, a Kasia nie będzie w ciąży, to znajdę cię i własnoręcznie urwę ci klejnoty, choćbyś był już na końcu tego świata. I jeszcze jedno – balon zrobił przerwę. – Moja żona nie może się o niczym dowiedzieć.
++++++Po wszystkim uśmiechnął się szeroko, serdecznie poklepał wejdźmina po plecach i odszedł falującym krokiem, gdyż był dość pulchny i przypominał kulkę z brodą w długiej, atłasowej pelerynie.
++++++Wejdźmin przełknął ślinę i pomyślał, że nie takie tam znowu byle co ma między tymi nogami. Ledwie skończył tę myśl, a już z drugiej strony dopadła go żona balona.
++++++– Bardzo nam miło, Gejralcie z Ruii, że towarzyszysz nam dziś w tym szczególnym dla naszego rodu dniu – zaczęła.
++++++Balonowa Helena była blada jak ściana i ubrana była w równie bladozieloną suknię do samej ziemi. Poruszała się lekko, zupełnie jakby unosiła się kilka milimetrów nad ziemią, a z włosów zrobione miała dwa precle po bokach głowy. Wejdźmin wyobraził sobie jak Mlaskier próbuje je zjeść i rozchmurzył się nieco. Żałował, że go tu nie ma. Wypił kieliszek wina na raz i uśmiechnął się. Zagryzł kawałkiem pieczonego kurczaka.
++++++– Co do tego lasodymacza… – ciągnęła balonowa. – Co się z nim stało? Bo przyniosłeś tylko jego… kawałek.
++++++– Lasodymacz żyje, nie zabijam ich, nie są groźne dla ludzi jak nie mają… właśnie tego kawałka. Taka praca. Za jakiś czas mu odrośnie, to mnie wezwijcie.
++++++– Aha, odrośnie, to dobsz… – balonowa urwała i wlepiła wzrok w wejdźmina.
++++++Wejdźmin zastygł, również patrząc jej w oczy. Helena chrząknęła prostując się.
++++++– A za ile…? Mniej… więcej? – dopytała.
++++++– Odrośnie?… – zawahał się Gejralt. – Noo, za jakieś… Pół roku?… A czemu?
++++++– Tak pytam, z ciekawości – odparła, uniosła głowę, splotła ręce nad brzuchem i odpłynęła szybkim krokiem. Po chwili wróciła i wsunęła mu coś do kieszeni. Ulotniła się.
++++++Gejralt wyciągnął karteczkę, rozwinął ją i przeczytał:

Jako, że trofeum z potwora jest jedynym dowodem Twojej pracy do uzyskania wysokiej nagrody pieniężnej, przekażesz mi je. Widzisz tą białą kotarę? Za nią stoi łoże Pary Młodej. Ukryj trofeum pod łóżkiem, później je odbiorę. Pół roku to strasznie długo.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++Helena B.M.K.II

++++++Gejralt uniósł brwi, zjadł winogronko i poszedł się rozejrzeć.

++++++Dom weselny, położony w malowniczym ogrodzie, tonął w kwiatach. Nawet trawa wydawała się być bardziej zielona niż powinna – Gejralt nie był pewny, czy to za sprawą oświetlenia czy eliksiru „Muszę się napić”, który wypił ukradkiem chowając się za wazonem z liliami. Wodzirej wyczytywał nazwiska gości, a kiedy przyszła kolej na niego i jego niezadowoloną partnerkę, potknął się, przyciągając tym wzrok wszystkich zgromadzonych. Włosy kazano mu upiąć w kucyka, a leginsy i cekinową bluzeczkę zastąpiono eleganckim, czarnym kostiumem z bogato zdobioną białą koszulą tak, aby wyglądał na kogoś ociekającego bogactwem. Zrobiono to zaraz potem, gdy okazało się, że jako rycerz wygląda jak jedna mała sardynka zamknięta w normalnej wielkości puszce. Kazano mu mówić, że jest hrabią z odległej krainy i ma dobrze prosperującą firmę. Jego partnerka, Katarzyna, w turkusowej sukni z bufiastymi rękawami i przestronnym kokiem na czubku głowy, w którym z powodzeniem można by zmieścić klatkę z papużką, również nie czuła się dobrze w przypisanej jej roli.
++++++– Muszę się napić – powiedziała Kasia.
++++++Wejdźmin skinął głową.

++++++Pięć minut i kieliszków później, wszystko wydawało się być nieco bardziej pozytywne. Para młoda przyjmowała gratulacje. Panna młoda, niejaka Polenka Bo Mam Katar Siódma, miała dwieście dwanaście lat i zgodnie z tradycją tego regionu ubrana była głównie w kwiaty. Pan młody, wysoki umięśniony mężczyzna o pociągłej twarzy zwrócił uwagę Gejralta – i vice versa. Wejdźmin przywitał się z nim oficjalnie, a chwilę później mniej oficjalnie w rabatkach na tyłach domu weselnego. Gruszkon z rodu Kopniętego Kalendarza niestety stracił tam przytomność i wejdźmin zmuszony był pozostawić go w towarzystwie nieco sponiewieranych kwiatów. Obszedł rezydencję, aby upewnić się, że nikt niczego nie widział, po czym wrócił na salę i począł się rozglądać. Naliczył stu strażników, ukrył trofeum z lasodymacza za kotarką pod łóżkiem i odpowiedział na trudne pytania rodziny Bo Mam Katarów odnośnie swojego statusu społecznego, ale jako hrabia Pomponik z krainy w kształcie fallusa o której nikt nie słyszał, produkujący czekoladowych rycerzy w skali jeden do jeden, chyba nie zrobił dobrego wrażenia, szczególnie że został przyłapany przez rodzinę Katarzyny z trofeum zanim zdążył je ukryć, toteż zamoczył je w wazie z musem czekoladowym i przekonywał słuchaczy, że to jeden z jego słodkich wyrobów – ten akurat w skali dwa do jednego. Jedynie cioteczna stryjenka od strony balona Hendryka była nim żywo zainteresowana. Ubrała nawet okulary, aby lepiej się przyjrzeć i zamówiła dwadzieścia sztuk owej czekoladki.
++++++Gejralt wypuścił powietrze z płuc i udał się w stronę weselnego baru, gdzie dopadła go Katarzyna.
++++++– Ślub zaraz się rozpocznie – oznajmiła. – Wymyśliłeś już jak mnie stąd wydostać?
++++++– Noo… – stęknął wejdźmin częstując się koreczkiem. – Nie takie zaraz… – i wyjrzał przez okno szukając wzrokiem pamiętnych rabatek.
++++++Kasia wyjęła mu z ust wykałaczkę i ukłuła go w rękę.
++++++– Ałć! – jęknął natychmiast zabierając jej ostry patyczek i schował go do kieszeni. – No co ja ci zrobiłem?!
++++++– Do roboty! – wycedziła Kasia. – Póki ludzie są rozproszeni!
++++++Wejdźmin pokiwał głową z dezaprobatą i kazał jej iść za sobą.

++++++Balonowa Helena Bo Mam Katar Druga siedziała przy stole weselnym obok swojego męża i prosta jak drut, rozglądała się na boki lustrując każdy szczegół dekoracyjny na sali. Co jakiś czas zwracała uwagę męża na drobne niedociągnięcia w wystroju.
++++++– Hendryku, spójrz no tylko na te wstążeczki. Zupełnie niedopasowane do serwet na stole.
++++++– Tak, tak, bardzo ładne – wymruczał balon, pijąc kolejny kieliszek burbona.
++++++– I jeszcze te złote obramowania krzeseł, od razu widać, że tandeta.
++++++– Tak, ja też…
++++++– Nigdzie nie widzę pana młodego, Hendryku. A ty?
++++++– Tak, zgadzam się…
++++++– Widziałeś Hendryku sukienkę Florentyny? Okropna.
++++++– No ta, ta…
++++++– Nasza Katarzyna chyba idzie z tym Gejraltem na górne piętra, Hendryku.
++++++– Tak, tak, masz rację… – balon oprzytomniał. – Co?
++++++– Mówiłam Hendryku, że nasza córka idzie z tym Gejraltem w stronę prywatnych komnat na górze. Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
++++++Twarz Hendryka przybrała złowieszczy wyraz, po czym z uśmiechem ucałowała zimne rączki swej żony.
++++++– Oczywiście, że cię słucham, kochanie – powiedział.
++++++Widząc, że żona czeka na wyjaśnienia, westchnął i zgarbił się.
++++++– Aż kurwa, niech idzie… – balon machnął ręką. – Skaranie Boskie z tą dziewczyną. Już lepszy on, niż ta cała Klaudia. Nadamy mu nowe imię, włosy się zetnie, karzemy brodę zapuścić, utuczymy nieco, ubierzemy po rycersku, w dłoń damy lance i będziemy udawać, że jesteśmy zadowoleni. A jak nie wyjdzie, to się upozoruje na szybko jakąś honorową śmierć i będziemy mieli go z głowy. Najwyższy czas na potomka, Helena. Wstyd jak cholera na całą rodzinę, a Kasia się starzeje. My sami już prawie po pięćset lat mamy, a zastępcy tronu nie widać.

++++++Kasia podążała za wejdźminem, który trzymał ją za nadgarstek i informował o wszelkich przeszkodach znajdujących się na całkowicie ciemnym strychu. Tylko siedem razy zapomniał powiedzieć jej, żeby się pochyliła, bo się zamyślił. Kasia wyszła przez okno dachowe trzymając rękę na obolałym czole i spojrzała na swoje potłuczone nogi.
++++++– Co teraz? – spytała.
++++++Wejdźmin dopiero myślał co zrobić, ale nie powiedział tego Kasi, bo bał się, że ta zepchnie go z dachu. Dziewczyna zaczęła się niecierpliwić, toteż Gejralt wrócił z nią na strych i począł prowadzić ją w kółko, żeby mieć chwilę czasu do zastanowienia. Kiedy Kasia zaczęła podejrzewać, że coś jest nie tak, Gejralt zaprowadził ją do wyjścia twierdząc, że muszą znaleźć inną drogę. Zeszli z powrotem na salę weselną, gdzie wodzirej zaczynał zwoływać gości na mającą się rozpocząć lada chwila uroczystość zaślubin.

++++++– Hendryku – zaczęła balonowa spoglądając na schody. – Katarzyna i Gejralt wracają. Hm – Helena spojrzała na zegarek, a potem beznamiętnie przed siebie. – Ponad pół godziny, Hendryku. Nie pół minuty.
++++++Balon zmierzył ją wzrokiem.
++++++– Tylko trochę nie podoba mi się to, że Kasia jest cała w siniakach – ciągnęła balonowa. – A przecież ceremonia zaraz się zacznie.

++++++Wejdźmin rozejrzał się i otworzył tylne drzwi domu weselnego.
++++++– Zwariowałeś?! – szepnęła Kasia. – Przecież w ogrodzie mogą kręcić się strażnicy!
++++++– Nieee… – jęknął Gejralt. – Tu nikogo nie ma, już tu byłem dzisiaj.
++++++Katarzyna stąpała cicho po szeleszczącym trawniku wśród cykających świerszczy za zgiętym w pół wejdźminem. W oddali było słychać muzykę, gwar gości weselnych i wodzireja, który coraz głośniej zwoływał ludzi do zajęcia swojego miejsca.
++++++– Gruszko? A co on tu robi? – spytała Kasia, kiedy mijali klomby rabatek.
++++++– A skąd ja mam to wiedzieć? Może sobie leży po prostu – powiedział Gejralt i pociągnął ją w stronę muru okalającego posesję.
++++++Wejdźmin wskoczył na niego i wciągnął Kasię na górę, po czym zeskoczył i złapał ją po drugiej stronie. Zdziwił się, że była taka lekka. Przywołał swojego konia i podał dziewczynie lejce.
++++++– Dobra, zwiewaj zanim się zorientują – powiedział.
++++++– A ty? Nie jedziesz? Co z twoim koniem? – zmartwiła się Kasia.
++++++– Gdzieś go kiedyś pewnie znajdę. No już, już, zmykaj.
++++++Kasia pożegnała się z Gejraltem, wskoczyła na Pupkę i pognała w stronę Drzewa Widelców. Wejdźmin stał jeszcze chwilę, aż całkiem zniknęła mu z oczu. Był z siebie całkiem zadowolony. W końcu pomógł dwójce kochających się ludzi i uratował Kasię przed okrutnym losem, jaki czekałby ją na zamku. Doskonale wiedział jak trudno jest być sobą – szczególnie, jak jest się trochę innym. Przeskoczył przez mur, wytrzepał ręce o pośladki i odwrócił się. Mina szybko mu zrzedła. Bladolica Helena Bo Mam Katar Druga stała przed nim z zadartą głową i rękami splecionymi pod brzuchem.
++++++– Czekam na wyjaśnienia – rzekła.
++++++Wejdźmin spojrzał w bok na zniszczone rabatki i wypchnął językiem policzek.
++++++– On pierwszy puścił mi oczko – powiedział.
++++++– Ślub już za chwilę, a pan młody leży nieprzytomny w kwietniku. To jedno – podsumowała balonowa. – A gdzie jest Kasia? Widziałam, jak razem wychodziliście.
++++++Wejdźmin wzruszył ramionami.
++++++– Dobrze, nie odpowiadaj – balonowa odwróciła się. – Wiem, że pomogłeś jej uciec. Nie winię cię za to. Ostatnią rzeczą jakiej chciałabym dla Kasi to to, aby podzieliła mój nieszczęśliwy los – wyznała Helena, po czym dodała szybko – chociaż to nawet nie moje dziecko, bo Hendryk spłodził ją z jakąś kurtyzaną. Nawet nie jest do mnie podobna.
++++++– Może to i dobrze… – burknął wejdźmin.
++++++– Tak czy inaczej – balonowa odwróciła się i zadarła nos. – Ślub musi się odbyć dziś przed północą, w przeciwnym razie mąż naszej cioteczki stryjecznej, najgorszy ze wszystkich balonów, zły czarownik eunuch, zrzuci na nas kolejną klątwę. Nasze dzieci powinny wychodzić za mąż wedle liczebnika w przydomku. Kasia jest piąta, a Polenka siódma, więc i tak mamy już przechlapane. To tak w skrócie. I tak powiedziałam za dużo.
++++++Wejdźmin pokiwał głową.
++++++– Masakra, co tu się dzieje… – szepnął do siebie.

++++++Pana Młodego nie udało się ocucić. Odzyskał przytomność zaledwie na kilka sekund, wymamrotał coś o lodach czekoladowych i padł na ziemię uśmiechnięty od ucha do ucha. Helena zmierzyła Gejralta wzrokiem.
++++++– O nie nie nie – wejdźmin cofnął się. – Nawet o tym nie myśl.
++++++Balonowa uniosła brew.
++++++– Inaczej powiem mężowi, że pomogłeś uciec Katarzynie, a tego byśmy nie chcieli, prawda?
++++++– A ty mnie nie szantażuj, bo powiem wszystkim co robiłaś z lasodymaczem!
++++++Helena zacisnęła wąskie usta.
++++++– Dobrze, w takim razie zawrzyjmy rozejm – zaproponowała. – Nie będziemy się przecież licytować. Ale pan młody leży tu z twojej winy, więc z łaski swojej musisz go zastąpić, inaczej wszyscy spłoniemy żywcem. W najlepszym przypadku.
++++++– O rany boskie… – wyjęczał wejdźmin i pochylił się nad półnagim młodzieńcem podnosząc kawałki jego zbroi. – Ja nie umiem brać ślubu.
++++++– Po prostu rób to, co mówi ksiądz.
++++++– Mhm, już to kiedyś słyszałem.
++++++– Ja w tym czasie zajmę się panem młodym i nikt się nie zorientuje.
++++++– A panna młoda?
++++++– Panna młoda jest niewidoma od urodzenia.

++++++Goście weselni oczekiwali nadejścia przyszłej mężatki. Pastor dokonywał ostatnich poprawek na ołtarzu, flecista umilał czas zgromadzonych delikatna muzyką, a wejdźmin Gejralt stał na ślubnym kobiercu po zęby zapięty w zbroję, w której zmieściłyby się ze dwie osoby. Nie musiał nawet ściągać ubrań. Wreszcie drzwi otworzyły się. Panna młoda powoli kroczyła w stronę ołtarza, co drugi krok rozrzucając kwiaty ze swej kreacji na boki. Drogę tę ćwiczyła wiele razy i wiedziała, że musi się zatrzymać po czterdziestu sześciu krokach. Kiedy wreszcie dotknęła zbroi swego lubego, z jej kreacji prawie nic nie zostało. Ceremonia zaślubin przebiegała bez większych problemów, do momentu, kiedy kapłan wypowiedział następujące słowa:
++++++– A teraz, wedle tradycji, nowożeńcy udadzą się za Świętą Białą Kotarkę, aby skonsumować i zapieczętować swój nowo rozpoczęty związek. Zapraszam.
++++++– Co?… – spytał wejdźmin – ale Polenka Bo Mam Katar Siódma ruszyła z kopyta trzymając go pod ramię. Tę drogę też znała bardzo dobrze. Gejralt dokuśtykał do łoża, na które został pchnięty i zanim zdążył się ruszyć w niewygodnej zbroi, Polenka siedziała już na nim szukając dłońmi zaczepów blaszanego odzienia, które natychmiast usuwała.
++++++– Ale, no… – wystękał wejdźmin, próbując złapać jej nerwowe ręce. – Poczekaj przecież… Na pewno robiliśmy to już dużo razy, nie musimy akurat teraz, przy tych wszystkich ludziach. No weź przestań!
++++++Polenka przestała się ruszać.
++++++– O czym ty mówisz? Przecież czekaliśmy z tym aż do ślubu, tak jak chciałeś.
++++++– Naprawdę? O matko…
++++++– Masz jakiś dziwny głos.
++++++– Bo… Mam katar – wydusił wejdźmin i chcąc się wyrwać, zrzucił Polenkę z bioder, lecz nieprzyzwyczajony do sztywnej zbroi, zaciął się próbując wstać i przewrócił się z powrotem na łoże przygniatając ją własnym ciałem, co jeszcze bardziej ją rozochociło. Polenka chwyciła za sterczący pióropusz i zdjęła hełm z wejdźmina. Gejralt natychmiast rozłożył jej ręce na boki. Zamarł. Wiedział, że gdyby dotknęła jego twarzy, nie rozpoznałaby w niej swojego narzeczonego. Kątem oka spojrzał na osuwający się kosmyk swoich długich włosów, który zatrzymał się centymetr od jej nosa.
++++++– Jakoś inaczej pachniesz – stwierdziła. – Jakby… truskawkami?
++++++Śnieżnobiała kotara poruszyła się i rozchyliła nieznacznie. Helena Bo Mam Katar Druga wsunęła nos w szparę i przyłożyła palec do ust, a Gejralt przypomniał sobie, co na jej życzenie ukrył pod tym łóżkiem. Balonowa próbowała wciągnąć nieprzytomnego pana młodego na łoże w absolutnej ciszy, a wejdźmin, chcąc kupić jej trochę czasu, ładnie poprosił Polenkę, żeby się nie ruszała. Kazał jej obiecać, a kiedy obiecała, zdjął z siebie resztki zbroi opowiadając jej ulubioną historyjkę Mlaskra o sprośnym kurczaczku i sięgnął po czekoladowe trofeum, co nie spodobało się Helenie. Balonowa wypuściła z rąk Gruszkona, który runął na ziemię, rzuciła się wejdźminowi na plecy i próbując odzyskać trofeum, rozdarła mu koszulę. Polenka, która zorientowała się że coś jest nie tak, zaczęła krzyczeć, ku uciesze gości, którzy żywo kibicowali nowożeńcom. Helena uspokoiła ją, szepcząc: „Spokojnie! To ja, twoja nowa ciocia!”, a wejdźmin usiadł na niej, żeby nie uciekła i przerzucił lekką jak piórko Helenę do przodu. Nie chciał jej zrobić krzywdy, marzył tylko o tym, aby przestała go ciągnąć za włosy. W tej całej szarpaninie zdążył się już zmęczyć.
++++++Nagle kotara rozsunęła się z impetem. Balon Hendryk Bo mam Katar Drugi, który wyczuł, że coś tu śmierdzi, stanął jak wryty. Helena nie była w stanie zobaczyć męża, ponieważ jej suknia zadarła się i przykryła ją od pasa w górę. Gejralt siedział w rozkroku na dyszącej Polence przygniatając do niej biodrami ciężko oddychającą Helenę, której pośladki znajdowały się w miejscu, które zdecydowanie nie podobało się balonowi. Jeszcze bardziej nie podobał mu się czekoladowy odlew, który wejdźmin trzymał w ręce. Balon ryknął, zacisnął pięści i runął na łóżko przydeptując wcześniej pana młodego, o którego się potknął. Gejralt wyskoczył zza kotary jak poparzony i wylądował na sali weselnej, wprawiając gości w zdumienie. Chodź nie był Gruszkonem, i tak dostał gromkie brawa, bo wyglądał na nieźle sponiewieranego, a ta publika – jak każda inna – lubiła niespodziewane zwroty akcji. Rozejrzał się w poszukiwaniu najkrótszej drogi ucieczki, ale wszystkie wyjścia zablokowała straż. Balon Hendryk wyszedł mu na przeciw. Wejdźmin rozluźnił przygotowane do ucieczki mięśnie i wyprostował się.
++++++– Ty wstrętny, podły karaluchu! – rozdarł się balon, krocząc w jego stronę.
++++++– To wszystko totalnie nie było tak jak myślisz… – tłumaczył wejdźmin, cofając się powoli.
++++++– Zamknij się! Stawaj do walki, tchórzu!
++++++– No ale daj mi wyjaśnić…
++++++– WALCZ!
++++++– Nie będę się bił z balonem, zresztą nie ma o co.
++++++Strażnicy zacieśnili koło.
++++++– Na pięści, czy na miecze?! – nie ustępował balon.
++++++Wejdźmin uznał, że już woli na miecze i zaczął rozpinać spodnie.
++++++– Co ty robisz, zboczeńcu jeden?! Jeszcze ci mało?!
++++++– No na miecze, tak? – Gejralt rozłożył ręce.
++++++Balon poczerwieniał i ruszył na przeciwnika z zaciśniętymi pięściami. Rzucił się na niego i obydwoje wykonali parę fikołków. Wejdźmin zaliczył kilka twardych upadków, w przeciwieństwie do okrągłego balona, który odbijał się od ziemi niczym piłka. Obroty w końcu ustały i Hendryk wylądował na Gejralcie nadziewając się na coś w kieszeni jego eleganckich spodni. Obydwoje znieruchomieli. Balon rozszerzył oczy. Cichy świst i lekkie pryknięcie rozeszło się po sali. Gejralt sięgnął do kieszeni i wyjął z niej wykałaczkę, która przebiła nogawkę.
++++++– O cholera – powiedział.
++++++Balonowa Helena rozdarła białą kotarę i zdmuchnęła suknię z czoła. Z piskiem ruszyła na przód. Nim dobiegała, dostała flakiem Hendryka w twarz. Obróciła go kilka razy w dłoniach i zaczęła pompować męża przez wentyl umieszczony na końcu jednej z cieńszych kończyn. Wejdźmin wzdrygnął się na ten widok i chcąc uratować sytuację podgrzał balona ogniem, bo kiedyś widział coś podobnego i zapamiętał, że wtedy pomogło. Hendryk zaczął unosić się, aż zatrzymał się pod samym sufitem, próbując coś powiedzieć przepompowanymi ustami, ale nie dało się go zrozumieć. Helena wybałuszyła oczy na Gejralta i zaczęła go okładać czekoladowym trofeum z lasodymacza wrzeszcząc:
++++++– Wynocha! Skąd tyś się wziął w ogóle?!
++++++– Ja?! – pisknął Gejralt. – To wy tu jesteście wszyscy jacyś nienormalni!
++++++Wejdźmin bronił się rękami i nogami aż do samych drzwi, o które w końcu z impetem uderzył plecami. Jęknął.
++++++Zza kotarki wyszła Polenka.
++++++– Co to ma być!? – wrzasnęła. – Gdzie jest mój mąż!
++++++– Tu jestem, skarbie! – wymamrotał Gruszkon i chwiejnym krokiem minął Polenkę.
++++++Ktoś na sali począł się zastanawiać, ile jeszcze osób wyjdzie zza tej kotarki.
++++++– Stęskniłem się za tobą, misiaczku – powiedział Gruszkon miziając tu i tam już prawie wtopionego w drzwi, całkiem znieruchomiałego wejdźmina.
++++++– Nie – powiedział nagle zapatrzony gdzieś w nicość kapłan zrzucając z siebie święte szaty. – Unieważniam to małżeństwo – …i poszedł uderzyć się cegłą w głowę.
++++++Gejralt poczuł na sobie wzrok rozwścieczonych balonów i zsunął się po wypolerowanym drewnie aż do samego dołu.
++++++– A mogłem po prostu zostawić tego lasodymacza i napić się piwa z Zołmanem…

Opowiadanie XIV – „Pietruszkowa tajemnica”

Wysoko w górach nad Koxenfurtem słońce powoli wypływało znad strzelistych szczytów, podobnie jak mała zielona żabka, która właśnie się obudziła, przeciągnęła udka i wzięła kąpiel w samym źródełku rzeki Niewarta. Skacząc wesoło w dół urwiska, raz po jednej, raz po drugiej stronie nabierającej kształtów rzeki, wydawała z siebie okropne dźwięki. Woda podskakiwała wraz z nią obijając się o skały, by w końcu dotrzeć do tonącej w soczystej zieleni rozległej doliny poszatkowanej licznymi polami obsadzonymi pietruszką, na której rolnik z pobliskiej wsi znalazł dziś trzy trupy.
++++++Pierwsze ciało należało do krasnoluda Zołmana, który leżał na plecach z jedną natką pietruszki wystającą z buzi i drugą z… ucha, z rozłożonymi na boki nogami. Drugie ciało było powyginane w przedziwne strony – to należało do Mlaskra. Trzecie, wejdźmińskie truchło, rozciągnięte było na całą swoją długość z twarzą do ziemi i rękami wzdłuż tułowia.
++++++– Myślita, że nie żyjo? – spytał właściciel tego konkretnego pola swoich towarzyszy.
++++++Stojąca nad ciałami grupa wieśniaków poczęła się nad tym tęgo zastanawiać. Jeden z nich, po ciężkich bojach myślowych stoczonych we własnej głowie wymyślił, że nim zakopią ciała trzeba je sprawdzić i szturchnął je grabiami. Chwilę potem stwierdził, że to trupy. Inny zaryzykował zakwestionować zdanie kolegi, gdyż krasnolud chrapał. Trzeci podrapał się po łysinie, przykucnął i przyjrzał się denatom.
++++++– Ten wąski, to chyba wejdźmin jest… – powiedział. – Taki wejdźmin to podobno strasny zabijaka. On by tak łatwo ducha nie wyzionął, i to jesce w scerym polu. Chyba, że twojej pietruski spróbował Witek, he he he!
++++++Wieśniacy roześmiali się. Witek założył ręce na piersi i szturchnął kolegę:
++++++– Dziadek, ty sprawdź cy on zyje – rozkazał. – Ty stary i głupi jesteś to cię nie będzie skoda.
++++++Dziadek, wysuszona zgarbiona postać z dużym okrągłym nosem i kępkami siwych włosów po bokach głowy, uniósł swoją krzywą laseczkę i…
++++++– Nie – powiedział.
++++++– To może by my se go okradli chocias? – zaproponował Zbyszek.
++++++– A co on tam ma! – krzyknął Witek. – Taki wejdźmak to biedny jest jak mysz kościelna!
++++++Mysz, na co dzień mieszkająca w kościele, która właśnie wybrała się na poranny spacer w swoim nowym kubraku ze złota, fuknęła, rozłożyła srebrną parasolkę i odeszła obrażona w druga stronę.
++++++– Ja to bym se moze chcocias te spodnie wziął, żonce bym dał – oznajmił Zbyszek, gładząc się po wklęśniętym brzuchu.
++++++– Żonce, ha ha! Na rękę może by se ino wciągnęła! Jedyna gruba baba we całej wsi! Nie licząc twojego synalka! Siostrze daj prędzej, bo sioscycke to ty mos akurat fojnom.
++++++– O właśnie! Grubą Kryche zawołajta! Baby nie rusy…
++++++– A skąd to niby wiesz, Witek, co? Taki mądry jesteś, to se po swoją zonke poślijcie!
++++++– Bo ja żem już kiedyś widział wejdźmaka jednego i wiem co on chłopom robi! I to może nawet tego samiuśkiego…
++++++– W łeb się puknij! Takiej paskudy jak ty, to by nawet ślepy dziad bez nogi nie tknął!
++++++– Panocki, a jak mówita, że to zabijaka jest, to może on by nam Wieśka utłukł, he?
++++++Zapanowała chwilowa cisza. Złożone procesy myślowe Witka, Zbyszka i Dziadka wymalowały się na ich rumianych twarzach.
++++++– Jak? Jak on nieżywy jest.
++++++– Sam niezywy jesteś, widział ja przeto jak się porusył. O! Znowu!
++++++– Za duza ryzykowność. Ja cytałem, że taki wejdźmok, to nie ma wyzutów sumienia, tnie wsysko co wystające. Nie wiadomo co mu do głowy strzeli, jak go siłą zbudzimy.
++++++– No to będziemy cekać, aż sam się ocknie. Tedy powiemy mu sybko, gdzie jest potwór, to moze za nim poleci, a nas oscędzi.
++++++Grono wieśniaków po burzliwych dyskusjach uradziło, że najlepiej będzie całą trójkę zapakować na taczkę i zawieźć do wsi. Jak postanowili, tak zrobili. Opieka nad nieprzytomnym krasnoludem przypadła Witkowi i jego szesnastu rozbrykanym dzieciom. Mlaskrem zajął się Dziadek, który posadził go w fotelu i wpatrywał się w niego żując liście pietruszki mimo, że Mlaskier nie robił absolutnie niczego, oprócz ślinienia się. Wejdźmin trafił do wieśniaka, który chciał go ograbić ze spodni. Wraz z synem położyli go na łóżku.
++++++– Tatuś? I co tera? – spytał młodzieniec, pulchny jak owieczka.
++++++– Nic, Boguś – powiedział Zbyszek. – Pocekamy, aż się obudzi. Odejdź, bo jesce ci co zrobi.
++++++– Ja tam się go nie boję, tatuś – odparł gładząc Gejralta po głowie. – Fajny jest.
++++++Boguś usiadł na łóżku koło wiotkiego wejdźmina i zaczął cierpliwie czekać.

++++++Mijały godziny, ale nic nie wskazywało na to, że którykolwiek z trójki przybyszy odzyska przytomność. Chłopi, którzy nie słynęli z cierpliwości, zdecydowali się wziąć sprawy w swoje ręce i w pierwszej kolejności obudzić wejdźmina, ponieważ ten wzniecał w nich największy lęk. Przynieśli pochodnie, widły i jeszcze gilotynę z głównego placu, tak na wszelki wypadek. Ustawili się w szyku bojowym nad łóżkiem i zaczęli żywiołowo debatować, który z nich szturchnie groźnego ludobójcę.
++++++Żądny krwi wejdźmin jęknął nie otwierając nawet oczu, przewrócił się na drugi bok zsuwając się z łóżka wprost na kolana, a następnie opadł do przodu natrafiając na uda Bogusia, które natychmiast utulił uśmiechając się z zadowoleniem. Pucołowata twarz chłopca rozpromieniła się.
++++++– Lubi mnie – powiedział nastolatek ze szczęściem w oczach.
++++++Chłopi zamilkli, otworzyli usta i unieśli brwi. Jednemu z nich zwiędły widły, inny przestał oddychać i zemdlał, a Dziadkowi wypadł ząb.
++++++– Eee… – sapnął Zbyszek blokując gilotynę. – Niepocebnie ześmy go brali….
++++++Wejdźmin poruszył się ponownie. Podniósł głowę, odgarnął włosy pozostawiając rękę na czole i zmrużył oczy marszcząc przy tym brwi, by przyjrzeć się niewyraźnym sylwetkom w kształcie ludzi, wideł i pochodni. Zmarszczona twarz wejdźmina nie wyglądała na zadowoloną. Wieśniacy pozostali chwilę bez ruchu, po czym wszyscy na raz zaczęli wskazywać kierunek palcami i krzyczeć:
++++++– TAM! POTWÓR! W TAMTĄ STRONĘ!
++++++– W JASKINI! POTWÓR!
++++++– PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM! TO MOJA WINA…! – lamentował ktoś inny.
++++++– NIE ZABIJAJ NAS! ZABIJ POTWORA!
++++++– RATUNKU!
++++++– Ciii… – szepnął Gejralt, co na chwilę uspokoiło zbiorową histerię. – Dajcie mi wody… To was nie pozabijam… Czy coś tam innego…
++++++– WODY! SZYBKO!
++++++– WODY MU DAJCIE!
++++++– NIE STÓJCIE TAK! SŁYSZELIŚCIE CHYBA! – darli się chłopi.
++++++Wieśniacy zaczęli biegać w panice w poszukiwaniu wody, obijając się o wszystko w pokoju i siebie nawzajem. W końcu jeden z nich znalazł wiadro wypełnione pożądaną cieczą i tak zapalił się do wykonania zadania, że potknął się przed Gejraltem i wylał na niego całą zawartość, gasząc przy okazji kilka pochodni. Wszyscy ponownie znieruchomieli i ze zgrozą spojrzeli na wejdźmina, zastanawiając się w jaki szał teraz wpadnie. Gejralt miał jednak zbyt dużego kaca, aby się zdenerwować.
++++++– Nie do końca o to mi chodziło… – powiedział tylko. – Gdzie ja jestem?
++++++– Na Cieńszym Końcu Pietruszkowa Dolnego – odparł uśmiechnięty Boguś, zadowolony z posiadania górnej części wejdźmina na swoich mokrych kolanach.
++++++– Pietruszka, pietruszka… – wymamrotał Gejralt. – Wszędzie pietruszka… Tak, coś sobie przypominam.

++++++Zupa z pietruszki parowała na suto zastawionym pietruszką stole. Pietruszka w sosie własnym, pietruszka nadziewana pietruszką, pietruszka z grilla, przecier z pietruszki, świeża pietruszka pokrojona w kostkę, w paski, w krążki, smażona, marynowana, suszona, pietruszka z sosem pietruszkowym, pietruszka z…
++++++– Może galaretkę pietruszkową? – zaproponowała gospodyni, żona Zbyszka i matka Bogusia, Krystyna.
++++++– Wy w ogóle jecie coś innego niż pietruszka? – spytał wejdźmin posypując zupę pietruszkową posiekaną natką pietruszki.
++++++– Ja poproszę – powiedział Mlaskier i wciumkał galaretę.

++++++Mlaskier, obudził się sam w obcym miejscu i szybko zorientował się, że w okolicy nie ma Gejralta, a jakiś stary psychopata przygląda mu się żując liście. Wpadł w chwilową traumę. Na szczęście chwilę później usłyszał wrzaski Zołmana z sąsiedniego domu, który obudził się związany na podłodze wśród szesnastu skaczących po nim dzieciach. W trzecim domu przemoczony wejdźmin przekonywał wieśniaków, że nie będzie odcinał im kończyn i robił niczego z ich członków pod warunkiem, że on i jego towarzysze dostaną coś do jedzenia. Kiedy zbiorowa panika ustała i chłopi przekonali się, że Gejralt nie jest zainteresowany masowym mordem całej wioski, wszyscy spokojnie usiedli do stołu.

++++++– Nienawidzę pietruszki – burknął Zołman.
++++++– Panie, my tu już nic innego nie mamy! – zawołał Witek, sąsiad z naprzeciwka. – Wszystko co najlepsze, na potwora idzie!
++++++– Tu w wysokich górach – wtrącił inny – to w ogóle mało co jest. A jeszcze jak się ma na karku bestię, to dla nas nic nie zostaje. Inaczej to było jak Wiesiek był sobą, ten to miał rękę do pietruszki…
++++++– A co to za bestia, ten wasz potwór? – spytał Gejralt.
++++++– Bykołak! Straszliwa Bestia z Gór!…
++++++– Nie ma czegoś takiego jak „bykołak straszliwa bestia z gór” – zauważył wejdźmin.
++++++– A właśnie że jest! I rogi ma!
++++++– I ogon jak u byka!
++++++– I kopyta bydlęce!
++++++– I kły jak u wilka!
++++++– I sierść w łaty na rzyci…! – wykrzykiwali chłopi kolejno przy stole.
++++++– I wszystkie owce nam weżarł! – dodał Dziadek unosząc palec i gubiąc kolejnego zęba, który wpadł mu do zupy.
++++++– Do tego spowity przez klątwę! Każe nam wszystko oddawać, bo mówi, że inaczej sam nas powyżera!
++++++– I co tydzień zabiera nam wszystkie pieniądze cośmy uciułali ze sprzedaży pietruszki, bo mówi, że pojedzie do najlepszego szamana w Vinogradzie, co by go z tej klątwy uleczył…! My już z czego żyć ni mamy!…
++++++– Opętana krowa z kłami – podsumował Gejralt i zachichotał. Mlaskier przystawił sobie dwa korzenie pietruszki do zębów i zaczął się wydurniać.
++++++– Panie, to nie je krowa! – oburzył się Witek. – To bykołak je! On mięso wcina jak szalony! Nic się przed nim nie ukryje! On wszystko wie, co się u nos dzieje!
++++++– A kto mu to jedzenie zanosi? – wypytywał wejdźmin.
++++++– Może jeszcze zupki? – zaproponowała Krystyna z uśmiechem.
++++++– No my! Ale Kryśka podchodzi najbliżej. Ona mu gotuje to i ona mu nosi, stąd wiemy, że jej nie zeżre, bo kto mu gotować będzie? On nie taki głupi jest!
++++++– A nikt wcześniej nie próbował zdjąć z niego tej klątwy? – dopytał wejdźmin, odmawiając Krystynie zjedzenia kolejnej porcji zupki.
++++++– Panie, nic nie pomaga! Dawaliśmy mu najznamienitsze jadło, trunki rozmaite, a on mówi, że nic nie czuje!
++++++– No trunki to macie mocne… – burknął Gejralt pod nosem. – Dawno się tak nie na…
++++++– Sąsiadów swoich to już nawet nie poznaje! – przerwał mu Zbyszek. – Czasami wcale nie przychodzi jak go wołamy, a innym razem udaje, że nas w ogóle nie widzi…!
++++++– To wy się znacie z tym waszym „bykołakiem”? – spytał wejdźmin sprawdzając, jak Zołman wyglądałby z pietruszkowymi rogami i dostał po łapkach.
++++++– Może czipsa pietruszkowego?… – próbowała Krysia.
++++++– No bo on to stąd jest! – krzyknął Witek. – To Wiesiek, sąsiad nasz. Mieszkał z ojcem i matką, ale ich weżarł dwa lata temu, jak się dowiedział, że skitraliśmy se udziec barani, zamiast jemu dać.
++++++– U nas jest umieralność ponad sto procent! – zakomunikował Dziadek.
++++++Wejdźmin zrobił pytającą minę.
++++++– Bo to było tak – zaczął Zbyszek. – Wiesiek pracował z nami w polu, aż tu nagle jednego dnia przyszła jakaś wieszczka w czarnej masce, caluśka na czarno też ubrana i chciała spróbować pietruszki. A że Wiesiek słynął ze swoich upraw na całą dolinę, to strzegł każdej natki jak oka we głowie. No i się nie zgodził. Tedy wieszczka rzuciła na niego te klątwę i jeszcze tego samego dnia w nocy Wiesiek zaczął wrzeszczeć jak opętany, zamienił się w bykołaka i pobiegł do jaskini, gdzie już całkiem mu odbiło. Najpierw kazał sobie znosić najlepsze jedzenie, żeby smak poczuć, bo za sprawą klątwy został mu odebrany. Wiecie, na pocątku, to my sami chcieli mu pomóc. Ale potem było coraz gozej. Klątwa postępowała, a Wiesiek miał coraz większe wymagania, aż w końcu zacął nam grozić. Raz nawet sami próbowaliśmy kupą rusyć na niego, ale my słabi jesteśmy… Na samej pietruszce to nam już ciężko łopatę utrzymać, a co dopiero z bykołakiem się szarpać.
++++++Chłopi tłumnie przyznali mu rację.
++++++– I tak o. Teraz Wiesiek na zmianę albo nie czuje smaku, nie widzi, nie słyszy albo nic nie pamięta… Sprowadziliśmy kilku znanych medyków, ale żaden znachor go ni przekonał. A nawet iżeli jakiś spróbował, to i tak dupa wyszła z tego. On każdego tak potrafi omotać, że głowa mała. Raz głuchy jest, raz ślepy… Co lekarz to co innego mówi. A jak człeka ze ślepoty wyleczysz, no jak?
++++++– No właśnie… – zgodził się Gejralt. – Jak dokładnie brzmi ta klątwa?
++++++Wszyscy spojrzeli na Zbyszka. Ten wstał i chrząknął.
++++++– Mówię klątwę – oznajmił w pełnym skupieniu. – „Obyś sczezła, ty stara mordo, straciła smak, pamięć, słuch i wzrok”.
++++++– Zbyszek, to nie tak szło – wtrąciła jego żona.
++++++Krystyna wyprostowała się, uniosła rękę w górę, zadarła głowę i zaczęła recytować:
++++++– „Oby pamięć cię skrewiła, ciemność i cisza aż dopadnie cię mogiła! Ino łajno w ustach poczujesz, i nic ci zdrowia nie przywróci, przeklinam cię ty sczeźnięta kupo śmieci”.
++++++– Aha – podsumował wejdźmin.
++++++Krystyna ukłoniła się i odeszła.
++++++– Panie, to jak? Pomożecie nam?

++++++Wejdźmin wyszedł na zewnątrz i zapalił cienkiego papierosa. Spojrzał na wydeptaną ścieżkę prowadzącą w góry, i powiódł po niej wzrokiem, aż dotarł do wnęki w skałach, mieniącej się blaskiem dogasającego ogniska. Gejralt zawiesił się na dobre piętnaście minut i ocknął się dopiero wtedy, gdy papierosowy żar dotarł do jego palców. Powtórzył słowa klątwy kilka razy i uniósł brwi, zupełnie jakby coś przyszło mu do głowy. Zaraz potem pokiwał przecząco i zapomniał o czym myślał. Coś mu tu jednak ostro śmierdziało. Po chwili zorientował się, że wdepnął w łajno. I wtedy wszystko nabrało kształtu. Wrócił do chaty i zakomunikował chłopom, że za pięć minut chce widzieć wszystkich na zewnątrz. Chłopi tłumnie zjawili się w wyznaczonym miejscu. Każdy miał przy sobie coś dla potwora. Miejscowi byli przerażeni, ze wejdźmin idzie z pustymi rękami, ale podążali za nim w górę, wprost do jaskini bykołaka. Po drodze każdy z nich co jakiś czas podchodził do niego, aby coś powiedzieć. Większość chciała, żeby wejdźmin „jednak nie ubijał Wieśka, ino klątwę zdjął, bo szkoda chłopa”. Inni trzęsącym się głosem życzyli mu szczęścia i żeby na siebie uważał. Wejdźmin zdawał się nie reagować.
++++++– Gejralt? Co ty tak idziesz sobie jak na spacer? – oburzył się Zołman. – To nie wycieczka krajobrazowa. Nawet nie wiesz co to jest ten bykołak. Masz jakiś plan?
++++++– Zrobię wszystko odwrotnie niż tamci ludzie – powiedział Gejralt.
++++++– Też mi nowość… – mruknął krasnolud, ale z zainteresowaniem spojrzał na przyjaciela.
++++++Wejdźmin wyjął z torebki dwa flakoniki z różowym płynem i podgrzał je w rękach, aż całkiem się zagotowały.
++++++– Trochę szkoda… – mruknął wejdźmin. – Malinowy, mój ulubiony. Ale przegotowany smakuje jak totalne gówno – Gejralt spojrzał na krasnoluda kiwając głową z przekonaniem. – Serio. Smakuje jakby się ktoś przed chwilą sfajdał.
++++++Wejdźmin zatrzymał wieśniaków w miejscu z dobrym widokiem na jaskinię. Od razu usłyszał od Dziadka, że jak bykołak będzie go wżerał, to nikt mu nie pomoże. Ktoś wszczął zbiorową panikę. Kilka osób chciało mu na siłę wcisnąć cokolwiek, żeby mógł to dać potworowi, ale Gejralt zapewnił ich, że nikt nikogo nie będzie dzisiaj „wżerał”. Następnie odwrócił się i poszedł w kierunku jaskini.
++++++– Wygląda jak dziewcyna, ale odwagi mu nie brak… – szepnął Zbyszek. – Do bykołaka bez podarunku rusył!
++++++– Olaboga..! – wyjęczał Dziadek chwytając się za głowę i wyrwał sobie ostatnie kępki włosów.
++++++
++++++Gejralt wyprostował się przed wejściem do jaskini i splótł ręce na pośladach chowając w nich eliksir (w rękach). Odczekał kilka minut, ale nic się nie wydarzyło.
++++++– Halo, ty paskudne krówsko! – zawołał. – Wyłaź, bo już mi się nie chce tu tak sterczeć przed tą jaskinią.
++++++Dziadek zemdlał. Zołman miał nadzieję, że Gejralt wie co robi. Mlaskier zdał sobie sprawę, że nie wie co robi i odłożył pietruszkę.
++++++– Wyyynooochaaa…! – rozległo się echo z wnętrza skały.
++++++– Wynocha, wynocha… – wymamrotał wejdźmin przewracając oczami. – Przyszedłem zdjąć tę twoją klątwę. Chodź, chodź, nie wstydź się, będzie fajnie.
++++++Bykołak wybiegł z jaskini, stanął na tylnych kopytach i zaryczał bijąc się w piersi. Wieśniacy zadrżeli.
++++++– No bardzo przerażające – przyznał Gejralt oglądając paznokcie, po czym zerknął przelotnie na dziwacznego stwora. Był dokładnie taki, jak opowiedzieli mu chłopi. Od pasa w dół był czymś na kształt krowy, reszta jego ciała przypominała człowieka z niewielkimi rogami i wstającymi kłami, z głową porośniętą wilczą sierścią.
++++++– Cośśś za jeden?! – wycharczał stwór.
++++++– Wejdźmin Gejralt, zaraz zdejmę z ciebie, hi hi, klątwę.
++++++Potwór wystawił dolne kły i skrzywił usta unosząc krzaczastą brew. Słuchał.
++++++– Zrobimy tak – kontynuował Gejralt. – Za każdym razem, jak uda mi się pomóc, dasz mi sto koron. Jeżeli mi się nie uda, oddam ci dwieście.
++++++Potwór zaśmiał się.
++++++– No ssskoro tak ssstawiasz sssprawę, to sssgoda – wysyczał, po czym odwrócił się bokiem i założył ręce.
++++++– Spróbuj tego – wejdźmin wyjął przypalony eliksir.
++++++Bestia spojrzała na wejdźmina, potem na flakonik, potem znów na wejdźmina i ponownie na eliksir. Parsknęła śmiechem i szybkim gestem capnęła buteleczkę. Wzięła łyka, wytrzeszczyła oczy i zaczęła szaleńczo pluć na wszystkie strony próbując wyczyścić sobie język rękami.
++++++– Łaaajno! – wrzeszczał bykołak. – Coś ty mi dał!
++++++– Jak to szło? – spytał wejdźmin. – „Ino łajno w ustach poczujesz”…? No to dałem ci coś o smaku łajna. Sto koron się należy, zanim stracisz pamięć.
++++++Potwór zapłacił, po czym spojrzał w dal i jeszcze szerzej rozwarł powieki.
++++++– Nic nie pamiętam… – wyszeptał.
++++++– Nic a nic? – upewnił się wejdźmin.
++++++– Nic… Kim jesteś!
++++++– Wejdźminem. To ci pomoże. Wypij – nakazał Gejralt podając mu kolejny flakonik.
++++++Bykołak wzdrygnął się na sam widok.
++++++– Przecież to to sssamo gówno co wcześśśniej!
++++++Wejdźmin wyciągnął otwartą dłoń.
++++++– Stówka dla mnie, bo najwyraźniej wróciła ci pamięć.
++++++Bestia warknęła, ale dotrzymała słowa. Nagle stanęła jak wryta i chwyciła się za szpiczaste uszy. Zaczęła na migi tłumaczyć, że nic nie słyszy. Gejralt odszedł w milczeniu i poprosił Mlaskra o kawałek papieru i ołówek. Nabazgrał coś, po czym podał list potworowi. Stwór odczytał notatkę i przecząco pokiwał głową z oburzeniem w oczach.
++++++– Na pewno?… – spytał wejdźmin, robiąc groźną minę. – Podobno ktoś cię widział, jak to robiłeś.
++++++Potwór ponownie pokiwał głową wydając stłumione „e, e”.
++++++– E, e? – powtórzył wejdźmin.
++++++– E! E! – ryknął bykołak.
++++++– E, e, e – podsumował Gejralt ponownie wystawiając rękę po swoją zapłatę.
++++++Zdezorientowany potwór wybałuszył oczy i nadymał wargi. Zapłacił. Stał w bezruchu wpatrując się w przybysza i zacisnął pięści uśmiechając się przy tym paskudnie.
++++++– Ośśślepłem! – krzyknął, uniósł ręce w górę i zaczął w szale biegać w kółko aż w końcu przewrócił się zahaczając kopytem o kamień. – Niccc nie widzę!
++++++– Rzeczywiście nic nie widzisz – wejdźmin przykucnął i pomachał ręką przed pyskiem bykołaka. – W takim razie nie mogę ci już pomóc, przykro mi.
++++++Tłum wieśniaków z Cieńszego Końca Pietruszkowa wydał z siebie okrzyk zawiedzenia.
++++++– No to płacisz dwieśśście koron! – wysyczał stwór.
++++++Gejralt sięgnął do kieszeni. Zbyszek nie wytrzymał, podbiegł do wejdźmina i zaczął go szarpać. Trochę się bał, że za to zginie, ale nie mógł pozostać obojętny.
++++++– Panie wejdźmin! No co pan! – zawołał. – To już ostatnia część klątwy…!
++++++– Przykro mi, ale nie da się uleczyć ślepoty – odparł spokojnie Gejralt i dał potworowi pieniądze.
++++++Zbyszek opuścił ręce. Wrócił do reszty i wzruszył ramionami. Wieśniacy posmutniali i zaczęli klepać się po plecach pocieszając się nawzajem. Wejdźmin odwrócił się tyłem do bykołaka i bardzo powoli ruszył w stronę chłopów.
++++++– Zaraz…! – warknął nagle stwór. – Tu jest tylko połowa…! Miało być dwieście, a nie sto!
++++++Gejralt uśmiechnął się szeroko mrużąc oczy.
++++++– Gratuluję całkowitego powrotu do zdrowia, panie „bykołaku” – powiedział. – A teraz zmykaj stąd zanim powiem im, co tu jest grane.
++++++Zebrani zaczęli wiwatować.
++++++Bykołak nadymał się cały aż pękła mu skóra w szwach i tupnął kopytem, które zaraz potem mu odpadło.
++++++– Niby co! – zaprotestował.
++++++– Po pierwsze – zaczął Gejralt – nie jesteś żadnym bykołakiem. To tylko przebranie, ale muszę przyznać, że bardzo efektowne i dobrze wykonane.
++++++– Dziękuję.
++++++– Po drugie, wcale nie pożarłeś swoich rodziców, bo od samego początku podglądają nas z tej twojej jaskini – Gejralt pomachał staruszkom, którzy natychmiast się schowali. – Po trzecie, masz romans z żoną Zbyszka Krystyną i syna Bogusia, który o niczym nie wie. Nie bez powodu Krysia i Boguś to jedyni pulchni ludzie w całej okolicy. Po czwarte, jaka wieszczka użyłaby w klątwie słowa „ino”? No błagam, zalatuje wiochą na kilometr. Po piąte, nawet mi przy tobie nie drgnął, popraw sobie ucho, medalion, i po ostatnie, miałeś najlepsze pole pietruszki i utrzymywałeś całą wioskę, co zaczęło cię denerwować. Wymyśliłeś to wszystko, żeby przestać dzielić się pieniędzmi z resztą i teraz żyjecie tu sobie jak pączki w maśle, podczas gdy twoi przyjaciele ledwo wiążą koniec z końcem. Bardzo nieładnie, Wiesławie – Gejralt ponownie wystawił rękę w oczekiwaniu na zapłatę. – No dalej, dalej, mamy tu dzisiaj sporą widownię. Wiesz, że ci ludzie trzymają w swoich domach gilotyny?
++++++Wiesiek wysypał mu z sakiewki kilka monet.
++++++Wejdźmin uniósł jedną brew.
++++++– To nawet nie połowa, ty niedobra krówko.

Opowiadanie XII – „Legenda Staszka Fujarki”

Wejdźmin Gejralt od zawsze miał problem ze wstawaniem. Bez względu na to, czy było rano, popołudnie, środek nocy, czy spał długo – czy krótko; pierwsze otworzenie oczu było dla niego zawsze bolesnym doznaniem. Zimą zwykle budził się przemarznięty i szczelne owinięcie się kocem, Mlaskrem czy (wbrew protestom) Zołmanem sprawiało, że szybko zasypiał z powrotem i ani mu się śniło wynurzać choćby palca spod owego kocyka. Latem, kiedy tuż po otwarciu powiek oślepiało go słońce, przebudzał się cieplutki i na tyle wciąż rozespany, że nie miał ochoty ruszać się z cienia. Odkąd opuścił uczelniane mury wejdźmińskiej szkoły Homo Moher, problem ten zdawał się nasilać i nawet sam wejdźmin nie potrafił rozwikłać dlaczego.
++++++– Nie pij tyle – powiedział Zołman spoglądając na butelki z piwem.
++++++– Przecież nie pije. Loda jem – odparł Gejralt i popił przekąskę jasnobrązowym trunkiem w zielonej butelce z etykietką „PIWO”.

++++++Na terenie Vinogradu i w okolicach pięciu kilometrów poza murami miasta, spożywanie alkoholu było surowo zabronione. Owy zakaz wszedł w momencie, w którym zeszłoroczny festyn z okazji rozpoczęcia lata trwał aż do grudnia i metropolia nieco podupadła, ponieważ jej mieszkańcy nie byli zdolni do utrzymania młotka, rodziny czy pionu. Rekordzistą był człowiek imieniem Staszek Fujarka, który przez sześć miesięcy i cztery dni żywił się tylko i wyłącznie piwem, po czym spotkało go nieszczęście podczas którego stracił tylko jednego zęba i to tylko dzięki temu, że był kompletnie pijany. Pewnego dnia niechcący potknął się o krawężnik i spadł z dachu swojego domu na przelatującego sto metrów wyżej smoka – a przynajmniej tak twierdzi.
++++++Siedzący na tym samym krawężniku przy głównej arterii miasta wejdźmin wiedział o tym doskonale, toteż poczynił pewne kroki w celu zapobieżenia ewentualnej katastrofy finansowej w formie mandatu. Przytargany ze złomowiska mobilny automat do robienia lodów zdawał się być dobrą przykrywką. Na czujność władz miasta nie musiał długo czekać.
++++++– Będzie mandacik za spożywanie alkoholu na ulicy, proszę… pana?… – stróż miejski zawahał się.
++++++Wejdźmin przechylił butelkę i wlał sobie do gardła kolejną porcję trunku. Przełknął.
++++++– Pana, pana – wymamrotał. – Ale to nie jest piwo, panie władzo.
++++++Strażnik spojrzał na etykietkę, która wyraźnie określała rodzaj napoju.
++++++– Nie? A niby co? – zapytał.
++++++– Herbata.
++++++– Zaparzyliście sobie herbatę w butelce po piwie? – stróż pokiwał głową. – Pańska godność?
++++++– No niech pan sam spróbuje – upierał się Gejralt.
++++++Wejdźmin podał strażnikowi butelkę. Ten miał obowiązek sprawdzenia, czy jej zawartość jest rzeczywiście zabroniona, co czynił z wielką ochotą. Jego czerwony nos, giętka postawa i przekrwione oczy wskazywały na to, że sprawdzał to już dziś kilkanaście razy.
++++++– Rzeczywiście… – zdziwił się stróż. – Herbata.
++++++Zawiedziony rozejrzał się.
++++++– W takim razie będzie mandacik za nielegalny handel na ulicy, chyba że masz pan pozwolenie – oznajmił.
++++++– Ale ja niczym nie handluje, ja rozdaje – wyjaśnił wejdźmin. – Proszę.
++++++Gejralt przewrócił tabliczkę z ceną i podał strażnikowi mały kubeczek z wystającym drewnianym patyczkiem. Stróż zajrzał do środka.
++++++– Co to ma być? – spytał, wcześniej wąchając zmrożoną zawartość.
++++++– Lody.
++++++– Rozdajesz pan lody? Tak po prostu?
++++++– Noo – jęknął wejdźmin. – Czasami każę sobie za to płacić, ale nie dzisiaj. Proszę, niech pan weźmie jeszcze dla dzieci.
++++++Strażnik wzruszył ramionami, podziękował, ukłonił się i odszedł. Zaraz za nim pojawił się przechodzień.
++++++– Po ile te lody? – zapytał dłubiąc w uchu.
++++++– Dwie korony – odparł Gejralt na powrót ustawiając cenę.

++++++Krasnolud Zołman zachodził w głowę próbując zorientować się o co w tym wszystkim chodzi. O tym, że Gejralt lubi piwo, lody i herbatę wiedział doskonale, ale forma w jakiej znajdowały się poszczególne substancje nie dawała mu spokoju. Mlaskier siedział na automacie do lodów i przebierał nogami jakby oczekiwał czegoś z narastającym zniecierpliwieniem. Krasnolud spojrzał na wejdźmina, który jak zwykle niczego po sobie nie zdradzał. Zdawał się myśleć o niczym i nic nie robił sobie z ostentacyjnego łamania przepisów.
++++++– Gejralt, o co tu chodzi? – spytał wreszcie Zołman.
++++++– Sam spróbuj, Zołmanie – wejdźmin podał mu loda.
++++++– A to bezpieczne? – dopytał.
++++++– To zwykły lód.
++++++– Ale ty go robiłeś więc się pytam – krasnolud zastanowił się. – Ty w ogóle umiesz robić lody?
++++++Wejdźmin odpowiedział łobuzerskim uśmiechem.
++++++Zołman odchrząknął i spróbował podłużnej przekąski na patyku, która przykleiła mu się do języka.
++++++– Piwo?… – zawahał się. – Poczekaj, dałeś dzieciom tego strażnika lody o smaku piwa?
++++++– I truskawek, żeby im lepiej smakowały – sprostował wejdźmin.
++++++Zołman nie lubił zadawać pytań Gejraltowi, gdyż z doświadczenia wiedział, że zwykle nie przynosi to niczego dobrego, ale wiedział też, że Gejralt nie lubi niewygodnych sytuacji z których musi się tłumaczyć, i przeczuwał, że ta jest jedną z nich. Mylił się jednak. Wejdźmin z chęcią wytłumaczył krasnoludowi, że wczoraj w nocy znaleźli z Mlaskrem starą maszynę do robienia lodów. Kiedy już zdołał wyjaśnić mu na przykładzie o jakie lody chodzi uruchamiając ustrojstwo, kupił kilka butelek piwa i herbatę na wynos w małych kubeczkach, następnie przelał herbatę do butelek po piwie dla niepoznaki, a samo piwo wlał do kubeczków i zamroził.
++++++– I…? Po co to wszystko?… – dopytał krasnolud.
++++++– Jak widzisz moja dryw… dyrw… dywy…
++++++– Dywan! – krzyknął Mlaskier.
++++++– …dywanersja działa doskonale – dokończył Gejralt. – Można lizać alkohol nie wzbudzając podejrzeń władz Vinogradu. Poza tym, wydałem niecałe piętnaście koron, a zarobię co najmniej szesnaście.
++++++Krasnolud pokiwał głową.
++++++– Dywersja. Masz następnego klienta – skwitował.
++++++– Obsłuż go jak możesz – poprosił wejdźmin. – Ja idę zrobić Mlaskrowi specjalnego loda, bo mu obiecałem – oznajmił, puścił oczko i wstał.
++++++Umysł Zołmana przetworzył to zdanie i niestety nie udało mu się uniknąć obrazów, których nawet nie chciał sobie wyobrażać. Wziął głęboki oddech i podszedł do dziwnie zgarbionej postaci okrytej krowią skórą z czymś na kształt kaptura na głowie, który całkowicie zasłaniał twarz.
++++++– Loda? – zapytał i pacnął się w czoło.
++++++Nie usłyszał odpowiedzi. Usłyszał za to ochoczą reakcję wejdźmina.
++++++Zza obszernej łaciatej płachty wychyliło się jasnozielone, błyszczące oko z podłużną źrenicą i spojrzało na niego spod groźnie zmarszczonej brwi. Całkiem podobne oko wynurzyło się też z ciemnego wnętrza automatu.
++++++– Cholerny złom – warknął wejdźmin. – Mlaskier, będę potrzebował jakąś długą, giętką rurkę, inaczej nici z tego loda. Coś takiego jak to – Gejralt przykucnął i wyciągnął zepsutą część z maszyny pokazując ją poecie.
++++++– Aha – wymamlał Mlaskier i zapiął spodnie. – Takiej to nie mam.
++++++– Może Zołman coś znajdzie – wejdźmin odwrócił się w stronę krasnoluda. – Zołman, masz może… Zołman?

++++++Wysoko nad Vinogradem, niewielkich rozmiarów – jak na smoka – smok o zielonych oczach spojrzał nieprzychylnym wzrokiem na krasnoluda w różowej, niedopinającej się sukience i pokiwał głową. Zdecydowanie nie był zadowolony z osiągniętego efektu. Wciśnięty w kreację krasnolud czuł się podobnie. Smok dorzucił jeszcze spiczastą czapeczkę z welonem i błyszczące, szczupłe pantofelki, które Zołman zdołał założyć na dwa palce u stóp. Smok skrzyżował skrzydła na piersiach i fuknął z niezadowoleniem wypuszczając dym z nozdrzy. Nie widział zbyt wyraźnie, ale to z całą pewnością nie była księżniczka. Nerwowo tupał nogą, co jakiś czas zerkając na krasnoluda. Inne smoki, które przelatywały właśnie z piszczącymi ze strachu prawdziwymi księżniczkami, zwijały się ze śmiechu. Smok westchnął, opadł na swoje gniazdo i podparł brodę skrzydłami. Pociągnął nosem.

++++++– Uuu… niezła góra – skwitował wejdźmin zadzierając głowę przed piętrzącym się nad nim szczytem. – Główna trasa przelotowa smoków kradnących księżniczki sugeruje, że musimy się udać właśnie na nią, żeby uratować Zołmana.
++++++Mlaskier przydreptał ciągnąc za sobą swój ulubiony ostatnio automat i spojrzał na wzniesienie otwierając buzię.
++++++– Wejście na szczyt zajmie nam jakieś trzy tygodnie – kontynuował Gejralt. – Ponieważ plan „A” nie wchodzi w grę, bo Zołman w tym czasie umrze z głodu, proponuję skorzystać z planu „Ą”, który różni się od planu „A” małym ogonkiem na dole.
++++++Stojąca obok staruszka z wybałuszonymi oczami pokiwała głową.
++++++– Gdzie znajdę tego człowieka, co umie spadać w górę? – spytał wejdźmin.
++++++Babinka wskazała mu drogę.

++++++W pobliskiej karczmie było gwarno, ciasno i duszno. Od czasów zakazu spożywania alkoholu gdzie popadnie, właściciele tego typu przybytków ostro zacierali ręce. Wejdźmin przepychał się obmacując wszystkich po kolei, aż w końcu jęknął, odgarnął włosy z twarzy i wlazł na stół, ku uciesze kilku pijanych chłopów oczekujących na zapowiadający się striptiz.
++++++Wejdźmin miał jednak coś ważniejszego na głowie. Zmrużył oczy i wyostrzył umysł nasłuchując poszczególnych rozmów. Gwizdy i okrzyki mężczyzn pod jego nogami znacznie mu to utrudniały, toteż dla świętego spokoju wykonał ich prośby i opuścił leginsy w panterkę natychmiast pozbywając się wszystkich wielbicieli płci męskiej. Skupiając się na powrót, zaczął filtrować poszczególne zdania, by w końcu usłyszeć to najważniejsze i niecierpiące zwłoki sformułowanie, na które…
++++++– Gejralt, chce mi się siku – powiedział Mlaskier.
++++++Wejdźmin opuścił gardę i zlokalizował toaletę.
++++++Kiedy przyglądał się drzwiom z symbolem nagiego mężczyzny, za którymi zniknął jego przyjaciel, do jego uszu dotarły słowa na które wcześniej czekał.
++++++– Panie… słuchaj mnie pan! I ja żem spadł z tego krawężnika prosto na swój dom, a potem… – bełkotał pijak – …pacze, a tam smok leci nade mno… I ja żem na tego smoka też spadł!
++++++– To on – szepnął wejdźmin stojąc w kolejce do damskiej.
++++++Nie zważając na rozmówcę pijaka, wsunął się pomiędzy mężczyzn. Tamten, i tak już zmęczony rozmową, natychmiast dał nogę.
++++++– Staszek Fujarka? – zapytał wejdźmin.
++++++– Zależy kto pyta – powiedział pijak. – Ale jak pyta taka piękna pani, to… Zaraz, ja cię znam chyba. To tyś jest ten wejdźmin, co go kiedyś taki krasnolud z toporem ganiał wokół naszego pięknego, vinogradzkiego muru?
++++++– Ja właśnie w sprawie tego krasnoluda.
++++++Gejralt objaśnił Staszkowi plan „Ą”, który – w gruncie rzeczy – zakładał lot na nim na szczyt góry pełnej smoków celem oswobodzenia Zołmana z różowej sukienki.
++++++– Ale panie! – ryknął Staszek Fujarka. – Nie ma mowy! Ja muszę być chędogo pijany, żeby w górę spadać!
++++++– A to jeszcze pan nie jesteś?
++++++– Chybaś pan z konia spadł, dopiero czternaste pije.
++++++Wejdźmin spojrzał na ceny piwa, poklepał się po biodrach i pośladkach w poszukiwaniu kieszeni, które okazały się być całkiem puste, ponieważ w leginsach wcale ich nie było. Zrobił dzióbek z ust.
++++++Zapadła chwilowa cisza.
++++++– Jadłeś pan kiedyś piwne lody? – spytał Gejralt.
++++++– Nie – odparł Staszek. – Ale chętnie spróbuję.

++++++Zaczynało zmierzchać. Na szczęście sporządzona przez wejdźmina polewa z zagęszczonego miodem eliksiru „Coś Fajnego” znacznie przyśpieszyła pożądany efekt upojenia alkoholowego Staszka Fujarki, który zaczął się solidnie kołysać już po ósmym lodzie.
++++++– Mocny zawodnik – zauważył Mlaskier żując korzeń niemiłogrzebiu.
++++++– Mhm – potwierdził wejdźmin. – Nawet ja bym tego nie wypił. No dobrze, dobrze, wypiłbym. Ale panu chyba już wystarczy, co? – ocenił Gejralt zwracając się do Staszka. – To teraz proszę się o coś potknąć.
++++++– Aleee… o so?… – wybełkotał Fujarka.
++++++– No nie wiem, o cokolwiek.
++++++– A dzie je sto sokolwiek?… – rzekł i potknął się o własną nogę.
++++++Upadając nie dotknął jednak ziemi.
++++++– To działa! – wrzasnął Gejralt. – Masz! Jedz pan więcej!

++++++Staszek Fujarka pogryzł kolejnego kapiącego od polewy sopla i zaczął unosić się coraz wyżej. Po jedenastym z rzędu smakołyku był w stanie utrzymać się nad ziemią razem z wejdźminem, a po sześciu następnych – co prawda – stracił przytomność, ale równomiernie wzbijał się w powietrze również z przyczepionym do nogi Gejralta Mlaskrem. Wciąż karmiony, poniekąd na siłę, zaczął przyspieszać swoją pionową lewitację. Gejralt, po kilku wzlotach i upadkach, opanował sztukę pilotażu Staszkiem Fujarką i począł wzbijać się na szczyt ruchem okrężnym. Pociągając go za surdut – raz to z lewej, raz z prawej strony – zgrabnie wylądował na płaskim czubku góry. Mlaskier, który zeskoczył na grunt jako pierwszy, zrobił kilka fikołków i wyhamował brodą pod stopami zdumionego smoka.
++++++– Natychmiast zostaw mojego ukochanego!… – zawołał Gejralt wyciągając swój miecz. – To mnie tak naprawdę chcesz, nie jego!
++++++Smok zrobił groźną minę i zgiął chudą szyję chcąc przyjrzeć się wołającej do niego postaci. Takie sytuacje to była dla niego codzienność. No może nie konkretnie dla niego, bo on z racji krótkowzroczności jeszcze nigdy nie porwał prawdziwej księżniczki, ale wiedział jak to się odbywa: po prawidłowym uprowadzeniu niewiasty z zamku, do jej ojca – zazwyczaj jakiegoś króla – zgłasza się śmiały rycerz, który obiecuje zwrócić mu córkę w zamian za jej rękę. Król oczywiście się na to godzi i w końcu owy rycerz dociera na miejsce domniemanej zbrodni, gdzie znajduje swoją umiłowaną królewnę i co za tym idzie – smoka. A smok, jak to smok, musi królewny bronić. „W zasadzie to nie wiem czemu” – zastanowił się smok. Zmierzył wejdźmina wzrokiem i po chwili uniósł brwi. „Ni to rycerz… Ale z drugiej strony – pomyślał gad spoglądając na krasnoluda – Ni to księżniczka”. Smok zebrał resztki swojej reputacji z ziemi, gestem nakazał wejdźminowi schować miecz i zasiadł do okrągłego stołu zrobionego z poprzedniej księżniczki, która okazała się być kołem od wozu. Pomimo szalejącego medalionu na piersi, Gejralt po raz kolejny tego dnia wciągnął leginsy i zajął miejsce na przeciwko gada.

++++++Zołman, który od kilku godzin nie mógł poruszać niczym z wyjątkiem gałek ocznych, przyglądał się całej sytuacji. Smok gestykulował teatralnie wskazując raz to na niego, raz na wejdźmina. Wejdźmin z kolei zgadzał się z grubsza na wszystko, o czym mówił smok, tak na wszelki wypadek. Krasnolud niewiele z tego rozumiał, w przeciwieństwie do wrażliwego na każdy przejaw sztuki Mlaskra.
++++++– Tak! – podskoczył poeta. – To będzie ballada o rycerzu, który ratuje księżniczkę z opresji!
++++++– Jakoś to nie tak… – mruknął wejdźmin. – Powinno być dwóch rycerzy, bez księżniczki. O, albo nawet trzech.
++++++Smok wsadził sobie palce pod dolne powieki i rozciągnął je aż zahaczył pazurami o nozdrza, by w rezultacie koniec jego facjaty chlasnął go w pysk. Krasnoludowi nakazał odziać się w rycerską zbroję, którą zdjął ze szkieletu rycerza znalezionego przez przypadek na bagnach i która do tej pory służyła mu za obiekt chwały i przestrogę dla potencjalnych prawdziwych rycerzy – a tak naprawdę była na pokaz przed innymi smokami, by nie wychodził na całkowitego nieudacznika. Straciwszy cierpliwość do wejdźmina, który kręcił nosem na niewyprasowane rękawy różowej sukienki, chwycił pod pachę i sam go ubrał. Pasowała jak ulał. Gejralt, koniec końców, poczuł się dobrze w swojej roli, poprawił koronki i machnął błyszczącą czupryną, aż jego długie srebrne włosy z różowym pasemkiem pośrodku delikatnie opadły na ramiona. Smok wyprostował się i oparł ręce na biodrach z aprobatą kiwając głową. Księżniczka była pierwsza klasa.

++++++Dalej poszło już gładko. Mlaskier wyreżyserował całe przedstawienie w iście „miszczowskim” stylu. Na podniebnej trasie przelotowej smoków stworzył się korek. Gady skumulowały się nad górą i kibicowały przedstawicielowi swojego gatunku, który zgodnie z umową przez większość przedstawienia starał się nie trafić ogniem w uciekającego krasnoludzkiego rycerza; i choć ilość oraz stężenie ognia skutecznie dezorientowały widownię i mało kto co widział, to całość prezentowała się spektakularnie. Mlaskier, udający kamień dla niepoznaki, wydawał z siebie przerażające wrzaski, na które wiszące pod smokami porwane królewny reagowały w sposób na księżniczki nieprzystający. Gejralt stał w środku szamotaniny z założonymi rękami na bufiastych, niewyprasowanych koronkach w miejscu, gdzie powinny być piersi. Miał stać i ładnie wyglądać, co zresztą czynił przez większość swojego życia. Ziewnął więc, jak na zblazowaną królewnę przystało, i wyciągnął wachlarzyk, który spłonął przy którejś z kolei próbie nietrafienia ogniem w Zołmana.
++++++Dwie godziny później niebo zaszło gwiazdami, a podniebna sala opustoszała. Doszło do tego, ponieważ reżyser zbyt mocno wczuł się w swoja rolę i zasnął jak kamień. Podobnie jak smok, który dostał zadyszki od ziania płonącym powietrzem i zemdlał. Wejdźminowi od tego całego patrzenia na tę bieganinę zaczęło kręcić się w głowie, usiadł więc po turecku i wyjął loda.
++++++– Zołman – zawołał. – Już cię nic nie goni.
++++++Krasnolud nie przestawał biegać.
++++++– Rycerzu, ja tu marznę w tych koronkach.
++++++Stopy Zołmana wciąż przebierały.
++++++– Fajnie ci się tyłek dymi – próbował Gejralt. – Zołmanie, no chodź się napić.
++++++– Co?… – krasnolud zatrzymał się w miejscu wśród otaczającej go absolutnej ciszy (pomijając chrapiącego na umór smoka). Doczłapał do Gejralta i opadł na suchą ziemię.
++++++– Masz – powiedział wejdźmin.
++++++– Co to jest? – wydyszał Zołman.
++++++– To zwykły lód, ale mogę ci zrobić specjalnego, jak chcesz.
++++++– Spierdalaj.
++++++– Masaż?
++++++– Nie.
++++++– A nie za gorąco ci w tym żelastwie?

++++++Następnego ranka wejdźmin nie miał problemu ze wstaniem, gdyż w ogóle nie zmrużył oka, a Staszek Fujarka czuł się wspaniale zajmując miejsce z najlepszym widokiem na zaistniałą sytuację. Szybując już niecały kilometr ponad ziemią, bawił się lepiej niż przed laty, obserwując smukłą białowłosą uciekającą przed siermiężnym kawalerem. Wcale nie dziwił się królewnie, że ucieka. Na szczęście chwilę później szwadron żołnierzy powstrzymał napalonego furiata z toporem, a królewna nie pozostała im dłużna. I w tym miejscu najbezpieczniej będzie postawić kropkę.

Opowiadanie X – „Pop i Pum”

++++++– Ja – zaczął Mlaskier – chce to takie co robi: Pop! Pop! Pop!
++++++– Idź stąd – burknął Zołman.
++++++– Noo… – jęknął poeta i nie przejmując się zbytnio kontynuował. – Może też trochę pum. Z czego pop jest wesołe, a pum jest takie bardziej smutne. Pop! Pop! Pum, pum, pop! Pum.
++++++– Nie ma czegoś takiego – stwierdził Zołman.
++++++– Jest.
++++++– Nie ma.
++++++– Jest.
++++++– No to nie wiem co tak robi.
++++++– Daj mi.
++++++– Nie mam tego! – warknął krasnolud. – Cokolwiek to jest.
++++++– Gejralt by miał.
++++++– Ale jego też tu nie ma!
++++++– To gdzie jest?
++++++– Nie wiem!
++++++Mlaskier nie ustępował. Z wielką koncentracją naśladował pożądaną przez siebie rzecz. Kucał i skakał wokół krasnoluda, co rusz wydając z siebie dźwięki „pop” i „pum” w nadziei, że Zołman powie mu czym jest ta rzecz, której on tak bardzo chce. Ten jednak patrzył na swoje zamoczone w jeziorze nogi i rozmyślał, czy nie lepiej byłoby teraz wsadzić jakąś głowę pod wodę. Zaczął nawet tęsknić za wejdźminem. Krasnolud wstał powoli i ubrał buty. Podniósł sporej wielkości kamień z brzegu i zacisnął go w dłoni patrząc na denerwującego grajka. Jednym ruchem mógłby… ale nie. Nie mógł. Przełknął ślinę.
++++++– Masz – powiedział.
++++++Poeta odebrał kamień z zadowoleniem i polizał go.
++++++– To nie to – powiedział. – Za słodkie. I nie robi: Pop!

++++++Z tafli jeziora wyłonił się niewielkich rozmiarów czarny dym w meloniku i uśmiechnął się szeroko.
++++++– Dzień dobry – powiedział, po czym zmrużył oczy i chuchnął w Zołmana. Strużki czarnego dymu zaczęły plątać jego kończyny, aż w końcu dotarły do szyi, z której zdążyło wydobyć się potężne: „GEEEJRAAALT…!”. Krzyk rozszedł się echem wśród koron drzew płosząc ptaki. Krasnolud zastygł w pozycji przypominającej jaskółkę, tyle że z ręką uniesioną w górę.
++++++– No dobrze – powiedział czarny, wykrzywiony w szelmowskim uśmiechu dym. Lubił swoją pracę.
++++++Mlaskier patrzył na niego tępo.
++++++– Nazywam się Wiktor i znam wszystkie zagadki na świecie – rzekł poprawiając dymny wąsik. – Twój kolega został przez ciebie zazagadkowany. Żeby go odzazagadkować musisz odgadnąć dwie z trzech zagadek, a twojemu koledze pozostaje wierzyć, że jego życie jest w tej chwili w możliwie najlepszych rękach. Gotowy?
++++++Mlaskier dłubał w nosie. Żałował, że nie ma teraz tego, co chciał mieć.
++++++Zołman wydał z siebie przeciągły, wysoki pisk, przypominający łkanie.
++++++Dym spojrzał w bok, oczekując odpowiedzi. Zrobiło się niezręcznie. Wiktor chrząknął.
++++++– Moja profesja wymaga, abym mówił wierszem – oznajmił i wyrecytował: – Pierwsza zagadka jest bardzo prosta, w lewo czy w prawo? To nie jedyna opcja.
++++++Mlaskier bardzo powoli wyciągnął palec z nosa.
++++++– To się w ogóle nie rymuje – powiedział.
++++++Wiktor zdębiał. Jeszcze nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji. Nie odgadnięcie pierwszej zagadki to jedno, ale wytykanie błędów w jego skrzętnie wykonywanym fachu to już gruby nietakt. Etykieta i higiena pracy wymagały jednak, aby pozostać profesjonalnym.
++++++– Druga zagadka – zaczął. – Rodzi się w locie, leży gdy żyje, znikając umiera, słońce go…
++++++– E tam takie – Mlaskier machnął ręką i wyciągnął małą książeczkę z kieszeni. – Masz, poczytaj sobie prawdziwe wiersze. Moje – dodał i podszedł do nieruchomego Zołmana.
++++++Zaczął go ciągnąć za mankiet.

++++++Wiktor czuł się zdruzgotany. Nikt nie traktował go w ten sposób. Zazwyczaj budził strach, respekt, był źródłem stresu i świadkiem upadków ludzkiego istnienia i wszelkiej wiary – nie lekceważenia. Z trudem przyznawał się we własnych myślach, że kiedyś został złamany przez jedną osobę, ale to był ktoś potężny, przebiegły i mógł go zabić, a zamiast tego znalazł mu zagadkową dziewczynę – której zresztą nigdy nie rozwiązał – a nie ktoś, kto dłubie w nosie. Dym skrzywił się, a potem nastawił ucha, gdyż jak mu się zdawało, usłyszał zagadkę.
++++++– Zoołmaan… – męczył Mlaskier szarpiąc krasnoludem. – Ja chce to takie coś, co robi: Pop! Pop! Pop!
++++++Dymna postać natychmiast znalazła się nad głową Zołmana.
++++++– Coś, co robi „pop, pop, pop”? – zainteresował się stwór.
++++++– I jeszcze czasami: Pum, pum – wytłumaczył Mlaskier.
++++++– Coś co robi „pop” i jednocześnie „pum”? – myślał dym, przeskakując raz to z lewej, raz z prawej strony głowy Zołmana.
++++++– No taaak. I „pop” jest takie wesołe, a „pum” takie bardziej smutne.
++++++– Coś co robi wesołe „pop” i smutne „pum”… – zastanawiał się dym chodząc w tę i z powrotem, lekko pochylony z rękami założonymi na plecach.
++++++– Pum, pum. Pop! Pum – naśladował grajek.
++++++– No to najpierw robi „pum”, czy „pop”? – zirytował się stwór.
++++++– Różnie – zakomunikował Mlaskier. – Ale zawsze na końcu robi tak szybko: Pop! Pop! Pop! Pop! Pop! I potem PUM! I jest.
++++++Wiktor uniósł głowę ukazując ogromne szafirowe oczy, których dolne powieki obwisły. Właśnie dotarła do niego rzecz najstraszniejsza ze wszystkich strasznych rzeczy jakie mogą się przytrafić komuś takiemu jak on.
++++++– Nie znam rozwiązania tej zagadki – powiedział przerażony. – Zwyczajnie nie wiem, co to jest.
++++++– On by wiedział… – stwierdził Mlaskier rysując patykiem podobiznę Gejralta pośród małych, smutnych chmurek.

++++++Dymne oblicze Wiktora przybrało gęsty, smolisty wygląd. Umysłem sięgnął aż do dnia swoich narodzin, a potem reszta życia stanęła mu przed oczami. Trud, jaki włożyli jego rodzice w jego wychowanie i staranne wykształcenie, pachnące złem ciasteczka babci Zosi, pierwsza jedynka w szkole, wszystkie te przepracowane w upalnym biurze lata, tony papieru, złamanych rysików, potu, zarwane noce na księgowaniu każdej zasłyszanej zagadki, miliony zapamiętanych rymowanek, wszystko to na nic i wszystko dlatego, że istniała osoba, która znała odpowiedź na zagadkę, o której on nigdy nawet nie słyszał?
++++++– To koniec – stwierdził Wiktor. – Skoro nie umiem odpowiedzieć na twoją zagadkę, to znaczy że… O nie! – wrzasnął łapiąc się za melonik. – Zostałem zazagadkowany!
++++++Dym upadł na kolana, których nie miał. Rozpłynął się za plecami Mlaskra zupełnie niezauważony. Zdaniem poety pisakowe dzieło wymagało, aby dorysować jeszcze trzy chmurki. Zdaniem Gejralta również.

++++++Wejdźmin wyłonił się z krzaków w doskonałym nastroju i przeciągnął się ziewając.
++++++– Ale pospałem – powiedział. – Zołmanie, wołałeś mnie?
++++++– Tak – powiedział krasnolud i opadł na ziemię ze wzrokiem wlepionym w nicość.
++++++– Geeejraaalttt – zawołał Mlaskier podbiegając do wejdźmina. – Ja chce to takie co robi: Pop! Pop! Pop!
++++++– „Pop, pop, pop”, Mlaskruś? – zapytał wejdźmin, drapiąc się po plecach.
++++++– Taaak – przytaknął poeta. – I też trochę pum. Z czego pop jest wesołe, a to pum to jest takie bardziej smutne. Pop! Pop! Pum, pum, pum pop! Pop! Pum.
++++++– Pop, pop, pum, pum – Gejralt zamyślił się. – Hm.
++++++– Pum, pum – dodał Mlaskier. – Pop! Pum.
++++++– Pop!
++++++– Pum, pum. Pop! Pop!
++++++– Pum.
++++++– I potem takie szybkie – Mlaskier uniósł ręce w górę i zaczął podskakiwać – Pop! Pop! Pop! A potem PUM! I jest – powiedział opadając na ziemię. – Nie to – dodał, unosząc kamień, który wcześniej dał mu Zołman. – Za słodkie.
++++++Zołman zaczął szukać wokół siebie czegoś, czym można by się zabić, a Gejralt zamyślił się. Zanurzył się w świat dźwięków, które kiedykolwiek usłyszał i które z racji bycia wejdźminem słyszał bardzo wyraźnie, po czym wnikliwie przefiltrował każdy z nich wybierając tylko spośród tych rzeczy, których mógł chcieć Mlaskier. Pomyślał o małych kolorowych dzwoneczkach powiewających na wietrze i w zwolnionym tempie ujrzał, jak dzyndzelek we wnętrzu uderza w ściankę dzwonka, ale to nie było „pop” czy „pum”, tylko raczej „ding” i „dong”. Bąbelki w wodzie robiły bardziej „bly, bly” kiedy pękały, podobnie bańki mydlane – tylko że te robiły raczej „pyk” niż „pop”. Stadko żółtych pisklaków to „pi, pi, pi”, szyszka… Szyszka jest szyszką i o dziwo nie wydaje żadnego dźwięku, rozpalana zapałka robi: „Fszyt!” a potem: „Sss”, a odkorkowywany szampan robi co prawda „pop”, ale bez „pum”.
++++++– Ach! – wykrzyknął nagle, kiedy oczami wyobraźni ujrzał wielki gar z podskakującą pokrywką. – W sumie też mam ochotę na popcorn. Zołmanie? – zwrócił się do krasnoluda. – Idziesz?
++++++Krasnoluda okrył jednak czarny dym.
++++++Wejdźmiński medalion zawibrował stawiając Gejralta na baczność wobec materializującej się chmury czarnego kłębu.
++++++– Wiktor? – spytał wejdźmin mrużąc oczy. – A ty skąd się tu wziąłeś?
++++++Wiktor obejrzał swoje wonne ciało, okręcając się kilka razy wokół własnej osi.
++++++– Ja żyje! Ha, ha! – zaświergotał wzbijając się wyżej niż kiedykolwiek wcześniej. – Odzazagadkowałeś mnie!
++++++– Możliwe – rzekł Gejralt, którego poziom zadowolenia spadł drastycznie po spojrzeniu na zaklętego Zołmana.
++++++Wejdźmin założył ręce i zmarszczył brwi.
++++++Czarny dym zmniejszył się zdejmując z główki melonik, który zaczął miętosić w rękach.
++++++– Przepraszam najmocniej, panie wejdźminie – powiedział cieniutko. – Nie wiedziałem. Zaraz to naprawię…
++++++– Chociaż, wiesz co? – Gejralt zastanowił się. – Poczekaj chwilę – powiedział wejdźmin i ruszył w stronę Zołmana zdejmując koszulkę. – Zawsze chciałem sprawdzić jak wyglądałby w różowym.

Opowiadanie VIII – „W pajęczej sieci”

++++++Gdyby zebrać w jedną całość wszystkie chwile, kiedy wejdźmin mógł odpocząć pod dachem w cieple domowego ogniska, nie uzbierałby się nawet tydzień. Czasami udawało mu się spędzić dzień lub dwa w komnacie Fjutesta, jednak nie dłużej, gdyż król i tak nie dawał mu się wyspać. Łóżka w przydrożnych karczmach i miejskich tawernach z reguły były za drogie, a rzadko który właściciel zgadzał się na inną formę zapłaty. Niektórzy, w wyrazie wdzięczności za okazaną pomoc przy pozbyciu się potwora, proponowali jedzenie lub nocleg, ale z tego drugiego wejdźmin zazwyczaj rezygnował, gdyż często w nocy żona bądź córka gospodarza również chciała odwdzięczyć się w zgoła inny sposób. Zdarzają się jednak okazje, kiedy wejdźmin na swym szlaku znajduje kawałek bezpiecznego schronienia. I to za darmo.
++++++Dźwięk trzaskającego drwa w kominku dawał uczucie odprężenia, a mieniący się ogień przyjemne, ciepłe światło. Gejralt siedział wygodnie w wielkim fotelu i czytał książkę z nogami przewieszonymi przez boczne oparcie. Co jakiś czas zerkał na Zołmana, który pieczołowicie polerował trzonek swojego topora znalezionym gdzieś na strychu preparatem do drewna. Ciężko mu było się w tej sytuacji skupić, ale bardzo chciał dowiedzieć się czy Jaś i Małgosia wydostaną się z piernikowej chatki złej czarownicy, toteż robił co mógł i czytał, przykładając książkę niemalże do czoła (choć i tak co chwilę znad niej wyglądał…)
++++++Na dworze było zimno. Bo była zima, jak słusznie zauważył Mlaskier po wyjściu na zewnątrz, i który zażywał kąpieli w śniegu obok opuszczonej drewnianej chaty, w której wejdźmin i krasnolud próbowali sobie nawzajem nie przeszkadzać. Kiedy całkiem przemarzł na kość, wrócił do środka i udał się do pokoju kąpielnego, celem urządzenia sobie kąpieli ciepłej, tak dla odmiany. Po chwili jednak dołączył do reszty. Oczy miał duże i przerażone.
++++++– Co się stało, Mlaskruś? – zapytał wejdźmin unosząc głowę znad czytadła.
++++++– W wannie jest pająk. I nie mogę się umyć.
++++++– Ojej – powiedział Gejralt i wstał.
++++++Po drodze spytał Zołmana, czy nie boli go już ręka.
++++++W wannie rzeczywiście był pająk. Wejdźmin podniósł za nóżkę małą, czarną kuleczkę i wyniósł ją na zewnątrz, po czym wrócił do Mlaskra i ucałował go w nosek, z którego zwisały sopelki lodu.
++++++– Już – powiedział. – Idź się ogrzej, jesteś cały skostniały.
++++++Mlaskier poszedł, po czym znowu wrócił.
++++++– W wannie dalej jest pająk – powiedział.
++++++Gejralt ponownie odłożył książkę i powtórzył czynność, ale pająk znów powrócił. Za trzecim razem wejdźmin obiecał Mlaskrowi, że zostanie z nim podczas całej kąpieli. Bardzo krótką chwilę później obiecał mu także, że zaraz go rozgrzeje.

++++++Do uszu krasnoluda docierało zdecydowanie za dużo pluskania.
++++++Zołman zaklął.
++++++– Ciszej tam! – wrzasnął i wyjął ze swojej torby nauszniki z króliczego futra. Usłyszał, że może się przyłączyć. Westchnął. Zaczął energiczniej pocierać trzonek pastą. Przyglądając się coraz ładniej błyszczącemu się drewnu zorientował się, że nauszniki nie sprawdzają się w stu procentach. Natychmiast odłożył szmatkę i wstał biorąc ze sobą topór.
++++++– Zabije ich, kurwa, jak matkę kocham… – burknął.
++++++Drogę przeciął mu pająk. Zołman mógłby przysiąc, że macha do niego dwiema przednimi kończynami. Krasnolud zignorował go, ponieważ miał w planach coś większego do zabicia, ale ośmionóg znów stanął mu na drodze. Tym razem machał i podskakiwał. Krasnolud wzdrygnął się.
++++++– Gejralt! – wrzasnął, nie spuszczając robaka z oczu. – Wyłaź stamtąd! Ten pająk chyba czegoś od nas chce.

++++++Mlaskier kulił się na kanapie szczelnie owinięty ręcznikiem i z daleka przyglądał się przyjaciołom, którzy próbowali znaleźć wspólny język z przedstawicielem pewnego gatunku, za którym poeta akurat niespecjalnie przepadał.
++++++– No dobrze panie pająku – zaczął wejdźmin. – Podniesiona jedna nóżka będzie znaczyła tak, a jeśli podniesie pan dwie, powie pan nie. Zrozumiałe? – spytał Gejralt zakładając ręce.
++++++Pająk podniósł jedną nogę i zamrugał. Wejdźmin zachichotał.
++++++– Matko, jakie to urocze. No dobrze. Zacznijmy od początku. Co się stało, kim pan jest i dlaczego jest pan rozumnym pająkiem?
++++++Pająk rozejrzał się.
++++++– Jedna nóżka na tak, dwie na nie – przypomniał wejdźmin unosząc palec.
++++++Zołman pokiwał głową burcząc coś pod nosem i spojrzał w sufit. Zwrócił uwagę przyjacielowi, że na te pytania nie da się odpowiedzieć w umówiony sposób. Wejdźmin zastanowił się i przyznał mu rację.
++++++– Co pan tu robi? – zadał kolejne pytanie. – Nie, też nie. Czy jest pan człowiekiem?
++++++Pająk uniósł jedną nóżkę.
++++++– A nie prawda, bo jest pan pająkiem – jak słusznie według Mlaskra zauważył Gejralt. – Ale pewnie pomyślał pan że pytam, czy wcześniej pan był. Bo chyba nie chce mnie pan okłamać, czyż nie?
++++++Pająk spojrzał w bok i po chwili ponownie uniósł nogę, trochę mniej pewnie niż poprzednio.
++++++– Ja mam na imię Gejralt, jestem wejdźminem i pewnie umiałbym panu pomóc, ale nie wiem o co panu chodzi z tym byciem pająkiem.
++++++Pająk wzruszył kilkoma nogami na raz i odszedł na bok. Wszedł na odkorkowaną butelkę, spuścił się po nitce pajęczyny do środka i napił się wina.
++++++Wejdźmin spojrzał na połyskującą nić i zmarszczył się.
++++++– Umie pan wyplatać litery? – zapytał.

++++++Kilka kwadransów później starannie wyhawtowane znaki ozdobiły ścianę. Okazało się, że zaklęty w pająka jegomość ma na imię Jurek i niegdyś mieszkał w tym domu. Pewnego razu spotkał tajemniczą czarodziejkę, która obiecała spełnić trzy jego życzenia. Uradowany mężczyzna zażyczył sobie bogactwa, pięknej niewiasty z dużymi oczami oraz pałacu. Kiedy wieszczka zaprotestowała, przyszło mu być pająkiem. Owa czarodziejka mieszkała na krańcu lasu.

++++++– Jak dokładnie brzmiały jej słowa?
++++++Wejdźmin czekał cierpliwie aż Jurek wyplecie kolejne zdanie. Literka po literce przed jego oczami ukazała się treść.
++++++Gejralt odczytał ją na głos.
++++++– „Nigdzie nie będziesz mile widziany, twoją podłogą zostaną ściany, ludzie na twój widok będą krzyczeć, a ty lepiej uciekaj, jeśli chcesz zachować życie”
++++++Wejdźmin skrzywił usta.
++++++– To nie żadna klątwa, tylko słowa zaklęcia. Oszukała cię, Juruś. I to nie była żadna czarodziejka, tylko Wejdźma Pająkowa – wyjaśnił. – Do tego początkująca, bo musiała powiedzieć zaklęcie na głos.
++++++– Kto taki? – spytał Zołman.
++++++– Wejdźma Pająkowa – powtórzył Gejralt. – Taka jakby niedorobiona czarodziejka, co nie umie nic innego, tylko zamieniać w pająki.
++++++Krasnolud nie rozumiał, toteż wejdźmin tłumaczył dalej:
++++++– No te wejdźmy, Zołmanie, to są takie jakby „odpady” z Łoża Czarodziejek. Nie wszystkie dziewczyny się nadają. Te, które nie mogą się niczego więcej nauczyć, są wyrzucane ze szkoły. Zaszywają się wtedy w opuszczonych chatkach, na drzewach, w jaskiniach, na bagnach albo innym odludziu i nazywają siebie wejdźmami. Używają tego jednego zaklęcia, którego się nauczyły, żeby poprawić sobie humor. Są różne wejdźmy. Pająkowa, Kamieniowa, Czosnkowa…
++++++– Po co uczą je takich bzdur?! – wzburzył się Zołman.
++++++– Czarodziejki zaczynają naukę od najprostszych rzeczy. Jak któraś ledwo radzi sobie z zamienianiem jednej rzeczy w drugą, to znaczy, że czarodziejki z niej nie będzie. Tak samo jest z wejdźminami. Myślisz, że od razu umiałem wyczarować ogień? Na początku ledwo wychodziła mi iskierka i to do tego zimna. Nazwałem ją „Zimny ogień”. A wiesz, ile się musiałem nacałować, żeby nauczyć się wpływać na czyjąś wole? Masakra.
++++++– Tak jeszcze tylko spytam… – Zołman podrapał się po głowie. – W Homo Moher nie ma żadnych kobiet? I nie było?
++++++– Nie, a co?
++++++– Nic…

++++++Pająk Jurek zastukał piąstką w butelkę wina, aby zwrócić na siebie uwagę. Pytająco rozłożył przednie kończyny.
++++++– Racja – przyznał wejdźmin. – Nim wyruszymy, powinniśmy się napić.

++++++Droga na kraniec lasu była kręta, stroma i niewprawionego tropiciela mogłaby wyprowadzić na manowce. Wiła się niemal niezauważalnie pośród skrzypiących drzew i wystających ze śniegu gałęzi. Pająk Jurek jednak dobrze pamiętał tę drogę. Przemierzał ją wiele razy w snach, w których był człowiekiem trzymającym błyszczący i bardzo ostry miecz, którego końcówka wbita była w drewnianą ścianę. Pomiędzy jego ręką trzymającą ostrze, a ścianą, w które było wbite, była wejdźma.
++++++– Jureeek – zagaił Gejralt. – Weź chodź na chwilę i pokaż Mlaskrowi, że jesteś miły.
++++++Poeta tak bardzo bał się Jurka, że wejdźmin całą drogę niósł go na plecach. Pająk zatrzymał się nagle i podbiegł do niego. Zaczął podskakiwać i wskazywać kierunek. Mlaskier się popłakał.
++++++– O – powiedział Gejralt. – Jest chatka wejdźmy. Eee… – jęknął po chwili. – Myślałem, że będzie chociaż z piernika. Jak w tej książce.
++++++– Z… z piernika…? – wyłkał Mlaskier przez łzy.

++++++Chata wejdźmy w żadnym wypadku nie była jadalna. Ale była malutka, jak na przyzwoite lokum wejdźmy przystało. Zapadający się dach z krzywym kominem i połatane ściany porośnięte czarnym bluszczem sugerowały zachowanie ostrożności. Kiedy w końcu udało się odczepić zęby Mlaskra od sparciałego parapetu, Gejralt delikatnie zapukał w małe drzwiczki.
++++++– Przecież to się zaraz wszystko rozleci… – powiedział, kiedy jego oczom ukazała się wejdźma.
++++++Miała jakieś sto dziewięćdziesiąt lat i tak też wyglądała. Przypominała swój rozpadający się dom, tyle że zamiast bluszczem, była porośnięta głębokimi zmarszczkami i kępkami włosów w losowych miejscach na twarzy. Niektóre z tych kępek podnosiły się i przenosiły w inne miejsca na ośmiu szybkich nogach.
++++++– Dzień dobry – przywitał się Gejralt, który tym razem nie poczuł się zawiedziony. To była Wejdźma Pająkowa z prawdziwego zdarzenia.
++++++Sucha zgarbiona starucha wyjęła sobie jedno oko i przyjrzała się zadowolonej twarzy przybysza. Następnie rzuciła okiem w jego towarzyszy.
++++++– Czego tu? – wyrwała.
++++++Wejdźmin uśmiechnął się ukazując sznurek zębów.
++++++– Jaaa, patrzcie jaka fajna! – zwrócił się do przyjaciół odwracając głowę. – No aż normalnie nie mogę. Można?
++++++Mlaskier zemdlał. Wejdźma zostawiła otwarte drzwi i weszła do środka.
++++++– Jeszcze takich debili to nie widziałam… – mruknęła do siebie i rozpaliła ogień pod kotłem.

++++++Pająk Jurek wszedł na taboret i machając nóżkami spokojnie czekał aż wejdźmin załatwi sprawę. Póki co, niewiele na to wskazywało. Gejralt, jak gdyby nigdy nic, oglądał wnętrze chatki i przyznał jej właścicielce, że lepiej sobie tego nie wyobrażał. Pierwszy raz spotkał wejdźmę. Wejdźma z kolei przyglądała się Zołmanowi mrucząc coś pod nosem i doprawiała bulion, co jakiś czas mieszając wywar drewnianą chochlą. Krasnolud w końcu ocucił Mlaskra, ale kazał mu nie otwierać oczu. Gejralt uspokoił go Znakiem i dał mu szyszkę do pociumkania. Zniecierpliwiony Jurek w końcu pociągnął wejdźmina za nogawkę.
++++++– A tak, bo właśnie – zaczął wejdźmin. – Mam taką prośbę. Kiedyś zamieniłaś pewnego poczciwego człowieka w pająka.
++++++– I to nie jednego – skwitowała wejdźma, zanosząc się skrzeczącym rechotem.
++++++Gejraltowi się to nie spodobało.
++++++– Nie możesz tak po prostu zamieniać ludzi w pająki – powiedział.
++++++– Mogę – odrzekła wejdźma i skinęła dwa razy palcem.
++++++Stojący obok Gejralta Zołman i Mlaskier natychmiast się skurczyli. Mlaskier tak się siebie wystraszył, że zaczął przed sobą uciekać. Zaplątał się w swoją własną sieć. Zołman poszedł mu pomóc, ale na niewiele się to zdało, bo sam też był pająkiem. Jurek złapał się za głowę. Gejralt znieruchomiał. Wejdźma schwytała Zołmana w szklankę i razem z tą szklanką wrzuciła go do kotła. Następnie go odczarowała. Krasnolud stał do połowy w podgrzewającym się bulionie. Próbował się ruszyć, ale w kotle było zbyt ciasno. Wlepił wzrok w Gejralta.
++++++– A ty kochasiu – rzekła wejdźma do wejdźmina zacierając ręce – posłużysz mi do czegoś innego.
++++++– Do…? Czego?… – Gejralt cofnął się o krok.
++++++– Z twoich błyszczących żółtych oczu zrobię sobie kolczyki, z twoich perłowych ząbków naszyjnik, a z twoich gęstych, srebrnych włosów szalik na drutach – zamyśliła się. – Zawsze chciałam mieć srebrny szal – powiedziała, po czym wróciła do złowieszczego tonu:
++++++– Ale zacznę od tego, co masz między nogami – wejdźma uśmiechnęła się paskudnie.
++++++Wejdźmin zrobił kolejny krok w tył.
++++++– I…? Co to będzie? Też szalik? – zagadywał, cofając się w stronę okna. Siedzący na parapecie czarny kocur zasyczał wystawiając kły. Gejralt bardzo powoli wziął go na ręce. – Czyli mnie akurat nie chcesz zamienić w pająka?
++++++– Oczywiście, że nie – odparła zalotnie, ukazując jedyną pozostałość sugerującą niegdyś posiadane uzębienie.
++++++– A w kota trafisz? – rzekł tuląc zwierzę. – Czy to już za trudne dla nieprawdziwej czarodziejki?
++++++Wejdźma zmarszczyła się szpetnie. Burknęła coś w złości i buchnęła zaklęciem w stronę kocura. Wejdźmin natychmiast wypuścił futrzaka z rąk. Wiązka czerwonego światła mknęła tnąc powietrze. Swą drogę skończyła na wejdźminie. Gejralt upadł na osiem czarnych nóg i wmieszał się w tłum podobnych sobie.
++++++Wejdźma złapała się za głowę. Próbowała nie zgubić go z oczu – w końcu miała co do niego ściśle określone plany – jednak mieszające się ze sobą pajęczaki wyglądały dokładnie tak samo. Zorientowała się, że teraz już nie wie który jest który. Zaczęła strzelać zaklęciami, ale ciągle nie mogła trafić w tego, w którego chciała. Przypadkiem odczarowała Mlaskra, który na widok tylu pająków, zaczął piszczeć bardzo wysokim jednostajnym dźwiękiem. Jej chata z zewnątrz pobłyskiwała łunami światła wydobywającymi się przez brudne okna, a z jej wnętrza co rusz wybiegali przypadkowi ludzie. Zestresowana wejdźma zaczęła mylić zaklęcie odczarowania z zaczarowaniem. Mlaskier piszczał coraz wyżej, tworząc pęknięcia na szklanych przedmiotach. Zołman zdołał przewrócić kocioł, w którym się znajdował, i wyturlał się z chatki taranując drzwi i połowę ściany. Ucieszył się, ale szybko spostrzegł stromy minus tego czynu. Mina mu zrzedła.
++++++Wejdźma wrzeszczała goniąc swoje ulubione zatyczki do uszu, które schowały się pod łóżkiem wraz ze świecznikiem, szklaną rybą i parą kalesonów. Do środka z hukiem runął komin.
++++++– Nie! – powtarzała próbując odczarowywać rozbiegające się pająki. Nagle spostrzegła, że jeden z nich w ogóle się nie rusza. Strzeliła w niego zaklęciem i uradowana uniosła ręce w górę. Gejralt błyskawicznie chwycił Mlaskra i wyskoczył z nim przez okno, wprost na zaspę śniegu, która stłumiła pisk nie do wytrzymania.
++++++– Geeejraaalt…!!! – darł się Zołman, który toczył się w dół powoli zamieniając się w pierwszą część bałwana.
++++++Wejdźmin zatrzymał go Znakiem – dało mu to jakieś pięć minut czasu. Wrócił do środka. Wejdźma natychmiast wskoczyła mu na plecy.
++++++– Jurek! Gdzie ty jesteś?! – zawołał, próbując zrzucić z siebie staruchę. Na szczęście miała tylko metr dwadzieścia wzrostu i była lekka jak spróchniałe drewno, więc zbytnio mu nie przeszkadzała.
++++++Jeden z pająków zaczął znajomo podskakiwać. Gejralt wypowiedział słowa zaklęcia i wycelował w niego ręką wejdźmy, a właściwie trzymanym w niej drutem, z zaczętym już srebrnym szalikiem.
++++++– Nosz! – zdziwił się Gejralt. – Jak?! Kiedy?!
++++++Mężczyzna podniósł się z ziemi i z niedowierzaniem spojrzał na swoje starcze dłonie. Wejdźmin przerzucił szydełkującą wejdźmę przez plecy wprost na łóżko, które złamało się na pół.
++++++– Krystyna?… – usłyszał.
++++++Starszy, zgarbiony pan stojący na środku tego, co pozostało z chatki wejdźmy, wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.
++++++– Jurek?… – odparła wejdźma.
++++++Wejdźmin oparł ręce na biodrach.
++++++– Ktoś mi wyjaśni, co tu się do jasnej ciasnej dzieje? – zapytał.
++++++– To Krystyna… – wyszeptał Jurek. – Jako pająk widziałem bardzo niewyraźnie… Teraz widzę… Tyle lat…! Krysiu…! – krzyknął starzec i wpadł w objęcia wejdźmy. – Moja pierwsza miłości!

++++++Okazało się, że wtedy przed laty, kiedy wejdźma Krystyna podająca się za czarodziejkę spotkała Jurka, ten nie rozpoznał w niej swej pierwszej młodzieńczej miłości, gdyż nie miał na to najmniejszych szans. Zamaskowana wejdźma, rozzłoszczona jego ignorancją, postanowiła się zemścić. Pod przykrywką trzech życzeń chciała poznać to, czego mężczyzna pragnie najbardziej. Ponieważ żadne z marzeń nie dotyczyło jej samej, zamieniła go w pająka.
++++++Wejdźmin pomyślał, że to strasznie bzdurna historia miłosna i wyszedł na dwór wykopać Mlaskra spod zaspy śniegu. Jak się okazało po jego wyciągnięciu, poeta wciąż piszczał i choć Gejralt robił już absolutnie wszystko, żaden ze sposobów zatkania mu buzi nie pomagał.
++++++– Dobra, trudno – powiedział w końcu i ustawił go w pozycji klęczącej.
++++++Już miał odwołać się do ostateczności, kiedy chatka wejdźmy zadrżała w posadach i runęła na ich tle.
++++++Mlaskier zamilkł.
++++++Wejdźmin przygryzł wargę. Postanowił nie mówić poecie, że w środku byli ludzie.
++++++– Mlaskier? – zapytał. – A gdzie jest Zołman?
++++++Kiedy wejdźmin Gejralt przypomniał sobie ostatni raz kiedy widział krasnoluda i natychmiast pobiegł go ratować, spod opadającego pyłu na stosie cegieł, wyłoniła się nóżka, a zaraz potem siedem kolejnych. Nóżki te wciągnęły na szczyt gruzowiska kolejne osiem kończyn. Właściciel pierwszych nóg zaczął na nich podskakiwać, a właścicielka drugiego zestawu sprytnych kończyn opleciona była pięknym, srebrnym szalem zrobionym z własnej, pajęczej sieci.

KONIEC

Opowiadanie VI – „Codzienność”

Niski, łysy mężczyzna o groźnej minie spoglądał na wejdźmina spode łba i z założonymi rękami kręcił głową.
++++++– Poza tym, jest wykształcony muzycznie – przekonywał Gejralt. – Potrafi grać na siedmiu instrumentach i bardzo ładnie śpiewa.
++++++Mężczyzna odchylił się lekko w bok, by spojrzeć na zachwalany towar, który za plecami wejdźmina jadł błoto. Błoto to powstało zaraz po tym, kiedy pracownik sklepu rybnego wylał wiadro wody po oczyszczeniu świeżej partii ryb.
Gejralt nadymał usta.
++++++– Artyści tak mają – wytłumaczył. – Poza tym, to poeta. Pisze pięknościowe wiersze i ballady. Potrafi wszystko ubrać w odpowiednie słowa. Wystarczy dać mu lutnię.
++++++– O – rzekł Mlaskier, który znalazł coś w błocie i… – Robal – …zjadł dżdżownicę.
++++++– Najlepiej występuje grubo po północy, jak już wszyscy klienci są dobrze wstawieni – poradził Gejralt.
++++++– Wynoście się stąd – powiedział w końcu łysy mężczyzna. – Szukam prawdziwych muzyków. Nie zatrudnię Flamastra, czy jak mu tam, na występy w mojej karczmie dziś wieczorem. Ani w ogóle nigdy. Do widzenia się z panią.

Wejdźmin położył rękę na swoich grających marsza kiszkach. Sam jako taki był przyzwyczajony do uczucia głodu i mylenia go z kobietą, jednak jego towarzysze nie mieli tego komfortu. Od kilku dni nie znalazł żadnego zlecenia. Trzeba było nawet sprzedać lutnię Mlaskra i dać pod zastaw wejdźmińskie miecze w zamian za kilka groszy. Upał doskwierał im coraz silniej. Zołman podejmował się wszelkich prac fizycznych, a wejdźmin rozważał nawet zostanie kurtyzaną. Niestety odpadał z każdego castingu w jakim brał udział, ze względu na „brak wymaganych części ciała, a nawet o jedną za dużo”.
Gejralt przetarł czoło.
++++++– Mlaskier, wypluj tę dżdżownicę… – westchnął.
++++++– Jestem głodny – oznajmił poeta grzebiąc w błocie.
++++++– Zaraz coś wymyślę, chodź. Najpierw umyjemy rączki.

Gejralt odkręcił kurek jednego z miejskich źródełek, którego wnętrze z wielkim trudem opuściła jedna kropelka wody.
++++++– Pssseprasssam najmocccniej – rozległ się nieznajomy głos należący do dziwnie długiej i chudej postaci w czarnym płaszczu, która pojawiła się znikąd. – Niechcącccy usssłyszałem pańssską rozmowę sss karcccmazzzem. Czy na ten psssykład, nie wie pan psssypadkiem, która jest obecccnie godzina?
++++++– Co?… – zdziwił się Gejralt i chcąc podzielić się tym zdziwieniem z przyjacielem spojrzał w jego kierunku.
++++++Ku jego większemu zaskoczeniu, Mlaskra nie było przy źródełku. Na ziemi leżał jego beret z piórkiem z tylnej części pawiokołaka. Wejdźmin ponowie okręcił się, ale tajemniczy jegomość również rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie czarny płaszcz. Ludzie na ulicach zachowywali się jak dotychczas i nic nie wyglądało inaczej niż wcześniej.
++++++Wejdźmin podniósł nakrycie głowy przyjaciela, zajrzał pod spód i przetarł oślepione gorącym słońcem oczy.
++++++– Mlaskier, jesteś ty tam?

Drzwiczki buchającego żarem pieca otworzyły się skrzypiąc. Parujący ogień rozżarzonych do czerwoności węgli zasyczał. Do środka wsunęły się wielkie, żeliwne szczypce. Na ich drugim końcu znajdował się Zołman. Krasnolud wyłowił kawałek rozgrzanego żelaza i umieścił go na kowadle. Zamachnął się potężnym młotem.
++++++– Zołmanie! – wrzasnął Gejralt, wyprowadzając krasnoluda z równowagi. Młot runął na kowadło, wystrzeliwując żarzący się odłamek w kierunku wejdźmina.
Ten zdążył się uchylić.
++++++– Boże Święty, uważaj trochę – rzekł.
Krasnolud opanował nerwy i spojrzał na przyjaciela.
++++++– Zołmanie, Mlaskier zniknął – zaczął wejdźmin.
++++++– Jak to „zniknął”?
++++++– Spuściłem go z oczu zaledwie na moment. Przyszedł jakiś pan w długim czarnym płaszczu do samej ziemi i zapytał która godzina, a potem…
++++++– W czarnym płaszczu – przerwał mu Zołman. – Gejralt, jest czterdzieści stopni w cieniu.
++++++– No ale…

Wejdźmin przetwarzał argumenty Zołmana sącząc napój, który od niego dostał, i przyglądał mu się w ciszy. Według krasnoluda sprawa była prosta, a Mlaskier miał zrobić to co zwykle i pobiec za czymś, co zwróciło jego uwagę.
++++++– Idź na niego poczekaj gdzieś w cieniu, bo jak wróci i cię nie będzie, to się wystraszy – krasnolud ponownie uderzył młotem w kowadło, tym razem celnie. – A teraz wynoś mi się stąd, ja tu pracuje, chyba jako jedyny.
++++++– No muszę przyznać, Zołmanie, że praca fizyczna ci służy – skomentował Gejralt.
++++++– Spierdalaj stąd powiedziałem.
++++++Gejralt stał dalej i podziwiał krzepkie, zlane potem ciało krasnoluda. Ten z kolei chwycił drewniany trzonek i wycelował nim w wejdźmina.
++++++– Przestań się na mnie gapić – huknął – bo zaraz ci to w rzyć wsadzę!
++++++– Obiecanki cacanki – jęknął Gejralt i wyszedł.

Za radą Zołmana postanowił wykorzystać czas i bezchmurne niebo i począł się opalać. Godzinę później usłyszał zarzut publicznego obnażania się, że sznurek pomiędzy pośladkami to nie żadne ubranie i że gdyby była noc, to co innego.
++++++W podziemiach głównej komendy straży miejskiej było przynajmniej chłodno. Szczególnie zimne były kraty w oknach, przy których wejdźmin doczekał wieczora w towarzystwie trzech innych skazańców.
++++++Zołman odnalazł miejsce pobytu przyjaciela dopiero następnego ranka i po wpłaceniu kaucji – całego zarobku z pracy u kowala – wyswobodził go z kajdan. Gejralt, widząc jego morderczy wzrok, początkowo wolał zostać w areszcie. Ci trzej panowie, z którymi zmuszony był przebywać, okazali się być bowiem całkiem w porządku.
++++++Zołman wszedł do celi celem chwycenia go za fraki, ale zaślepiony złością nie zauważył, że – prócz stringów – nie bardzo ma za co chwycić. W akcie desperacji i całkowitej ostateczności dosięgł końcówki srebrnych włosów i wywlókł zgiętego w pół wejdźmina na zewnątrz.
++++++– Ałć, Zołmanie. Zazdrosny?… – skrzywił się Gejralt. – W innych okolicznościach to by mi się nawet podobało, ale…
++++++– Zamknij się.
++++++– …muszę się gdzieś umyć. Nie masz czasem jakichś drobnych? Skoczylibyśmy do łaźni popluskać się trochę.
++++++Krasnolud wyrobił w sobie pewien rodzaj cierpliwości, której poziom Gejralt zwykł nieustannie przekraczać. Bez słowa cisnął w przyjaciela jego ciuchami i poszedł się uspokoić. Zupełnie niepotrzebnie.
++++++– Chyba jestem chory – rzekł wejdźmin dobiegając do krasnoluda.
++++++– A to to ja wiem – fuknął krasnolud, podążając przed siebie.
++++++– To niemożliwe, ale chyba się tam przeziębiłem w tym więzieniu – ciągnął Gejralt. – Wydaje mi się, że mam gorączkę…
++++++– Syfilis chyba.
++++++– No sam dotknij, jakie mam gorące pośladki.
++++++Krasnolud zamknął oczy i wziął oddech. Odwrócił się bardzo powoli.
++++++– To trzeba było gołego tyłka nie opalać w samo południe, na samym środku placu, w sercu miasta! – warknął cedząc słowa. – Poza tym, gorączkę mierzy się gdzie indziej.
++++++– Mhm. Bo ty się tam akurat znasz na wejdźminach… Jak kura na pieprzeniu.
++++++– Na pieprzu.
++++++– Chyba ty.
++++++– Jak kura na pieprzu! Się mówi!
++++++– Kura, kura. Akurat.
++++++Zołman zrezygnował z dalszej rozmowy z Gejraltem i usiadł w cieniu wyschniętej fontanny z rzeźbą, która była podobna zupełnie do niczego.
++++++– Znalazłeś Mlaskra? – zapytał wejdźmin, ale Zołman kazał natychmiast zejść mu z oczu.

Plac targowy, na którym stała owa niczego nie przedstawiająca rzeźba, obfitował w rozmaite towary. Można tu było kupić wszystko czego dusza zapragnie, o ile dusza posiadała pieniądze. W labiryncie spalonych słońcem szmacianych dachów stoisk targowych, można było znaleźć nawet jednego wejdźmina. Ten, powiedzmy, nie był na sprzedaż, ale towar miał niezły.
++++++– Gejralt, kurwa, co to jest – powiedział Zołman na widok przyjaciela, który wyłonił się z alejki targowej.
++++++– To jest jamniczek, Zołmanie – odparł wejdźmin, całkiem z siebie zadowolony. – Pomoże nam wytropić Mlaskra. No patrz jakiego ma słodkiego malutkiego ogonka – Gejralt uniósł pieska ukazując jego różowy brzuszek i uśmiechnął się uroczo.
Piesek zaszczekał, polizał wejdźmina po twarzy i zapomniał schować język.
Zołmanowi krew odpłynęła z mózgu.
++++++– Chcesz powiedzieć, że miałeś jakieś pieniądze i kupiłeś JAMNICZKA?
++++++– Tam jest! To on! – rozgrzmiał wrzask kupca, a zaraz po nim dwóch strażników krzyknęło „STAĆ!”
++++++– No może nie do końca go kupiłem – odparł wejdźmin.

Pościg nie trwał długo, bo Gejralt zauważył kukurydzę na jednym ze straganów i odruchowo puścił w nią wiązkę ognia, co zawsze sprawiało mu radość. Nie wiedział, że przy okazji zamienił targowisko w kupkę popiołu zwieńczoną popcornem, bo był już daleko poza miastem.
++++++Nowy kompan wejdźmina podskakiwał na czterech małych łapkach próbując dostrzec coś sponad wysokiej wyschniętej trawy. Nie bardzo kwapił się do śledzenia Mlaskra po zapachu jego czapki. Dużo bardziej zainteresowany był frędzelkami wokół bioder wejdźmina, które bujały się w rytm jego kroków.
++++++– Nazwę go… – rozmyślał Gejralt, zakładając na głowę beret poety – …kurka wodna, zawsze mam problem z imionami – skwitował popijając eliksir „Nie wiem”. – Mlaskier na pewno by coś wymyślił. A ty? – zwrócił się do Zołmana. – Masz jakiś pomysł?
Krasnolud snuł się z tyłu i przyglądał się szczeniakowi.
++++++– Tak – odparł. – Zjedzmy go.
++++++Imię, które zaraz potem nadał pieskowi Gejralt, wystarczająco zniechęciło Zołmana do konsumpcji jego i pewnego owocu przez resztę życia.

Podczas dalszej wędrówki Zołman dowiedział się, dlaczego wciąż jest zdrowy i że nigdy niczym nie zarazi się od wejdźmina, toteż może spokojnie wejść z nim teraz do sadzawki, pić z tych samych butelek i spać z nim w jednym łóżku bardzo blisko siebie. Opowiadając o swoim zdrowym ciele, wejdźmin nagle zamilkł i zatrzymał towarzysza rozkładając ręce. Nie ważne ile dni nie jadł, co akurat mówił, robił czy wypił Gejralt – kiedy zastygał w bezruchu bez wyraźnego powodu, lepiej było się zatrzymać.
++++++– Wyczuwam magiczne siły – powiedział wejdźmin.
++++++– Co?! – wrzasnął krasnolud.
++++++Nadprzyrodzone moce zawsze go przerażały.
++++++– Ciii… – Gejralt przyłożył palec do ust Zołmana.
++++++– Ale tu nikogo nie ma – zauważył krasnolud, strzepując już całą rękę wejdźmina głaszczącą go po twarzy.
++++++– Cichutko, cichutko… – wyszeptał Gejralt. – Magii najczęściej nie widać ani nie słychać. I w zasadzie vice-versa. W sensie, że zwykła nienależąca do nikogo magiczna siła też nie wie, że tu jesteśmy.
++++++– To czego szepczesz?
++++++– Ja krzyczę tylko w jednej pozycji, Zołmanie.
++++++– Chciałeś chyba powiedzieć sytuacji.
++++++– Zołmanku, wiem co mówię – Gejralt puścił mu oczko i przytulił pieska. – Poza tym jak wrzeszczysz to mój mały przyjaciel się boi.
++++++– Przestań odwracać kota ogonem! – syknął rozdrażniony krasnolud. – Co… co ty robisz?…
++++++– To jest pies, Zołmanie, nie kot – powiedział wejdźmin i odwrócił jamniczka przodem. – Gejfrutek też to czuje.

Jamniczek Gejfrut patrzył przed siebie w skupieniu. Zaraz potem zapomniał na co. Symbol serca z wyrytym w kamieniu „G+Z”, gdzie „Z” było skreślone, a obok dopisano „Dż”, połyskiwał magicznym różowym blaskiem pośród niezliczonej ilości pustych eliksirów porozrzucanych wokół niego.
++++++– Znam to miejsce… – wejdźmin zamyślił się, będąc starannie lizanym przez Gejfrutka po policzku. – No przecież! – wykrzyknął. – To mój stary warsztat!

Sekretna jaskinia Gejralta była zadbana i urządzona. Oświetlona blaskiem świec, przypominała ciepły domek w górach z kominkiem, do póki Gejralt nie zaczął pokazywać, co tutaj trzyma. Zołman przyglądał się dziwnym przedmiotom, które wejdźmin co rusz wygrzebywał z rozmaitych schowków, do momentu kiedy ujrzał rozkładany album z krasnoudami.
++++++– Znajdź lepiej coś do picia, bo mi się chce… – zaczął.
++++++– Mi też się chce. To co? Tu z boku jest całkiem wygodne łóż…
++++++– Pić, kurwa, mi się chce.
++++++– A. A jak bardzo chce ci się pić?
++++++Krasnolud przeanalizował to zwykłe na pierwszy rzut oka pytanie.
++++++– Nie aż tak bardzo, żeby wypić eliksir – odpowiedział.
++++++– Nooo, Zołmanie – ucieszył się wejdźmin wygrzebując coś ze skrzynki z pobrzękującym szkłem. – Ale tego musisz spróbować! Zupełnie o nim zapomniałem! To jeszcze z czasów w Homo Moher.
++++++– Ehe, to na pewno spróbuję – krasnolud założył ręce.
++++++Wejdźmin pokazał mu flakonik.
++++++– Eliksir „Flet” – odczytał Zołman. – I co? Po wypiciu umiesz grać na flecie?
++++++– No, nie zupełnie na flecie. Ale był przydatny na… – wejdźmin zastanowił się – …zaliczeniach. Sam go wymyśliłem, spróbuj.
++++++Krasnolud zmarszczył czoło.
++++++– Nie – odparł.

Jamniczek szczekał radośnie, bawiąc się leżącą na puszystym dywaniku czapką Mlaskra z piórkiem. Albo raczej: z czapką Mlaskra – jak zdawało się wydawać.
++++++Fioletowe nakrycie głowy poety poruszało się raz w lewo, raz w prawo, wprawiając pieska w skory do zabawy nastrój. Poirytowany minionym dniem Zołman, burknął coś o szczurach, chwycił coś przypominającego gruby kij obity skórą z węża i zamachnął się nim niczym kowalskim młotem.
++++++Wejdźminowi rozszerzyły się źrenice.
++++++– No masz! – zawołał rzucając się na krasnoluda, którego pokłady cierpliwości właśnie w tej chwili dobiegły końca. – Przepraszam Gejfrutku, że wątpiłem w twoje umiejętności tropicielskie!
++++++Popiskujący od uderzeń, niczym gumowa kaczuszka wąż, bardzo podobał się jamniczkowi. Osłaniając czapkę – ale przede wszystkim siebie od ciosów – Gejralt, zrobił dzióbek z ust i powiedział:
++++++– Trochę niżej, Zołmanie, po tyłeczku.

Na te słowa Zołman zastygł w bezruchu z rękami uniesionymi w górze, albowiem właśnie zdał sobie sprawę z czegoś, co nie dawało mu spokoju, a o czym nawet nie wiedział. Tylko dzisiaj, ciągnął go za włosy, chciał mu wsadzić drewniany trzonek w rzyć, a teraz, po raz pierwszy w życiu, okładał go kijem i po raz pierwszy w życiu dotarło do niego, że chyba nie ma na świecie takiej rzeczy, którą byłby w stanie zrobić, aby sprawić Gejraltowi coś innego, niż przyjemność.
++++++Zołman opadł na zakurzony fotel wzbijając pył w powietrze i wlepił wzrok w nieruchomy punkt.
++++++Wejdźmin wstał ostrożnie podnosząc z ziemi czapkę poety.
++++++– No już dobrze, Zołmanku. Później ci opowiem po co mi był ten gumowy wąż, a teraz patrz – Gejralt wyciągnął z czapki maleńką postać unosząc ją za kubraczek i pisnął cichutko na jej widok. – Mlaskiereczku, wszystko będzie dobrze.
Dolna powieka Zołmana zaczęła drgać.
Wejdźmin położył sobie poetę na ręce i ustawił ją na linii wzroku krasnoluda.
++++++– Ugryzł mnie wąż – powiedział cieniutko Mlaskier, obnażając pośladki. – O tu.

Stowarzyszenie Zmniejszających Węży, jak wyjaśniał wejdźmin, to bardzo haniebna instytucja. Na szczęście ich jad jest tymczasowy, więc wystarczyło poczekać dzień lub dwa, aby Mlaskier powrócił do swojego rozmiaru, co zdaniem Gejralta miało swoje plusy i minusy.
++++++– Mogłem się domyślić po tym syczącym sposobie wypowiedzi wąskiego pana w czarnym płaszczu, o którym ci mówiłem, Zołmanie – podsumował Gejralt, układając Mlaskra do snu w pudełeczku po zapałkach. – Ale ty mnie nigdy nie słuchasz, w przeciwieństwie do mnie. Proszę – wejdźmin podał krasnoludowi butelkę. – Chciałeś coś do picia. Malinowy, ale mocny, pij powoli.

Kolejna świeczka przygasała. Krasnolud wypił na raz całą zawartość.
++++++– Ojej… – uśmiechnął się wejdźmin biorąc swój napój. – Chyba nie to ci dałem.
Zołman odwrócił buteleczkę, podświetlił etykietkę świeczką i zobaczył napis „Eliksir Flet”.
++++++– Kurwa mać – powiedział.
Spojrzał na smacznie śpiącego, rozciągniętego na kocyku pieska.
++++++– Fajny ten jamniczek. Taki podłużny – Zołman pokiwał głową z uznaniem. – Gejralt, ale ty masz ładne nogi – ciągnął, mierząc go wzrokiem. – Takie długie.
++++++Gejralt uśmiechnął się mrużąc oczy.
++++++– Pomiędzy nogami też… – zaczął.
++++++– Kurwa mać! Co mi się stało?! – przerwał mu Zołman.
++++++– Nic ci się nie stało Zołmanie, spokojnie – powiedział Gejralt podrzucając miednicą. –  Po prostu rób to, na co masz ochotę – poradził wejdźmin i…
++++++Zdmuchnął ostatnią świeczkę.

Opowiadanie IV – „Złego dobre początki”

++++++ Pewne zwyczaje ludowe sięgają lat tak dawnych, że dziś już nikt nie pamięta, skąd się właściwie wzięły. Są też tacy, którzy nawet ich nie znają, albowiem nigdy nie mieli okazji się z nimi zapoznać. Należy do nich na przykład taki wejdźmin. Wejdźmin zna się na różnych rzeczach, ale na tym akurat nie zna się wcale.
++++++ Gejralt siedział właśnie na płocie przed karczmą i próbował zrozumieć jeden z nich. Znalazł się w tym miejscu, albowiem przypadkiem zasłyszał, iż w niejakim Patykowie chłopi zamierzają spalić a potem utopić pewną Marzannę, aby przegonić zimno. Gejralt szybko połączył fakty i uznał, że znęcanie się nad niewinną dziewczyną aby zdjąć, jak sądził, klątwę, jest wysoce nieakceptowalne.
++++++ Na miejsce dotarł na czas i zabronił chłopom wykonania obrzędu, w wyjątkowo obsceniczny sposób informując ich, że muszą być nienormalni, co zaskutkowało tym, że jego też wpierw chcieli spalić, a potem utopić. Kiedy okazało się, że nie ma żadnej klątwy a owa Marzanna to słomiana kukła, postanowił uciec i odreagować w karczmie, cztery wsi dalej – tak na wszelki wypadek.
++++++ – Masz – rzekł Zołman przynosząc mu kufel piwa. – Gdybym wiedział, że idziesz na ratunek Marzannie…
++++++ Gejralt przyglądał się w ciszy kolejnemu pochodowi zmierzającemu w stronę rzeki z płonącą lalką na czele.
++++++ – Dziękuję – odparł. – W Homo Moher nie topiliśmy Marzanny. Tam były inne zabawy.
++++++ Zołman wdrapał się na płot i usiadł obok Gejralta.
++++++ – Nawet nie zapytam jakie – rzekł.
++++++ – Co prawda raz spaliliśmy podobiznę Wazelina na głównym placu – ciągnął wejdźmin – ale nie pamiętam dlaczego. Przedawkowałem wtedy eliksiry. Za to dobrze pamiętam co było potem jako kara.
++++++ – Uważaj żebyś piwa nie przedawkował, bo po nim zawsze ganiasz dzieci.
++++++ – Dzieci, dzieci. Ja nigdy nie będę miał dzieci.
++++++ – A nie mów hop! Jeszcze cię kiedyś jakaś dziewka spije, zaprowadzi na sianko za stodołą i wychędoży! Ha ha!
++++++ – Ona mnie? Czym? – spytał wejdźmin całkiem poważnie.
++++++ – Noo… – przeciągnął krasnolud. – Normalnie.
++++++ – Ciebie kiedyś jakaś wychędożyła?
++++++ Zołman nie chciał powiedzieć, ale Gejralt nie dawał mu spokoju.
++++++ – Noo… Tak – odparł krasnolud.
++++++ Wejdźmin ponownie zastanowił się.
++++++ – Czym? – spytał.
++++++ – Noo… niczym. Po prostu mnie… wychędożyła.
++++++ – Czym?
++++++ Krasnolud zaczął żałować, że wdał się w tę dyskusję.
++++++ – Przecież one tam nic nie mają – stwierdził wejdźmin.

++++++ Zołman westchnął i wziął łyk piwa. Uznał, że jego przyjaciel nie poderwałby nawet kozy. Gejralt zdziwił się, że Zołman wie o kozach, toteż szybko zmienił temat i powiedział mu, że wyjątkowo ładnie dziś wygląda. Krasnolud nauczył się nie reagować na zaloty Gejralta. Gejralt z kolei nie zwracał uwagi na zaloty kobiet, które zdarzały się rzadko, ale zdarzały się kobiety, których niecodzienna uroda i wygląd wejdźmina budziły zainteresowanie.
++++++ – Podobasz się tamtej dziewczynie – powiedział w końcu Zołman, a wejdźmin powiódł za jego wzrokiem.
++++++ – Skąd wiesz? – zapytał.
++++++ – Bo gapi się na ciebie odkąd tu siedzimy.
++++++ Gejralt spojrzał na krótkowłosą postać w spodniach.
++++++ – To nie jest dziewczyna tylko chłopak.
++++++ – Kurwa, jak ty nic o kobietach nie wiesz. Widziałeś kiedyś chłopca z takimi cyckami?
++++++ Wejdźmin zaprzeczył i przyznał, że nie zwrócił na nie uwagi.

++++++ Coraz dłuższe spojrzenia w jej stronę i dyskusja pomiędzy nimi ośmieliły ją. Uznała to za zaproszenie. Dziewczyna ruszyła naprzód poruszając się w rytm Mlaskrowej lutni, który zabawiał miejscowych pod karczmą prezentując swoją nową kompozycję rozpoczynającą się od słów „Frędzelki są fajne, jadę na koniu”. Zarobił już nawet pół korony, pomidorem i jajkiem, bo zapomniał co było dalej.
++++++ – Cześć – powiedziała, stając przed Gejraltem, który tak się odchylił, że prawie spadł z płota. – Fajne spodnie – stwierdziła. – Drapieżne takie.
++++++ – Tak… – odparł wejdźmin gładząc swoje chude nogi odziane w leginsy w panterkę. – Ty masz fajne… – spojrzał na biust dziewczyny, który znalazł się na wysokości jego oczu. – Zz… zęby. Takie duże i… po… za… okrąglane.
++++++ – He he he he he he… – krasnolud zaśmiał się. – Zaraz dostaniesz w mordę.
++++++ – Może twój kolega zostawiłby nas na chwilę samych? – zaproponowała, wymownie spoglądając na krasnoluda.
++++++ – Już mnie nie ma! – zawołał Zołman i zeskoczył z płota.
++++++ – Zołmanie… Zołman… Z… – próbował powstrzymać go wejdźmin, ale na próżno.
++++++ Gejralt wciągnął policzki.
++++++ Dziewczyna zajęła miejsce krasnoluda i wodziła oczami po obiekcie swego zainteresowania. Ten spojrzał na nią ukradkiem i wziął potężny łyk piwa przez słomkę.
++++++ – Ładny wisiorek – zagadała. – Nie widziałam takiego wcześniej. Co to takiego?
++++++ – To? – zapytał, pokazując medalion. – To jest serce.
++++++ Dziewczyna roześmiała się.
++++++ – Zabawny jesteś. Pewnie w środku nosisz portret swojej dziewczyny – kontynuowała. – Mogę dotknąć? – spytała, wciąż wpatrzona w niego jak w obrazek. – Tego twojego serca?
++++++ – No dobra… Możesz… O matko…! – zaświergotał wejdźmin. – To nie jest serce.
++++++ – Wiem – dziewczyna uśmiechnęła się i wyjęła rękę spomiędzy nóg Gejralta. – Postawisz mi drinka? Może ja tobie też potem coś po…
++++++ Wejdźmin zakrztusił się piwem i zaczął kaszleć.
++++++ – Tam u góry, na antresoli w tawernie, jest takie fajne miejsce – ciągnęła. – Moglibyśmy tam pójść, pogadać…
++++++ – O czym? – zapytał szybko.
++++++ Dziewczyna roześmiała się ponownie uznając, że jest uroczy. Zerwała się i pociągnęła go za rękę.

++++++ Wejdźmin był przestraszony. Nie miał nic przeciwko rozmowie, ale w tym przypadku czuł, że nie o rozmowę tu chodzi. Serce waliło mu w piersiach, w rytm drżącego medalionu. Spojrzał na okno prowadzące na strych.
++++++ – Ty pierwszy – powiedziała wskazując na drabinę.
++++++ – Nie, nie. Ty idź, a ja… Za chwilę przyjdę.
++++++ – Obiecujesz?
++++++ Wejdźmin mruknął nieprzekonująco zmuszając się do uśmiechu.
++++++ – Pójdę tylko po to piwo. Chciałaś piwo?… – zapytał.
++++++ – Może być.
++++++ – O, no to fajnie. To ja idę.
++++++ Gejralt oddalił się szybkim krokiem. Zlokalizował niezwykle rzadki uśmiech Zołmana i ruszył w jego stronę.
++++++ – Zołmanie, uciekamy stąd – powiedział.
++++++ Uśmiech zszedł z twarzy krasnoluda.
++++++ – Teraz – postulował wejdźmin.
++++++ – Dlaczego?
++++++ – Miałeś rację z tą dziewczyną. Ona chce żebym z nią poszedł na pięterko. Już tam czeka.
++++++ Krasnolud zaśmiał się.
++++++ – No to idź do niej! – zawołał.
++++++ – A w życiu.
++++++ – Czego się boisz? To tylko dziewczyna. Przecież cię nie zje.

++++++ Wejdźmin spojrzał na poddasze. Dziewczyna wyglądała przez małe okienko w szczycie i machała mu z uśmiechem. Gejralt spojrzał na krasnoluda. Ten westchnął.
++++++ – No to idź jej chociaż powiedz, że nici z tego. Nie uciekaj, ona tam czeka – poradził Zołman. – I nie denerwuj się tak.
++++++ Gejralt przytaknął, wziął głęboki oddech i wpierw skierował się do baru po to, co obiecał.
++++++ – Ja pierdolę… Co za baran… – jęknął krasnolud, kiedy wejdźmin odszedł.
++++++ – Słyszałem – zawołał Gejralt wychylając głowę ze środka tawerny.

++++++ Antresola, na którą wdrapał się z dwoma kuflami piwa, była przyjemnie urządzona. Blask świec rozłożonych wśród koców i poduszek dawał przyjemne, uspokajające światło. W dole grono roztańczonych ludzi podskakiwało w rytm muzyki wydobywającej się ze skrzypiec, bębnów i fletów. Przytłumione dźwięki dudniły im w uszach.
++++++ – Masz bardzo nietypowy kolor włosów… – westchnęła dziewczyna gładząc miękki kosmyk Gejralta. – Podobasz mi się.
++++++ Wejdźmin patrzył na nią całkiem zesztywniały.
++++++ – Jak masz na imię? – ciągnęła, czując się coraz swobodniej wśród jego czupryny.
++++++ – Gejralt.
++++++ – Gej-ralt? – zaakcentowała.
++++++ – Tak. No właśnie, bo widzisz – zaczął, odtrącając jej rękę. – To nie takie proste. Chociaż w zasadzie proste.
++++++ Odgarnął włosy z pola jej zasięgu i złapał oddech.
++++++ Dziewczyna przysunęła się bliżej.
++++++ – Tak, Gejralcie?… – szepnęła mu na ucho.
++++++ Wejdźmin przestał oddychać.
++++++ – Chciałbyś mi coś powiedzieć…? – ciągnęła, błądząc palcami po tygrysich centkach.
++++++ – No właśnie nie – przerwał jej, odsuwając się. – Chociaż w sumie tak.
++++++ – Nie, tak, nie, tak! – zdenerwowała się. – Co jest z tobą nie tak?!
++++++ Dziewczyna pchnęła go, wejdźmin znalazł się na plecach.
++++++ – Rety, ile ty masz siły… – zauważył.
++++++ – A może to ze mną jest coś nie tak? Nie podobam ci się?! – wrzasnęła niższym o kilka tonów głosem.
++++++ – Co…? Nieee… wiem… – dokończył. – Ja po prostu…
++++++ Dziewczyna wyszczerzyła zęby. Jej jasna skóra przybrała zgniło-zielonkawy odcień i oblepiła wyschnięte ciało, ukazując wszystkie kości.
++++++ – NIE PODOBAM CI SIĘ?! – zaryczała.

++++++ Wyglądała jak zwłoki.

++++++ Gejralt nie odpowiedział. Odwrócił się na brzuch chcąc wstać, ta jednak chwyciła go za obie kostki i przyciągnęła do siebie. Wejdźmin porysował deski podłogowe paznokciami.
++++++ – O Jezu… – jęknął.
++++++ Potworzyca przekręciła go z powrotem na plecy i przyszpiliła do podłogi szczerząc niepełne uzębienie kilka centymetrów przed jego nosem. Z jej brzucha wysunęła się trzecia ręka, która zabrała się za usuwanie dolnej części ubioru wejdźmina.
++++++ – Jesteś bardzo ładna!… – krzyknął Gejralt.
++++++ Potworzyca mruknęła zastygając.
++++++ – No mówię ci! To znaczy, wcześniej byłaś, bo teraz to tak średnio… Jeszcze ta dodatkowa ręka, Jezus Maria.
++++++ Jej twarz zmarszczyła się w złości, a dodatkowa ręka zaczęła na powrót odpinać zaczepy w spodniach. Wejdźmin uniósł głowę, aby sprawdzić co się dzieję i na widok wijącej się oblepionej ociekającymi flakami trzeciej ręki w jego bardzo cennych okolicach rozszerzył oczy.
++++++ – No sama przyznasz, że nie wygląda to najlepiej – powiedział.
++++++ Truposzka rozwarła spierzchnięte usta i wydała z siebie długi syk.
++++++ – O matko… – wyjęczał wejdźmin. – Byłaś taka piękna, no co zrobiłaś?!…
++++++ Potworzyca sapnęła z zainteresowaniem.
++++++ – Ty teżżż jesteśśś łaaadny – wycharczała, opluwając go nieco.
++++++ Wejdźmin udał, że tego nie zauważył.
++++++ – No to widzisz, pasujemy do siebie – przekonywał. – Musisz tylko z powrotem zamienić się w tą ładną dziewczynę, która ma dwie ręce, dwie nogi, dwie zęby i nie pluje.
++++++ Potworzyca przekrzywiła głowę jakby czekała na coś więcej.
++++++ – Yyy… – stęknął Gejralt, próbując myśleć. – Jak się zamienisz, to sam ściągnę spodnie, bo coś ci nie idzie tym upośledzonym kikutem. Obiecuję. Obiecałem przynieść piwo i przyniosłem. Lubię się rozbierać jak nie wiem co. Albo wiem! – krzyknął nagle. – Lubię ściągać spodnie tak samo jak lubię piwo. A potem będziesz sobie tam robiła co będziesz chciała. Co ty na to?
++++++ Potworzyca zmrużyła powieki i odczekała chwilę, po czym owiła się kłębami zielonego dymu i przybrała ludzką postać. Wejdźmin rozluźnił wszystkie kończyny rozrzucając je na boki. Odetchnął choć wiedział, że to jeszcze nie koniec.
++++++ – No i? – zapytała.
++++++ – Teraz jest dużo lepiej – zauważył przytakując, po czym wstał jednym susem i przeskoczył przez barierkę antresoli wpadając gdzieś pomiędzy roztańczonych gości.
++++++ Usłyszał za sobą rozwścieczony ryk. Potworzyca podążyła za nim, tyle że lądując przeleciała przez drewniany strop i wpadła do piwnicy. Bywalcy tawerny zaczęli uciekać. Gejralt wykorzystał sytuację i też wybiegł na zewnątrz. Wiedział, że nie ma wiele czasu. Szybko rozeznał się w sytuacji.
++++++ – Mlaskier! – wrzasnął. – Leżeć! – albowiem wiedział, że poeta najszybciej reaguje na proste komendy, takie jak: siad, do mnie, ściągnij, ciągnij i tym podobne.
++++++ Zdziwiony grajek przerwał swój najnowszy utwór, zarzucił lutnię na plecy, rozejrzał się i spoglądając na przyjaciela zrozumiał, że tym razem to nie żadne sypialniane żarty.
++++++ Potworzyca przeskoczyła przez okno rozbijając je w drobny mak i wylądowała tuż za Mlaskrem. Gdyby nie to, że padł na ziemię, byłoby już po nim. Uniosła się na powykrzywianych nogach i zaryczała w niekontrolowanej złości.
++++++ Wejdźmin wiedział, że bestia musi podzielić losy Marzanny. Wyprostował ręce i buchnął w nią żywym ogniem. Łuna srebrnoniebieskiego światła splątała potworzycę. Jej męki były przerażające dla ucha, ale wejdźmin wiedział, że nie może teraz przerwać, że to dla jej dobra, a ludzki głos to tylko płacz nieszczęśliwej niegdyś dziewczyny. Szarpiąc się i krzycząc zwykłym kobiecym głosem, spłonęła zamieniając się w czarny miał. Gejralt podszedł do wciąż rozżarzonego prochu i zebrał go dokładnie w rzucony gdzieś pusty kufel. Na wierzchu położył kwiatka. Wraz z towarzyszami udał się na pobliski cmentarz i odnalazł rozkopany grób, gdzie złożył jej prochy.
++++++ – Kurwa mać, co to było – spytał Zołman, wciąż blady jak kartka papieru.
++++++ – Paskudnica – odparł wejdźmin.
++++++ Paskudnice to bestie, które mogą powstać, kiedy niewiasta przez całe swoje życie próbuje zwrócić na siebie uwagę wymarzonego mężczyzny, ale ukochany odrzuca jej zaloty. Kiedy ona sama umiera z miłości przy jednoczesnej nienawiści do niego, powstaje paskudnica. Bestia ta wygrzebuje się z grobu nieszczęśnicy i przybiera postać pięknej dziewki, która bałamuci młodych mężczyzn. Jest natomiast wybredna i jej wybranek musi się jej naprawdę podobać – podobnie jak ten, za jej życia. Kiedy udaje się jej zdobyć nieświadomego niebezpieczeństwa mężczyznę, pożera go w całości w momencie kiedy ten decyduje się spędzić z nią noc. W ten sposób mści się na całym rodzaju męskim za tego jedynego, który nie chciał jej za życia. Wejdźmin wytłumaczył to Zołmanowi.
++++++ – Ja pierdolę… – podsumował krasnolud.
++++++ – No widzisz? A mówiłeś, że mnie nie zje – zażartował Gejralt, a wieczorem sprawdził, czy na pewno ma wszystko na swoim miejscu.