Miłość na patyku

– Zołmaaan… – powiedział Gejralt uśmiechając się łobuzersko. – A zobacz, co to tutaj jest?
Wejdźmin szturchnął krasnoluda patykiem w kolano, do którego końca przyczepiony był kwiatek. Zołman rzucił na niego okiem i odsunął się od Gejralta.
– Oj Zołmanie, nie wstydź się – ciągnął wejdźmin, cały czas tykając przyjaciela. – To tylko kwiatek, na Walentynki.
Kiedy wejdźmin zorientował się, że to nie działa, zaczął trącać go kolanem.
– Kurwa – powiedział wreszcie krasnolud biorąc łyk wina. – Daj ten kwiatek i spierdalaj.

milosc_na_patyku

Opowiadanie II – „Artysta”

– Kto to jest, tatusiu? – zapytał chłopiec dłubiąc w nosie.
– To jest Gejralt, synku – rzekł właściciel głosu, gładząc go po główce. – Gejralt jest wejdźminem.
– A ten drugi? – zapytał chłopiec.
– To jest jego przyjaciel, bodajże poeta.
– A to?
– A to jest potwór, mój mały.
– A dlaczego trzymamy ich wszystkich w klatkach?
– Bo wieczorem, mój synku, wejdźmin zmierzy się z potworem na arenie, a my weźmiemy za to dużo pieniędzy – wyjaśnił mężczyzna spoglądając w błyszczące oczy skrytego w cieniu, sapiącego potwora. Zaniósł się upiornym śmiechem.

Mistrz areny, Emmanuel De Von X, znany szerzej w artystycznym światku jako Pan X, przeglądał się w lustrze w swojej gwiazdorskiej garderobie. Nabrał żel do włosów na ręce i przygładził nim czarne, równo przystrzyżone acz niesforne kosmyki, aby – jego zdaniem – ładnie błyszczały w świetle reflektorów. Jak zwykle przesadził.
Gwary dochodzące z głównej areny dodawały mu animuszu. De Von X błysnął śnieżnobiałym uśmiechem i uniósł jedną brew. Nie spodobało mu się to, co ujrzał w lustrze. Małym grzebykiem uczesał brwi, chrząknął, wyprostował się i spróbował jeszcze raz. Tym razem spojrzał na swoją wyćwiczoną minę z aprobatą. Wyrazu twarzy nie zmienił, dopóki nie przeszedł przez czerwoną kotarę i nie znalazł się na środku areny.
Wrzawa ponownie dodała mu skrzydeł. Pan X spojrzał na wiwatujących ludzi, którzy w jego oczach zamienili się w sakiewki pełne pobrzękujących monet. Mistrz ukłonił się nisko i fantazyjnym gestem wstrzymał brawa. Kazał skierować na siebie światło.

– Proszę państwa, przed wami jedyny taki pokaz! – wygłosił, skręcając w palcach swój wymyślny wąsik. – Za chwilę ujrzycie rzeczy nieprawdopodobne, które zostały przygotowane specjalnie na ten jedyny w swoim rodzaju wieczór, który sam wymyśliłem!

De Von X podszedł do płonącej donicy i podpalił pochodnię, którą wykonał kilka mających wywołać wrażenie ruchów. Odczekał chwilę na brawa, ale do jego uszu dotarł tylko dźwięk cykających świerszczy.
Odchrząknął, poprawił surdut w biało-niebieskie paski i przyłożył płomień do wąskiego kamiennego koryta wypełnionego naftą. Kiedy się pochylił, pękły mu spodnie.
Ogień natychmiast ruszył kamiennym labiryntem tworząc płonący okrąg, który oświetlił arenę. Widownia zawyła na widok zgromadzonego nań sprzętu.
De Von X zorientował się, że zapomniał najpierw wyjść z okręgu zanim go podpalił, ale jako znany artysta sceniczny zdołał zachować spokój i tylko lekko popuścił w portki.

– Mlaskier… Zgaś to światło… – usłyszał za sobą.
Wejdźmin przewrócił się na drugi bok i zaczął szukać swojego ulubionego kocyka w małe kotki, aby się nakryć. Zamiast niego wyczuł zimne wąskie pręty, układające się w kratkę. Otworzył jedno oko rozrywając powiekami śpiochy. Rozejrzał się.
– Mlaskier, coś mi się wydaje, że się jednak wczoraj sprzedaliśmy – powiedział.
Mlaskier siedział w klatce obok, która wcześniej musiała należeć do szympansa. Wisiał sobie na gałęzi i zajadał banana. Podobał mu się świat „do góry nogami”.
– No – rzekł poeta. – Tylko nie pamiętam co chcieliśmy za siebie kupić.
– Ja też nie – mruknął Gejralt. – Ale chyba to kupiliśmy, bo mam strasznego kaca… – wydedukował.
– Ale kupił nas ktoś fajny, bo jesteśmy w cyrku! – ucieszył się Mlaskier.
– Tak – potwierdził wejdźmin. – Tylko że chyba jako główna atrakcja.
– Zamknąć się! – zasyczał De Von X. – Psujecie mi występ!

Konferansjer wykonał kilka dziwnych ruchów, zaśpiewał „mi, mi, mi” uderzając się w grdykę i uniósł dłoń prostując klatkę piersiową.
– Jak już mówiłem, przed wami widowisko jakiego nie spotkacie nigdzie indziej na świecie! Obecny tu mój osobisty najprawdziwszy wejdźmin, będzie musiał pokonać ten oto wysublimowany tor przeszkód mojego autorstwa, który sam wymyśliłem i omówię go teraz pokrótce. Najpierw będzie musiał…
– Musiał i musiał. Sam se muś… – wymamrotał Gejralt i naburmuszony przesunął się w kąt. Nie lubił być w klatce.
Pan X zignorował go.
– …przejść po linie omijając rozhuśtane maczugi, by następnie przepłynąć basen z moimi piraniami. Po wyjściu napotka drogę wybrukowaną zatrutymi kolcami i mojego znakomitego pomocnika, który będzie w niego rzucał moimi tasakami. Tę część nazwałem „wirujące tasaki”, ha ha, bardzo mi się to udało. Następnie będzie musiał przepchnąć głaz blokujący wejście do jaskini, w której czeka na niego stado wygłodniałych węży. Jeśli jeszcze go ujrzymy, to wspinającego się po linie, którą osobiście podpalę w trakcie! Na jej końcu, jak państwo widzą, znajdują się jego miecze, które bardzo mu się przydadzą do wykonania ostatniego zadania. I teraz najlepsze – De Von X omal zadławił się z podniecenia. – Wejdźmin będzie musiał uwinąć się przed potworem, który po otwarciu klatki uda się jedyną możliwą drogą, która to prowadzi do tego oto nieszczęśnika… – prezenter spojrzał na Mlaskra i przerwał na moment. – …do tego nieszczęśnika, który… Czy on w ogóle wie, że zaraz może zginąć? – zapytał jednego z pomocników, który popukał w klatkę z Mlaskrem i pogroził mu palcem. Mlaskier odłożył banana. Pomocnik wzruszył ramionami.
– Tak czy inaczej… na czym to ja byłem… – zamyślił się, drapiąc się po głowie. – Potwór!

De Von X udał się do przykrytej czarną kotarą klatki i wygiął się przybierając prezencyjną pozę. Siedzący w cieniu starzec ocknął się i zaczął uderzać w werbel. Mistrz areny szarpnął za kotarę. Bębniarz zakończył uderzając pałką w talerz. Nic się nie stało, bo materiał zaczepił się o jeden z prętów. Szarpnął drugi raz, trzeci, za czwartym razem zaparł się nogami o klatkę i zawisł w powietrzu. Kotara w końcu odpuściła. Mlaskier zachichotał i spadł z gałęzi. Pan X też upadł. Wejdźmin wstał chcąc dojrzeć potwora i parsknął śmiechem.
De Von X próbował w szale wydostać się spod czarnego materiału i prawie się przy tym popłakał. Kiedy mu się w końcu udało, usłyszał werbel.
Wziął kilka głębszych oddechów, wykrzywił się w swoim scenicznym uśmiechu numer jeden i kontynuował:
– Jak widzicie, klatka wejdźmina jest dla utrudnienia obwiązana łańcuchem. Jeśli wejdźmin zdąży się z niej wydostać, a następnie pomyślnie ukończy tor przeszkód, który, przypominam, sam wymyśliłem, zmierzy się z tym oto straszliwym potworem, aby…
– Mogę coś powiedzieć? – przerwał mu Gejralt podnosząc rękę.
– Czego! – wrzasnął De Von X.
– To jest lasodymacz.
– Dobrze, a zatem – westchnął. – Wejdźmin zmierzy się z tym oto lasodymaczem…
– Nie nie nie – ponownie wszedł mu w zdanie. – LASODYMACZ – powtórzył dobitniej.
De Von X rozłożył ręce.
Gejralt przewrócił oczami stękając „ojej, no”, po czym otworzył górną pokrywę klatki i wyskoczył na zewnątrz.
Pan X wytrzeszczył oczy.

Wejdźmin spalił latające maczugi, uśpił nożownika Znakiem, spokojnie wskoczył do basenu z piraniami (wiedział, że zaatakują tylko jeśli poczują krew – a on ranny nie był) i zdziwił się, że woda sięga mu zaledwie do kolan. Machając ręką z cichym „sio sio sio, rybki” nacisnął ukryty w baseniku czerwony guzik by schować zatrute kolce, po czym otworzył klatkę z potworem. Do jaskini nawet nie wchodził.
Widownia zawyła z przerażenia.
– Spokojnie – powiedział wejdźmin. – Lasodymacze nie są groźne, kiedy się boją. A ten jest przerażony.
Gejralt pstryknął paznokciami i uspokoił potwora. Lasodymacz przewrócił się na plecy, a wejdźmin pogłaskał go po brzuszku. Po widowni rozszedł się pomruk śmiechu.
– Co to ma być! – grzmiał De Von X. – Dałem za niego tysiąc koron na targu! Zrób coś z nim! To potwór! Niech robi co do niego należy!
– Noo… – jęknął Gejralt spoglądając na pęknięte spodnie Pana X. – Lepiej nie.

Mistrz areny poczerwieniał ze złości. Zszedł z podwyższenia i obszedł klatkę z potworem. Zezłościł się. Kopnął w nią. Wypchnął Gejralta, nazwał go patałachem amatorem i sam wszedł do środka. Potwór zdziwił się wstrzymując oddech. Zamruczał.
Wejdźmin też mruknął, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Założył ręce i zmrużył oczy uśmiechając się lekko.
Spod brzuszka lasodymacza wysunęło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Oprócz wejdźmina oczywiście – i Mlaskra, który zaopatrzył się w kolejnego banana.
Niektórzy się śmiali, inni uznali to za obrzydliwe i wyszli. Pan X darł się wniebogłosy, ale potem jakby trochę mniej.
Wejdźmin podniósł kotarkę z ziemi i założył ją na klatkę, zapewniając zakochanym odrobinę prywatności. Ukłonił się i pomachał wiwatującej widowni.
– Chodź Mlaskier – powiedział uwalniając przyjaciela. – Chyba nauczyłem się czegoś nowego od tego lasodymacza.

Opowieść Wyrżnijmijna ~ Część II

Mlaskier był zbyt zajęty, aby zwrócić swoją nieprzeciętną uwagę na coś innego, niż Dyrdymałowy ślimak. Miział go po skorupce i mięsistym ciałku, co jakiś czas wydając z siebie głoskę „Ooo…”. Dyrdymał machał zaciśniętymi w pięści oczami na czułkach i z nerwów w nadmiarze produkował obślizgłą substancję, która bardzo podobała się poecie. Już miał użyć jej do sklejenia swojego ostatniego poematu o muchach, kiedy głośne „PUK!” odbijającego się od szklanej bańki Ducha Minionych Świąt wyrwało go ze skupienia.

– Tere fere ku ku – powiedział Gejralt. – Może i jest pan sobie duchem, ale to jest specjalny Pałkołap nieprzepuszczający żadnej zjawy.
Duch Minionych Świąt zastukał palcem w magiczne szkło i skonfundowany spojrzał na wejdźmina.
– Próbowałem być dla pana miły, ale jak nie, to nie – podsumował Gejralt zakładając ręce.
– Jestem Duchem Przeszłych Świąt!… – zagrzmiało widmo, ale jego i tak już z natury spowite pogłosem słowa niosły się w przestrzeni jako potrójne echo wydobywające się z wnętrza słoika. – Mnie nie można tak po prostu zamykać!…
Wejdźmin, pomimo znakomitego słuchu, zmarszczył czoło.
– Co pan mówi? Że przeszedł panu świąd i moszna w nosie znikła?…
Duch wybałuszył oczy i znieruchomiał. On albowiem słyszał wszystko doskonale. Wejdźmin odczekał chwilę, ale duch zamilkł. Wolał już nic nie mówić.
– Udam, że tego nie słyszałem – Gejralt zastanowił się chwilę i zwrócił się w stronę towarzyszy. – Pozostaje tylko problem przetransportowania tej szklanej kuli do pałacu Fjutesta. Jakiś pomysł, Dyrdymale?
Czarodziej schował się w skorupce.
– W takim razie – wejdźmin uniósł palec i spojrzał w górę – będziemy turlać.

Odczepienie szklanej bańki od rusztowania przy jednoczesnym zachowaniu jej magicznych właściwości było nie lada wyzwaniem. Kiedy mieniąca się aparatura wreszcie spoczęła na ziemi, krasnolud oparł na niej dłonie, zaparł się na nogach pochylając się do przodu i zrobił pierwszy, mozolny krok. Wejdźmin natychmiast znalazł się nad nim, jak gdyby nigdy nic.
– No dobra, to pchamy – powiedział.
Mlaskier przypatrywał się temu przedsięwzięciu przechylając głowę na bok.
– Gejraaalt?… – zagadnął poeta. – A ślimak?
– Mlaskruś, nie teraz… – zadyszał wejdźmin. – Albo dobra – dodał po chwili namysłu. – Na ślimaka zawsze jest czas.

***

Król Fjutest prężył swoje (jak mu się zdawało) mięśnie przed lustrem w samych majteczkach i ubolewał nad losem wszystkich ludzi, którzy nie wyglądali tak jak on. Szybko jednak zmienił zdanie, kiedy do jego komnaty wtargnął znajomy mu wejdźmin.
– Hm – stęknął król i ponownie spojrzał na swoje odbicie. – Gejralt, do mnie. Stań tu obok mnie przed lustrem.
– Wykonałem twoje zlecenie – wydyszał wejdźmin, oparł się plecami o zaśnieżoną kulę i zjechał po niej aż znalazł się na podłodze. Mlaskier położył mu zimnego ślimaka na czole.
– Gejraltku, proszę cię, nie umieraj… – powiedział.
– Nie, nie, Mlaskruś. Nie umieram. Muszę… Tylko… Chwilę… Odpocząć.
Zołman padł obok dysząc głośno. Nie chcąc mieć Dyrdymała na czole od razu powiedział, że też nie umiera.

Wypity przez niego eliksir „Ach, Koza” co prawda zaczął działać i spanikowany krasnolud myśląc, że ujeżdża antylopę gonioną przez stado hipopotamów, znacznie przyśpieszył transport kuli, niestety mikstura działała tylko przez kwadrans, toteż przez resztę drogi – coraz cięższą, bo oblepioną coraz grubszą warstwą śniegu kulę – trzeba było pchać własnymi siłami. Jakby tego było mało, pałac Fjutesta wzniesiony był na wysokiej górze nad Wyrżnijmą. Po drodze mijali biedne domostwa, bo mimo reprezentacyjnego wyglądu miasta (na które Fjutest nie szczędził środków płynących z wysokich podatków) ludziom żyło się tu dość skromnie. I chociaż czasu do Wigilii było mało, w świątecznym ferworze znalazło się kilku mieszkańców, którzy pomagali pchać kule śniegu na różnych odcinkach drogi.

– Do mnie, natychmiast! – ponownie rozkazał Gejraltowi Fjutest. – Mam tu teraz coś ważniejszego na głowie, niż jakieś twoje obsrane duchy.
Wejdźmin wziął oddech i na czworakach doczłapał do króla.
– Wstań – wydał polecenie Fjutest. – Albo nie. Zniż się, żebyś był niższy niż ja.
– Fjutest, mam tego ducha co chciałeś w Pałocapie… – wtrącił Gejralt.
– Cicho bądź. Ugnij kolana. I zgarb się. I zrób brzydką minę.
Zadowolony król wyprostował pierś i spojrzał na odbicie swoje i wejdźmina, i z przerażeniem stwierdził, że Gejralt w dalszym ciągu wygląda lepiej niż on. Fuknął.
– To gdzie ten duch, co go chciałem mieć? – zmienił temat.
– W tej magicznej bańce – wyjaśnił wejdźmin.
– Jakoś ja tu tylko widzę kulę śniegu, która paskudzi mi podłogę.
– A – mruknął Gejralt. – Rozpalę w kominku żeby śnieg szybciej się stopił…
– NIE KURWA! Tylko nie w kominku! – huknął Fjutest, po czym odchrząknął. – Nie będziesz palił w żadnym kominku w mym pałacu, ponieważ czekam dzisiaj na wyjątkowego jegomościa. Niech się samo stopi.
– No dobra, to czekaj… – wejdźmin, ostatkiem sił, puścił strumień ognia roztapiając śnieg w mgnieniu oka. – Proszę bardzo. Duch Minionych Świąt.
Fjutest zarechotał.
– I co teraz, cwaniaczku! – pogroził mu palcem. – Nie będziesz mnie zmieniał ty obleśny staruchu. Ja jestem idealny. Zaraz, co to ma być?
Duch był przyklejony do ścianki kuli, a że ta akurat znalazła się do góry nogami, to jego luźne odzienie ulegając sile grawitacji, obnażyło jego nagie pośladki. Fjutest uznał to za zniewagę majestatu, a następnie nakazał służącym przenieść szklana kulę do głównej sali balowej dokładnie w tej samej pozycji, aby mógł ją podziwiać w trakcie kolacji i kazał się wszystkim wynosić.
– Zaraz, zaraz – wtrącił Zołman. – Gejralt za pracę w święta liczy sobie podwójnie.
– Naprawdę?… – zdziwił się wejdźmin.
– Co? – jeszcze bardziej zdziwił się król.
– Wykonał zlecenie, należy się zapłata – ciągnął krasnolud. – Podwójna.
– No dobrze, to dwa cukierki… Niech stracę…
W międzyczasie do króla podbiegł księgowy prosić o podpis pod rachunkiem opiewającym na siedem tysięcy koron za nową dostawę pozłacanych stringów na specjalne zamówienie. Fjutest podpisał dokument bez mrugnięcia okiem.
Wejdźmin wziął cukierki, ale wyraźnie pogardził taką formą zapłaty.
– A niech mnie! – warknął król. – Dobra, kurwa, niech stracę! Zapraszam was na Świąteczną Ucztę Wyrżniminijną. Co prawda miałem do niej przystąpić całkiem sam, ale niech wam będzie.

Długi na osiemdziesiąt metrów stół ułożony w olbrzymią literę „F” był suto zastawiony jedzeniem. Była na nim chyba każda potrawa, jaką można było sobie wyobrazić. Wszystko pachniało tak wspaniale, że nawet wejdźmińskie kiszki zaczęły grać marsza. Gejralt zwrócił uwagę królowi, że wykarmiłby tym całe miasto i oberwał w łeb za głupie pomysły. Fjutest wzruszył ramionami. W końcu na królewskim stole nie mogło być pusto w święta, nawet jeśli spędzał je sam.
– A co ta choinka taka dziwna? – spytał Mlaskier.
Choinka Fjutesta stała na samym środku owej wystawnej, gigantycznej sali. Wysoka na ponad dziesięć metrów robiłaby wrażenie, gdyby nie to, że gałęzie zaczynały się mniej więcej od jej połowy. Król kazał odciąć dolne pędy, aby zrobić więcej miejsca na prezenty. Specjalny gość na którego czekał, powinien być tu lada chwila. Fjutest wysłał mu nawet imienne zaproszenie na dzisiaj na dwudziestą drugą pod groźbą wysadzenia go w powietrze dnia następnego, jeżeli nie przyjdzie.

Długa wskazówka zegara przeskoczyła na dwunastkę poganiając tym samym swoją mniejszą koleżankę na godzinę dziesiątą. Zegar rozpoczął wybijanie dzwonów, a w kominku zaczął kotłować się pył. Fjutest zacisnął pięści i wyszczerzył zęby. Czarny proszek zaczął sypać się coraz silniej, aż w końcu z rozciągniętym na całą długość komina i coraz głośniejszym dźwiękiem „Aaa…!” buchnął mu w twarz. Spod opadającego popiołu wyłonił się wielki czerwony zadek z dwoma krótkimi nóżkami przyczepionymi do jego końca. Tajemniczy jegomość podniósł się stękając, otrzepał ubranie i rozejrzał się szybko lokalizując gospodarza w żenująco wielkiej koronie.
– Dziękuję za urocze zaproszenie, królu – gość ukłonił się nisko.
– Ha ha! – ryknął Fjutest podskakując z podniecenia. – Widzicie jaki szacunek mam?! Od dzisiaj wy też będziecie mi się kłaniać do samej ziemi! Wszyscy będą!
Mlaskier splótł ręce pod brodą i wlepił swoje wielkie błyszczące oczy w przybysza.
– Święty Mikołaj… – wyszeptał. – Widzisz Gejralt, mówiłem ci, że on istnieje.
Wejdźmin nieco się zawstydził.
– Dzień dobry – powiedział Zołman, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.
– Oczywiście, że istnieje – potwierdził Mikołaj spoglądając na wejdźmina.
– Dobra! – warknął Fjutest. – Dosyć tej bezsensownej paplaniny! Dawaj prezenty, spaślaku!
Mikołaj odwrócił się rzucając cień na króla.
– Przebyłem długą drogę, aby tu dotrzeć. Nie poczęstujesz mnie nawet ciasteczkami?
– Jakimi znowu, kurwa, ciasteczkami!
Wejdźmin sięgnął do kieszeni i oddał Mikołajowi dwa cukierki.
– Ja mam tylko to z rzeczy do jedzenia – powiedział.
– Dziękuję – odparł Mikołaj. – A więc zaczynamy. Kto pierwszy?
Fjutest złapał się pod boki i popłakał ze śmiechu.
– Oczywiście, że ja – oznajmił.
– A zatem – rzekł Mikołaj i wręczył mu ładnie zapakowany prezent.
Fjutest wyszarpał mu go z ręki, przegryzł wstążeczkę, porwał papier na strzępy i uniósł swój prezent.
– Ha! – zawołał, by po chwili zdębieć. – A co to jest za patyk? – spytał. – Jakiś magiczny?
– Nic z tych rzeczy – odpowiedział Święty Mikołaj. – To zwykły patyk. Tak zwana rózga.
– RÓZGA?!! Jak śmiesz! To ja cię ugaszczam w moim pałacu, a ty mi zwykłą rózgę przywozisz?!
– Każdy dostaje to, na co zasłużył.
– Ja nie mogę, jak ty mnie wnerwiasz, dziadu! – zapiszczał król. – To przynajmniej spełnij moje życzenie! Nakazuję ci żebyś sprawił, żebym wyglądał tak jak on – Fjutest wskazał palcem na wejdźmina.
– Nie mogę tego zrobić – odparł Mikołaj. – Każdy jest inny i każdy jest wyjątkowy. I tak ma zostać.

Fjutest zaczął tupać nogą. Kiedy skończył robić „bla, bla, bla”, wywrzeszczał w całkowitym szale, że nienawidzi świąt i Świętego Mikołaja. Jakby tego było mało, dodał, że nienawidzi również wszystkich świąt jakie kiedykolwiek były i będą. A tych nienawidzi najbardziej.
W tym momencie stało się coś nieoczekiwanego. Duch Minionych Świąt rozświetlił się z ogromną siłą. Szklana kula wyglądała zupełnie jak słońce. Pełne nienawiści do świąt słowa Fjutesta przywołały jeszcze nigdy nieużywanych do tej pory Duchów – Teraźniejszych i Przyszłych Świąt. Zjawa złączyła się w jedność i powiększyła swą postać kilkakrotnie, rozbijając magiczną bańkę w drobny mak. Duch podfrunął do Fjutesta i pochylając się nad nim zbliżył swoją ogromną i ogromnie wściekłą trój-twarz do czoła króla. Zaryczał:
– ŚWIĘTA SĄ FAJNE, KUMASZ?!
– Tak tak tak tak tak – wymamrotał blady jak ściana Fjutest i zemdlał.

Święty Mikołaj poprawił pasek na swym dorodnym brzuchu i zwrócił się do pozostałych:
– Straszne z niego skąpiradło. Kto następny po prezent?
– Ja! Ja! Wybierz mnie! Mnie wybierz! – cieszył się Mlaskier.
Dostał przepiękną, błyszczącą lutnię i lalkę Barbie przypominającą mu pewną bliską osobę i wydał z siebie najdłuższe „o” jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się wyśpiewać. Zołman otrzymał nowiuśki topór obwiązany czerwoną kokardą.
– Ja pier… dziele! Skąd wiedziałeś, że kocham topory?! – wykrzyknął uradowany krasnolud.
– Po prostu wiedziałem – oznajmił Mikołaj. – Tak samo jak wiem to, że nigdy ich nie używasz.

Święty Mikołaj bowiem posiadał magiczną moc wyczuwania i rozpoznawania każdej żyjącej istoty, dlatego też czarodziej Dyrdymał dostał świeżutką główkę sałaty. Wykrzywił się szeroko w bezzębnym uśmiechu i z błogością wymalowaną na ślimaczych oczkach wciamkał kawałek zielonego liścia. Jego policzki zamieniły się w dwie małe kuleczki, na co wejdźmin zareagował wdzięcznym uśmiechem.

– Gejralcie – zwrócił się do niego Mikołaj. – Dla ciebie też coś mam. Zbliż się.
– Dla mnie?…
– No idź – dodał mu otuchy Mlaskier.
Wejdźmin niepewnie podszedł do Mikołaja. Na jego prośbę wyciągnął zamkniętą dłoń. Kiedy ją otworzył, zobaczył małą, mieniącą się figurkę.
– Co to takiego? – zapytał.
– Mały ptaszek – odparł Mikołaj puszczając mu oczko i zachichotał psotliwie. – Żartowałem – dodał. – No może nie do końca. To jedyny w swoim rodzaju kolorowy ptak z rozpostartymi skrzydłami. Jest inny niż wszystkie i może pofrunąć gdzie tylko zechce. Niesie ze sobą radość, wszędzie tam gdzie się pojawi i trzepnie włosami… SKRZYDŁAMI, znaczy się.
Gejralt przyglądał się figurce z rozchylonymi ustami i mrużąc oczy obracał ją delikatnie zmieniając kąt padania światła na przedmiot, który mienił się we wszystkich kolorach tęczy, i za każdym razem w zupełnie inny, niezwykły sposób.
– Podoba mi się – przyznał.

Święty Mikołaj skinął głową. Spojrzał na zadowolone twarze i rozpromienił się unosząc w górę rumiane policzki. Ogłosił, że na niego już pora. Miał przed sobą jeszcze kawał drogi i miliony prezentów do rozdania. W końcu wszystkie dzieci – te duże i te małe – czekały na niego z niecierpliwością.
– Święty Mikołaju?… – zaczął wejdźmin spoglądając na swój prezent. – Czy mógłbyś w tym roku odwiedzić jeszcze Homo Moher? Tam też jest sporo dzieci.
– Homo Moher…? – zdziwił się Mikołaj. – Nigdy nie słyszałem o takim miejscu.
– Wiem.
Mikołaj spojrzał na wejdźmina, który uśmiechnął się lekko i spuścił wzrok.
– Teraz już wiem, dlaczego we mnie nie wierzyłeś – powiedział. – A więc w drogę! – zahuczał i klaskając w ręce przywołał swoje sanie.

Magiczny rydwan ciągnięty przez dostojne renifery wparował z łomotem otwierając wrota do komnaty balowej i spowił żółtym światłem całe pomieszczenie. Wszystkie tysiąc świec na stole zapłonęło w jednym momencie, w kominku wreszcie pojawił się ogień, a choinka rozbłysnęła magicznym blaskiem. I dobrze się stało, że Fjutest kazał przyciąć dolne gałęzie, bo przerwa ta w zaczarowany sposób wypełniła się górą prezentów. Święty Mikołaj zrobił jeszcze kilka kółek rozniecając wszędzie złocisty pył, a kiedy w końcu udało mu się skierować renifery w stronę wyjścia, roześmiał się, pomachał i strzelił lejcami.
– Wiecie co robić!… – zawołał jeszcze i pognał swój orszak.

Zapadła cisza, chociaż wydawać by się mogło, że wszystko w koło wydaje z siebie delikatny dźwięk obijających się o siebie mieniących się magicznych drobinek. Mlaskier wpatrywał się w to wszystko jak zaklęty z szeroko otwartymi oczami i ustami. Zabrakło mu tchu, żeby wydać z siebie jakiekolwiek „o”. Zołman wyprostował się, oparł ręce na biodrach i spojrzał na Gejralta. Ten podrapał się po karku.
– Tyle jedzenia! – zawołał nagle rozkładając ręce. – Przecież to się nie może zmarnować. Mlaskier, sprawdź czy przy każdym krześle są talerze. Za chwilę będziemy mieć tu dużo gości! Masz Zołmanie – wejdźmin podał flakonik krasnoludowi. – Wpij jeszcze jeden eliksir „Ach, Koza” i przebiegnij się po mieście.
Wejdźmin wyglądał na niezwykle zadowolonego.
– Ten jeden raz mogę to zrobić. I to z przyjemnością – krasnolud wyciągnął korek i spojrzał na buteleczkę. – Tylko się upewnię, że to na pewno to.
Gejralt przewrócił oczami…

Opowieść Wyrżnijmijna ~ Część I

Specjalny dzyndzelek zahaczył o zębatkę i uruchomił system mechanizmów, który, pociągając za łańcuch zdzielił Zołmana po głowie deską. To był siódmy raz tego wieczoru.
– Nie no, ja cię po prostu zabiję – powiedział krasnolud i podniósł leżący w kącie topór.
Rzucił nim w czarodzieja, który przyglądał się zbudowanej przez siebie aparaturze. W locie broń złapał wejdźmin i użył jej by odkroić czarne końcówki trzymanego w ręku banana.
– Nie kłócić się, robaczki – powiedział. – Dyrdymale, twój Chudopał chyba nie działa tak jak należy.
– Duchołap, kurwa – stęknął Dyrdymał osłaniając się magiczną tarczą przed cegłą, która poszybowała w jego stronę. – Jakby krasnolud się nie ruszał, tak jak mówiłem, tylko spokojnie trzymał rusztowanie, dopóki klej nie wyschnie, to byśmy już dawno skończyli.

Maszyna zajmowała większość miejsca w ciemnej piwnicy jednej z Wyrżnijmijskich kamienic. Jej centralny punkt stanowiła szklana bania wielkości dorosłego człowieka, którą, dla lepszego efektu opatrzono napisem “bardzo niebsbxlsf”. Dyrdymał nie był mistrzem ortografii. Czarodziej wskazał ją palcem, kiedy już upewnił się, że Zołman nie ma pod ręką żadnych więcej nadających się do rzucania przedmiotów.
– Teraz powinno działać – powiedział. – Tylko trzeba wyjąć stamtąd jego. Wewnątrz bani ze smutną miną stał bezradnie Mlaskier.
– Wejdę go pocieszyć – powiedział Wejdźmin.
– NIE! – krzyknęli jednocześnie Zołman i Dyrdymał, którzy natychmiast zauważyli, że przezroczysty pojemnik pozwalałby dokładnie widzieć, co dzieje się w środku.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Jak chcecie. Niech ktoś pociągnie za sznurek otwierania. Może sam wyjdzie.
– Dobra! – powiedział stojący jakby nigdy nic przy panelu obsługi Mlaskier i pociągnął za sznurek.

Bania podniosła się, ale ponieważ nikogo już tam nie było, nie przyniosło to żadnych pożytecznych konsekwencji. Po chwili powoli opadła na swoje miejsce.
– Właśnie mi się przypomniało – stwierdził czarodziej – dlaczego najczęściej wam nie pomagam. Spadam stąd, i to już!
Wykonał kilka skomplikowanych ruchów rękami. Było to zaklęcie zmieniające go w sokoła wędrownego – najszybszego ptaka świata. W międzyczasie jednak Zołman lekko trącił go ręką, i po głośnym “puf” na podłodze, w miejscu, gdzie przed chwilą stał mag, pojawił się ślimak. Zwierzątko zlustrowało się umieszczonymi na czułkach oczami, spojrzało z wyrzutem na krasnoluda i zaczęło przemieszczać się w stronę schodów prowadzących do wyjścia.
– He, he, he – zarechotał Zołman. – Uważaj na rogu Alei Wichru i Ulicy Błyskawicznej, podobno straż pałacowa łapie tam dyliżansy za nadmierną prędkość!
Ślimak był już o 2 milimetry dalej niż wcześniej.

***

Gwiazdkowy Duch Minionych Świąt był bardzo stary. W tym roku skończył rok. Duchy jednak nie starzeją się w taki sam sposób, jak ludzie. Właściwie wcale się nie starzeją. Ich wygląd, wbrew obiegowej opinii, nie zależy jednak od tego, jak wyglądały w chwili śmierci; w przeciwnym wypadku wyrżnijmnijski Dom Publiczny Pani Flut dla Emerytów i Rencistów (Sp. Z. O. O.) byłby źródłem dużej ilości szeroko uśmiechniętych zjaw. Co jasno stwierdza Wejdźmiński Bestiariusz z Misiem na Okładce, Duchy wyglądają po prostu tak jak powinny. Ten konkretny powinien wyglądać jak ubrany w szlafmycę i białą togę, przygarbiony starzec.

Duch Minionych Świąt siedział na fotelu w swoim niewidzialnym domku, w niewidzialnym królestwie duchów i palił niewidzialną fajkę.
– Gówno – stwierdził spoglądając w stronę niewidzialnej rury odpływowej swojej niewidzialnej toalety, w której błąd inżynieryjny sprawiał, że zalegająca w niej zawartość była akurat całkowicie widzialna.

Duch nie lubił świąt. Nie lubił ich, ponieważ w zasadzie niczego nie lubił. Więc świąt też. Raz stwierdził, że jest coś, co lubi. Narzekać. Ale po krótkiej chwili ta myśl mu zbrzydła. Spojrzał niechętnie na niewidzialny, duchowy dzwonek, który, jak co roku, czyli jeszcze nigdy, pojawił się na niewidzialnym stoliku stojącym w kącie chatki. Zadaniem tego dzwonka było powiadamianie Ducha o tym, że jest potrzebny. To był jego cel: przekonać jakąś gburowatą personę, że święta to radosny czas, który powinien upływać na czynieniu dobra i brataniu się z ludźmi.

Wcześniej liczył na wsparcie: po sąsiedzku stały chatki przeznaczone dla Duchów Teraźniejszych i Przyszłych świąt. Tego pierwszego jednak nikt nie potrzebował, bowiem przedstawianie ludziom tego, co dzieje się przed ich oczami właśnie teraz nie miało wiele sensu, a drugi przełożył swoje zadanie na nieokreśloną przyszłość i poszedł się upić popularnym w tamtych okolicach Spirytualitusem Strong Długo Ważonym. Więc Duch Minionych Świąt siać radość na świecie miał sam.

Niezależnie od chęci, jedynym celem istnienia wszystkich duchów jest wypełnianie powierzonego im zdania, Duch wciągnął więc smarki głębiej do nosa, połknął je, i czekał.

***

Do, zdaniem niektórych, zbyt dużych, uszu króla Fjutesta docierały ostatnio legendy o tym, że u wyjątkowo negatywnie nastawionych, majętnych gburów w okresie świąt dzieją się niewytłumaczalne zjawiska. Ludzie się zmieniali, podobno pod wpływem magicznych zjaw, które coś tam im pokazywały. Fjutest, zdaniem niektórych (zwłaszcza tych, którzy wcześniej mówili o dużych uszach, a do których wkrótce potem zawitała pałacowa straż) był idealny, i nie życzył sobie, aby ktoś go zmieniał.

Oczywiście były rzeczy, które król lubił, jak mu się pokazywało; wśród nich próżno jednak szukać świątecznych bombek. A jeśli już ktoś by ich szukał, to stanowczo nie byłyby świąteczne. Wolał więc dmuchać na zimne. Prawie zamarzł i nabawił się zapalenia płuc, zanim ktoś mu wytłumaczył, że to powiedzenie to tylko przenośnia. Posłał więc po profesjonalistę, który z pomocą jakiegoś mądrego czarodzieja miał upewnić się, że jego różowy zamek (Fjutest wolał określenie Pałac, przy czym, jak zwykł mawiać “c” było nieme) nie padnie ofiarą niezapowiedzianej wizyty nieznanego gościa.

***

– Wszystko jest – powiedział Gejralt. – Smutne i mroczne pomieszczenie, pułapka, święta… Jeszcze tylko trochę, i będziemy mogli wykonać zadanie i spokojnie iść ubierać choinkę. Choinkę… – zamyślił się na chwilę – Właśnie stwierdziłem, że U jest fajniejsze, niż O. A teraz Zołmanie…
– Nie – odparł szybko krasnolud.
– O, bawimy się w powtarzanie końcówek – ucieszył się Mlaskier.
– Zołmanku, to nie jest czas na przedrzeźnianie.
– Nie – powtórzył krasnolud.
– Hihihi – Mlaskier zaklaskał w dłonie. – Ja też, ja też. Nie.
– Będzie nam potrzebny najważniejszy rekwizyt, który sprawi, że zwabi się tu zjawa. Czyli ktoś, kto jest gburowaty i nie lubi świąt. Naturalnie nie może tu być mowy o mnie.
– Nie – Mlaskier zaklaskał.
– Ale wydaje mi się, chociaż w głębi duszy jesteś zupełnie inny, ty najlepiej odegrasz taką rolę.
– Ę.
– Gejralt, wiesz jak to się kończy, jak mnie wystawiasz na jakiekolwiek potencjalne niebezpieczeństwo, to ono natychmiast przestaje być potencjalne.
– Ależ Zołmanku. Tym razem jedyne, co może ci się stać, to, że zostanie ci ukazane, dlaczego święta są fajne.
– A są?
– Ą.
– Już i tak nie masz wyjścia – puścił do niego oczko Gejralt. – Gdyż jak tak się w ciebie wpatruję, to jednocześnie hipnotyzuję cię znakiem.
– M – powiedział Mlaskier, ale najwidoczniej znudziła mu się zabawa, ponieważ umilkł i zaczął dłubać w nosie patykiem.
– Ha, ha, ha – zadudnił Zołman. – Otóż mój drogi Gejralcie, spodziewałem się tego, i przed chwilą wypiłem eliksir Anty-hipnoza. Był w twojej torbie. Możesz mi naskoczyć.
– Bardzo chętnie. Ale nie ma takiego eliksiru.
– Co?
Zołmanowi życie stanęło przed oczami. Zrezygnowany wyjął z kieszeni butelkę i wręczył Gejraltowi. Ten przeczytał nieco zdartą już etykietkę. “Anty … hip… oza”
– To jest eliksir Antylo-Hipopoto-Koza – stwierdził. – W skrócie eliksir „Ach, Koza”. Sprawia, że przez dwie godziny wydaje ci się, że jedziesz po urwisku na rozpędzonej kozie, która myśli, że jest antylopą. I że goni was hipopotam. Ale skoncentruj się, Zołmanku. Po prostu skłam, że nie lubisz świąt ani swoich przyjaciół.
– Ech, dobra – powiedział Zołman. – Nie wiem jak się zdobędę na takie kłamstwo. Ale jak nie dasz mi antidotum zanim to zacznie działać, to sam się mniej więcej tak zaraz poczujesz.

***

Nadzieja, że dzwonek nie zadzwoni prysnęła razem z chęcią kichnięcia, którą ten przerwał Duchowi. Wygrywał melodyjkę w rytm słynnej ballady Miszcza Mlaskra “Idę równo, wdepnę w błoto (tytuł roboczy)” w wyjątkowo upierdliwy, zdaniem Ducha, sposób, bowiem był to dzwonek polifoniczny. Duch wiedział, że muzyczka nie ustanie, dopóki nie wykona swojego zadania, podniósł się więc, zaklął pod nosem i udał się w stronę portalu do krainy śmiertelników. Czyli zszedł po schodach.

***

– Jak ja nie luuubięęę świąąt – jęczał teatralnie Zołman. Siedział na fotelu podpierając głowę ręką i przewracał oczami. – Jestem zgnuśniaały, smuutnyy i śmieerdzęę…
Gejralt kiwał głową z aprobatą. Mlaskier się nudził, więc dla zabawy przestawił wciąż zmierzającego w stronę drzwi Dyrdymało-ślimaka w to samo miejsce, z którego wyruszył.

Nagle przygasły światła.

Zołman zerwał się z fotela i wskoczył za niego, przygotowując topór. Wejdźmin przyglądał się ciekawie szklanej bani. W środku pojawił się święcący na niebiesko dym, a kiedy opadł, ich oczom ukazała się półprzezroczysta postać przygarbionego starca.
Duch rozejrzał się spod krzaczastych brwi.
– Co.. Kurwa.. – wybąkał pod nosem. – Ekhm… JESTEM DUCHEM MINIOONYCH ŚWIĄĄĄT. POKAŻĘĘ CI TWOJĄ… Nie no, co tu się od… Kim wy jesteście? Przyszedłem do jakiegoś.. Ee.. – Duch podrapał się po głowie. – Załamana.
– Jest za fotelem – powiedział Mlaskier.
Zza fotela dobiegł odgłos, jakby ktoś pacnął się w czoło.
– Panie duchu – zwrócił się do zjawy Gejralt. – Złapaliśmy pana w Chudopał. W zasadzie mieliśmy pana przekonać, że nie można tak nachodzić ludzi. Ale pan się jakiś taki smutny wydaje. Wypuszczę pana, i porozmawiamy o tym, co pana trapi, tak?
– Sam se wyjdę. Jestem duchem – burknął duch, przechodząc przez szklaną ścianę Duchołapu.

Rozdział XIII – „Okres burz”, Część II (ostatnia)

***
Fjutest był niepocieszony.

Co prawda jego piwną karykaturę zastąpiła wyrżnięta w podłodze dziura, a kawałek deski z podobizną króla został spalony na popiół, który Fjutest wdeptał w ziemię w całkowitym amoku, a czterech chłopów odbywało tymczasową karę tańcząc od pięciu godzin pod jego nowo zawieszonym portretem w różowej ramie, to król wciąż czuł pewnego rodzaju niedosyt. Nawet zabicie stadka dziwnych stworzeń i oddanie ich twardych skór do zbrojmistrza, który od razu zabrał się za wykonywanie rękojeści do mieczy, tylko na chwilę poprawiło mu humor.
Król wciąż czuł się niezaspokojony i nie mógł tego znieść. Wrócił na miejsce piwnej zbrodni, stanął na środku w rozkroku i – swoim zwyczajem – oparł ręce na biodrach wysuwając miednicę. Rozejrzał się i pokręcił nosem.

– To za mało – rzekł. – Żądam natychmiastowej zemsty za to upokorzenie, co je dziś przeżyłem! – wygłosił.
Barman schował się pod ladą, zwracając jego uwagę.
– Ty! – warknął na niego Fjutest. – Do mnie! Kto rozlał to piwo?!
Karczmarz potulnie zbliżył się do króla.
– Nie wiem, panie – odpowiedział, patrząc w podłogę.
Fjutest zawołał straż. Dwóch strażników w lśniących od cekinów zbrojach zaczęło łaskotać barmana.
– Gadaj, bo zawołam trzeciego! – groził król. Każdy jego ruch owocował deszczem brokatu. Karczmarz nie wytrzymał. Fjutest uniósł rękę i zadarł nos.
– Przysięgam panie, że nie wiem kto rozlał to piwo – zaczął karczmarz wciąż chichocząc. – Miałem tu wczoraj spory ruch. Był nawet jeden wejdźmin z jakimś bardzo sceptycznym nieludziem. Natomiast nie dalej jak trzy dni temu napotkała mnie przedziwna sytuacja.
– Jaka.
– To było tak. Poranek jak co dzień, nic szczególnego. Jak zwykle stałem sobie za barem i obsługiwałem gości. Spodziewałem się rekordowego utargu pod wieczór. Pewnie bym go wyrobił, gdyby nie oni.
– Kto! – niecierpliwił się Fjutest.
– Już mówię, panie. Około północy znikąd wyrosło przede mną czterech rycerzy. Przyłbice mieli pozamykane i w ogóle się nie poruszali. Zadawali mi dziwne pytania odnośnie naszego pięknego miasta, które najjaśniejszy pan dla nas stworzył, i niestety króla wyśmiali.
– Nie! – Fjutest tupnął nogą.
– To nie wszystko – kontynuował karczmarz. – Kiedy zmęczyli się śmianiem, powiedzieli, że szukają trójki zbiegów, którzy podobno wzięli w niewolę jednego z nich i, cytuję, zjedli łamiąc tym samym święty kodeks ich księstwa. Nie umiałem im pomóc, więc orzekli, że mam im dać najsmaczniejszy alkohol jaki posiadam, inaczej wezmą mnie w niewolę i skażą na natychmiastowe stracenie poprzez łamanie kręgosłupa kołem. Przyznaję panie, że nie powinienem, ale dałem im beczkę przeterminowanego cydru, mówiąc, że to drogie wino z winnic pod Bobekłem. Kazali mi polewać sobie nim głowy, co też uczyniłem. Strasznie przy tym bulgotali. Potem jeden z nich padł jak martwy. Pozostała trójka wydała z siebie okrzyk przerażenia i nawet nie wiem, kiedy zniknęła. Wszyscy klienci wybiegli z lokalu i tyle miałem, o, z mojego utargu. Zdumiewające jednak było me odkrycie, kiedy próbowałem uprzątnąć bałagan i ocucić rycerza, który wciąż nieruchomo leżał na podłodze. Ku memu zdziwieniu, zbroja była całkowicie pusta, a w odłamkach szkła leżała ledwo zipiąca ryba, która przemówiła do mnie tymi oto słowami: „Morderca, cydr, śmierć”, a potem wyzionęła ducha.
– Najjaśniejszy Panie – jeden ze strażników zwrócił się do drapiącego się po głowie Fjutesta. – To mogli być rycerze królestwa O’koń.
Fjutest zmarszczył brwi.
– Cała straż do mnie! – wrzasnął. – Natychmiast! W sensie teraz, rozkazuje, że jedziemy ich wytropić i spuścić im lanie wszechczasów!… Co to są rycerze królestwa okoń? – dopytał szeptem.

***

– Mlaskier, teraz! Głaskaj go! – krzyknął wejdźmin. – Nie bój się, jestem za tobą.
Gejralt objął go mocno. Mlaskier zamknął jedno oko i krzywiąc się wyciągnął rękę przed siebie. Dyrdymał pokręcił głową. Dżemmefer złapała się za serce i spojrzała na Gejralta wzdychając. Zołman zwykł odwracać głowę, kiedy Gejralt stał za Mlaskrem. Romek telepał się w kącie, a Ruch Anna i Mundo na chwilę przestali się kłócić. Niedowierz uniósł brew.
Ryczywół ucichł na chwilę. Przystawił wielkie nozdrze do otworu w ziemi i delikatnie nim poruszając, zaczął węszyć. Kiedy trafił na znajomy zapach poety, wielkie nozdrze znieruchomiało. Gejralt bardzo powoli wykonał krok w przód. Otwarta dłoń Mlaskra dotknęła potwora. Bestia wypuściła powietrze z płuc, jak gdyby chciała odetchnąć. Nagle uniosła się na tylnych łapach i zaryczała z bólu. Kolejne kawałki sufitu posypały się, poszerzając otwór.

– Co się dzieje!? – wrzasnęła Dżemmefer. – Dlaczego nie podziałało!?
Dźwięk dudniących kopyt ryczywoła oddalał się od nich. Wejdźmin wyjrzał na zewnątrz. Konny oddział Fjutesta, z nim samym na czele, biegł wprost na potwora, strzelając do niego z kusz. To samo robił rycerzom królestwa O’koń – tyle, że ci się nie poruszali.

– Nie podziałało – zaczął Dyrdymał – bo Gejralt dwa miesiące temu zbagatelizował moje ostrzeżenie i wylał piwo! Debile! Nic nie zrozumieliście! Gdybyś go nie wylał, panie „wszystko-wiem-najlepiej”, nie byłoby paskudnej podobizny Fjutesta, ten nie wyruszyłby na polowanie i nie zabił całej rodziny ryczywoła! – grzmiał czarodziej. – Teraz ryczywół mści się na ludziach, rycerze księstwa O’koń chcą nas zabić, a my siedzimy w lochu i już nic nie da się zrobić!
Wejdźmin wrócił do środka i opadł na zwalony blok kamienny. W oddali słyszał odgłosy bitwy i szalejący ryk potwora. Wszyscy to słyszeli. Na najbardziej przerażonych wyglądały ryby w kulistych akwariach, które ze strachu nie mogły jeść pokarmu, mimo usilnych prób Mlaskra. Wejdźmin powiódł wzrokiem po przyjaciołach. Milczeli, wpatrując się w niego.
– Sam rozlałem to piwo, to sam muszę je wypić – rzekł w końcu.

W pomieszczeniu rozległo się ciche „pssst…”. Gejralt wychylił na raz butelkę wyrżnijmijskiego jasnego podwójnie chmielonego i spojrzał na niedowierza wciągając policzki.
– Wcale nie wypiłem tego piwa – oświadczył, bekając.
Niedowierz spojrzał z zaciekawieniem.
– Tylko udawałem – ciągnął wejdźmin.
Niedowierz zerknął na butelkę i przechylił głowę z niedowierzaniem.
– Wiem, że jest pusta, ale to nie dlatego, że wypiłem zawartość. Tam od początku nic nie było. Kupiłem puste piwo – kontynuował Gejralt patrząc na zdziwionego potworka. Ten cały czas słuchał, niedowierzając własnym uszom.
– Nooo nie wiem – zasiał wątpliwość i zamienił się w wiaderko.

Wszystko ucichło.

Gejralt podskoczył unosząc ręce w górę i z radosnym okrzykiem wrzucił butelkę do wiaderka. Udało mu się kupić trochę czasu. Wytłumaczył towarzyszom, jak to działa – póki niedowierz był zaczarowany, całe pomieszczenie znajdowało się w innej rzeczywistości. Najwięcej pytań miał Romek, który – jak uznał wejdźmin nazywając go niegrzecznym chłopcem – musiał opuścić kilka wykładów z potworologii. Już miał się zabrać za wyznaczenie mu kary, ale przeszkodził mu w tym Zołman.
Krasnolud spędził kilka kolejnych minut tłumacząc Gejraltowi, że nie powstrzymał go dlatego, iż jest zazdrosny. Wejdźmin mu nie uwierzył. Dyrdymał gapił się w jeden punkt, którym był Mlaskier rysujący na ścianie jabłuszka. Mundo w dalszym ciągu nie rozumiał, co się stało. Ruch Anna próbowała go kopnąć, a potem ugryźć, ale kajdany skutecznie jej w tym przeszkadzały.
– Niedowierz być wiaderko – rzekł Murzyn.

Czar prysł.

***

Dziewczynka układała tulipany na zniszczonej, kamiennej płycie z zanikającymi napisami. Robiła to tak, jak lubiła mama. Wyższe kwiaty w środku, mniejsze na zewnątrz. Miała ich dzisiaj wyjątkowo dużo. Wyjęła zapałki i zapaliła świeczkę. Czasami znajdowała jeszcze takie, które dało się zapalić, chociaż na chwilę. Usiadła na kawałku drewnianej belki i zamknęła oczy. Poczuła się senna. Świat pod jej powiekami był dużo ładniejszy niż ten, który znała na co dzień.
Ziemia zadudniła. Wazon przewrócił się i rozbił, wyrywając ją z sennych marzeń. Dziewczynka stanęła na równe nogi. Spojrzała na wodę rozlewającą się po kamiennym wieku, które pod jej wpływem zaczęło ciemnieć. Na horyzoncie ujrzała wijące się tumany piachu. Po chwili do jej uszu dotarł przeraźliwy, znajomy ryk, a na wzgórzu za miastem oślepiający kulisty blask zakuł ją w oczy.

***

Ogromna magiczna sfera zmaterializowała się tuż nad ziemią. Jako pierwszy ukazał się Czarodziej Michał, a zaraz po nim grupa wejdźminów z Homo Moher.
– No, to esteśmy, chłopsy… – zaczął Wazelin, chwiejąc się na nogach. – Pszeciesz mówieem, sze zafsze moszna na nas… liszyć…
Kilku wejdźminom stojącym za nim odbiło się, a jeden zwymiotował. Ktoś w tle się przewrócił.
– To so ma.. my robiś?… – ciągnął Wazelin. – O fmorrrde… – dodał, kiedy spostrzegł ryczywoła. – A to szeszywiście tro-che… pszejebane. Sze tak pofiem. O. Romek. Zaapaeś te ryby?
Romek, Gejralt, Mlaskier, Zołman, Dżemmefer i Dyrdymał wyszli z podziemi. Dołączył do nich Fjutest, który uciekł z pola bitwy.
– Miasto! – wyjęczał idąc na kolanach. – Miasto! Ratujcie moje miasto!…
Ryczywół szalał w dolinie rozrzucając na boki wycofujących się żołnierzy. Zbliżał się do Wyrżnijmy.
– Bo myś… my se siedzieli nad tą rzeką, o tam, potem była ma-a kąpiel, co nie chłopsy…? – Wazelin mrugnął okiem. – A jak żeśmy wyszli z tej wody, tam o, to nooormalnie… zaczeo nam się kręsić w głofach jakby… nie pamiętam so by-o dalej.
Czarodziej Michał wzruszył ramionami.
– Kazaliście ich sprowadzić, to są – rzekł, wskazując na wejdźminów. – I twój koń, Gejralt.
Wejdźmin pochylił się i zajrzał zwierzęciu między nogi.
– To nie jest mój koń – oświadczył i odszedł.
– Cicho! – wtrącił Dyrdymał, po raz pierwszy w swoim życiu zrzucając swój półtora metrowy kapelusz z głowy przy innych. – Teraz jest nas trzech czarodziejów, jeden zupełnie nieprzydatny krasnolud, poeta, który napisze o was balladę jak wszyscy zaraz polegniecie, szesnastu zalanych w trupa wejdźminów i jeden po piwie. I Fjutest. Musimy mieć plan!
– A gdzie jest Gejralt? – spytał Mlaskier.

Wejdźmin siedział na krańcu wzgórza i patrzył w dal. Nie odzywał się. Do jego zmysłów dochodziły złowrogie bodźce. Medalion z serduszkiem drżał coraz mocniej. Ogarniające go uczucie niepokoju nie dawało mu spokoju. Czuł coś ważnego, ale nie umiał tego nazwać. Wyostrzył wszystkie zmysły. Odfiltrował głosy towarzyszy, zamęt walki, szum traw, oślepiający blask zachodzącego słońca, zapach powietrza i wszystko inne, co niepotrzebnie rozmydlało jego uwagę, aż pozostała tylko czysta, niczym niezmącona teraźniejszość. I wtedy ją ujrzał.
– Porzeczka… – wyszeptał.

Bestia zionęła ogniem odganiając się od raniących ją ludzi. Ciężkimi krokami kierowała się w stronę wyrżnijmijskiego cmentarza. Z kopyt wyrosły jej pazury, a jej ciało zaczęło pokrywać się czarnymi kolcami. Gejralt wiedział co się święci. Potwór był już zbyt wypełniony złymi emocjami, aby dotyk kogoś niewinnego mógł go uspokoić. Stężenie złych emocji sięgało zenitu. Ryczywół musiał pożreć Porzeczkę, aby fala spokoju mogła zalać go od środka. I potwór o tym wiedział.
Mlaskier spojrzał na wejdźmina załzawionymi oczami.
– Gejralt… – rzekł Zołman. – Nie możesz poświęcić tego dziecka…
Wejdźmin spojrzał na Mlaskra.
– Wiem… – powiedział cicho.
– To co teraz?
– Nie oddamy mu jej.
Gejralt podniósł się z ziemi i wyprostował się na tle zachodzącego słońca. Widok ze wzgórza był oszałamiający. Dolina tonęła w pomarańczowo różowym blasku, którego promienie mieniły się w przeplatającej pagórki rzece.
– No… gdyby nie te tumany kuszu… frzaski ludzi i ogień, byłoby sałkiem pszyjemnie… – wybełkotał Wazelin, który pojawił się obok Gejralta.
Wejdźmin wyprostował palec i unieruchomił go znakiem.
– Powiedziałem, że jej nie oddamy – powtórzył. – Zaopiekuj się Mlaskrem, dobrze? Powiedz mu, że za każdym razem jak zobaczy spadającą z nieba gwiazdę, to będę ja. Ty też o tym pamiętaj, Zołmanie – wejdźmin uśmiechnął się smutno.
– Gejralt… Co ty… – szepnął krasnolud.
– Michał, na mój znak. Trzymamy się planu – zwrócił się do pozostałych zrzucając z siebie miecze. – No, z jedna małą zmianą… – mruknął. Skinął głową.
Michał oplótł go magiczną wstęgą. Wejdźmin rozświetlił się i powoli stawał się coraz bardziej przeźroczysty, aż w końcu zniknął całkowicie. Do ostatniej chwili patrzył na przyjaciół.

Pojawił się nagle w samym środku bitwy spadając z kilku metrów. Wrzaski, huki, kotłujący się pył i świszczące strzały na chwilę odebrały mu panowanie nad sytuacją. Wejdźmin zaklął, a konkretnie wypowiedział słowa: nosz Jezus Maria. Upadł. Cudem uniknął stratowania przez przepełnionych strachem żołnierzy i panikujących mieszkańców Wyrżnijmy, uciekających z miasta. Wymanewrował wśród nich i stanął na nogi. Próbował zwrócić uwagę potwora.
Odbiegł od bestii, by ta mogła go zauważyć. Krzyczał i rzucał w nią czym popadnie. Wiedział, że nie powinien. Jego medalion rozgrzał się do czerwoności. Gejralt chwycił go, i choć ten rozżarzony był niczym węgiel, jemu nie sprawiał żadnego bólu. Wejdźmin zacisnął go w dłoni, po czym cisnął nim w powietrze. Mieniący się medalion pofrunął wysoko i dotknął celu. Potwór ryknął i zamotał się jak szalony. Był rozjuszony, silny i porażająco wielki. Ale miał jedną wadę.
Był wolny.
– Co on robi?! Odbiło mu? – zmartwiła się Dżemmefer.
– Freszcie srosumiał… – Wazelin uronił łezkę. – Widziaeem to fjego oczach…
– Co? – spytał Zołman, tuląc Mlaskra, który tulił Fjutesta.
– Snam… tego… chopaka… od maeego. Ot takieo bszdąca, o, takiego, o. Zafsze szukał kompromisóf. I fszystko, fszystko robił na opak. Teras… freszcie srosumiał.
– Co zrozumiał?! – wrzasnął krasnolud.
– Że czasami, to fszystko, tszeba poświęcić…
– Gejralt! – Dżemmefer zerwała się, ale Wazelin chwycił ją mocno.
– Jusz sa póśno… – rzekł.

Potwór spostrzegł w nim wejdźmina. Zaczął ociężale odwracać swe cielsko w jego stronę. Gejralt otworzył usta i opuścił ręce, a drżąca od ruchów bestii ziemia niemal zwaliła go z nóg. Ogrom ociekającego śliną monstrum sparaliżował go. Bydle opadło sapiąc i trzepnęło łbem ukazując poczerniałe kły. Wejdźmin odzyskał przytomność umysłu, kiedy koński łeb szturchnął go w plecy. Bez zastanowienia wskoczył mu na grzbiet i pognał go w stronę rzeki. Pupka dawała z siebie wszystko galopując coraz szybciej. Bestia, widząc oddalającego się wroga, ruszyła z kopyta, zakopując się w ziemi. Runęła. To dało mu chwilę czasu, by się od niej oddalić. Wiedział, że jeżeli dostatecznie rozpędzi potwora, szanse wzrosną.

Woda w rzece zaczęła się spiętrzać. Czarodzieje na znak Michała połączyli swoje zaklęcia i unieśli taflę rzeki niemalże do pionu. Ryczywół pędził tnąc grunt pazurami. Zbliżał się nieubłaganie. Nagle odbił się od ziemi i wzbił się w powietrze. Niebieski płomień pokrył jego czarną skórę. Rozpalił się, szybując. Otworzył paszczę z przerażającym rykiem.
Leciał wprost na niego.
– Trzymaj się Pupka – wyszeptał wejdźmin, czując na skórze wilgoć piętrzącej się rzeki i żar płonącego potwora.
Pociągnął lejce do siebie z całej siły. Koń zarżał, ślizgając się; kopytami rył ziemię, wzburzając tumany gęstego pyłu. Ryczywół przeleciał nad wejdźminem z wciąż rozwartym pyskiem. Ryknął z przeszywającym skórę dreszczem i zderzył się ze ścianą wody z nieludzką siłą. Jego tląca się skóra buchnęła żywym ogniem, doprowadzając do zapłonu resztę wody. Ognista rzeka rozprysnęła się na wszystkie strony wzmacniając przeraźliwy huk, który odbił się echem po całej okolicy.

Czas jakby na chwilę zatrzymał się.

Gejralt ocknął się leżąc na brzuchu. Poczuł palące krople na plecach. Wsparł się na rękach i obejrzał za siebie. Zobaczył opadające strugi płonącej wody.
– Dżemmefer… – wyszeptał ostatkiem sił.
Zacisnął oczy i odwrócił głowę napinając wszystkie mięśnie.

Nie miał najmniejszych szans.

Nadpalony medalion Gejralta zdążył już ostygnąć. Mlaskier siedział ze spuszczoną głową i ściskał go mocno. Starał się nie słuchać Zołmana, który przykucnął przed nim i próbował mu wytłumaczyć co się stało, najdelikatniej jak to na krasnoluda możliwe. Słońce już prawie zaszło za horyzont, a w powietrzu dało się wyczuć coś jakby zapach przypalonego jabłecznika. Fjutest zemdlał gdzieś w połowie całego zamieszania, więc wejdźmińscy bracia, którzy zdążyli już wytrzeźwieć, próbowali go ocucić na różne sposoby. Wyjątkiem był Romek, który siedział niedaleko Wazelina i obydwoje patrzyli w ziemię.
Dyrdymał obserwował zdarzenia w dolinie. Ryczywół leżał, nieprzytomny i wielki niczym okręt. Mieszkańcy okolicznych wsi schodzili się wokół niego, a żołnierze, którzy zdołali zachować życie pomagali rannym kompanom stanąć na nogi. Czarodziej mógłby przysiąc, że mała dziewczynka siedzi na grzbiecie potwora i że jeszcze przed chwilą jej tam nie było. Pokiwał głową i przetarł zmęczone oczy. Wszedł na głaz, wyciągnął zwój papieru zapisany tekstem, który przygotował już wcześniej na tę konkretną okazję, odchrząknął i zaczął:
– Za niezliczonych, mężnych żołnierzy miasta Wyrżnijma oraz za dzielnych rycerzy księstwa O’koń, którzy polegli…
– Cicho bądź – fuknął Zołman.
Wazelin westchnął.
– Wszystko robił od tyłu, wszystko… – westchnął ponownie. – Zawsze zaczynał od dupy strony. Nie dało się nad nim w żaden sposób zapanować. Ja mówię salto w przód, a on salto w tył. Ja mówię siadaj z przodu, on siada z tyłu. Nawet konia nauczył się cofać. Ale tym się właśnie wyróżniał wśród innych uczniów. Bo choć na wszystko miał swoje własne pomysły, te zawsze były znakomite. Nikt nigdy nie wiedział, co zamierza.
– Zapuszczam włosy! Na cześć Srebrnego Wilka!… – ogłosił wszem i wobec Romek, na co reszta wejdźminów wszczęła wiwat.
– No no, już. Ani mi się ważcie – pogroził im Wazelin. – Przez siedemnaście lat ganiałem tego nicponia z nożyczkami po całym Homo Moher tłumacząc, że długie włosy będą mu przeszkadzać w walce. I zaledwie raz udało mi się odciąć tylko kawałek jego czupryny. Szybki był skubaniec jak piorun.
– Mi też będzie brakować jego włosów – zachlipał Fjutest. – Miał ładny tyłek. Będę potrzebował nowego wejdźmina – król spojrzał na pochylających się nad nim rekrutów, ale nie spostrzegł nikogo, kto choćby przypominał urodą i aparycją Gejralta. Załamał się.
– A wiecie jaka była jego ulubiona sentencja z kodeksu wejdźmińskiego? – ciągnął Wazelin. – Nie?… Coś tam, coś tam, „…a jeślisz spotkasz na swej drodze niewinną istotę, będziesz jej bronił niczym wilk broniący swych pociech…”
„…i każdy kto drogi ci jest, zanim zaśnie, powinien wiedzieć, że jesteś z nim zawsze.” – dokończył Romek.
– Ciekawy ten wasz kodeks – rozgrzmiał kobiecy głos znikąd, a zaraz potem z portalu wyskoczyła Dżemmefer. – Szczególnie, że z „nim”, a nie z „nią”.
Portal nie zniknął, jak to zazwyczaj bywa. Zanim to zrobił, wypluł z siebie jeszcze jedną, do nikogo nie podobną osobę. Czarna postać jęknęła podnosząc się z ziemi i opatuliła się szczelniej grubym brązowym paltem z niedźwiedziej skóry.
Spod obszernego kaptura wysunął się różowy kosmyk.
– Jejku, jak mi zimno – oznajmił Gejralt podnosząc głowę, albowiem częsta teleportacja znacznie wychładza organizm.
Mlaskier rzucił się na niego, przewracając ich obydwu.

Zmarznięte dłonie wejdźmina ogrzewał przyjemny żar. Ognisko iskrzyło się pośrodku zebranych wokół niego przyjaciół. Mlaskier zawiesił się na szyi Gejralta i ku zdenerwowaniu Dżemmefer, nie chciał do niego dopuścić nikogo innego. Zdarzyło mu się nawet zawarczeć.

– Nie rozumiem – powiedział Dyrdymał. – Według mojego Wróżbixa 2000, to się miało skończyć inaczej. Nie żebym się nie cieszył, że żyjesz, Gejralt.
– Tfój „wróżbiks” najfidoczniej nie pszewidział cfanej natury Gejralta – skwitował Wazelin, który z okazji wytrzeźwienia postanowił się napić.
– Będę musiał oddać ten złom do sklepu. I tak już miałem do pogadania ze Złomanem – burknął Dyrdymał.
– Ach… – jęknęła Dżemmefer podpierając brodę pięściami. – W ostatniej chwili swojego życia wypowiedziałeś moje imię…
Gejralt zerknął na nią wymownie.
– Nikt inny nie zlokalizowałby mnie tak szybko – rzekł, całując Mlaskra w czółko.
Czarodziejka naburmuszyła się.
– Gerjalt…? – powiedział Zołman. – Nigdy nie widziałem, żeby ogień eksplodował po starciu z wodą! Co tam się stało?
– To nie była woda, Zołmanie – Gejralt uśmiechnął się. – To był cydr. Alkohol wzmocnił reakcję. To w tej sprawie Michał kontaktował się z Dyrdymałem przez to coś kilka dni temu.
– Jeszcze żaden alkohol nigdy nie zabił żadnego wejdźmina!… – wygłosił Wazelin, wziął łyk wódki i upadł.
– Zafundowałem ryczywołowi całkowite oczyszczenie – kontynuował Gejralt. – Najpierw trzeba było go rozdrażnić do czerwoności, aby złe emocje wyszły na zewnątrz, dlatego cały pokrył się kolcami, a potem płomieniami. Ogień oczyścił jego skórę ze złych wspomnień, a kiedy się wypalił, co trochę przyśpieszyliśmy, woda zrobiła resztę – Gejralt odwrócił się za siebie. – Koxenfurdzkie Zoo powinno być zadowolone. Cydr załatwił też sprawę rycerzy księstwa O’koń, ponieważ ten jest dla nich silnie trujący. Karczmarz z Wyprutego Flaka opowiedział mi o ich wizycie, zaledwie trzy dni przed naszą.
– Dobre rybki – powiedział Mlaskier, biorąc gryza.
– No a co z Porzeczką? – dopytywał krasnolud.
– Niedługo po tym, jak Dżemmefer teleportowała mnie nawet nie powiem gdzie, przenieśliśmy się na cmentarz, by ją zabrać.

Mała kropeczka w zielonkawej sukience siedziała na grzbiecie ryczywoła i głaskała go wytrwale. Potwór, który już na potwora nie wyglądał, napełniał się jej niewinnością, a że od momentu oczyszczenia nie zaznał niczego innego, był wyjątkowo potulny. Wydawał się też mniejszy o dobre trzy czwarte. Dziewczynka wraz z obstawą kilkuset przerażonych strażników i dobrze poinstruowanego Fjutesta (który obiecał tego nie spartolić), prowadziła go do zoo, gdzie już nigdy nie zaznał niepokoju.

– Ale zaraz – krasnolud zamyślił się. – Dżemmefer, uratowałaś Gejralta? A to ty przypadkiem nie chciałaś go zabić?…
– Ja? Gejralta? Chyba sobie żarty stroisz, ja go kocham – czarodziejka założyła ręce na piersi.
– A biblijny potop?…
– Jestem tydzień po.
– Co…? – pisnął krasnolud.
– A co z Pupką? – przerwał wejdźmin.
– Połamałeś jej wszystkie nogi, ale żyje – odparł Dyrdymał. – Poza tym osiwiała, to już jej chyba nie pomylisz, i jest jakoś dziwnie płochliwa. Męczywór się nią zajął. Michał teleportował się z nią do jego domu. Miejmy nadzieję – dodał.

Zapadła chwilowa cisza. Towarzysze wznieśli kolejny toast i kontynuowali rozmowy. Stukot szkła i śmiechy niosły się w powietrzu.
Zołman od pewnego czasu przyglądał się twarzy wejdźmina, na której malowało się zmęczenie. Zauważył też, że coś go trapi.
– Gejralt? – zapytał. – A co ty tu masz?
– Co? Gdzie?
– No tu, na policzku. Czy to jest szminka?
Wejdźmin zaczął się wycierać.
– To siniak.
– I na szyi? I na brzuchu! Ha ha! Geeejraaalt…! – śmiał się krasnolud. – Siniaki się nie rozmazują!
Dżemmefer puściła mu oczko.
– Oj Zołmanie…

Wejdźmin odkleił od siebie Mlaskra i odszedł na bok szybkim krokiem. Stanął na wzgórzu, w tym samym miejscu co wcześniej i napawał się dużo spokojniejszym widokiem. Ciepłe powietrze unosiło kosmyki jego błyszczących włosów. Spojrzał na okrągły księżyc odbijający się w falującej rzece, sennie rozświetlone miasto i wolno maszerującego ryczywoła, którego sylwetka wciąż malowała się na horyzoncie. Z nieba spadła gwiazda.

– No ale jak było? – dopytał krasnolud, pojawiając się znikąd.
Gejralt drgnął i przygryzł dolną wargę zerkając na Zołmana.
– Chcesz, to mogę ci pokazać jak się powstrzymuje biblijny potop – odparł.
– A idź w… Z tobą się gadać nie da – krasnolud machnął ręką i odszedł. – Ale cieszę się, że jesteś.
– Zołman? – zawołał Gejralt.
Krasnolud odwrócił się.
– Jest takie jedno niepisane prawo – ciągnął wejdźmin – że jeśli czarodziejka uratuje ci życie, to musisz spełnić jedno jej życzenie w zamian.
Krasnolud zastanowił się. Gejralt mówił dalej:
– My też moglibyśmy sobie zrobić takie prawo, że za każdym razem jak pomyślisz, że umarłem, będę mógł cię potem wycałować.
Zołman wypuścił powietrze.
– Spierdalaj – rzekł.
Wejdźmin uśmiechnął się sam do siebie i wyciągnął coś z kieszeni. Podrzucił przedmiot kilka razy i… zrzucił go w dół urwiska. Objął krasnoluda za ramię i dołączył do reszty.
– Oj Zołman, Zołman…

Przedmiot odbił się od kilku półek skalnych i wylądował w trawie. Przeleżał tam czas długi, doświadczając palącego słońca, wiosennego deszczu i zimnej pokrywy śnieżnej. Jego metalowa obudowa zdążyła zajść rdzą, aż stał się całkiem niewidoczny wśród jesiennych liści. Tupot małych, eleganckich bucików i równie mała rączka uniosły go trzy lata później. Drobna dziewczynka odgarnęła ręką opadające na czoło jasne włosy i obróciła przedmiot kilka razy w palcach. Nagle rozszerzyła usta wciągając powietrze.
– Mamo, mamo! – wrzasnęła biegnąc w jej stronę. – Zobacz, zobacz! Wygląda jak twoja szminka!
– Musisz wszystko powtarzać dwa razy? – kobieta zreflektowała się. Spojrzała na przedmiot i westchnęła.
– To nie moja – rzuciła. – To twojego ojca.

Rozdział XI – „Zoł-mama”

PAC! – rozległo się w leśnej głuszy.

– Pieprzone komary – rzekł Zołman pod nosem i zerknął na Mlaskra karmiącego Pupkę trawą. Sam też ją jadł.
Krasnolud machnął ręką i spojrzał w górę. Blask jasnego bezchmurnego nieba i promienie słońca oślepiły go na moment.
– Coś się nie zapowiada na ten potop… – burknął.
Usiadł na zwalonej kłodzie i westchnął.
Pupka zarżała. Z lasu wyłonił się lekko zdyszany wejdźmin.
– Gejralt! No wreszcie! – zawołał krasnolud. – Gdzieś ty był tyle czasu?! – zapytał, a następnie przyjrzał się poplamionym na fioletowo ubraniom wejdźmina. – Tarzałeś się w jagodach, czy co?
– Spełniałem czyjeś marzenie, Zołmanie – odparł Gejralt wyrzucając pusty flakonik po eliksirze „Coś fajnego” i wskoczył na konia całując go w główkę. Poprawił włosy i zdmuchnął kosmyk z czoła. – To co? Jedziemy?

Radosny świergot ptaków i letnia aura sprzyjały podróży. Mlaskier śpiewał w kółko to samo próbując znaleźć właściwy rym do słów „chodźmy na sianko…”, a Zołman nie mógł znieść zadowolonej miny Gejralta, który wciąż pozostawał bardzo tajemniczy w kwestiach dalszych poczynań zapobiegających biblijnemu potopowi. No i było coś jeszcze.

– …zdejmijmy ubranko – dokończył wejdźmin ku radości Mlaskra. – A ty co się tak miotasz, Zołmanie? – zapytał.
Krasnolud wymigał się od odpowiedzi, ale wejdźmin nie dawał za wygraną.
– To moje rodzinne strony – wydusił w końcu Zołman. – Nie chciałem tego mówić, ale miałbym wyrzuty sumienia, gdybym nie odwiedził matki będąc tak blisko.
Wejdźmin zeskoczył z konia i dopadł do niego.
– O rany, Zołmanie! Oczywiście, że możemy zrobić sobie mały przystanek. W końcu przedstawisz mnie rodzicom!
Zołman przeklął w myślach.
– Wiedziałem, że tak będzie – rzekł.

Malownicza mieścina Machuciachu, położona w dolinie pomiędzy dwoma urwiskami o niezbyt lotnych nazwach „Ur” i „Wisko”, tętniła życiem. Naród słynący z żenująco wielkich złoży żelaza oraz wyrobów wojennych najlepszej jakości nie znał odpoczynku.
Gejralt przyglądał się umięśnionym dłoniom krasnoludzkiego kowala, który kuł żelazo, póki gorące. Nieco się rozmarzył.
– Mam – rzekł Zołman przerywając wejdźmińskie fantazje.
– Ojej. To dla mnie, Zołmanie?
– Gejralt, kurwa, dla matki. Przecież nie pójdę z pustymi rękami.

Pani Zołmanowa krzątała się w kuchni, kiedy rozległo się pukanie. Kobieta wytarła ręce w ściereczkę w czerwoną kratę, zaklęła i otworzyła drzwi. Zobaczyła w nich syna, a nad nim dwie dziwne, pochylone postaci, z których jedna machała jej na przywitanie.
– Synuś! – krzyknęła uradowana, lecz wkrótce przeszła do tego, co mamy robią najlepiej. – Na Boga, jakie to chude wszystko! Zołmanie, zaproś koleżanki do stołu!

Kwiaty od Zołmana ustawione na stole zaczęły gubić płatki. W jadalni słychać było tylko chrupanie i stukanie sztućców o ceramiczne miski. Mama, czy też, jak wymyślił Mlaskier – Zołmama, walczyła z czymś w kuchni klnąc wniebogłosy. Gejralt postanowił być rodzinny i nieco ją uspokoić.
– A wie pani, że całkiem niedawno została pani babcią? – zagadał.
– Gejralt, stul pysk, na Boga – uciszył go Zołman.
– Ciekawe jaką ja byłbym matką… – zastanawiał się wejdźmin.
– Ty – zaczął krasnolud – to po pierwsze byłbyś ojcem, a nie matką.
– A no racja.
– A po drugie, masz Mlaskra, to sobie wyobraź.

Mlaskier nie zauważył, że o nim mowa, bowiem był zbyt zajęty prowadzeniem wojny na swoim talerzu pomiędzy ziemniakami a grochem.

Gejralt zamyślił się.
– Nie mógłbym być ojcem Mlaskra – stwierdził.
– A to niby czemu?
Wejdźmin spojrzał zalotnie w kierunku Zołmana gładząc Mlaskra po plecach.
– Bo bym nie mógł…
Zołmama wpadła do jadalni i strzeliła w Gejralta szmatą. Oparła ręce na falujących biodrach.
– Uważa co robi! – wrzasnęła, wprawiając go w drgawki. – No przecie włosy w kartofle pakuje! Kudły długie jak u konia na zadzie. A w ogóle to czemu ty taka siwa jesteś? Jakiejś młodszej se nie mogłeś znaleźć, synu?
– Mamo… – westchnął krasnolud.
– No co, przecie widzę, jak na ciebie patrzy, rozanielona cała. To już ta druga lepsza, chociaż oczy ma normalne, a nie jak u gada jakiegoś. Źrenice jakbym w gały mojego świętej pamięci Mruczka paczała. Ta siwa synku, to jest jakaś podejrzana.
– Mamo, to jest Gejralt. Wejdźmin.
– Wejdźmin? A co ty mi tu taką hołotę do domu sprowadzasz?! Już ja swoje wiem! Niejedną hisoryję ja o was wejdźmakach słyszała!

Matka Zołmana podeszła do okna. Domy w tej części miasteczka były tak ciasno upchane, że kiedy otworzyła okiennice niemalże znalazła się w salonie sąsiadki. Mimo to wrzasnęła:
– Kochana! Chowaj syna! Wejdźmok po ulicach łazi! Jeszcze mu co zrobi!
– Jakub po jagody do lasu poszedł! – odezwał się kobiecy głos z okna na przeciwko.
Zołman ponownie spojrzał na fioletowe plamy i zdjął kawałek rozgniecionej jagody z pleców wejdźmina. Zmarszczył czoło i pokiwał głową.
– Nie moja wina – Gejralt wzruszył ramionami. – Sam chciał. Przysięgam na twoją matkę.
– I cooo? – dopytywała sąsiadkę pani Zołmanowa. – Jeszcze do domu nie doszedł?
– Nie no, doszedł… – wtrącił wejdźmin.
– Gejralt, ty się chociaż raz w życiu zamknij – krasnolud pogroził mu palcem. – I módl się, żeby chłopak nie wrócił póki my tu jesteśmy.
– Ooo… – wejdźmin machnął ręką. – Prędko to on nie wstanie.

Matka Zołmana burknęła coś pod nosem, po czym udała się do kuchni i zaczęła wyzywać wszystko co wpadło jej w oczy. Wróciła do jadalni i chwyciła Gejralta za fraki.
– Wiem, że umiesz ognie jak diaboł puszczać – zaczęła. – Widziałam ja raz wejdźmoka takiego, co całą wieś ręcami spalił! Jak już żeś przylazł, to się chociaż na coś przydaj!
Gejralt posłusznie grzał zupę w kuchni przez piętnaście minut. Powiesił też firany, starł kurze z wyższych półek i wytropił szczura w piwnicy, do którego Mlaskier przyczepił sznureczek i poszedł z nim na spacer.
Wejdźmin pokręcił się tu i tam, a potem znalazł odpowiedni moment i uciekł z domu Zołmana. Razem z Mlaskrem i szczurem zwiedzili miasto, a następnie ulokowali się tuż za nim w oczekiwaniu na krasnoluda.

Na szlaku było spokojnie. Cała trójka maszerowała do celu, którego Zołman wciąż nie znał i bardzo go to denerwowało. Krasnolud był jak zapalnik, który wybucha od najmniejszej iskry. Na co dzień przydałby mu się kubeł zimnej wody, który ugasiłby zapłon. Kubłem tym na pewno nie był wejdźmin.
Zołman westchnął.
– A powiedz mi Gejralt – zaczął spokojnie – bo w zasadzie nigdy nie pytałem. Dlaczego właściwie Dże… – wejdżmin wepchnął krasnoludowi banana do buzi, którego jadł.
– Zołmanie, do jasnej ciasnej! – krzyknął. – Nie wypowiadaj jej imienia, bo nas namierzy!
Krasnolud wypluł banana. Już miał powiedzieć, gdzie mu go wepchnie, jeśli coś takiego kiedykolwiek się powtórzy, ale powstrzymał się, bo po głębszej analizie nie był pewny, czy to na pewno będzie dla niego kara. Uspokoił się po raz kolejny tego dnia.
– Dlaczego ONA się właściwie tak za tobą ugania?
– Bo jestem jej ostatnią nadzieją, Zołmanie.

Gejralt wytłumaczył krasnoludowi, że młode kobiety podczas przemiany w czarodziejkę prawie całkowicie tracą możliwość posiadania potomstwa. Łoże Czarodziejek nie dba o te sprawy, w przeciwieństwie do wejdźmińskich braci.
Podczas przemiany w wejdźmina Gejralt stał się niezwykle płodny.
– W zasadzie – kontynuował Gejralt przeżuwając banana – gdybym był hetero, miałbym już jakieś tysiące dzieci. To dlatego Dżemmefer z uporem lasodymacza próbuje mnie dorwać, kiedy tylko może. Płodność u czarodziejek jest bardzo obniżona i ona wie, że tylko wejdźmin byłby w stanie coś zdziałać, a to i tak nie jest pewne na sto procent.
Mlaskier zaśmiał się.
– Poczekaj, bo nie wiem czy dobrze rozumiem – krasnolud zatrzymał się i chwycił się za głowę. – Możemy wszyscy zginąć w biblijnym potopie, bo TY nie chcesz iść raz, jeden raz, kurwa, do łóżka ze zgrabną czarodziejką?!
– Zołmanie, to nie takie proste jak myślisz. Ta okropna kobieta łazi za mną odkąd pamiętam, a jak już mnie dorwie, to upaja jakimiś śmierdzącymi rzeczami, otumania czarami i wydaje jej się, że może ze mną robić, co chce. Zazwyczaj udaje mi się uciec, ale kolejny raz tego nie wytrzymam.
– No co ty nie powiesz – burknął Zołman przypominając sobie te niezliczone sytuacje, kiedy budził się rano w objęciach Gejralta.

Wejdźmin albowiem miał tylko jedną traumę i tylko jedna rzecz na świecie przerażała go bardziej niż kobieta. Były nią kajdany. W Homo Moher dzieją się różne rzeczy o których nikt nie mówi głośno, ale jeśli oprócz kocich oczu istnieje jeszcze jakiś skutek uboczny przemiany w wejdźmina to jest on taki, że każdy jeden wejdźmin na świecie nie cierpi być krępowany.
– To może z łaski swojej zrobisz jej tę przyjemność i wszyscy będą mieli spokój? – grzmiał krasnolud. – No przecież co ci się stanie?!
– No właśnie nie stanie, Zołmanie.
– Gejralt! Zobacz! – krzyknął Mlaskier.

Na ścieżce stała Dżemmefer.
Zamarli.

Czarodziejka wyszczerzyła zęby i uniosła ręce. Z ziemi wyrosły karłowate konary zamykając całą trójkę w środku. Dżemmefer zaniosła się szaleńczym śmiechem i zemdlała.
Mlaskier, nie zastanawiając się zbytnio, zaczął robić podkop. Gejralt zdołał się przecisnąć przez powykrzywiane gałęzie i bezszelestnie podszedł do czarodziejki.
– Ale jest pijana – stwierdził, kiedy pochylając się nad nią poczuł silną woń alkoholu. – Krasnoludzki absynt, Zołmanie. O, nawet trochę zostało.

Wejdźmin wyprostował się i wziął łyka. Ledwie zdążył połknąć ciecz, poczuł się skołowany. Jaskrawe kolory zawirowały mu w głowie. „Nie, nie, nie, nie, nie…” powtarzał w myślach, próbując wyciągnąć niwelujący skutki zatrucia eliksir z torby, ale jego dłonie sztywniały. Nie zdążył. Ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Bezwładnie runął na ziemię tuż obok niej. Był przytomny, ale nie mógł się poruszyć. Poczuł jak bicie jego serca spowalnia, raz po raz próbując złapać oddech. Zobaczył, jak czarodziejka otwiera jedno oko i ponownie szczerzy zęby. Coś zaczęło dudnić w jego głowie, a potem przeszywający umysł pisk niemal rozsadził mu czaszkę. Jego powieki zsiniały i zaszły łzami. Wejdźmin ujrzał jasne światło, a potem całkowitą ciemność.

Stracił przytomność.

Rozdział IX – „Śliski interes”

– Potańczyłbym – westchnął Gejralt.
Leżał na brzuchu co jakiś czas puszczając wiązkę ognia w stronę akwarium z bulgoczącym rybim strażnikiem, które wziął ze sobą Mlaskier. Cała trójka od kilku godzin czekała na czarodzieja Michała, który na polecenie wejdźmina, poszedł skontaktować się z Dyrdymałem poprzez Hipermegaszybkoskopofon (lub „To Coś” jak zwykł nazywać je Gejralt), toteż całe towarzystwo nieco się rozleniwiło, albowiem wiadomo było, że w przypadku akurat tego czarodzieja, może to zająć dłuższą chwilę.

Zołman spał – pierwszy raz od bardzo dawna zasnął naprawdę mocno i bez strachu, że coś mu się przydarzy. Michał, zanim odszedł, wyczarował mu magiczną bańkę, przez której pole siłowe nawet mucha – a tym bardziej wejdźmin – nie mogła się przedostać.
Mlaskier zbierał patyki, szyszki i inne leśne drobiazgi, potrzebne na ukończenie domku dla rodziny żołędzi, którą stworzył według własnych wzorców – jeden ludzik był mniejszy od innych, drugi miał szyszkę zamiast głowy, a trzeci długie włosy z jasnej trzciny i dwa miecze z patyków.

– Już mi się nie chce podpalać tej ryby – oznajmił nagle wejdźmin, przekręcając się na plecy.
Spojrzał na ciemniejące od chmur niebo, które przybrało szaro-granatowy odcień. Sięgnął do torebki i wyciągnął pierwszą z brzegu buteleczkę. Stwierdził, że eliksir „Śmieszne Wąsy” całkowicie się nadaje.

Ku radości wejdźmina, ochronna bańka Zołmana prysnęła, jednak miało to ścisły związek z powrotem czarodzieja.
– Załatwione – rzekł Michał. – Co ty masz na twarzy? – zapytał spoglądając na Gejralta.
– Nie było cię tak długo, że urosły mi wąsy – zażartował wejdźmin.
Michał nie odpowiedział, ale jego zdaniem wąsy wyglądałyby inaczej.
– Zgodził się? – spytał Gejralt.
– Tak. Miał już nawet jakiś plan. Dziwne – Michał podrapał się po głowie – bo miał go zanim cokolwiek powiedziałem, a powiedziałem niewiele, bo kazał mi być cicho. Ale zgodził się.
Wejdźmin wzruszył ramionami. Chwycił Pupkę za lejce i oddalił się.
– Nie wyruszę dalej z wami – usłyszał za sobą.
– Jak to? – zwrócił się do Michała.
– Skoro ten cały potop to prawda, mam kilka własnych spraw do załatwienia. Ale nasza umowa obowiązuje. W końcu to dzięki wam znów jestem na wolności. Do zobaczenia na miejscu. Bywajcie!
Czarodziej Michał, po dwudziestu czterech nieudanych próbach otworzenia portalu, pozostawił po sobie stosik różnorodnych przedmiotów i zniknął. Mlaskier włożył je sobie wszystkie w spodnie.
– Już niedaleko – oznajmił wejdźmin i ruszyli w głąb lasu.

Drewniana chatka porośnięta mchem i grzybem, była niemal niezauważalna. Z biegiem lat tak wtopiła się w bujną roślinność wiekowego lasu, że dziś wyglądała bardziej jak same drewniane drzwi prowadzące do wnętrza ziemi.
– Uwaga na pułapki – ostrzegł wejdźmin i poczuł, że coś zapadło się pod jego kolejnym krokiem. Spod gęstej trawy, jak z bicza strzelił, ogromna sieć zwinęła się i ze świstem wystrzeliła w górę, zamykając wszystkich w środku. Łącznie z Pupką.
– O ho ho, kogo widzą me ocęta! – rozległo się nagle. – Wejdźmin Gejłalt, kłasnołud Zołman i misc Młaskieł we własnej niepodłobionej osobie! Cekałem na was.
Spod sterty gałęzi wychyliła się rozczochrana ruda głowa, a potem reszta ciała w ubraniu zrobionym głównie z liści rozmaitych roślin, niekoniecznie zasłaniających całe ciało. Zgarbiona postać szybkim krokiem podeszła do pułapki uwalniając swe ofiary i stanęła przyglądając się im w ciszy. Miętosząc sakiewkę z nasionami zawieszoną na biodrach, nerwowo kręciła stopami. Na nogach nosiła sandały, jak ocenił Gejralt na oko, „z koziej pały”.

Większość druidów, bo o jednym z nich mowa, była bardzo zestresowana. Przesiadujący tylko w otoczeniu roślin zielarze, którzy nie wypuszczali się dalej niż dwadzieścia centymetrów od swojego domu i ogrodu, płochliwsi byli od zajęcy. Z powodu swego strachliwego usposobienia, zachowywali się i mówili bardzo nerwowo, a płoszeni każdym odgłosem stali się w oczach innych wyjątkowymi dziwakami. Byli jednak nieocenieni w kwestiach zielarstwa, a ci mieszkający w Kurvijskim lesie byli szczególnie obdarzeni niezwykłymi zdolnościami i pamięcią. To oni wiedzieli co to jest crataegejus, thymusz vulgaris i jak zrobić piwo z szyszek chmielu. To od nich uczyli się najlepsi znachorzy, medycy, najsławniejsi czarodzieje, a także wejdźmini wszech czasów. To oni potrafili wyrecytować z pamięci całe tysiące składników i przekazywali kolejnym pokoleniom już dawno zapomniane przepisy.
– Ale nie za dałmo! – zasugerował druid ukazując pożółkłe zęby. – Męcywół tes musi scegoś zyć.

Nikt dokładnie nie wiedział jak nazywa się ten konkretny druid, ale po odszyfrowaniu wad jego wymowy, najbardziej prawdopodobną wersją było: Męczywór.
Druid odwrócił się do nich tyłem i założył ręce. Jego dom był tak niski, że klękać nie musiał tylko Zołman. I Męczywór, rzecz jasna, który z natury był zgarbiony. We wnętrzu pachniało ziołami.
– To będzie duzo kostowało – ciągnął druid, klepiąc się po głowie.
– Jak duzo? – wtrącił Zołman. – Znaczy, jak DUŻO? – poprawił się krasnolud.
– Ctełysta kułvijskich kołon.

Gejralt, Mlaskier i Zołman przetrzepali kieszenie. Łącznie uzbierali siedem koron z różnych stron Dilerii, dwa żołędzie, szyszkę (którą wejdźmin natychmiast wyrzucił przez okno a Mlaskier pobiegł po nią równie szybko co z nią wrócił) kamyk i kawałek wyschniętego sera. Grajek dorzucił też konewkę, słoik piasku, guziki i inne pozostawione przez czarodzieja Michała efekty uboczne rzucania zaklęć.
Męczywór spojrzał na przedmioty mrucząc coś do siebie pod nosem.
– Nie, nie – zaskrzeczał. – To się akułat nie psyda.
Mlaskier zachichotał.
– A powiedz: rabarbar – zaczął. – RA-BAR…
– Mlaskier! Bo nam nie da – skarcił go wejdźmin i zwrócił się do druida: – Nie mamy tyle pieniędzy, to może zapłacę inaczej?
– Jak na psykład?
– No skoro już klękam, to może… Masaż?
– Masas? Nie, nie, nie. Znajdzies! – zaczął druid unosząc wskazujący palec, który dotknął sufitu. – Moją zgubę! Z mojego tełałium uciekła młówka. Znajdź ją, a podam ci poządany pses ciebie psepis.
– Co uciekło? – dopytał Zołman.
– Młówka. To była moja ulubiona młówka, taka w pasecki – wytłumaczył druid wskazując na terarium.
Gejralt westchnął.
– Jak mam znaleźć mrówkę w lesie? – zapytał drapiąc się po pośladkach i kichnął opluwając Zołmana.
– Nie wiem! – zdenerwował się Męczywór. – A kto ją wypatsy, jak nie jakiś wejdźmin!
– Wejdźmin, wejdźmin. To jak ją rozpoznam? – zapytał, wycierając krasnoluda różową chusteczką.
– Ja ją łozpoznam. Psynieś mi młówkę, a ja ci powiem, cy to ta.
– Masakra – podsumował Gejralt. – Dawno uciekła?
– Łok temu, tsynastego siełpnia.

Wejdźmin spojrzał na druida z politowaniem. Kichnął. Mlaskier pobiegł na dwór i rzucił się na ziemię. Wrócił z czterema mrówkami. Męczywór przetarł okulary, przyjrzał się pierwszemu stworzeniu bardzo dokładnie i mruknął coś jakby w zamyśle, uderzając się w ucho.
– To nie ta – rzucił. – Ta tes nie. I ta tes nie. A ta to jus na pewno nie.
Mlaskier posmutniał.
– A może być to? – zapytał wyciągając kuliste akwarium z torby.
– Łyba? – zapytał Męczywór niemal wkładając głowę do środka.
Ryba przebudziła się i miała już zacząć wszystkich wyzywać, ale Gejralt widząc zainteresowanie druida, szybko unieruchomił ją znakiem Syrden, a potem Fucksji – żeby się męczyła. Miał jej serdecznie dość, szczególnie po ostatniej nocy, kiedy bulgotała w akwarium do białego świtu.
– A smacna chocias? – zapytał druid.
Wejdźmin przytaknął, a Zołman zaproponował, aby zjeść ją od razu.

Po smacznym posiłku, idealnie doprawionym ziołami przez Męczywora, przyszedł czas na interesy.
– No dobze – powiedział druid. – Tełaz Męcywół poda wejdźminowi tajne składniki pładawnej mikstuły na cydł. Chocias jest to wbłew pławu.
Gejralt znowu kichnął.
– Cy ty mas na coś uculenie, mój chłopce? – spytał zielarz. – Nie wazne. Oto psepis!

Zaszczyt zanotowania przepisu przypadł w roli Mlaskrowi, głównie dlatego, że tylko on miał cokolwiek do pisania. Grajek notował skrzętnie, a po wszystkim zwinął kartkę w kulkę i ją zjadł. Wejdźmin zaczynał podejrzewać, że jego eliksiry mogą mieć zły wpływ na stan umysłowy Mlaskra, albowiem nie mógł pozbyć się wrażenia, że poeta na początku ich znajomości był jakby mądrzejszy. Męczywór zgodził się podać przepis jeszcze raz. Tym razem wejdźmin pilnował, aby kartka nie wylądowała w brzuchu przyjaciela, więc sam ją zjadł. Zgodził się później, że nie przemyślał tego do końca. Zirytowany druid przestrzegł, że przepis podaje po raz ostatni. Gejralt zmarszczył się, przerzucił sobie Mlaskra przez kolano i podciągnął mu koszulkę. Skorzystał również ze wzmocnionego atramentu jagodowego zielarza. Zołman przestał reagować na jakiekolwiek działania wejdźmina odkąd Mlaskier połknął kartkę i wyszedł. Początkowo chciał przeczekać na pryczy, ale druid ostrzegł go, by tego nie robił, ponieważ dzisiaj zdarzyło mu się po raz pierwszy od bardzo dawna „zasłać łózko”. Krasnolud wolał nie sprawdzać, którego słowa chciał użyć druid.

Zadowolony grajek szedł przodem podskakując wesoło co parę metrów. Podążał leśną ścieżką od czasu do czasu próbując spojrzeć na swoje plecy. Zołman również przyglądał się jego plecom.

– Przypomnij mi Gejralt – zaczął krasnolud – bo chyba zapomniałem. Po co nam przepis na CYDR, wytatuowany na Mlaskrze, podczas potopu?
– Oj Zołmanie, tyle wody, przecież to trzeba wykorzystać!
– Gejralt… – pogroził mu krasnolud. – Mów prawdę. Dokąd teraz?
Kropla wody rozbiła się na ramieniu wejdźmina. W oddali zagrzmiało. Gejralt wystawił rękę i spojrzał w niebo.
– Zaczyna padać – powiedział.

Rozdział VII – „Początek problemów”

Zołmana zbudziło uporczywe kołysanie. Ocknąwszy się, otworzył sklejone oczy i rozejrzał się. Niewiele dostrzegł. Czuł natomiast, że głowa mu pęka, że jest czymś przykryty i ktoś nieustannie szturcha go w pośladki. Odwrócił głowę i poczuł zapach truskawek. Poczerwieniał. Wydarł się na wejdźmina, zamachnął się chcąc go odepchnąć i pociągnął za sobą brzęczący łańcuch, który jeszcze bardziej go do niego zbliżył.
– Ałć, Zołmanie. Nie tak ostro – mruknął Gejralt. – Jesteśmy skuci jednym łańcuchem.
Zołman zdezorientował się.
– Jak to skuci jednym łańcuchem?! – zapytał całkowicie przytomniejąc.
– No jak szarpniesz, to mnie pociągniesz, bo jestem na tym samym sznurku.
– Gejralt, do cholery! Pytam dlaczego?!
Wejdźmin zamilkł na chwilę.
– Bo ktoś nas skuł – burknął.
– Gejralt, jak mi robisz jakieś sadomaso, to przysięgam na swoją matkę, że utnę ci łeb, a potem…!
Krasnolud urwał i zastanowił się.
– Zaraz… Czy my gdzieś jedziemy?… To dlatego tak buja? – rzucił.
– Mhm – potwierdził wejdźmin. – Szkoda, że tak krótko… – westchnął.

Konie zarżały i bryczka zatrzymała się. Zbliżające się kroki ściągnęły z nich czarną plandekę oślepiając ich światłem lamp naftowych. Zanim czterech bandytów wyciągnęło ich z drewnianego wozu i obudziło smacznie śpiącego Mlaskra, założono im worki na głowy. Gejralt zdążył puścić oczko do jednego z nich, ale nie podziałało.
Siedemdziesiąt siedem stopni niżej w miejscu o zapachu mokrej szmaty, kazano im usiąść, zaczepiono łańcuchy o haki wystające ze ściany, odsłonięto im oczy i bez słowa zamknięto za nimi potężną stalową kratę.
– Dzień dobry – przywitał się Mlaskier, spoglądając na białą postać wiszącą w kącie. – Bardzo ładny loch.
– Mlaskier, zostaw pana – pouczył go wejdźmin.

Nieznajomy przyglądał się im przez dłuższą chwilę. Miał na sobie, jak oceniłby Zołman, białe prześcieradło i śmieszną czapkę z krzywym stożkiem, spod której wystawały niebieskawe, nieco wypłowiałe włosy. Na twarzy namalowane miał wzory w tym samym kolorze w kształcie symetrycznie posplatanych ze sobą okręgów, a Gejralt ocenił jego brodę na kilkutygodniową i paznokcie na bardzo zadbane, choć trochę za długie.

– To może… Dobry wieczór – spróbował ponownie Mlaskier.
– Przedstawcie się – odezwał się nieznajomy.
Wejdźmin uniósł brwi.
– Przed kim? – zapytał.
– Jam jest wielkiej sławy czarownik, władca północy i południa, wschodu i zachodu, włodarz zdarzeń niewydarzonych, wodzirej zagubionych, przodownik całego powstania, pogromca burz, mórz i oceanów; jam zagładą i ocaleniem, panem ziemi po której stąpają wszelkie żywe i nieżywe istoty… Apsik! – splunął nagle. – Zaschło mi w gardle.
Gejralt wywrócił oczami.
– Czyli KTO? – zapytał.
– Czarodziej Michał – odparł. – W zasadzie mam tylko jedną wadę. Jak się mocno zdenerwuję, to plączą mi się zaklęcia. Aha, i nie zdążyłem dodać, że posiadam umiejętności potrzebne do zrobienia absolutnie wszystkiego. Cześć.
– Cześć! No jasne, że cześć! – ucieszył się Mlaskier. – A umiesz robić naleśniki z serem?
– Nie – odburknął czarodziej obrzucając poetę krzywym spojrzeniem. – Loch okryty jest zaklęciem, które uniemożliwia mi działać. W tej chwili nic nie mogę. W przeciwnym wypadku nie siedziałbym tu od dwóch miesięcy. Nigdy nie spotkałem się z tak silnym czarem.
– A upiec ciasto truskawkowe z galaretką, umiesz? – dopytywał grajek. – Jestem głodny – oznajmił i stracił zainteresowanie.
Czarodziej nie odpowiedział, bo zdumiony otworzył buzię.
– Jak… Jak… – wymamrotał, patrząc na wstającego z podłogi wejdźmina, całkiem wolnego od kajdan.
– Ooo… – jęknął Gejralt rozmasowując obolałe nadgarstki. – Już z ciaśniejszych miejsc wyciągałem ręce.

Mlaskra i czarodzieja udało się oswobodzić z okowów stosując pradawną technikę wejdźmińską (co prawda stosowaną w innym celu, ale ta okazała się być skuteczną), natomiast krasnoludzkie krzepkie ręce nijak nie chciały się jej poddać. Postanowili zająć się tym w następnej kolejności.
Wejdźmińskie znaki – podobnie jak zaklęcia czarodzieja, przekleństwa Zołmana i mlaskanie Mlaskra – nie działały. Spróbowali więc tradycyjnie. Podłoga i sufit z litego kamienia, żadnych przerw, poluzowanych elementów, żadnych okien ani innych otworów, a karty tak solidne, że nawet czterdzieści minut uporczywego piłowania kradzionym pilniczkiem do paznokci ledwie drasnęło konstrukcję.
Wejdźmin wsadził głowę pomiędzy kraty aż rozciągnęły mu się powieki i chwycił się grubych stalowych prętów.
– Obawiam się najgorszego.
– Gejralt, mów normalnie – burzył się krasnolud.
– Ona już wie, Zołmanie.

Wejdźmin wiedział to od samego początku. Już sam czyn nasłania na nich bandytów kiedy spali, pasował do niej jak ulał. I tylko ona potrafiłaby powstrzymać się od nieuniknionej złości, aby móc się nad nim poznęcać – jeszcze chwilę, jeszcze trochę – nim rozpęta prawdziwe piekło i każe mu na nie patrzeć.
Cieszył się, że Mlaskier nawet się nie obudził, bo tak jak Zołman dostałby pałką w łeb. Jego samego próbowali wpierw zgwałcić, ale zrezygnowali kiedy okazało się, że nie jest kobietą, po czym zapakowali całą trójkę na wóz i ruszyli w drogę. Wiedział dokładnie gdzie jedzie.

Już kiedyś mu to zrobiła; była wtedy na niego bardzo wściekła. Wspomnienie chwil tu spędzonych wywoływało u niego dreszcze. Dobrze pamiętał wyboistą drogę, siedemdziesiąt siedem stopni, wijące się łańcuchy, jej śmiech, zapach mokrej szmaty, psa i aresztu. Tym razem jej złość była co najmniej tysiąckrotnie silniejsza – pomyślał.
– Jestem już trupem – powiedział. – Podobnie jak wy, kiedy rozpocznie się biblijny potop, więc choć jeden z was musi coś dla mnie zrobić. Tu i teraz, pomijając mało kameralne okoliczności.
– Gejralt! – krzyknął Mlaskier. – Ja! Wybierz mnie! Mnie wybierz!
Wejdźmin ucałował Mlaskra w czółko.
– Wiem Mlaskier, wiem. Ale tym razem chodzi o coś innego. Potrzebuję kogoś… Silnego, zdecydowanego iii… – ukradkiem zerknął na Zołmana. – …konsekwentnego iii… przystojnego?…
– Ja to zrobię – wyrwał krasnolud.
Wejdźmin znalazł się przed nim w mgnieniu oka.
– Naprawdę, Zołmanie? O rany, no nie wiem. Jesteś pewny? Bo wiesz, żeby potem nie było, że byłeś związany, czy coś.
– Nie wiem o co chodzi z tym potopem – wtrącił się czarodziej – ale może zrobimy to po prostu wszyscy razem, skoro i tak już jesteśmy martwi?
Wejdźmin zastanowił się chwilę uznając, że pomysł czarodzieja jest najlepszy.
– Trochę to co prawda niehigieniczne – dodał po namyśle siadając na zatęchłej pryczy – zważywszy na to, że Michał siedzi tu tak długo, ale rozwiązałby się problem braku intymności i…
– Gejralt, o czym ty mówisz? – spytał Zołman.
Wejdźmin zrobił dzióbek z ust i spojrzał w bok.
– Noo… – przeciągnął rozkładające ręce. I nogi.

Mury zadrżały, coś zadudniło w powietrzu aż wszystkim zakręciło się w głowach. Kilka mniejszych kamieni wypadło z pomiędzy większych bloków. Mury zatrzęsły się ponownie, strącając ich z nóg, a głuchy dźwięk ponownie zagościł im w uszach. Wejdźmin wytężył słuch próbując dowiedzieć się, co się dzieje.
– Zaklęcie! – wrzasnął czarodziej wyrywając go ze skupienia. – Zaklęcie słabnie!
Wejdźmin dopadł do Zołmana i stopił łańcuchy znakiem Mignij. Ponownie wytężył słuch. Trzepot masywnych skrzydeł, iskrzący się ogień, przeraźliwy ryk i odgłosy przypominające burzę z piorunami dotarły do jego uszu. „Ryczywół…? Nawet ona nie da rady… Ta forteca się zawali”, pomyślał, jak myślał, ale powiedział to na głos, wprawiając towarzyszy w lament.

Zołman zaczął biegać w kółko wydając z siebie wysokie dźwięki, które układały się w słowa „nie chcę umierać”, a Mlaskier plótł coś o egzystencjalności w świadomości na wyższych poziomach rzeczywistości. Gejralt chwycił czarodzieja za fraki i potrząsając nim wrzasnął:
– Człowieku, teleportuj nas! – ale Michał z przerażenia zaczął śpiewać.
Spadające odłamki muru i sypiący się pył zagęszczały się. Wejdźmin rozejrzał się szybko i kazał wszystkim jak najmocniej chwycić się krat. Sam zrobił to samo.

Zacisnął oczy.

Na pogorzelisku, w otoczeniu skruszonych kamieni i płonących kotar, w ogromnej dziurze w ziemi uchowało się klika krat z fragmentem wzmocnionych murów nad nimi. Jedna z nich ugięła się w nadpiłowanym miejscu i powoli opadając runęła na ziemię przygniatając cztery przytwierdzone do niej osoby. Wejdźmin, wciąż kurczowo trzymając się prętów (podobnie jak reszta), otworzył oczy i zobaczył spokojnie płynące białe chmury na tle bezkresnego błękitu. Przez chwilę myślał, że nie żyje, ale zaraz potem poczuł zapach aresztu. A potem psa i pomyślał, że na pewno tak właśnie wygląda piekło. Następnie zobaczył nad sobą Dżemmefer, której krzyk odbił się echem w jego uszach i ucichł równie szybko jak się pojawił, zamieniając się we wiatr targający jego włosami. Nawet te włosy zobaczył – wszystkie przed sobą. Zrobiło mu się też zimno w plecy i poczuł się lekko.
„Dlaczego chmury zniknęły?”, pomyślał i uzyskał odpowiedź zaraz po tym, jak przefrunął przez jedną z nich.
– Teleportowałem nas! – oświadczył Michał przelatując obok.

Rozdział VI – „Jajka”

Wschodzące słońce wzbiło się ponad wyrżnijmijskie domy i okryło złotym światłem porośnięte cekinami dachy. Przyroda budziła się tu do życia dwa razy szybciej z powodu licznych odblaskowych powierzchni, a cichy śpiew oślepionych ptaków przerywało nieustanne…

– Ile?! – krasnolud chwycił się za głowę. – ILE?
– Tyle, co powiedziałem – rzucił Gejralt, zamykając mosiężne wrota banku Fifaldich.
Założył okulary przeciwsłoneczne. Okulary były niezbędnym gadżetem w Wyrżnijmie w słoneczne dni.
– ILE?! – powtarzał krasnolud.
– Zołmanie, nie wrzeszcz tak, głowa mi pęka, przesadziłem wczoraj z alkoholem, a Fjutest przesadził ze mną. Po tej całej akcji z ryczywołem, nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
– Fjutest dał ci tyle kasy za nic? ZA NIC? Przecież to Porzeczka załatwiła potwora! Ty nic nie zrobiłeś!
– Zrobiłem zrobiłem, Zołmanie. Załatwiłem innego… –  Gejralt zastanowił się – …potwora.
– Jezus Maria! Gejralt! Już nigdy nie będziesz musiał pracować! Możemy kupić sobie wszystko! Domy, konie, wozy! Wóz! Tak WÓZ! Kupmy sobie WÓZ!

Pomysły Zołmana nie miały końca. Krasnolud chodził w tą i z powrotem i z obłędem na twarzy wymachiwał rękami. Wejdźmin pozostawał niewzruszony. Miał kaca.
Mlaskier też miał pomysł. Splótł ręce pod brodą i z nadzieją zajrzał w oczy wejdźmina.
Gejralt uśmiechnął się i poklepał poetę po kędziorkach. Jego spojrzenie zawsze wywoływało w nim przyjemne ciepło.
– Prowadź – rzekł.

Z przyczyn bliżej dla Zołmana niewyjaśnionych, Gejralt stał się niewyobrażalnie zamożnym wejdźminem. Z przyczyn jeszcze bardziej dlań niezrozumiałych, nie kupił wozu. Wszystkie pieniądze oddał Porzeczce, zostawiając sobie tylko kilka par majtek i worek cukierków, którymi jak nigdy obdarował go Fjutest.
Mlaskier pomógł urządzić dziewczynce mały pokoik tuż nad jej ulubioną piekarnią, który Gejralt wytargował stosując wachlarz sztuczek wejdźmińskich (tych niestety nie da się tu opisać). Zadbali też o czyste ubrania i jedzenie, chociaż minęło sporo czasu nim nauczyła się, że może jeść więcej niż jedną kromkę chleba dziennie.
Porzeczka pokazała innym, że nawet najbardziej przerażający potwór może być dobry, a kiedy podrosła, stworzyła pierwszy przytułek w mieście, gdzie każdy był mile widziany. Rozsławiona przez ballady miszcza Mlaskra dziewczyna już nigdy nie zaznała chłodu, a „Krater Porzeczki” codziennie wypełniał się podarunkami od zamożnych mieszkańców, które Porzeczka przekazywała swoim podopiecznym. Nawet sam Fjutest wrzucił tam raz cukierka…

Wyrżnijma o tej porze roku wyglądała wyjątkowo. Wyjątkowo, jak sądził Zołman, obciachowo. Miasto pod rządami króla Fjutesta kwitło we wszystkich kolorach tęczy, albowiem władca (zdobywca dziewięciu statuetek ustanowionej przez siebie nagrody dla Najlepszego Króla Ever) słynął z zamiłowania do wszystkiego co mieniące się, błyszczące i ładne. Z tego samego powodu uwielbiał też swój tyłek. Jego skarbiec – pełen słodkości, kosztowności, majtek, cekinów – i monet (wybijanych przez bankierów zawsze wtedy, kiedy król uważał, że ma ich za mało) potrafił topić się niewyobrażalnie szybko i z tego król też był znany. No i jeszcze z paru innych rzeczy, o których może innym razem.

Ponieważ aura sprzyjała rozrywce i zbliżały się Święta Wielkanocne, wejdźmin, wspólnie z kompanami zadecydował, że zostaną kilka dni w mieście. Zołman co prawda protestował, ale przegrał w „papirus, nożyce, kamień”, a ustanowiona przez króla w niedalekiej przyszłości tradycja wkrótce sprawiła, że jeszcze bardziej znienawidził Wyrżnijmę – choć z biegiem lat nauczył się sobie z nią radzić. Znał kilka zaułków, do których królewska władza nigdy nie zaglądała, poza tym akurat dziś wolał unikać Fjutesta po tym, jak podbił mu oko. Wszedł do worka po kartoflach i poszedł spać.

Mlaskier, nie tracąc czasu na fochy krasnoluda, postanowił napisać nową balladę, toteż skierował się do miejskiego parku, gdzie otoczony flamingami z plastiku i prostytutkami niewiadomej płci zabrał się do roboty, uznając to wyjątkowe miejsce za odpowiednie.

Gejralt udał się na główny rynek, gdzie jak co dzień o świcie rozpoczynało się gwarne targowisko. Był głodny. Wśród licznych kupców, dopiero co rozkładających swoje stragany, spostrzegł słup ogłoszeniowy, a na nim długą wąską kartkę. Ubrudził ją bułką z czekoladą, którą wyłudził od cukiernika nim ten zdążył się zorientować i przeżuwając ją dokładnie i powoli, przeczytał tajemniczą wiadomość. Mruknął marszcząc brwi i schował ją do kieszeni.
Mijając robotników stawiających nowy pomnik Fjutesta, dostrzegł wysoką wieżę, której nigdy wcześniej nie widział. Tylko w sobie znany sposób skojarzył długą wąską kartkę i wysoką wieżę i spacerkiem ruszył w jej stronę.

Przesadnie szpiczasta budowla, opleciona schodami ze szpalerem półprzytomnych strażników na każdym stopniu, mogła należeć tylko do jednej osoby.
Gejralt podał ogłoszenie stojącemu pod drzwiami strażnikowi, a ten, spojrzawszy na nie smętnie, rzekł:
– Kto?
– Wejdźmin Gejralt.
– Nie znam.
– Ale on zna. Ja w sprawie ogłoszenia.
– Dobra, niech idzie.

Czterysta stopni później Gejralt przywitał się z kolejną przeszkodą. Służący, wyczekujący pod komnatą swego pana, spoglądał nieprzychylnym wzrokiem na postać przed sobą. Nie mogąc już znieść widoku oblizywanych z czekolady palców i towarzyszącemu temu uporczywemu mlaskaniu, zgodził się zapowiedzieć przybysza.

– Najwyższy Czarodzieju! – zaczął, otwierając kamienne wrota. – Wejdźm…
– Cicho – odezwała się wysoka czarna sylwetka w szpiczastym kapeluszu wyglądająca przez okno.
– Kazałeś nazywać się „najwyższym”? – spytał wejdźmin. – Żal. Nie możesz się po prostu… nie wiem, powiększyć jakimś zaklęciem?
– Już się powiększyłem – odparł czarodziej. – Poza tym, cicho!
Dyrdymał zeskoczył z drabiny, odpiął dolną część swej szaty, poprawił półtorametrowy kapelusz i wygodnie rozsiadł się w kartonie po jajkach machając nóżkami w bucikach ze szpiczastym czubkiem.
– Cicho powiedziałem! – wrzasnął ponownie. – Jak ominąłeś moją straż? Wynająłem tysiąc najlepszych mężczyzn w boju!
„Chyba w upoju”, pomyślał wejdźmin, włożył do buzi cukierka i rzekł:
– Powiedziałem im, że cię znam.
Dyrdymał rozszerzył oczy i przez chwilę nie ruszał się wcale. Nakazał służącemu zwolnić całą straż i zatrudnić nową. Wejdźmin poradził mu, aby polecenie wykonał w odwrotnej kolejności.
– I kup mi więcej jajek! – dorzucił jeszcze Dyrdymał.
Służący ukłonił się nisko. Kiedy wyszedł, Gejralt zwrócił się do czarodzieja, odgarniając włosy na bok.
– Przyniosłem ci dwa jajka – zagaił, rozglądając się po pokoju, w którym roiło się od pisanek. Zastanowił się. – To tego dotyczyło ogłoszenie, prawda?
Dyrdymał zaczął nerwowo chodzić w tą i z powrotem przyprawiając Gejralta o mdłości. Mogła to być też wina cukierków.
– Cicho! Mam plan – oznajmił zatrzymując się w końcu. – Będziesz moim ochroniarzem, na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie zamordować.
– A jajka?
– Malowanie kurzych jaj mnie odstresowuje – wyjaśnił czarodziej.
Gejralt nadymał usta.
– Malowanie?… – jęknął. – Trzeba było się jaśniej wyrazić w tym ogłoszeniu…
– Cicho! Zgadzasz się czy nie?

Gejralt wzruszył ramionami. Dyrdymał uznał to za tak, toteż wejdźmin udał się do pobliskiej tawerny, w której przesiadywała większa część jego straży. Zamówił martini z oliwką uznając, że fucha jaką właśnie zdobył jest całkiem przyjemna. Po chwili skupił wzrok na znajomej twarzy.
– Jędrek…? – zaryzykował zapytać.
Pękaty mężczyzna w czapce z futra niedźwiedzia zmrużył oczy.
– Gejralt? Kupę lat! – wrzasnął nagle stanowczo uderzając wejdźmina w plecy. – Ledwo cię poznałem!
– Ja ciebie też, ale sądząc po uderzeniu, dalej rąbiesz drewno – wykaszlał wejdźmin próbując złapać oddech.
– Mylisz się, siadaj! Powspominamy dawne czasy! – ucieszył się. – Lubię takie chwile! – kontynuował zaraz po wlaniu w siebie kufla piwa. – Tłuste żarcie, wódka bez popitki, męskie rozmowy o kobietach!
Gejralt odstawił martini i zdjął nogę z nogi.
– Tak – potwierdził.
Czasami się zapominał. A w zasadzie zawsze. Lub nigdy. On po prostu taki był.
– A co ty jesteś tak dziwnie ubrany? – zapytał Jędrek.
Gejralt poznał Jędrka, kiedy jako młody chłopak opuścił mury Homo Moher i spotkał grupę wędrownych drwali, z którą spędził niecały miesiąc. Opleciony cuchnącymi skórami niedźwiedzi, spał pod gołym niebem, jadł rękami, nie mył się za często, targał drewniane bale na własnych barkach, a nawet czołgał się w błocie, aby sprawdzić, jak to jest być – jak powszechnie uważano – prawdziwym mężczyzną.

Znudziło mu się.

– Pal licho te kozaczki – kontynuował drwal – ale ten różowy rzemyk to już przesada. I wychudłeś jakoś. Te spodnie z lamparciej skóry przywarły ci do tych szczudlastych nóg. I koszula jakaś za krótka, podarła ci się? Chyba nie powodzi ci się najlepiej, co?
Gejralt obrzucił spojrzeniem nadmuchany brzuch towarzysza i jego nieszczery uśmiech, sięgnął po kieliszek na długiej nóżce i odwrócił się bokiem na powrót zakładając nogę na nogę.
– Tobie chyba za to aż za dobrze – rzekł.
Gejralt nigdy nie lubił Jędrka. W myślach nazywał go Kutasem z Dębowego Pola.
– He! A żebyś wiedział! – chełpił się drwal. – Widzisz ten pasek? Najwyższej jakości, nie jakieś byłe co.
– A po co ci pasek? Raczej nic z ciebie nie spadnie… – burknął pod nosem wejdźmin.
– A wiesz, z czego jest mój żakiet?
– Nie wiem, ale dobrze, że materiał się rozciąga…
– Ze skóry małych owieczek! Sam zabijałem! A ty czyją krew masz na włosach?
– Słucham?
– Ten różowawy kosmyk… Jakiś triumfalny potwór, co? Ależ żeś nas wtedy zadziwił, jak wyznałeś, żeś jest wejdźminem! He! Chłopaki nie mogli uwierzyć. Rąbanie drewna nie szło ci najlepiej, ale mieliśmy chociaż z ciebie ubaw! No, ale jak na tych bagnach przegoniłeś te… no te…! Jak im tam było?
– Udupielce.
– No! Udupielce właśnie, tośmy nabrali do ciebie z chłopakami szacunku! – rzekł, ponownie waląc Gejralta w plecy. – Ale nie na długo! He he!
– Jezus Maria… Nie tak mocno – wykaszlał Gejralt, ale Jędrek po raz kolejny nie zwrócił na niego uwagi.
– A żeśmy się cały czas zastanawiali, po kiego wuja ci te dwa miecze i jeszcze noszone na plecach, jak jakaś fujara! No, ale gdyby nie ty, to pewnie byłoby już po nas. Pożarłyby nas żywcem!
– Niekoniecznie. Ale raczej by się wam nie spodobało – rzekł wejdźmin żałując, że wtedy pozbył się tych udupielców. Zmienił temat.  – Co sprowadza cię do Wyrżnijmy?
Jędrek podrapał się po głowie.
– A co mi tam! – machnął. – Powiem ci, boś jest swój… – zastanowił się i nie dokończył. – Jesteśmy kolegami po fachu. Zostałem płatnym mordercą.
– To nie po fachu – skwitował Gejralt.
– Zabiję każdego, byle płacili złotem. – Jędrek pochylił się w stronę wejdźmina i pokazał mu portret. – To moje pierwsze zlecenie.
– Przepra-szam najmoc-niej, panie morder-co – wtrącił chwiejący się strażnik. – Czy mógłby mi pan podać tam-ten stojak ze-solą…?
– Kto jest zleceniodawcą? – zapytał Gejralt ubiegając Jędrka w podaniu soli.
– He! Sam król! Rozmawiałem z nim osobiście. Przyjął mnie wczoraj w swojej sypialni. Obok leżała jasnowłosa niewiasta, goluśka cała, a jaki tyłeczek miała… Ech! Taki król, to ma życie!
– Dzię-ku-ję… mości… panie …nko – strażnik oddalił się.
– Ale co ty tam możesz wiedzieć – ciągnął drwal. – To ja poznałem króla osobiście. Dał mi nawet sakiewkę złota na zaliczkę – rzekł, obgryzając ociekające tłuszczem świńskie udko.
Gejralt przewrócił oczami, na co Jędrek zareagował niekontrolowanym śmiechem. Według Gejralta nie było na świecie niczego gorszego niż jeść i śmiać się jednocześnie.
– Ale żeśmy mieli z ciebie ubaw! Po pachy! No teraz to wszystko mi się przypomniało! Ty i te twoje ruchy! A pamiętasz jak kazaliśmy ci zbierać szyszki do koszyczka? – Jędrek zanosił się coraz to bardziej drwiącym rechotem. Niewiele mógł już powiedzieć, więc ponownie uderzył pijącego martini wejdźmina w plecy, co tym razem nie odbiło się bez echa. Pech chciał, że Gejralt właśnie wciągnął oliwkę.

Wejdźmin kaszlnął i wypluł ją. Ta, szybując z dużą prędkością, odbiła się od przyłbicy jednego z bardziej pijanych strażników, który najwyraźniej stwierdził, że oberwał i upadł. Oliwka wylądowała w gardle próbującego napić się wódki innego strażnika. Gejralt wykonał gest Zołmana i przykładając dłoń do czoła próbował się za nią ukryć. „Naciśnijcie go z całej siły tuż pod brzuchem!” – krzyknął ktoś z tłumu, ale duszący się biedak był przecież w zbroi. Z pomocą – pokaźnym toporem i chwiejnym krokiem – ruszył dowódca straży, zamachnął się i rozłupał beczkowatą metalową zbroję. Nie dobrał jednak dobrze siły i wbił topór również w kark nieszczęśnika, który to w końcu wykrztusił oliwkę i padł na ziemię zahaczając o stół zastawiony żarciem. Dowódca uznał zadanie za pomyślnie wykonane. Oliwka wraz z jedzeniem ze stołu poszybowała w górę i trącając żyrandol rozbujała go, po czym z powrotem wpadła do kieliszka Gejralta. Znalazło się w nim też obgryzione kurze udko. Wejdźmin skrzywił się, po czym spojrzał na trzeszczący żyrandol. Następnie utkwił wzrok na spadającej, idealnej kropli wosku, która kapnęła Jędrkowi prosto na czoło. Potem druga. Trzecia. Potem spadła cała świeczka. A potem cały żyrandol huknął i runął na Jędrka, wzniecając niewielki pożar.

Gejralt siedział w bezruchu poruszając tylko gałkami ocznymi. Czuł na sobie wzrok całej gwardii. Spojrzał na wciąż uśmiechniętego, nie ruszającego się drwala, na oliwkę, na martwego strażnika, na żyrandol, znów na oliwkę i w końcu na tłum wlepionych w niego strażników.
– Cóż za… niefortunny ciąg zdarzeń – rzekł, odstawił martini, wstał, chrząknął i wyszedł.

Przedarł się przez czterysta stopni omijając czterystu urżniętych strażników i wszedł do komnaty Dyrdymała.

– Cicho! Moi strażnicy właśnie donieśli mi, że nic podejrzanego się nie dzieje – rzekł czarodziej na jego widok.
Gejralt zrobił dzióbek z ust.
– Znalazłem twojego mordercę – oznajmił.
Dyrdymał upuścił jajko.
– Pozbyłeś się go? – zapytał czarodziej.
– Tak jakby.
– Tak jakby?!
– Powiedzmy, że umarł ze śmiechu. Resztę będzie musiał wyjaśnić Fjutest. Chodź.

W tawernie pod wieżą zaczęto zapalać świece, bo po stracie żyrandola zrobiło się tu zbyt ciemno. Dyrdymał podarował właścicielowi swoje jajcarskie prace jako zadośćuczynienie, a ten postanowił przyozdobić nimi swój lokal. Gejralt wyjrzał za okno i podał Mlaskrowi kolejną pisankę, do której właśnie skończył przytwierdzać sznureczek.
– Nie widziałeś Zołmana? – zapytał.
Grajek pokiwał głową.

Orszak króla był już prawie na miejscu.

– Co tu się kurwa wyprawia! Tyle straży w moim mieście? Przecież tu się kurwa w ogóle nic nie dzieje – powiedział Fjutest zrzucając cekinową pelerynę na ziemię w towarzystwie królewskiego szwadronu, który wchodząc wyważył drzwi. – Pomijając wczorajszy incydent z jakimś zjebanym potworem, co rozpierdolił mój pomnik. Kurwa, jak tu ładnie! Dlaczego ja nie mam takich ładnych jajek?
Wejdźmin zachichotał po czym pomyślał, że rzeczywiście – nie ma.
– Gejralt! – ciągnął król. – Po co kazałeś mi przychodzić do tej zatęchłej dziury akurat o osiemnastej? Nie wiesz, kurwa, że o tej porze biorę kąpiel? Daj, kurwa, chociaż dotknąć włosów.
Fjutest podszedł do wejdźmina i już miał go szarpnąć za czuprynę, kiedy coś przykuło jego uwagę.
– Znam tego gościa – oznajmił król spoglądając na przygniecione żyrandolem uśmiechnięte zwłoki. – Kto to jest?
– To jest Jędrek – wyjaśnił wejdźmin. – Podobno go wynająłeś, aby pozbył się Dyrdymała.
– Co ty Gejralt, pojebało cię? Nie pamiętasz jak było? No ty akurat rzeczywiście możesz nie pamiętać – stwierdził chwilę później król klepiąc go w tyłek, po czym zwrócił się do czarodzieja:
– Sorry Dyrdymał, na śmierć o tym zapomniałem, najebany byłem. Gejralt zasnął ryjem w poduszkę i ni chuja nie dało się go obudzić, a że mnie ciągle brało na pieszczoty, to przejrzałem ogłoszenia, patrzę: Jędrek Żelazna Ręka, pomyślałem: No! Tego mi właśnie trzeba! A tu przychodzi taki obleśny typ i mówi, że zabije każdego, kogo wskażę. No myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale że byłem w nastroju do żartów i miałem twój portret na szafce nocnej, to mu dałem dla jaj, bo portretu Gejralta szkoda mi było oddawać. I ot kurwa, cała historia.

Fjutest oparł ręce na biodrach i wysunął miednicę do przodu. Rozejrzał się.

– To co, skoro już wyszedłem z domu, to muszę do niego wrócić. Albo nie! – krzyknął niespodziewanie. – Kurwa, w końcu są Święta! Zapraszam wszystkich na ucztę do tej tawerny i ustalam nową tradycję na cześć mojego przyjaciela Dyrdymała, wedle której, od tej pory, podczas Wielkanocy wszystkie jajka w mieście mają być pomalowane! A ciebie Gejralt – dodał psotnie – zapraszam na twoje ulubione martini z oliwką! A potem do mnie.
Wejdźmin westchnął.
– Tym razem wypiję bez – zadecydował. – Same problemy przez te oliwki, co nie Mlaskier?
Wejdźmin spojrzał na przyjaciela.
– Mlaskier? Mlaskier, do jasnej ciasnej! Te jajka nie!