Rozdział IV – „Bazieliżek”

– Gejralt – rozeszło się w ciszy.
– Gejralt – rozbrzmiało mu w uszach.
– Gejralt! – wrzasnął Zołman kopiąc go w łydki. – Wytrzeźwiałeś już?
Wejdźmin ocknął się otwierając do połowy jedno oko. Znajdował się w lesie, jak ocenił, gdzieś w połowie drogi do Wyrżnijmy.
– Możliwe – wychrypiał.
Zołman westchnął.
– Mlaskier dziwnie się zachowuje – oznajmił. – To znaczy, jak na siebie.
Gejralt wyprostował tułów podpierając się na rękach, pomrugał i zlokalizował problem.
– Od dawna liże te bazie? – zapytał.
– Odkąd wstałem. Nic do niego nie dociera.
– Niedobrze – skwitował wejdźmin i zasnął.
– Gejralt, kurwa!
– Tak, tak. Już idę – wymamrotał i ustawił swe wątłe ciało w pionie. – Zjadłbym coś.

Ścieżka, utworzona z orzeszków, kończyła się nieopodal krzaczka akacji, za którym siedział przyczajony wejdźmin i zestresowany krasnolud. Gejralt wypił eliksir, skrzywił się i bezszelestnie odstawił butelkę.
– „Silna wola”? – spytał Zołman czytając etykietkę.
Wejdźmin uciszył przyjaciela.
Chwilę później obydwoje usłyszeli przyjemne chrupanie. Na orzeszkowej ścieżce pojawiła się mała, puszysta kuleczka o dużych, błyszczących, błękitnych oczach.
– Ojejku – pisnął cichutko Gejralt i przyłożył obie pięści do podbródka. – Nie wytrzymam.
– To ma być ten potwór? – zdziwił się Zołman.

Gejralt przytaknął, wciąż popiskując cieniutko. Do jego wpatrzonych w zwierzątko oczu napłynęły łzy szczęścia i tęsknoty, kiedy włochata kulka zbliżyła się przyjemnie gruchając. Malutkimi zwinnymi łapkami chwyciła ostatniego orzeszka, ucieszyła się i schrupała go, zabawnie poruszając włochatymi policzkami.
Krasnolud, widząc jak wola przyjaciela słabnie, podał mu kolejny eliksir, który wejdźmin wypił bezzwłocznie.

– Dziękuję – opanował się. – Bo widzisz, Zołmanie, bazieliżek jest przesłodki, a jego mięciutkie puszyste futerko jest przewspaniałe w dotyku. Najfajniejszy jest brzuszek – ciągnął coraz cieniej, powoli zbliżając dłoń do stworka. – Tylko że jego futerko jest trujące i…
– Gejralt! – wrzasnął krasnolud bijąc wejdźmina po łapach.
Wejdźmin, od tego, że nie może dotknąć bazieliżka, dostał drgawek.
– Cały problem polega na tym, że jak go nie pogłaskasz, to…
Śnieżnobiałe futerko bazieliżka poczerniało, a oczy zmniejszyły się i zaczerwieniły. W ułamku sekundy wyrósł przed nimi trzymetrowy obślizgły potwór, który rzucił na nich złowieszczy cień.
– …to zaczyna się denerwować – dokończył wejdźmin, ale krasnoluda już dawno przy nim nie było.
Gejralt stał przed dyszącym stworem i bardzo powoli sięgał do rękojeści miecza. Nie dobył go jednak.
– A pieprzyć to – rzekł pod nosem i też uciekł.

Bestia nie dała za wygraną. Uchwyciła się gałęzi i jednym susem przeskoczyła wejdźmina stając na jego drodze. Gejralt spostrzegł że tuż obok, za kamieniem, kuli się Zołman.
– Poczekaj! Dotknę cię! – krzyknął, asekurując się rękami. – To znaczy… Zołman cię dotknie! – dodał, i podnosząc krasnoluda, przystawił go tuż przed pysk potwora.
Potwór zastanowił się. Sapnął kilka razy, usiadł i na powrót przybrał swą kuszącą postać.
– Zołmanie, pogłaskaj go – rozkazał wejdźmin.
– Gejralt, kurwa, nigdy!
– Zołmanie, ufasz mi?
– Nie!
– Do jasnej ciasnej, głaskaj! – wrzeszczał, potrząsając krasnoludem. – Mam plan – szepnął. – Szybko, zanim bazieliżek znów się zdenerwuje.

Zołman westchnął i zamknął oczy. Postanowił jeszcze raz zaufać przyjacielowi (po raz trzydziesty piąty). Wystawił rękę i dotknął, jak szybko stwierdził, najprzyjemniejszej rzeczy, jakiej w życiu dotykał. Na jego zwykle naburmuszonej twarzy pojawił się błogi uśmiech, kiedy jego dłoń raz po raz zaciskała się na futrzanym stworzonku. Gejralt usunął się i nie szczędząc mikstury, pokropił czymś białe futerko, a następnie schwytał potworka w worek.
– Ha! – zatriumfował unosząc zdobycz. – Widzisz Zołmanie, zadziałało.
Worek, który unosił, stawał się coraz cięższy, aż w końcu pękł w szwach. Cień ponownie przysłonił Gejralta.
– No tak, tego nie przewidziałem. To jednak nie zadziałało, Zołmanie.
Krasnolud nie odpowiadał, bo był bardzo zajęty lizaniem bazi.
Dyszący stwór ociekał czymś cuchnącym. Nie był zadowolony. Potężną łapą zagarnął wejdźmina i ryknął, ukazując zaśliniony pysk.
– Zaraz, zaraz, panie potworze – zaczął Gejralt. – Obiecałem ci, że Zołman cię pogłaska i pogłaskał. Czyż nie?
Potwora ponownie ogarnęło zdziwienie.
– Teraz obiecuję ci, że zaprowadzę cię do wioski pełnej ludzi, którzy zagłaskają cię na śmierć.
Potwór skrzywił się.
– To znaczy, nie na śmierć śmierć. Tak się tylko mówi. Lubisz, jak się ciebie głaska, prawda?
Potwór rozochocił się.

Pupka, przewieszona Mlaskrem i Zołmanem, szła powoli prowadzona za lejce. Gejralt, popijając ósmy eliksir „Silna wola”, starał się nie patrzeć na oblizujących gałązki bazi wypiętych przyjaciół. Ubrał także satynowe rękawiczki. Tak na wszelki wypadek. Puchata kuleczka podskakiwała tuż obok niego. Na nią też starał się nie patrzeć. Nieustanne powstrzymywanie się od dwóch ulubionych rzeczy nieludzko go wycieńczyło.

Wejdźmin zatrzymał konia tuż przed wioską Wąskichrust, wypił kolejny eliksir i kucnął przed bazieliżkiem. Przekonał go, aby ten ukrył się w worku, a kiedy zbierze się wystarczająca ilość głaskaczy, wejdźmin wypuści go. Dla lepszego rezultatu. Potwór początkowo nie chciał się zgodzić, ale koniec końców uległ Gejraltowi. Wszak w worku czy nie, i tak będzie mógł wyjść w każdej chwili.
Wejdźmin przywiązał go do konia i wbiegł do sklepu zielarza. Spod lady wysunęła się rozczochrana głowa.
– Jam jest Bożyn z Jarzyn! – wygłosił sklepikarz na jego widok. – Najlepszy sprzedawca ziół, maści na świąd i prawdziwego zakwasu na chleb w południowej Dilerii!
– Człowieku! Szybko! – wydyszał Gejralt, podpierając się o ladę.
– Czym mogę pomóc?
– Tam na zewnątrz są moi przyjaciele. Jeśli nie przestaną lizać bazi, ich ciała zwątlą się i bazieliżek złoży w nich jaja!
– Bardzo mi przykro, ale nietrzeźwym nie sprzedaje towaru.
– Posłuchaj człowieku, nie mam czasu. Potrzebuję uwarzyć około pięćdziesięciu eliksirów powstrzymujących działanie silnie trującej substancji, która pokrywa futro najsłodszego potwora na świecie.
– Jak mówiłem. Nietrzeźwym. Nie. Sprzedaję. Towaru.
Gejralt, lekko zielony od ilości wypitych eliksirów, chwycił sprzedawcę za fraki i przyciągnął do siebie, nie zważając na ladę pomiędzy nimi. Zajrzał mu głęboko w oczy. Rzekł:
– Udostępnisz mi swoje zielarskie laboratorium i dasz wszystko czego potrzebuję. Teraz – następnie gwałtownie go pocałował.
Bożynowi zakręciło się w głowie.
– Tak, oczywiście… Proszę tędy – wymamrotał zielarz i powłóczył nogami na zaplecze.
– Boże Święty, jakie to wpływanie na czyjąś wole jest męczące – skwitował wejdźmin i ruszył za sprzedawcą.

Wyposażony w skrzynkę eliksirów, które roboczo nazwał „Miodolizacz” (albowiem dodał trochę miodku, aby mieszanka była smaczniejsza), ustawił się na głównym placu Wąskiegochrusta, gdzie zainicjował prowizoryczną atrakcję. Za bardzo się nie starał, gdyż w miejscach takich jak to już sama obecność kogoś takiego jak wejdźmin przysparza wiele zainteresowania. Ludzie zgromadzili się tłumnie. Gejralt wsypał bazieliżka do skrzynki z napisem „Jedno głaskanko – 5 koron”, dodając gratis Miodolizacza, którego należało wypić przed samą czynnością głaskania. Na jednych działało, na innych nie. Ważne, że bazieliżek był głaskany.
Sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli. Oczarowani słodkością ludzie, wkrótce naparli na wejdźmina i sforsowali zyskowne stanowisko, dopadając skrzynkę z rozanielonym stworzeniem. Każdy chciał go dotykać. Bazieliżek zaczął się trząść, po czym rozbłysnął białym światłem i obracając się wokół własnej osi eksplodował, zasypując wioskę białym puchem. Łyse teraz stworzonko posmutniało – futerko nie odrasta tak szybko…

Zołman ocknął się i zaczął pluć, starając się pozbyć cierpkiego posmaku z ust.
– Co się, kurwa, dzieje? – oprzytomniał.
Mlaskier spadł z Pupki i zaczął tarzać się w baziach, zastanawiając się, dlaczego śnieg tej zimy jest taki ciepły.
Wejdźmin odetchnął.
Chmura oberwała się i zagrzmiało.
– Geeejraaalt? – odezwał się Mlaskier klepiąc mokre od deszczu bazie. – Ulepimy bałwana?

Sześć bałwanów później, cała trójka ruszyła w drogę.
– Mam dość bazi do końca życia – skwitował Zołman.
– Ja też – zgodził się Gejralt.
– Wymyśliłem zagadkę! – oznajmił Mlaskier. – Co to takiego, co jest lepsze od wszystkiego innego?
Zołman westchnął.
– Bazie? – rzucił.
– Nie.
– Trzech gejfrendów podróżujących razem w poszukiwaniu przygód? – zgadywał wejdźmin.
– Hm – Mlaskier zastanowił się. – Nie.
– Co, kurwa? – spytał krasnolud, słysząc to ostatnie.
– To, co robię za darmo? – próbował dalej Gejralt.
– Ta. Bo ty byś za darmo coś zrobił – zauważył krasnolud.
– Za darmo, za darmo. Trzeba z czegoś żyć, Zołmanie.
– To wiecie czy nie? – niecierpliwił się grajek.
– Nie wiemy – odpowiedzieli.
– No bazie! Ha ha! – ucieszył się Mlaskier.
– Przecież mówiłem – zauważył krasnolud.
– Nie mówiłeś!
– Mówiłem, na samym początku.
– Nie-e – upierał się poeta.
– Mówił, Mlaskier – potwierdził wejdźmin.
– Nie mówił. Nikt nie zgadł! Ha ha!
– Mówiłem przecież, że bazie…

Słońce powoli kończyło swą wędrówkę po niebie. Choć aura była przyjemna, wejdźmin Gejralt wiedział, że w każdej chwili świat ten, świat pełen magicznych niezwykłości, może zamienić się w piekło, a cały ciężar z tym związany spocznie na jego barkach – czy będzie tego chciał, czy nie. W drodze do Wyrżnijmy myśl ta nie dawała mu spokoju.

Mlaskier

Miszcz Mlaskier de von Mistąd (pseud. art. „Mlaskier”), oddany towarzysz przygód i wieloletni przyjaciel wejdźmina Gejralta.

Z zawodu trubadur, tworzy poezję, która najczęściej nadaje się do publicznej recytacji dopiero po zmroku. Potrafi grać na wielu instrumentach: flecie, lutni, mandolinie, fortepianie a także jego własnym wynalazku: perkusji złożonej z kasztanowych ludzików i kota.

Nikt nie wie, skąd on się właściwie wziął. Podobno na zajęcia z muzyki na Uniwersytecie Wyrżnijmijskim przyszedł szukając czegoś do jedzenia (nie rozróżnia słów „tamburyn” i „burito”) i stwierdził, że skoro tam się znajduje, to widocznie jest studentem. Nikt tego nie zauważył, i w ten sposób Mlaskier nie musiał zdawać egzaminów wstępnych. Szkołę ukończył z wyróżnieniem, choć jego egzaminator popełnił później rytualne seppuku.

Lubi owoce, warzywa, kebab, szyszki, kapelusze z wypchanym ptakiem i wejdźmińskie eliksiry.

Kiedyś spędził kilka lat we wsi Zaczarowany Flet, której wkrótce otrzymał tytuł honorowego wicehrabi. Do dziś nie wiadomo, czy to z uwagi na jego zasługi w dziedzinie sztuki wyższej, czy na fakt, że uparł się, że nie pójdzie sobie, dopóki takowego nie uzyska.

Rozdział III – „Homo Moher”

Mlaskier kochał wszystkie dni. Kochał je tak bardzo, że ich nawet nie rozróżniał. Podobnie jak kolorów. Nie umiał także powiedzieć, która jest godzina i szczerze mówiąc, niewiele go to obchodziło. Lubił słońce i deszcz. Śnieg i mgłę. Kochał wschody i zachody słońca. Uwielbiał zapach róż, zbierać motyle i głaskać ptaszki. Nigdy nie skrzywdziłby muchy (no chyba, że był głodny) i bardzo dobrze wiedział, że jak ktoś jest smutny, to należy go przytulać. Czasami spędzał całe poranki mocząc stopy w górskim strumyku i podziwiając migoczące w wodzie promienie słońca, innym razem obejmował drzewa, głaskał trawę i cieszył się, kiedy ciepły wiatr przechodził mu przez palce i czesał jego falujące włosy.            Codziennie przyglądał się niebu i kształtom płynących chmur, a kiedy błękit przechodził w granat i na niebie pojawiał się księżyc – czekał na spadającą gwiazdę, zamykał oczy i wypowiadał życzenie.

– Mlaskier, kurwa! – wrzasnął Zołman. – Idziesz, czy nie? Leżeć mu się teraz zachciało, jakby nie wiedział, która już godzina. Przecież nie zdążymy!
Mlaskier otworzył oczy i posłusznie ruszył w kierunku przyjaciela.
– A gdzie Gejralt? – zapytał.
Zołman załamał ręce.
– Obudziliśmy się i go nie było. Nie pamiętasz?
Grajek pokiwał głową.
– Zostawił nam wiadomość – kontynuował. – Czeka na nas w ostatniej wsi przed górską przełęczą, czy coś takiego. Musimy tam dotrzeć o świcie.
Poeta podrapał się po głowie. Krasnolud westchnął.
– Piliśmy w Wyprutym Flaku. To pamiętasz…? – Zołman zastanowił się. – Ja w sumie też nic nie pamiętam.
– A skąd wiesz, jak iść? – spytał Mlaskier, rozglądając się po polanie.
– Idę śladem pustych flakoników po eliksirach…

Pierwszy promień słońca wpadający przez szczelinę w drewnianej ścianie zbudził wejdźmina. Pogromca potworów wstał, wyciągnął majtki z pomiędzy pośladków i przeciągnął się jęcząc.
– Gdzie to ja w ogóle jestem?… – mruknął pod nosem.
Wyjrzał przez okno. Rozpadający się znak z wypalonym napisem oświadczał, że jedyna chata w której spał, znajdowała się we wsi „Ostatnia Wieś”.
„O. Bardzo dobrze”, pomyślał, kiedy dobiegł go nieznany głos.
– Wcześnie pan wstaje.
Wejdźmin podskoczył, cofnął się, potknął o rozrzucone butelki wódki i wpadł w worki z ziemniakami.
Spojrzał na właściciela głosu i przewrócił oczami.
– Jasny gwint. Masz taki głosik, że już myślałem, że jesteś kobietą.
Odetchnął i wyszedł na papierosa.
Zanim się ubrał, zszedł ocucić się nieco w pobliskim strumyku.

– To kim w zasadzie jesteś? – zapytał Gejralt, wycierając się już w środku.
Młody, szczupły mężczyzna o jasnych krótkich włosach i wydatnej szczęce spojrzał na niego mrużąc oczy.
– Jestem Romek, przedstawiliśmy się sobie wczoraj.
– Naprawdę? Nie pamiętam.
– Przejeżdżał pan tędy, zatrzymałem pana, bo mój skowronek źle się czuł, a wy wejdźmini macie różne specyfiki… – przerwał chłopiec, wpatrując się w grymas na twarzy przybysza. – Naprawdę nic pan nie pamięta?
Gejralt przestał wycierać włosy, zerknął w bok i pokiwał głową.
– Powiedział mi pan, że doskonale zna się na ptakach, to pana zaprosiłem…
Wejdźmin przyjrzał się młodzieńcowi.
– Tak powiedziałem? – zapytał. – Hm. A ile ty masz w ogóle lat?
– Dwanaście.

Wejdźmin rozszerzył oczy i przygryzł dolną wargę.
Nic nie powiedział.

– Jedzie pan do Homo Moher, prawda?
– Skąd wiesz, że homo…?
– Wielu wejdźminów tędy przejeżdża. Zostawiają mi swoje konie, bo przełęcz jest dla nich zbyt niebezpieczna.
– A ci wejdźmini… Czy oni… No wiesz, też znali się na… Ptakach…?

Chłopiec poczerwieniał.
Gejralt wypuścił powietrze i podrapał się po czole.

– No to będę cię musiał zabrać ze sobą – rzekł. – Gratuluję. Według paragrafu pierwszego wejdźmińskiego kodeksu, właśnie cię zwerbowałem.

Zołman zszedł na pobocze i pochylił się.
– Eliksir „Ornitolog” – odczytał i wycelował buteleczką w dół urwiska. – Wcale się nie zdziwię, jak go zaraz znajdziemy urżniętego w trzy dupy pod jakimś drzewem.
Zołman często mówił sam do siebie. Każdy kto go znał wiedział, że myśli głośno i nie zawsze należy go słuchać.
– Jeszcze ta gówniana ścieżka – ciągnął. – Wąska jak dupa węża, jakby nie można było poszerzyć. Tylko czekać aż spadnie deszcz, a my pospadamy z tej skalnej półki. Mlaskier! – wydarł się nagle. – Zostaw te kamyczki, widzę jakąś chatę!

Pupka, przywiązana do słupka przed domem Romka zarżała, kiedy spostrzegła cztery oddalające się postaci. Przełęcz, którą musieli przebyć, nie była pobłażliwa. Wymagała odpowiedniego skupienia. Romek szedł pierwszy.
– Gejralt, pogramy w grę, co ją właśnie wymyśliłem? – zagaił Mlaskier, kiwając się na boki.
– No, a jakie są zasady? Nie kiwaj się, bo spadniesz.
– Złap zapałkę!
Gejralt, nie zastanawiając się zbytnio, złapał.
– Hi hi hi – roześmiał się Mlaskier. – Przegrałeś! Miałeś złapać zapałkę, a nie za pałkę!
– Nie wiedziałem, że masz zapałkę – rzekł, odbierając ją Mlaskrowi. – Dobra, teraz ja. Złap…
– Na litość boską – wtrącił Zołman. – Możecie chociaż raz w życiu iść normalnie?!
Wejdźmin spojrzał z góry na krasnoluda i przejechał siarczaną główką po skałach.
– Widzisz tę wypalającą się zapałkę, Zołmanie? – zwrócił się do niego. – Oto właśnie metafora mego życia – rzekł.
– Gejralt, co ty pieprzysz?
Wejdźmin spojrzał na siebie i Romka z nie byle jaką miną.
– Teraz akurat nic – odparł.

Chłopiec był nieco przerażony. Nie silnym wiatrem, który nim bujał. Nie przepaścią, która rozciągała się pod jego stopami, ani nawet mocno nadwerężonym mostem linowym, który przyszło mu przebyć, ale tym, co właśnie usłyszał. Chłopiec nie miał wyboru. Musiał odbyć pierwszy test… Drugi test sprawdzający jego fizyczne umiejętności, czyli w ogóle dotrzeć do Homo Moher. Uprzedzony przez wejdźmina wiedział, że jeśli powinie mu się noga, to trudno.

Homo Moher, pradawna forteca ulokowana na dwóch najwyższych szczytach w okolicy, napawała grozą. Strzeliste wieże, kraty w oknach, ostrokoły i czerwone ślady rozmazane na murach podejrzliwie pachnące martwymi truskawkami skutecznie odstraszały nieproszonych gości. Przed samą bramą panował przeszywający aż do kości chłód, padał deszcz i grzmiało. Zołman cofnął się o krok, bo krok wcześniej już nie padało.
Wejdźmin ominął deszcz i dopasował swój medalion do wyżłobienia w kształcie serca. Ciężka, czterometrowa zbrojona kolcami brama zaskrzypiała rozwierając się. Kłęby dymu wzbiły się w górę, powoli opadając.
Gejralt zamknął oczy i wciągnął powietrze nosem unosząc podbródek. Uśmiechnął się przy tym lekko. Do jego uszu dochodziły coraz głośniejsze dźwięki dudniącej muzyki. Zapach truskawek, odżywki do włosów i blask cekinów mieniących się na jego twarzy sprawiły, że się rozmarzył.
– Czuję się jak w domu… – wyszeptał.
– Gejralt, kurwa – zaczął Zołman. – Przecież ty jesteś w domu.
Wejdźmin przeszedł przez bramę tanecznym krokiem pozdrawiając sędziwego starca, który lał wodę ze szlaucha przed wejście i imitował dźwięki burzy, wesoło popierdując w coś na kształt trąby.

Homo Moher, kompleks zamkowy z siedemdziesięcioma eleganckimi pokojami, dziewięćdziesięcioma pięcioma łazienkami, jadalnią w kształcie serca, wyrafinowanym zespołem spa, czternastoma wykwalifikowanymi masażystami, sauną, rozległym dziedzińcem z licznymi basenami o osobliwych kształtach i eleganckim barem pośrodku, tętniła życiem. Grała muzyka z hitami z pierwszych list przebojów, drinki i ostrzałki do golenia nóg rozdawano tu za darmo, świeciło słońce, a na leżakach wygrzewali się błyszczący od olejków wejdźmini popijając kolorowe trunki. Inni pływali na różowych materacach przemierzając baseny wzdłuż i wszerz (no, głównie wzdłuż), lub zjeżdżali na fikuśnych ślizgawkach, co też czynili z wielką frajdą. Mlaskier pobiegł w ich stronę.

– Gejralt! Kupę lat! – zawołał Wazelin, najstarszy z wejdźmińskiego cechu i zarazem ojciec wszystkich wejdźminów, doskonały nauczyciel, stary zboczeniec i pierwszy imprezowicz. – Nic się nie zmieniłeś! Chociaż przydałby ci się odprężający masaż i jakaś maseczka na podkrążone oczy. Roberto, zajmij się Gejraltem. Zaraz zrobimy cię na bóstwo!
Wazelin rozłożył ramiona.
– Zołman! Ty tu chyba pierwszy raz? Witaj po tej stronie Homo Moher, gdzie w jacuzzi są oliwki, w martini pływają bąbelki, na drzewach rosną życzenia, a gruszki spełniają marzenia! Czy coś takiego. O! – wrzasnął nagle. – Gejralt, widzę że przyprowadziłeś nowego rekruta. No no, nada się. Chłopcze, możesz być z siebie dumny. Zostałeś… „zwerbowany” – rzekł, puszczając mu oczko – przez najlepszego wejdźmina, jaki stąpał po tej ziemi. Choć no tu, niech cię ucałuję!
– Nawet nie chcę na to patrzeć – burknął Zołman.

Masażysta pocierał ciepłe dłonie olejkiem kokosowym i z wielką gracją przyłożył je do idealnie gładkich, jasnych pleców, odgarniając uprzednio pasemka srebrnych włosów. Powietrze było ciężkie i senne. Słodkawe zapachy, czuły Roberto i iskrzący ogień rozluźniły roznegliżowanego wejdźmina.
– To co cię do nas sprowadza, Srebrny Wilku? – wtrącił Wazelin, przyglądający się Gejraltowi z drugiego końca sali. Palił fajkę waniliową uważając przy tym, by nie podpalić swej bujnej, fioletowej brody. – Przyszedłeś podszkolić młodych rekrutów?
– Hmm, nie – mruknął Gejralt w półśnie. – Już jednego młodego wczoraj wyszkoliłem… Tak jakby… niechcący.
– A więc?
– Nie chce mi się już tego masażu. Idę do sauny – odparł i zniknął w wielkiej drewnianej, parującej beczce.

Uroczysta kolacja była już prawie gotowa. Zniecierpliwieni rekruci siedzieli ciasno przy sercowym stole, wyczekując nadejścia legendy. Wielu znało Srebrnego Wilka tylko z opowiadań, toteż ekscytacja sięgała zenitu.
Na sali rozległ się pomruk zdumienia, a potem zbiorowe westchnienie. Gejralt, ubrany w biały dublet ze srebrnymi wstawkami, giętko zszedł ze schodków, przeczesał gęste włosy i spoczął na samym czubku sercowego stołu, uśmiechając się zalotnie. Wiedział, jak zrobić wrażenie.
– Może pralinkę? – odezwał się kelner.
– A żebyś wiedział – zaczął ochoczo Zołman, siedzący obok Gejralta.
– Zołmanie, nie jedz tego – rozkazał wejdźmin.
– A to niby czemu?
– Jak sama nazwa wskazuje, ta pra-linka to coś bardzo starego. Czyli nieświeża.
Zołman zdębiał.
– Jak prababcia. Albo prawidło – tłumaczył wejdźmin, wywracając oczami.
Krasnolud zjadł pralinkę.
– E he. A możesz mi w takim razie powiedzieć, co to jest „widło”? – zapytał.
– Taki duch, Zołmanie – szepnął Gejralt. – Nie zadawaj takich oczywistych pytań głośno, bo się będą z ciebie śmiać.
Kiedy Srebrny Wilk skończył opowiadać młodym rekrutom o swoich ostatnich przygodach, Zołman był już zbyt pijany, aby bronić się przed ściskającymi go wejdźminami. Mlaskier zaczął mówić wierszem. Było grubo po północy.

Gejralt zamilkł nagle. Wyciągnął zapałkę, odpalił ją i uniósł. Tańczący płomień odbijał się w jego zmartwionych, błyszczących oczach. Nikt prócz Wazelina nie zwrócił na to uwagi.
– Kończy mi się czas, Wazelinie – rzekł wejdźmin.
– Czas na co? – dopytywał nauczyciel.
– Przyjechałem zregenerować siły. Być może po raz ostatni.
– Jak zwykle dramatyzujesz, Gejralt.
– Nie tym razem. Jestem w czarnej dupie.
– Tak, słyszałem o Mundo.
Gejralt przewrócił oczami.
– Nie o to mi chodziło – odparł. – Być może niedługo będę potrzebował pomocy wszystkich braci.
– Powiesz mi, co się dzieje?
– Mmm… – wejdźmin zastanowił się. – Nie.
– Wiedz, że zawsze możesz na nas liczyć – wygłosił Wazelin i przysnął na moment.

Na sali skończył się alkohol i eliksiry, toteż większość wejdźminów popadła w czarną rozpacz.

– To co teraz będziesz robił? – dopytał Wazelin, ocknąwszy się na okrzyk „jest wódka!”.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Jutro ruszam z powrotem do Wyrżnijmy, Fjutest ciągle mi wisi. Ale najpierw… – dodał, wychylił kielicha i wmieszał się w tłum młodych rekrutów.

Mlaskier wyszedł na zewnątrz. Przejechał palcem po czerwonej mazi na murach i uśmiechnął się. Lubił dżem truskawkowy. Wdrapał się na jedną z wież i usiadł na dachu, z którego rozciągał się widok na całe Homo Moher. Pod sobą miał obszerny dziedziniec, bardzo różniący się od tego z basenami i radosną muzyką. Zrobiło mu się smutno i poczuł się samotnie. Pomyślał wtedy o Gejralcie.
Spojrzał na rozgwieżdżone niebo, zamknął oczy i podkulił kolana.
– Chciałbym, żeby Gejralt dostał to, czego pragnie najbardziej – szepnął.
Jedna z gwiazd rozbłysnęła, mrugnęła i zniknęła, pozostawiając za sobą mieniący się ogon.

Rozdział I – „Powrót do czystości”

Po powrocie z odległych krain wszedł do znajomej karczmy i rozejrzał się. Badawczym spojrzeniem objął całe wnętrze i szybko zlokalizował bratnie twarze. Przypomniał sobie, jak bardzo mu ich brakowało, kiedy (zaraz potem, jak Zołman przestał ganiać go z toporem wokół Vinogradu) samotnie wyruszył w zamorską podróż, by przygotować świat na najgorsze.
Najpierw odwiedził skutą lodem Gwintlandię, gdzie stracił poczucie czasu i świadomość na dłuższą chwilę, aby zaraz potem udać się na spalone słońcem pustynie Amen Ryki, skąd niezwłocznie popłynął do Kraju Kwitnącej Śliwki, gdzie dostał najdoskonalszą parę japonek, jaką widział w swoim długim życiu.
Zaprzyjaźniony marynarz, Szaleniec Wojciech, pomógł mu również dostać się do Asstralii, gdzie w miejskiej operze zrozumiał, dlaczego Mlaskier nie może odnieść sukcesu w sztuce, chociaż samej sztuki nie zrozumiał (jednakowoż brawo bił najgłośniej).
W tyfetańskiej świątyni złożył śluby dożywotniego milczenia przed samym Dalej Lamo, których przestrzegał rygorystycznie do momentu, w którym natknął się na małego kotka w czarne paski, czyli przez jakieś pięć minut. W następstwie, goniony przez stado tygrysów, dobiegł aż do Hin, gdzie nauczył się starożytnej sztuki walki Kung-Fuj, której przysiągł sobie nigdy – ale to przenigdy – nie używać.

Podróż swą zakończył wśród czarnych plemion Afri-ki-ki-ki, gdzie ratując pewnego wojownika przed wyjątkowo zawziętym lasodymaczem, zyskał jego dożywotnią miłość, przychylność i osobistego fryzjera, gdyż ten bardzo lubił go czesać.
Ale żaden, nawet najbardziej oddany druh, nie mógł zastąpić mu starych przyjaciół i tego, co poczuł w spodniach, kiedy po siedmiu miesiącach tułaczki i podkradania wszelkiego rodzaju mydeł z najodleglejszych zakątków świata, spostrzegł jednego z nich.
– Zołmanie! – zawołał unosząc ręce.
Krasnolud rozpromienił się i zbliżył do wejdźmina. Nawet by go utulił, gdyby zza jego pleców nie wyłonił się potężny, ponad dwumetrowy, ciemnoskóry człowiek.

– Gejralt, kurwa. Kto to jest? – spytał, poważniejąc.
Wejdźmin westchnął i opuścił przygotowane do ściskania ramiona.
– To jest Mundo. Mundo, to jest Zołman, Zołmanie, to jest Mundo – rzekł szybko i na powrót przygotował się do przytulania.
– Dlaczego Mundo jest…? – krasnolud odsunął się nieco. – Dlaczego on ma na sobie tylko pasek?
Mundo pomachał Zołmanowi, ale po reprymendzie wejdźmina zawstydził się i uczynił to samo ręką.
– Trochę więcej tolerancji Zołmanie – rzekł Gejralt. – Mundo pochodzi z plemienia Zulugolasów. Tam są takie zwyczaje.
– Co jak co, Gejralt – oburzył się krasnolud. – Ale tolerancji, TOLERANCJI, to ty mi nie wypominaj!
– Uprzedzając twoje kolejne pytanie; uratowałem mu życie, a wedle tamtejszego prawa, za taką przysługę, należy mi się dożywotnia posługa.
– Wejdźmin być dobry dla Mundo – wydukał przybysz. – Mundo kochać wejdźmin i zrobić dla wejdźmin wszystko.
Zołman stał chwilę w bezruchu błądząc oczami.
– W… wszystko? – wymamrotał w końcu.
– Wszystko, wszystko – odparł Gejralt uśmiechając się psotnie. – Chociaż, tak między nami Zołmanie, gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądało, to bym go zostawił z tym lasodymaczem. Może by się podszkolił.
– Dobra! – przerwał krasnolud. – Nic więcej nie chcę wiedzieć! Aczkolwiek nie – rzekł po krótkiej chwili. – Mam jeszcze jedno pytanie, chociaż nie jestem pewien, czy rzeczywiście chcę znać odpowiedź.
– Kto pyta nie błoci – zachęcił Gejralt.
– Błądzi.
– Kto błądzi?
– Mówi się: kto pyta, nie błądzi – wyjaśnił krasnolud. – No nieważne. To pytam: Dlaczego ten cały Mundo taszczy na plecach worek mydła?
– Mydła? A tak, mydła. To jest mydło, do zakopywania w ziemi. Ale można się też nim umyć. Mogę cię namydlić, chcesz? Dać ci jedno?
Krasnolud tracił cierpliwość.
– Nie pojechałem na wycieczkę, Zołmanie – oburzył się Gejralt. – Przez dwadzieścia osiem tygodni zakopywałem mydła we wszystkich znanych mi krainach. Na wypadek potopu, pamiętasz?

Krasnolud pamiętał. Owy „biblijny potop” to określenie na pewnego rodzaju tajemnicze zjawisko, które powstaje wówczas, gdy ktokolwiek zdoła oszukać czarodziejkę – i to nie byle jaką – ale Dżemmefer, bo o niej mowa, do zwyczajnych wieszczek nie należała.
– I to mydło, to po co? – spytał krasnolud. – Żeby mogła się umyć, gdziekolwiek akurat będzie?
– Nie, Zołmanie, pomyśl czasem. Będzie potop, czyli dużo wody. Zakopane co kilka metrów mydło spieni się po kontakcie z nią. I będzie dużo piany! A wtedy…
Krasnolud machnął ręką.
– Nie, nie – rzekł. – O pianie to ty sobie porozmawiaj z Mlaskrem. Na pewno się ucieszy.
– To tylko pierwszy etap przygotowań – podsumował Gejralt. – Czeka nas jeszcze dużo pracy. A właśnie, gdzie jest Mlaskier? Przed chwilą go widziałem…
Zołman zaśmiał się.
– Nasz grajek się zakochał! – zatriumfował.
– Zakochał?
– A żebyś wiedział. Ma dziewczynę.
– Mlaskier ma dziewczynę? Jesteś pewny? Ale taką…? Dziewczynę… dziewczynę?
– No a jaką!
– Ale jak to?

Mundo, wciąż stojący niczym góra gliny za Gejraltem, rzucił wór mydła na ziemię i natychmiast zawiesił się na jego plecach obejmując go szczelnie wielkimi łapami.
– Wejdźmin nie smuta – rzekł. – Mundo nigdy nie opuścić.
Wejdźmin posmutniał jeszcze bardziej.

Gejralt nie mógł uwierzyć własnym oczom. Mlaskier był ubrany – i to nawet w pełnej długości spodnie (choć strój ten w dalszym ciągu odzwierciedlał jego infantylną osobowość i zamiłowanie do pewnego koloru). Szedł, nucąc coś pod nosem, i wyglądał jakby chciał namówić swoją towarzyszkę do tańca, co mu kompletnie nie wychodziło. Jej mina mówiła sama za siebie: przestań idioto.
– Mlaskier! – zawołał Zołman. – Zostaw na chwilę swoją pannę i chodź zobacz kto przyszedł!
Oczy Mlaskra rozszerzyły się. Grajek pociągnął dziewczynę za rękę i w podskokach dotarł do wejdźmina.
– Geeejraaalt…! – zaśpiewał, próbując wtulić się gdzieś pomiędzy niego, a zaciśnięte ramiona Munda. – Patrz co mam!
Mlaskier wskazał na stojącą za nim szczupłą niewiastę o niebieskich włosach i zmrużonych czerwonych oczach, które wpatrywały się w niego złowieszczo.
– To moja dziewczyna – pochwalił się grajek.
– Cześć – odparła wyciągając rękę. – Ruch Anna jestem. A ty to pewnie ten słynny wejdźmin Gejralt?
Gejralt skrzywił się. W duchu cieszył się, że jest unieruchomiony i nie może się fizycznie przywitać, ponieważ każde dotknięcie dziewczyny przywoływało w nim najokrutniejsze wspomnienia.
– Ładne imię – zauważył za to. – Witaj Ruchanno.

Gejralt, przekonawszy Munda, że jest już szczęśliwy i nie trzeba go więcej tuli-tulić, dołączył do stolika przyjaciół, gdzie właśnie wznoszony był toast na cześć jego powrotu.
Ponieważ brakowało krzesła, Zulugolas natychmiast pochylił się – na nieszczęście Zołmana w jego stronę – i przybrał pozę „na czworaka”, aby wejdźmin mógł spocząć.
Wejdźmin spoczął i chwycił lampkę wina odginając mały palec.
– Gdzie byłeś cały ten tydzień! – krzyknął Mlaskier.
– Tydzień? – zdziwił się Gejralt. – Nie było mnie dokładnie sto dziewięćdziesiąt sześć dni.
Mlaskier próbował sobie wyobrazić tyle dni, ale mu nie wychodziło. Wspomógł się nawet wsadzeniem sobie palca do nosa, za co od razu oberwał od swojej wybranki.
Gejralt obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem. Dziewczyna nie była mu dłużna, a kiedy spostrzegła, że Mlaskier zamierza pociamkać pachnący winem korek, ponownie zamachnęła się, uważnie obserwując przy tym wejdźmina.
Gejralt nie wytrzymał. Wstał, zacisnął pięści, zapowietrzył się i wyszedł na fajkę.

Na dworze było ciemno. Taras na piętrze rozpostarł przed nim przyjemny widok. Płomienne latarnie oświetlały brukowane ulice, a w powietrzu dało się wyczuć zapach przemokniętych ciepłym deszczem drewnianych chat.
Wejdźmin oparł się o skrzeczącą balustradę, wypił eliksir „Nostalgia”, spojrzał na miasto i zamyślił się.
– Potwornie się pogubiliście – rzekł nagle. – Nie powinienem was zostawiać samych na tak długo.
– Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
– Od dwóch minut słyszę jak oddychasz – wyjaśnił Gejralt.
Krasnolud wychylił się zza porośniętej bluszczem przypory.
– Nawet się ze mną nie przywitałeś Zołmanie – ciągnął, odwracając się. – W ogóle już mnie nie potrzebujecie.
– Ejże, Gejralt! – zawołał Zołman, klepiąc przyjaciela po plecach, najwyżej jak sięgał. – Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniliśmy!
– No właśnie widzę – rzekł, krzyżując ręce. – Jeszcze ta Ruchanna…

Okno nad nimi otworzyło się z hukiem. Rozpostarte skrzydła z impetem uderzyły o ścianę uwalniając szyby z ram. Ostre końce błyszczących kawałków szkła zaczęły zmierzać w kierunku tarasu.
Gejralt złapał je w Syrden i unieruchomił. Rozłożył ręce.

– No bardzo przepraszam, ale nikt nie będzie w ten sposób traktował Mlaskra! – kontynuował, chodząc w tą i z powrotem. – Poza tym…

Z dachu posypały się dachówki pobrzękując. Wejdźmin od niechcenia wytworzył strumień ognia Znakiem Migni i wycelował w nie, aż całkiem się skruszyły.

– …nie podoba mi się to wasze zasiedlenie się w Vinogradzie. A najbardziej nie podoba mi się to, że…
– Gejralt – przerwał mu Zołman stojący jak słup soli.
Taras pod ich stopami zaczął trzeszczeć.
– Gejralt! – wrzasnął krasnolud.
Drewniane poszycie obsunęło się, kiedy wsporniki podtrzymujące konstrukcję trzasnęły, łamiąc się w pół. Deski, na których stali, grzmotnęły o ziemię z łomotem.

W powietrzu zawiesił się pył. Tłum ludzi wybiegł z karczmy rozglądając się wokół, a pośród niego – Mlaskier z Anną i Mundo.
– Tam! Tam u góry! – wydarł się jeden z mieszczan, kiedy kurz opadł.
Na metalowej rurce z flagą Vinogradu wisiał Gejralt, którego w ostatniej chwili zdążył chwycić się Zołman.
– …że Mlaskier ma dziewczynę – dokończył wejdźmin.
– Aaaaaah! – krzyknęła Ruchanna z dołu, tupiąc nogą. – Od pół roku męczę się z tym kretynem, z tą zakutą pałą, żeby być blisko ciebie, kiedy nadejdzie odpowiednia okazja! Od pół roku planuję twoją śmierć i czekam na moment, w którym wrócisz z tej swojej przeklętej podróży i w końcu będę mogła cię zabić! – wrzeszczała, rzucając w niego kamieniami.
– Że co proszę? – zapytał Gejralt, odbijając kamienie. – Kretyn? Zakuta pała?
– Aaaaaah! Przez ciebie moja kariera legła w gruzach! A Pac al Pruk mnie ostrzegał! Oj ostrzegał! Przez wiele dni i nocy zapisywałam każde jego słowo, które wypowiadał raz dziennie! Nie posłuchałam go! Nie posłuchałam…! Powinnam być ostrożniejsza!
– Pacan kto? – Gejralt zamyślił się.

Ruchanna od początku mu się nie podobała, szczególnie teraz, kiedy oczy Mlaskra zaszły łzami.
– Mundo – rzekł wejdźmin bardzo powoli zwracając się do Zulugolasa. – Ruchanna jest smutna.
Murzyn zastanowił się chwilę. Podrapał się po głowie i spojrzał na niebiesko-włosą dziewczynę.
– Mundo rozumieć. Mundo opiekować się Ruchanna do końca życia. Nie opuścić. Pa pa – wybełkotał wielkolud „machając” Gejraltowi i ścisnął skrytobójczynię, po czym zniknął w ciemnej uliczce, nie zważając na jej protesty.

Metalowa rurka zatrzeszczała pod zaciśniętą dłonią wejdźmina i ugięła się pod ich ciężarem. Zołman mocniej chwycił Gejralta i zmarszczył twarz czekając na twardy upadek. Flaga zafalowała i zsunęła się na ziemię.
– Ludzieee? – rzucił ktoś z gapiów mrużąc oczy. – A na cym ten krasnolud się cyma?
Tłum spojrzał w górę i przechylił głowy.
Zołman też spojrzał w górę.
Gejralt spojrzał w dół, zachichotał i puścił mu oczko.
– Zołmanie – zaczął. – Uznaję to za serdeczne przywitanie.
Krasnolud nie mógł się doczekać, aż dorwie ten worek z mydłem i umyje ręce.

Rozdział XIV – „Pocałunek Przeznaczenia”, Część I

9:00 RANO

*** TYLE, ŻE TRZY DNI PÓŹNIEJ ***

Karczma „FLAKI, MAKI & ZACNY ZAPITEK” była pełna gości. W mieście trwał festyn z okazji nadejścia lata, toteż całe miasto od trzech dni chodziło całkiem pijane. Uśmiechnięte twarze odbijały się w błyszczących kuflach, grała muzyka i ci, którzy jeszcze mogli, zaczynali tańczyć, wesoło tupiąc w rytm skocznych dźwięków harmonijki, lutni, bębenków i skrzypiec. Ale żadna karczma nie mogłaby karczmą się zwać, gdyby nie znajdowała się w niej choć jedna osoba, która w samotności wlewa w siebie kolejne kieliszki wódki.

– A mówiłem mu… – powtarzał krasnolud Zołman pod nosem. – A mówiłem…
– Co pan mówił? I komu? – zapytał wreszcie karczmarz.
– Ech – jęknął. – Od początku wiedziałem, że to zły pomysł. Ale co ja mogłem. I co? Minęło zaledwie kilka godzin, a ja już tęsknię za tym nadętym mądralą. I tym półgłówkiem też.

Karczmarz zastanowił się.

– Mówi pan o tych dwóch, co tu byli z panem kilka dni temu? Mieliście wtedy jeszcze takie dziwaczne zwierzątko.
– To mój syn akurat. Zlaskier G. Junior. Niech pan tak nie patrzy, nie ja wymyślałem.
– Nie, nie, w zasadzie… Imię ładne, ale… – karczmarz westchnął. – Chciałem powiedzieć, że wygląda pan na człowieka strudzonego życiem.
– Panie, pan nie wiesz o czym pan mówisz. I jeszcze te sarny chędożone – krasnolud machnął ręką. – A jednak… Co ja teraz będę ro… ro… rooobiiił?
Zołman uderzył czołem o blat baru i zaniósł się cichym szlochem.
– Mlaskier to może nie jest do końca normalny, ale jaki pocieeesznyyyy…! A Gejralt bywał upierdliwy, bywał, ale takie dobre serce miaaał…!
– Niechże się pan uspokoi i opowie, co się stało.

Krasnolud przetarł twarz różową chusteczką ze starannie wyhawtowaną literą „G.”, z trudem powstrzymał łzy i zaczął:

– W Vinogradzie mieliśmy załatwić tylko kilka drobnych spraw. Gejralt chodził jakiś cały taki poddenerwowany i odezwać się do niego nie można było. Odebraliśmy dekret od ludzi cesarza, odwiedziliśmy kilka sklepów z ziołami, monopolowy, fryzjera i jakiś sklepik z fatałaszkami, ale nawet nowa bluzeczka nie poprawiła mu humoru. Gdyby nie ta zgraja ludzi, od razu ruszylibyśmy w drogę…

*** TRZY DNI WCZEŚNIEJ ***

– Panie wejdźmin! Panie wejdźmin, podejdź no tu pan!
Gejralt, chcąc uniknąć rozgłosu, chyłkiem wypił eliksir „Nie ma mnie”, który miał sprawić, że go nie będzie.
– Panie wejdźmin! Prosimy tu do nas!
– Hmm – mruknął, spoglądając na flakonik.

Ku radości i uldze zgromadzonych, zbliżył się. Posępnie.

– Czego? – rzekł.
– Pani! Panie, z nieba nam pan spadł! – ucieszył się wysuszony starzec o krzaczastych brwiach.

Gejralt rozejrzał się.

– Nieprawda, przyszedłem tamtym chodnikiem – odparł.
– Panie! W studni czai się licho!
– Co za licho? – spytał.
– No licho!
– Ludzi porywa! – wrzasnął ktoś z tłumu.
– Cicho! Ja be–de gadał! No licho!

Wejdźmin uniósł brew.

– Licho! Tam! Tam w studni! Nadążasz pan?!
– Mhm – mruknął Gejralt. – Może lepiej niech gruby mówi, a pan pójdzie krzyczeć „licho” gdzie indziej – rozkazał. – No więc?
– Już mówię – rzekł pulchny starszy jegomość odpychając tego o krzaczastych brwiach. – Dwa dni temu woda w studni zrobiła się całkiem czerwona. Myśmy się bali to pić. No tośmy poszli do dzielnicowego, żeby co zrobił, bo to jedyna studnia na naszej ulicy jest. No to on przyprowadził znawców i wybrali całą wodę. Jeden z nich powiedział, że pewnie rura rdzą zaszła. No tośmy poszli spać. Na drugi dzień, z samego świtu, córka mego sąsiada narobiła rabanu, aż wszyscy na ulice wyleźli. No i gada, że syna mego coś wciągnęło do przeklętej studni. Ja mówię: „Jak to! Przecie Sławek mój w izbie śpi!”
– I co? Spał? – zapytał wejdźmin oglądając paznokcie. – Fajny jakiś chociaż?
– No tom właśnie poszedł sprawdzić. I nie było go.
– Fajny? Panie, głupi jak but! – wtrącił starzec o wydatnych brwiach. – Dobrze, że go to licho porwało!
– Oż ty! – wrzasnął ten gruby. – Ty się córą swą lafiryndą zajmij lepiej! Całe szczęście, że ją też porwało!
– Wara od mojej Kalinki, ty łachudro, ty!

Starcy rzucili się na siebie z pięściami, a w koło zrobił się szum. Gejralt odskoczył na bok i dołączył do przyjaciół. Ziewnął.

– Może byś coś zrobił, zamiast dłubać w tych pazurach? – wtrącił Zołman.
Gejralt wywrócił oczami.
– Nie chce mi się – odparł. – Szkoda czasu. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
Zołman zmarszczył czoło.
– No dobrze, ale robię to tylko dla ciebie.

Wejdźmin wlazł na studnię, zajrzał do środka i kaszlnął. Przerażony tłum zawył.

– Panie wejdźmin! Nie zbliżajta się! Bo jeszcze i was porwie!
– …Licho! – padło z tłumu.
Gejralt spoczął na kamiennej ściance, i opierając stopę na stopie, odpalił cienkiego papierosa. Nakazał wszystkim usiąść wokół studni. Z czynności tej zwolnił jedynie Zołmana, bo uznał, że ten i tak wygląda jakby siedział. Kiedy skończył palić, powiedział, że zanim sprawdzi co jest w studni, będzie potrzebował kilku rzeczy, w tym świeżych bułek, dżemu truskawkowego, masła, butelki wina i obcążek. Wszystko miało być ładnie zapakowane w koszyk z błękitną wstążką. Mieszkańcy ulicy rozbiegli się w popłochu i zaczęli znosić wymienione rzeczy. Wejdźmin odstawił koszyk i wyrwał chłopu obcążki z rąk, aby czym prędzej obciąć sobie kawałek zadartego paznokcia, by – jak oznajmił – nie oszaleć, po czym schował przedmiot do kieszeni. Następnie oświadczył, że schodzi na dno, a podczas jego pobytu tam, nikomu nie wolno ruszyć się z miejsca, chyba że okoliczności zadecydują inaczej. Kiedy jego dolna część ciała znajdowała się już w studni, ujrzał przed sobą Mlaskra miętoszącego końcówkę swej wściekle różowej tuniki.
– Gejraaalt? – zapytał poeta. – A będę mógł jedną bułkę?
– Bułki są na potem – wytłumaczył.
Mlaskier posmutniał, co skruszyło wejdźmina.
– Później pójdziemy na lody – obiecał, puszczając mu oczko.
– Obiecujesz? – upewniał się Mlaskier.
– Obiecuje. Wracaj na miejsce.
Grajek oblizał się i pobiegł usiąść obok Zołmana.

*** ~ ***

– No i wlazł do tej studni nucąc jakiś stary kawałek Bi Gejsów, a ja zostałem z Mlaskrem, który nie wiem czemu, znowu zaczął się strasznie ślinić. Nie było go z pół godziny i ludzie zaczynali się już niecierpliwić.
– I co było dalej? – spytał karczmarz.
– No, już mówię…

*** ~ ***

– Łuuu… – rozległo się ze studni. – To jaaa…! LICHO!
Tłum wydał z siebie okrzyk przerażenia.
– Cicho! To znaczy… Ciiichooo…! Pożarłem weeejdźmiiinaaa…! I zaraz stąd wyjdę i pożrę was wszystkich, chybaaa, że ucieeeknieeecieee…! TERAZ!
Ludzie poderwali się z miejsc i z krzykiem rozbiegli się we wszystkie strony. Niektórzy pozamykali się w domach barykadując drzwi i zasłaniając okna, inni pobiegli przed siebie wydzierając się wniebogłosy. Mlaskier się popłakał, a Zołman oparł czoło na dłoni i wziął głęboki oddech.
– Gejralt, wyjdź stamtąd – powiedział.
– Poszli już? – zachichotał wejdźmin.
– Nie. Pobiegli.

*** ~ ***

– Po wyjściu ze studni Gejralt wytłumaczył nam, że Kalinka ze Sławkiem zaplanowali to wszystko, bo ich ojcowie nie wyrażali zgody na ich związek. Nie chcieli zwyczajnie uciec, bo bali się, że rodziny będą ich szukać. A Gejralt… Gejralt zawsze był pobłażliwy, jeżeli chodzi o te sprawy. No i przynajmniej humor mu się trochę poprawił. Ale starczy tego, przecież miałem opowiadać o Cmoku.
Karczmarz podbiegł do baru i pochylił się nad Zołmanem.
– To wyście byli? I ten wejdźmin, co szedł na Cmoka?!
– No po to ta nieszczęsna wyprawa była. Nie wspominałem?
– Panie krasnoludzie! Zołmanie! Ludzie!
– Cicho…
– Całe miasto o was gada! Pozwól chociaż, że uścisnę ci dłoń!
– Ech… Wolałbym, żeby uścisnął pan dłoń Gejraltowi. A teraz zostałem sam. Brat mnie nienawidzi, mój syn odszedł z trollem…
Karczmarz wyciągnął kolejną flaszkę i kieliszek dla siebie.
– Jeszcze wódki? – zaproponował.
Krasnolud nie odmówił, chrząknął i poprosił o następną kolejkę.
– Od początku szło nie tak, od początku…

*** ~ ***

– Jestem gruby! – wrzasnął Mlaskier przez łzy i skulił się za drzewem.
Po kilkugodzinnej wędrówce przyszedł czas na odpoczynek i posiłek, toteż cała trójka ulokowała się przy głównym szlaku na szczyt góry, który to Cmok wybrał sobie na swoje legowisko.
– Wcale nie jesteś gruby. Już ja wiem najlepiej – uzasadnił wejdźmin.
– Zostaw mnie! Jestem obrzydliwy! – łkał dalej grajek.
– Kto ci tak powiedział?
– Zołman!
– Zołmanie?

Krasnolud jęknął. Siedział na pieńku ostrząc swój topór.

– Ech… Nie powiedziałem, że jest gruby, tylko żeby nie żarł wszystkiego jak popadnie – wytłumaczył.
– No widzisz? Zołman się o ciebie po prostu martwił.
– Naprawdę…? – zapytał Mlaskier, ocierając łzy.
– Naprawdę – uspokajał wejdźmin, smarując bułkę dżemem. – A ty po co ostrzysz to swoje ohydztwo, Zołmanie? I tak nigdzie nie idziesz. Na Cmoka idę sam.
– I zamierzasz go załatwić bułkami z dżemem? To powodzenia.
– Na całusa zawsze jest czas. Masz, napij się wina.
– Jakiego, kurwa, całusa?

Głos mężczyzny w prowizorycznej zbroi ubiegł odpowiedź Gejralta.

– No ładnie się tu zabawiacie! – rzekł nieznajomy. – Wejdźmak, co? Pewnie idziecie ubić Cmoka!
– Możliwe – odparł Gejralt.
– No panowie, to mamy nie byle towarzystwo! – stwierdził mężczyzna, opierając swą dziurawą tarczę o leśny głaz.
– Towarzystwo? – zapytał wejdźmin prostując się. – Nie sądzę. Mam Cmoka na wyłączność – rzekł, zadzierając głowę.
– Ha! Dobre sobie.

Mężczyzna zaciągnął się śmiechem, ale to nie zbiło Gejralta z tropu.

– Mam tu specjalny dekret od samego cesarza Emhuja val Emsreja… – wygłosił. – Zaraz… Gdzie on jest? Ktoś widział? Jasnożółty gruby papier z odciśniętym w czerwonym wosku herbem lwa?

*** ~ ***

Dochodziła pierwsza w nocy. Kwartet grajków był już zbyt pijany, aby zabawiać gości muzyką i zszedł ze sceny, a właściciel karczmy zbyt śpiący pod stołem, żeby go tam z powrotem zagonić, toteż bywalcy radzili sobie na własną rękę.

– A potem, to było już tylko gorzej – kontynuował Zołman. – Na Cmoka szły tłumy, bo jak dowiadywaliśmy się od każdego po drodze, „cesarz to się może w rzyć pocałować, ogłoszenie i tak wszyscy przeczytali, a nagroda i tak się należy”, no więc Gejralt postanowił, że musi tam dotrzeć jako pierwszy, bo jak stwierdził: „Ta banda wiejskich, zasmarkanych, pryszczatych pedałów jeszcze go zabije”. A powtarzam panu, panu barmanu, że jak Gejralt się na coś uprze, to nie ma zmiłuj. Wsiedliśmy na konia – Mlaskier z tyłu, ja z przodu – i tak popędziliśmy, tak popędziliśmy, że zatrzymaliśmy się dopiero pod samą górą. Gejralt był tak podekscytowany, że całą drogę pojękiwał mi nad uchem. Wtedy po raz pierwszy ujrzeliśmy Cmoka. Panie, jak zobaczyłem to coś, to… w życiu. W życiu nie widziałem czegoś takiego… w zasadzie pięknego. I strasznego. Wielki jak okręt, bialuśki jak śnieg, trzy głowy, ogon jak sto splecionych lin, a jak rozpostarł skrzydła, to cień padł chyba na cały Vinograd. Unosił się nad nami majestatycznie, a potem wylądował na szczycie i wydał z siebie taki dźwięk, że głowa mała. Gejralt wyglądał jakby się zakochał i wymyślił, że pójdzie na skróty. Zaczął wspinać się po skałach, a Mlaskier oczywiście za nim. Dobrze, że chociaż ubrał spodnie, bo bym tego nie wytrzymał. A ja… ja jestem krasnoludem. Nie mam szans we wspinaczce górskiej. No to wsiadłem na te jego Pupkę i…

– Wsiadł pan na jego pupkę? – zdziwił się karczmarz.
– Kurwa, tak ma na imię koń Gejralta. A właściwie konie. Zresztą, jeden z nich stoi zaparkowany przed karczmą. Swoją drogą, nie wiem jak on to robi, ale te Pupki wiecznie za nim łażą.
– Całkiem ładne imię jak dla… Przepraszam na moment.
Karczmarz zsunął się pod bar.
– Co pan robi? – spytał krasnolud, próbując dojrzeć karczmarza.
– Muszę przypu… przypierdolić w… nosek – odparł głos zza baru.
– Ma pan jakieś dobre zioła?
– Mam coś lepszego. Chce pan?

*** ~ ***

– Jak się boisz ciemności to nie idź – rzekł wejdźmin wypijając znajomy krasnoludowi eliksir.

Dalsza wspinaczka była niemożliwa. Sam szczyt, mierzący ponad trzysta metrów, był gładki i pionowy, a jedyna możliwa droga naprzód prowadziła przez jaskinię, toteż Gejralt postanowił, że muszą ją zbadać. Zołmanowi pomysł ten nie przypadł do gustu.

– Mlaskier idzie ze mną, bo ma różne przydatne w ciemnościach talenty – ciągnął wejdźmin.
– Talenty?! – oburzył się krasnolud. – A jakie on ma, kurwa, talenty?! Łazi tylko! Wszędzie wpycha paluchy, ślini się i… O! Nawet teraz to robi!
– Ty się po prostu nie umiesz z nim obchodzić – stwierdził Gejralt.
– Tak? To powiedz mu, żeby się ubrał.
– Sam powiedz.
– Mam tego dość! – krasnolud założył ręce na piersi. – Nie będę się z wami obchodził jak z jajkami.

Gejralt przysunął się do niego mierząc go wzrokiem.

– Skoro już mowa o jajkach – zaczął. – Wiesz, że z tej wyprawy mogę akurat nie wrócić?

Zołman pomyślał.

– Spierdalaj! – krzyknął. – Już ja wiem, co ci chodzi po tej głowie! Nic z tego. Niczego nie będę pił! Nie będę się też nachylał, żeby ci podać jakieś niepotrzebne gówno z ziemi, gasił światła ani zamykał oczu.
– Jesteś dzisiaj wyjątkowo drażliwy, Zołmanie, zaraz poprawię ci humor. Wiesz co to jest? – zapytał wejdźmin, unosząc na palcu małego, czerwonego owada w czarne kropki. – To jest biedłonka.
– Biedronka chyba.
– Nie, to jest akurat biedłonka. Bardzo rzadka odmiana – wyjaśnił, kładąc stworzonko na rękę krasnoludowi, ówcześnie na nie chuchając.
– Wygląda jak zwykła biedronka. Ała! – wrzasnął krasnolud.
– Tak. Różnica jest taka, że biedronki są grzeczne i miłe, a biedłonki są wściekłe i gryzą, a ich jad jest silnie trujący.
– Trujący?! To po cholerę mi to dałeś?!
– Bo mam TO – oznajmił.

Gejralt wyciągnął małą buteleczkę wypełnioną czerwonym płynem i leniwie oznajmił przyjacielowi, że jak to wypije, to za piętnaście sekund nie umrze. Zołman, upewniwszy się, że to bezpieczniejsze niż śmierć, wyrwał korek z butelki i zaczął wlewać sobie płyn do gardła. Przestał jednak, gdy spostrzegł, że usta Gejralta wykrzywiają się w uśmiechu, a oczy mrużą. Znał tę minę aż za dobrze.

– Nie ma czegoś takiego jak „biedłonka”, prawda? – zapytał.
– Nie. Nie ma.
– I wcale bym nie umarł?
Wejdźmin przykucnął i pokiwał głową.
– To co właśnie wypiłem i dlaczego wydajesz mi się atrakcyjny? Gejralt, na wszystkie zamtuzy w Koxenfurcie, coś ty mi znowu zrobił?!
– O, jeszcze nic.
– Nigdy wcześniej nie zauważyłem, że masz takie piękne oczy.
Krasnolud chwycił się za głowę zastanawiając się, jakim cudem słowa te wyszły z jego gardła.
– No widzisz, od razu lepiej – ucieszył się wejdźmin. – Zauważyłeś nie raz, tylko nie pamiętasz.
– Nie raz? Jak to nie pamiętam?!
– No już, już. Daj rączkę i chodź, patrz jaka fajna jaskinia. Mlaskier, ty też chodź. W końcu coś ci obiecałem.
Mlaskier obślinił się.

*** ~ ***

Karczmarz podrapał się po czole.
– Ciemno jak w dupie, duszno i mokro – ciągnął krasnolud.
– Trafne porównanie – zauważył.
– Co? No nieważne. W każdym razie szliśmy w głąb jaskini i nagle zostałem sam. No to wołam jednego i drugiego, ale odpowiedziało mi tylko echo. Potem usłyszałem hałas i poczułem czyjąś obecność. Pomyślałem, że Gejralt znowu się ze mną droczy, no to pytam, czy to on za mną stoi i mówię, żeby się przesunął – bo wie pan, z jakiegoś powodu nie czuję bezpiecznie kiedy Gejralt za mną stoi. A on chichocze i mówi, że tak, że owszem, że stoi, i mnie ucisza. A ja nie cierpię, jak się mnie ucisza. Już miałem zrobić awanturę, kiedy jego łapy złapały mnie za głowę i nakierowały na migoczące światło w oddali. Nie był to prześwit sugerujący drugie wyjście, jak z początku myślałem, tylko ognisko. Zrobiło się jasne, że przez jaskinię nie przejdziemy, a do tego na jej końcu mieszkały dwa trolle. Ha ha! Jak pan zgadnie, jak miały na imię, to dam panu sto koron!
– Krzysztof i Krzysztof.
Zołman zdębiał.
– Żesz kurwa… – rzucił przed siebie, razem z pieniędzmi. – Skąd pan wiedział?
– Bo… Jestem karczmarzem, rozmawiam z ludźmi i wiem różne rzeczy. A co z Mlaskrem?

*** ~ ***

– Mlaskier stóóój! – wrzasnął wejdźmin widząc, jak jego goły towarzysz biegnie na przywitanie mieszkańców groty.

Trolle, jak to trolle, nie były wrogo nastawione. Ale były…

– …GŁODNE. TO MY ZJEŚĆ JEDEN Z WY – wydukał Krzysztof.
– Was – poprawił Gejralt.

Trolle spojrzały po sobie.

– NIEMCY – zauważył Krzysztof.
– NIESMACZNE – nadmienił Krzysztof.
– JA WIEM.
– JA TEŻ.
– To my już sobie stąd… gehen – wtrącił Zołman.
– I GEJE.
– NIEZDROWE.
– JA WIEM.
– JA TEŻ.

Trolle wzruszyły ramionami. Krzysztof odwrócił się i wyjął z kotła ociekającego sosem grzybowym Mlaskra, który oblizywał dłonie i inne części ciała, do których sięgał. Krasnolud pomyślał, że nikomu nie poleciłby go zjeść, chyba, że chciałby kogoś otruć.

– TY – zawołał towarzysza Krzysztof. – MOŻE ON NIE NIEMCY? SPRAWDŹ.
– TY – Krzysztof zwrócił się do Mlaskra.
– Ja? – zapytał poeta.

Trolle pokiwały głowami.

– NO NIE POJEMY.
– NO NIE.

Gejralt wyglądał na załamanego. Po wyjściu z jaskini w milczeniu usiadł na kamieniu i wsadził głowę między kolana, aż jego długie srebrne włosy z różowym pasemkiem pośrodku rozłożyły się na ziemi. Słońce zaczęło już powoli zachodzić, a on po raz pierwszy w życiu zupełnie nie wiedział co robić. Cmok był blisko, jego ciężki oddech huczał mu w uszach, i gdyby tylko droga na szczyt nie była tak niemożliwa do przebycia, bestia byłaby już jego.

– Gejraaalt? – odezwał się poeta plotąc srebrne warkoczyki na głowie wejdźmina. – Ale ciągle jesteś zły, że się nie podzieliłem? Wiesz, nie masz czego żałować. Ten niebieski żelek w kształcie lwa był bez smaku, a naleśnik smakował jak papier. Chudy i suchy nawet z dżemem.

Gejralt podniósł głowę i wlepił wzrok w przyjaciela.
– Mlaskier! Jesteś geniuszem! – krzyknął.
Zołman zadławił się winem.
– Dżemmefer! – wrzeszczał wejdźmin podskakując. – To ona pomoże mi dostać się na szczyt!

*** KONIEC CZĘŚCI  I ***

Rozdział XII – „Junior”

Cesarz Emhuj val Emsrei przechadzał się po sali tronowej swej letniej rezydencji położonej u stóp Vinogradu z rękami założonymi na plecach. Gejralt – ubrany w dopasowany dublet, czarne rajstopy i lakierowane trzewiki – siedział w ogromnym pozłacanym fotelu obitym czerwonym kaszmirem i z nogą założoną na nogę popijał herbatę owocową, do której wlewał losowy eliksir, gdy cesarz akurat nie patrzył. Kiedy zegar wybił siódmą wieczorem, zdobione drzwi do sali otworzyły się.
Stanął w nich nadworny krawiec wraz z Zołmanem, poprawiającym kołnierzyk w swym wystawnym fraku, obydwoje w towarzystwie szczupłej szatynki o krótkich kręconych włosach, odzianej w karmazynową suknię balową ze złotymi ornamentami.
Cesarz przetarł oczy i spojrzał na krawca w oczekiwaniu na wyjaśnienie. Gejralt, korzystając z sytuacji, sięgnął do torebki i urozmaicił swoją herbatę kolejnym eliksirem.

– Mości cesarzu, Wasza Wysokość! – rzekł krawiec załamując ręce. – Nic nie dało się zrobić! Uparł się i koniec!
– Potwierdzam – potwierdził krasnolud.
Było oczywistym, że dobre samopoczucie Mlaskra sięgnęło tego wieczoru zenitu. Stał wyprostowany z zadowolonym wyrazem twarzy i uśmiechając się wstydliwie, błądził oczami po – jak myślał – podziwiających jego kreację zgromadzonych.
Cesarz Emhuj, dla przyjaciół Em’, dla wrogów ‚Huj, był niepocieszony.
– Zresztą, z mości wejdźminem wcale nie było łatwiej! – ciągnął krawiec. – Nie dość, że musiałem wszystko zwężać, to jeszcze kazał mi wszędzie podoszywać falbanki, a to wszystko w niecałe dwie godziny! Wasza Wysokość, proszę o zrozumienie!

Cesarz wciągnął policzki i spojrzał na smukłą postać z filiżanką siedzącą na jego tronie.
– Dziękuję, możesz nas opuścić – wydał polecenie i ponownie złożył ręce na plecach. – Skoro jesteśmy w komplecie, to pozwolę sobie wyjaśnić, dlaczego kazałem was ubrać jak wysokiej klasy mieszczan – rzekł, z pogardą zerkając na Mlaskra.
Wejdźmin ziewnął.
– Powodem, dla którego to zrobiłem, choć prawdę mówiąc chodziło mi tylko o wejdźmina, jest obecność duplera na moim dworze. Zdrajcy, mówiąc wprost, który szpieguje dla moich wrogów. Chcę, wejdźminie, abyś go dla mnie wytropił.
Gejralt siorpnął i odsunął filiżankę od ust.
– Chyba nie muszę ci tłumaczyć, jaką odmianą nieludzia jest dupler? – dopytał cesarz.
– Nie, z cała pewnością tak – odparł wejdźmin.
Emsrej zastanowił się chwilę.
– W takim razie wiesz, co robić – rzekł. – Nie mam pojęcia…
– Ja też nie – przerwał mu Gejralt.
Cesarz zirytował się, ale nie dał tego po sobie poznać.
– Nie mam pojęcia, jaką postać przybrał teraz – dokończył. – Moi zwiadowcy ustalili, że tydzień temu paradował jako moja córka Syrylla, i to zresztą na jej własne życzenie. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak bardzo mnie to niepokoi.
– Nie tak tak, nie wiem – powiedział Gejralt, tym razem sam zastanawiając się nad sensem swej wypowiedzi.

Spojrzał na herbatę, potem na cesarza, potem znów na herbatę, powiedział:
– Przepraszam na moment – wstał i zamknął się w najbliższym kredensie.
W pośpiechu wypił eliksir „Pies”, aby ciut lepiej widzieć w ciemnościach, i szybko przejrzał puste flakoniki.
– Zołmanie, mogę cię prosić? – zapytał, uchylając drzwiczki.
Zdumiony cesarz spojrzał na krasnoluda, który chrząknął i pewnym krokiem wszedł do kredensu. Cesarz pokiwał się chwilę w przód i w tył, a kiedy Mlaskier puścił mu oczko udał, że musi zrobić coś bardzo ważnego i schował się za kolumną.

– Kurwa, jak tu ciemno. Nic nie widzę – powiedział Zołman, próbując ominąć długie nogi siedzącego w kredensie wejdźmina. – Gejralt, co ty wyprawiasz?! Zabieraj łapy!
– Zołmanie, przez przypadek wypiłem eliksir „Tak”, a zaraz potem eliksir „Nie”. I teraz nic nie wiem.
Krasnolud chwycił się za czoło i wziął głęboki oddech.
– Chyba nie lubię tej miny – oznajmił wejdźmin.
– Rozumiem, że wypiłeś też ten eliksir, który sprawia, że trochę lepiej widzisz w ciemnościach, ale za to wszystko na czarno–biało?
– I tak, i nie.
– Co jeszcze wypiłeś?
– Nie wiadomo.

Cesarz Emhuj val Emsrei co jakiś czas nadstawiał lewe ucho, próbując rozpoznać słowa w przytłumionych dźwiękach wydobywających się z kredensu. Przez przypadek zerknął też na Mlaskra, który kręcąc się w kółko podziwiał obszerne rondo swej sukni.

Jako pierwszy z kredensu wyłonił się Zołman. Poprawił swój frak i zwrócił się do cesarza:
– Wasza Wysokość, mój przyjaciel jest chwilowo niedysponowany.
– Jak to?
– Wysokość się nie martwi, Gejralt przyjmuje zlecenie na tego duplera, ale pod jednym warunkiem. Załatwi mu Wasza Wysokość zlecenie na Cmoka. Na wyłączność – rzekł, po czym dodał od siebie: – A za duplera chce tysiąc vinogradzkich koron.
Gejralt próbował zaprzeczyć, ale mu nie wyszło.
– Bardzo jesteś śmiały, wejdźminie. Ale dobrze, niech będzie. Jestem w stanie zorganizować i jedno i drugie, ale również mam pewien warunek. Otrzymasz nagrodę, jeśli załatwisz sprawę przed świtem. Nazajutrz wyjeżdżam i nie chciałbym brać szpiega ze sobą.
– Nie ma strachu – zaczął krasnolud. – Jak znam Gejralta, to wytropi go w godzinę.
– Znakomicie. A zatem czuję się zobowiązany przekazać wszelkie informacje, jakie posiadłem do tej pory – rzekł cesarz, wyciągając z szuflady niewielką karteczkę. –  Poprzedni wejdźmin, który niestety nie mógł dokończyć zadania, gdyż umarł ze starości, zdołał ustalić, że mój dupler ma jedną specyficzną cechę, która z nim zostaje, niezależnie od tego, w kogo się zamienia. A mianowicie, jego skóra ma, jak to określił, „ciekawy odcień perłowożółtego papirusu z dodatkiem kremu z dyni oraz barwionego, niebielonego jedwabiu” – odczytał. – Mi to nic nie mówi, ale wy, wejdźmini, podobno macie wyjątkowo wyostrzone zmysły. W pierwszej kolejności proponuję rozejrzeć się w zachodnim ogrodzie, gdzie trwa małe przyjęcie pożegnalne dla najmożniejszych mieszkańców miasta.

Gejralt przełknął ślinę i spojrzał na szarą suknię Mlaskra.
Potrafił rozpoznać dziewiętnaście różnych odcieni beżu bez picia jakichkolwiek eliksirów, jednakże w tym momencie był zdolny nazwać co najwyżej trzy kolory.

– No to mamy przejebane – zauważył Zołman, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi do sali tronowej. – Gejralt, jakieś pomysły?
Wejdźmin wzruszył ramionami.
– Nie wiem – odparł.
– Chodźmy na przyjęcie! – krzyknął Mlaskier, wyciągając ręce w górę.

Przyjęcie, o którym wspomniał Cesarz, wcale do małych nie należało. Tłum rozbawionych gości przechadzał się wśród perfekcyjnie przystrzyżonych żywopłotów, suto zastawionych stołów i płonących latarni. Goście zabawiani byli przez połykaczy ognia, mimów, akrobatów i… Mlaskra, który podwinął suknię i czym prędzej zbiegł ze schodów, rzucając się na najbliższy stół z alkoholem i okolicznych mężczyzn. Gejralt ruszył w jego ślady, ale ponieważ po raz pierwszy w życiu wypowiadał się mniej logicznie od przyjaciela – no i nie miał na sobie sukienki – skończył z butelką wódki w pobliskiej fontannie, gdzie doznał olśnienia.
– Zołmanie! – wrzasnął potrząsając przyjacielem za ramiona. – Musisz mi pomóc znaleźć niebieskozielony leśny kwiat!
Zołman nie wiedział o co chodzi, ale wyczuł, że to ważne, więc pobiegł za przyjacielem i czuł się w tej roli dość dziwacznie, bo to zazwyczaj jego Gejralt ganiał nocą po lesie.

– A ten? – zapytał Wejdźmin, wskazując kierunek palcem.
– Ten jest… No, taki bardziej fioletowy – objaśnił krasnolud najszczegółowiej jak potrafił, podświetlając trzydziesty pierwszy z kolei kwiat świeczką.
– A ten?
– Ten nie. Ten jest czerwony.
– A ten tutaj?
– Gdzie?
– Tu.
– Ten jest… Jasny żółty i ma biały środek. Przysięgam Gejralt, że jak jeszcze raz wypijesz ten eliksir, to zrobię ci z dupy jesień średniowiecza.
– Trzymam za słowo. A ten?
– Ten jest niebieski. Co…?
– Ale taki bardziej niebieski czy taki bardziej niebieskozielony?
– No taki… Niebieski raczej, chociaż może rzeczywiście lekko wpada w zieleń…? – zastanawiał się krasnolud.
– No to w końcu jaki jest? – niecierpliwił się wejdźmin.
– Nie wiem, kurwa! Co ja, artysta–malarz jestem?
Zapadła cisza.
– Oho. Coś się zbliża – szepnął Gejralt, wyostrzając słuch.
– Co się zbliża? Nic nie słyszę.
– Pewnie wyczuł ciepło. Zołmanie zgaś świeczkę.
– No na pewno! Nie nabierzesz mnie tym razem. Zgaszę świeczkę i obudzę się dopiero jutro z tobą w…
– Uważaj! – wrzasnął wejdźmin, sięgając ręką po miecz, tyle że zapomniał, że jego miecze skonfiskowała straż na czas pobytu na cesarskim dworze.
Coś bardzo długiego zwiesiło się z gałęzi i porwało Zołmana w korony drzew.

Gejralt wiedział, że zgwałty nie są szczególnie groźne, zerwał więc kwiat najbliższy temu, którego szukał i wrócił na przyjęcie, skąd zwędził słoik miodu, sok malinowy, rumianek i dwie butelki krasnoludzkiego spirytusu. Następnie upuścił sobie kroplę krwi i z bólu niechcący podpalił choinkę, po czym uwarzył eliksir według starej, zapomnianej już receptury wejdźmińskiej, który miał anulować działanie wszystkich zażytych ostatnio specyfików.

Mikstura zadziałała. Zadziałała nadzwyczaj dobrze, bo wszystkie dolegliwości ustąpiły w ciągu kilku sekund, jednak ilość spirytusu, którego Gejralt nie żałował, albowiem doskonale wiedział, że mocny alkohol przyspiesza działanie eliksirów, sprawił, że nie do końca rozumiał, co mówią stojący przed nim czterej cesarze Emhuje val Emsreje.
– Co to za cyrki! Złapałeś duplera? – powtórzył cesarz po raz kolejny, kiedy jego ludzie próbowali ugasić płonącego iglaka.
– Du? Plera…? DupLeRaa…! – wyjęczał rozkosznie. – Złapałem.
Emhuj podskoczył, kiedy ręka wejdźmina znalazła się na jego pośladkach.
– Zdejmij ze mnie rękę – wycedził cesarz, na co stojący obok Mlaskier natychmiast zdjął sukienkę.
Wianek mężczyzn wokół niego wydał z siebie okrzyk obrzydzenia, a jeden z nich zaczął w szale wycierać usta, po czym zwymiotował na zamszowe buty cesarza, kaszląc przy tym potwornie.
Mlaskier nie pamiętał, kiedy ostatni raz coś go tak bardzo rozśmieszyło. Gejralt, chichocząc, zwrócił się do jednego z cesarzy:
– O ranyyy… Ale z ciebie nudziasssz – po czym nachylił się i zaczął klepać duszącego się mężczyznę po plecach; ten jednak słabł z sekundy na sekundę, aż w końcu całkiem opadł z sił i skurczył się przybierając swą prawdziwą postać.
– O – rzekł Mlaskier. – Jessst dufler. Suflet. Duplet. Tsszeba powiedzieć Zołmanowi, bo cesasssz jusssz chyba wie.
– Ojej… No pssszeciesssz… – Gejral westchnął. – Chodź.

Zaczynało już świtać, więc wejdźmin był dobrej myśli. Leżał na ściółce leśnej i obracał w palcach niewielki niebieski listek spoglądając w korony drzew.
– Może Gejman? Albo Gejzoł? – zastanawiał się.
– A Gejzeł…? – zaproponował Mlaskier.
– Hmm. Nie, nie podoba mi się. Zbyt pretensjonalne.
– To wiem – powiedział Mlaskier w półśnie. – Gejraltozołmanomlaskier Drugi Junior…
Z gałęzi zlazło coś długiego i delikatnie odłożyło krasnoluda na mech. Gejralt poruszył się dopiero, kiedy stwór odszedł, i przytulił otępiałego przyjaciela.
– Jak się czujesz, Zołmanie?
Krasnolud milczał.
– Na pewno jesteś głodny, ale najpierw musisz polizać to – rzekł, unosząc listek.
Zołman, wyjątkowo posłuszny, zrobił jak wejdźmin kazał.
– I co? – spytał Mlaskier, przecierając pełne śpiochów oczy.
– Jeszcze chwila – odparł Gejralt, w skupieniu wpatrując się w mieniący się listek.
Po chwili rozpromienił się.
– Gratuluję Zołmanie, jesteś w ciąży.

Kilka godzin później krasnolud doszedł do siebie.
– Nie kurwa! Nie zgadzam się! Gejralt, zrób coś! Usuń to czymś! Wypiję wszystko!
Wejdźmin przez chwilę miał ochotę wykorzystać sytuację, ale bał się, że może to zaszkodzić dziecku.
– Spokojnie, Zołmanie. Wiem, że to szokująca wiadomość dla każdej młodej matki, ale nie podejmujmy pochopnych decyzji.
– Zamknij się! Jak to w ogóle możliwe!?
– Nikt ci wcześniej nie wytłumaczył? Masz, zjedz jagódki.
– Kurwa, Gejralt! – wrzasnął, ciskając jagodami o ziemię. – Ja jestem facetem! Nie mogę zajść w ciążę!

Wejdźmin wytłumaczył przyjacielowi, że zgwałty to magiczne potwory zagrożone wyginięciem, dlatego nie próżnują i potrafią sobie poradzić w obydwu przypadkach. Są prawdziwymi chirurgami w swoim fachu choć i im zdarzają się niepowodzenia. Magiczna ciąża trwa tylko dziewięć godzin, więc za niecały kwadrans wszystko miało się wyjaśnić.

Krasnolud pobladł.

– Nie martw się Zołmanie – uspokajał wejdźmin. – Malutki zgwałt ma tylko piętnaście centymetrów długości. Poza tym wszystko już zaplanowałem. Nazwiemy go Gejman, albo Gejzoł i…
– O nie nie nie! To moje dziecko i na pewno nie nazwę go Gejzoł! Sam wymyślę imię i sam go wychowam! Kurwa, co ja gadam!?
– To może jednak Gejzeł? – zaproponował Mlaskier. – Jak ta dziura co tryska gorącą wodą. Albo Mlaskruś.
– A Zołralt? – dopytywał wejdźmin.
– Nie kurwa! To są jakieś kpiny!

Drzewa nad nimi obsiadły czarne podłużne stwory z uśmiechniętymi jasnymi oczami i tuląc się do siebie zaczęły wydawać kojące dźwięki. Krasnolud poczuł się śpiący i opadł na ziemię.
Wszyscy wyczekiwali narodzin w napięciu, jednakże nic się nie wydarzyło. Magiczne stwory posmutniały, popatrzyły po sobie i schowały się głęboko w liściach, zupełnie jakby się rozpłynęły.
– O kurwa… – powtarzał Zołman dysząc. – Jeszcze nigdy nie czułem takiej ulgi.
– I nie jest ci ani trochę przykro? – zapytał wejdźmin, tuląc chlipiącego Mlaskra do piersi.
Zołman spuścił głowę.
– No trochę jest. Ale jak komuś o tym powiesz, to!

Krasnolud opuścił przyjaciół, bo jak stwierdził chwilę później, musiał się natychmiast napić.
Nie napił się od razu, za to jego wysoki krzyk kilkaset metrów dalej wypłoszył wszystkie wrony z lasu.
W pierwszej z brzegu karczmie w Vinogradzie otrzymali wiadomość od komendanta cesarskiej straży, że na wejdźmina Gejralta czeka sowita nagroda, co tylko podniosło nastroje całej trójki do świętowania.
No, może dwójki. Czwórki…?

Rozdział X – „Za pan brat”

Po tajemniczej historii z wonszołakami i niepamiętnym tygodniu spędzonym pod wsią Polędwica, budżet całej trójki poważnie ucierpiał. Po czternastu nieudanych recitalach Mlaskra, wspólnie zadecydowali, że od dzisiaj to krasnolud Zołman będzie trzymał pieczę nad ich budżetem, oraz że ich ostatnią nadzieją na odbicie się od dna jest wejdźmin Gejralt, który rozpaczliwie szukał zleceń we wszystkich okolicznych wsiach, aby nie umrzeć z głodu. Zołman co prawda doszedł już do siebie, choć po dziś dzień czuje nieprzyjemne mrowienie na karku, kiedy wypowiada słowa: ja pierdolę.
Szczęście uśmiechnęło się do nich dopiero we wsi Dmuchawięc, ostatniej wsi położonej na wschód od Vinogradu.

– A tam, pierdolenie – skwitował Zołman, po piętnastominutowej wypowiedzi wejdźmina. – Przestałbyś ubierać się jak baba, to może moglibyśmy przechodzić przez wioski nie wzbudzając aż takiej sensacji.
– No dobrze, powiem wprost. Myślałem, że tak będę ci się bardziej podobał – wyjaśnił Gejralt.

Krasnolud postanowił tego nie komentować. W milczeniu podeszli do tutejszej tablicy ogłoszeń, gdzie Gejralt wnikliwie przejrzał wszystkie anonse matrymonialne, oświadczenia o bankructwie i zawiadomienia o zaślubinach, kiedy to uwagę krasnoluda przykuło jedno zlecenie. Była to rozpaczliwa prośba sołtysa wsi o uporanie się ze skrzydlatym potworem, który uwił sobie gniazdo na pobliskim wzgórzu. A przynajmniej tak twierdzili chłopi, co było również umieszczone w treści ogłoszenia, bardzo tłustym drukiem.
Zołman pożyczył szczęścia przyjacielowi i odprawił go machnięciem ręki. Znudzony wejdźmin przewrócił oczami, albowiem nie przepadał za skrzydlatymi stworzeniami, i rzekł na odchodne:

– Zołmanie, pilnuj Mlaskra. Nie czuje się najlepiej po swoich ostatnich występach.

Mlaskier, włócząc nogami, przechadzał się pomiędzy domami i patrząc w ziemię, zbierał co lepsze kąski. Wszyscy wiedzieli, kiedy się nachylał, bo po wsi rozchodził się śmiech i gwizdanie.

– Ech – jęknął krasnolud.

Już miał podejść do grajka, kiedy na jego drodze stanął niewielkich rozmiarów jegomość. Mimo iż dzierżył na plecach dwa miecze i wyglądał nieco inaczej niż go zapamiętał, Zołman dobrze znał owego krasnoluda.

– Złoman… – wyszeptał. – Co… Co tu robisz?
– Witaj braciszku. A więc znów się spotykamy.

Gwoli wyjaśnienia, Złoman, brat bliźniak Zołmana, nie pałał do niego braterską miłością. Bracia pokłócili się przed laty o dziewczynę o imieniu Helenka, a ich spór do dzisiaj nie został rozstrzygnięty.

– Co u Heli? – zapytał Złoman, wyciągając jeden ze swych potężnych mieczy.
– Nie wiem… – wybełkotał Zołman. – Chciałem zapytać o to samo… Co ty z tym mieczem…? Słuchaj, dajmy już temu spokój. Było minęło, nie ma co roztrząsać dawnych spraw…
– Haa! – wrzasnął Złoman. – My wejdźmini, nigdy nie zapominamy!
– Zostałeś wejdźminem…? Ale jak?
– A tak!

Złoman zabłyszczał swymi wypolerowanymi mieczami przed oczami brata, wprawiając go w oszołomienie. Następnie pchnął go pulchną nogą, aż ten znalazł się na ziemi. Wbił ostrza pomiędzy jego kolana, uniósł ręce i wytworzył kulę ognia, która swym blaskiem oślepiła Zołmana. Złoman cisnął nią o ziemię z grymasem na twarzy tuż obok osłaniającego się rękami brata.
Z perspektywy leżącego na ziemi krasnoluda, wszystko to wyglądało wyjątkowo imponująco.
Złoman, zadowolony z efektu, pogroził jeszcze zdezorientowanemu bratu i odszedł w stronę pobliskiej chaty podciągając obszerne spodnie.
Zołman usiadł zastanawiając się, co się właściwie stało, po czym spostrzegł Mlaskra kulącego się na sianie przy stajni i szaleńczo drapiącego się po rzyci. „Cholera”, pomyślał. Zaraz potem usłyszał znajomy głos.

– No ładnie. To ja haruje, a wy sobie leżycie.
Gejralt wyglądał dość mizernie.

– Upolowałeś tę mizernę?
– Mhm. Nudy. Tam jest – powiedział, biorąc łyk z flakonika bez etykietki.

Wskazał na szarpiącego się na sznurku niewielkich rozmiarów ptakowatego, jak twierdził Gejralt, potwora. Mizerna trzepotała barwnymi skrzydełkami popiskując, ale Pupka, do której była przywiązana, pozostawała nieugięta.

– Strasznie mizerna ta mizerna. I w zasadzie wygląda jak papuga – skomentował Zołman. – Dlaczego wciąż żyje?
– A dlaczego miałaby nie żyć? Przecież to tylko papuga. Tylko nie mów nikomu – dodał szeptem.

Krasnolud chciał coś nawet powiedzieć, ale zrezygnował.

– Nie ważne – skwitował. – Dobrze, że jesteś. Jak cię nie było, Mlaskier chyba coś zeżarł i dostał wysypki.
– Gdzie?
– Tam pod pieńkiem, na sianku.
– Pytam, gdzie ta wysypka.
– Tam gdzie słońce nie dochodzi. Chociaż, akurat w jego przypadku, dochodzi.

Gejralt poradził Mlaskrowi, aby udał się do miejscowej zielarki, bo ta wysypka, jak stwierdził, jest w złym miejscu. Zołman nie chciał wiedzieć dlaczego, choć się domyślał. Sam udał się do sołtysa po nagrodę. Sędziwy mężczyzna o ogorzałej twarzy nie był całkiem zadowolony z pracy wejdźmina, toteż Gejralt był zmuszony przystrzyc skrzydełka owej „mizerny” i przekonał go, aby została miejscową atrakcją. Bogatszy o kilkanaście koron, dołączył do krasnoluda, który zniecierpliwiony wypatrywał Mlaskra. Wejdźmin mruknął podejrzliwie zerkając na wystawną chatę znachorki.
– Bogata ta zielarka – zauważył. – Kupimy coś do jedzenia i pójdziemy po Mlaskra – zadecydował, rozglądając się za odpowiednim straganem. – Zołmanie? Dlaczego stoisz po drugiej stronie wioski, przebrany za grubiutkiego wejdźmina?
– Co ty pieprzysz, Gejralt?
– No tam!
– Aaa… Zapomniałem. To mój braciszek…
– O mój Boże, jest tak słodziutki, że nie wytrzymam!
– Gejralt, nie! On jest bardzo niebezpieczny! – wołał Zołman, ale Gejralt, znany ze swojego zamiłowania do wszystkiego, co malutkie, błyskawicznie znalazł się po drugiej stronie wioski.

Podniósł krasnoluda na wysokość swoich oczu i wyprostował ramiona.
– Co ty robisz?! Postaw mnie debilu! – wrzeszczał krasnolud machając rączkami.
– O rany! Jaki on mięciutki! – zachwycał się Gejralt. – Zołmanie, nigdy nie mówiłeś, że masz młodszego braciszka!

Zołman próbował przekonać przyjaciela, że jego brat niewiele ma wspólnego ze słodkościami, ale po raz kolejny tego dnia poniósł porażkę. Gejralt wpatrzony był w niego jak w obrazek, szczerząc się bez przerwy.
– O matko, jest jeszcze mniejszy od ciebie! – ciągnął wejdźmin. – To najsłodsza rzecz, jaką widziałem w życiu!
– Słyszałem, że to samo mówiłeś o Sralineczce – zauważył Zołman.
– Nie przypominaj mi. Patrz! – wrzasnął nagle. – Zrobił sobie na rączce malutką ognistą kuleczkę!
– Gejralt, zdenerwujesz go tylko. To nie jest kuleczka, tylko…
Wejdźmin delikatnie zdmuchnął płomyk, przechylił głowę na bok uśmiechając się i postawił krasnoluda na ziemię tyłem do siebie.
– O rany, popatrz! Jakie ma malutkie wejdźmińskie mieczyki!
Wejdźmin uklęknął i zdjął jeden z nich z pleców krasnoluda.
– Aj ti ti ti! – zaczął, zabawnie drażniąc się z krasnoludem. – Aj ti ti ti! No kto to ma taki malutki wystający brzuszek?

Krasnolud, cały czerwony z nerwów, wściekł się jeszcze bardziej, kiedy końcówka jego miecza po raz kolejny delikatnie ukłuła go w brzuch.
– Dość tego! – wrzasnął wyjmując swój drugi miecz i machnął nim z całej siły wytrącając wejdźminowi ostrze z rąk.
Gejralt zdębiał.
– No to był bardzo gruby nietakt, mój drogi Mniejszy Zołmanie – rzekł, grożąc mu palcem.
– Dość powiedziałem! Nie jestem żaden twój! Mam na imię Złoman, mam trzydzieści jeden lat i jestem prawdziwym rekrutem Krasnoludzkiej Szkoły Wejdźmińskiej!
– Tak, tak, oczywiście, że jesteś – skwitował Gejralt, klepiąc go po szpiczastej czapeczce.
– Argh! Zaraz ci pokażę ty chuda tyczko! – warknął krasnolud ruszając na niego z impetem.
– Ciii…! – szepnął Gejralt.

Wejdźmin powstrzymał szarżę Złomana leniwie blokując go dłonią i wytężył słuch. Krasnolud naciskał z całej siły, ale nijak mógł poradzić sobie z ręką wejdźmina na czole.
– Co to za dźwięk? – zastanawiał się Gejralt. – Coś jakby szuranie…? Malutki Zołmanie, przestań się pchać!
– Nigdy! – warknął krasnolud-wejdźmin.
Gejralt przewrócił oczami, wyjął swój czterokrotnie dłuższy miecz i wbił go w ziemię, pomiędzy ubranie krasnoluda a jego skórę.
– No – rzekł, opierając ręce na biodrach. – Nie szarp się, bo się skaleczysz. A teraz tu na nas ładnie poczekaj.

– Zołmanie, twój brat ma pewne problemy umysłowe. Już go nie chcę – powiedział chwilę później Gejralt, kiedy oddalili się na bezpieczną odległość.
– A to to ja wiem.
Obydwoje wychylili się zza chaty. Owe szuranie, które Gejralt dosłyszał z daleka, okazało się być ciężkim worem ciągniętym po suchej ziemi przez Mlaskra.
– Dużo tej maści na wysypkę – zauważył Zołman.
– Hop, hop! – zawołał Mlaskier na widok swoich przyjaciół. – Patrzcie, co kupiłem!
Zołman otworzył lniany wór i wyjął z niego kilka przedmiotów.
– Mlaskier, wydałeś nasze ostatnie pieniądze na… na śmieci…? Kurwa! Co to w ogóle jest? – wrzasnął Zołman wymachując kawałkiem podeszwy w kształcie serca.
Grajek rozweselił się.
– Mlaskier, jak wygląda ta zielarka? – zapytał Gejralt, odkładając drewniane przyrodzenie do worka.
– Noo, kudłata jak pies. Tyle, że taki w kształcie człowieka. Wyprostowany. Na dwóch nogach. I miała przepiękny uśmiech…
– Taki pies, jak hiena? – dopytywał wejdźmin.
– O. Tak. Miała tyle do kupienia… – westchnął.
– To nie żadna zielarka – zaczął Gejralt, zwracając się do Zołmana. – To skubkup. Oczarował go i oskubał ze wszystkich pieniędzy.
– Sku-co?
– Skubkup. Taki potwór co powstaje, jak kupiec umiera w nieszczęściu.
– Aha.
– Jest tylko jeden sposób, aby pokonać skubkupa.

Gejralt chwycił wór i wrzucił go z powrotem do chaty podszywającego się pod zielarkę potwora. Wór grzmotnął o drewniana podłogę wzbijając w powietrze tumany kurzu, który powoli osiadł na bogato zaopatrzonych półkach sklepowych, które zresztą też były na sprzedaż. Piętrzące się towary przytłaczały każdego, kto przechodził przez próg. Ale nie wejdźmina.
– Dzień dobry. Chciałbym dokonać zwrotu – zaczął Gejralt.
Grajek, usłyszawszy to,  błagalnie złożył dłonie, a z jego smutnych oczu wyciekła duża łza. Wejdźmin westchnął.
– No dobrze. Nie lubię jak płaczesz – rzekł, całując grajka w czółko.
Skubkup spojrzał na przybyszy spode łba szczerząc żółte kły.
– Zzzwrotów i tak nie ma – wysyczał, pukając czarnym pazurem w drewnianą tabliczkę z wyrytym nań napisem.
– Nie ma, nie ma – przedrzeźnił go wejdźmin. – A co jest?
– Wszyssstko – wysyczała hiena.
– Znaczy się, że jest też obeschnięty patyk z trzema listkami?
– Jessst.
– A mały żółty kamyczek z czarną kropką pośrodku?
– Jessst.
– A Wysublimowany Zaklinacz Myszy?
– Jessst. Tssszy pięćdziesssiąt…!

Gejralt zmrużył oczy, zrobił dzióbek z ust, wyprostował się i założył ręce na piersi.

– A prostokątne kółko z pergaminu z trzema wierzchołkami? – zapytał.
– Nie maaa!
– A metrowy sznur z kamienia z tylko jednym dwumetrowym końcem?
– Nieee maaa…! – syczał potwór powoli zachodząc się płomieniami.
– A… – zaczął wejdźmin, ale jego kolejne pytanie przerwał nadlatujący krasnolud z rozchechłanym tyłem ubranka.
– Stop! On jest mój! – wrzasnął Złoman. – Zabiję go i będę pławił się w bogactwie!
Krasnolud odbił się od podłogi i z zadartym w górę mieczem przeleciał tuż obok klatki piersiowej Gejralta.
Wejdźmin chwycił go w locie za szelki, zmarszczył się, zdjął swój drugi miecz z pleców, ponownie wbił go, tym razem między klepki w podłodze sklepu, i zawiesił krasnoluda na rękojeści. Bezradny malec wierzgał nóżkami popiskując złowieszczo.
– Uspokój się, bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę – poradził wejdźmin, wyjmując mu z ręki mieczyk, którym zaczął dłubać sobie w zębach.
– A… – zamyślił się, ponownie zwracając się do skubkupa. – Stuletnie drzewo kasztanowe w małej, czerwonej doniczce?
– Nieeeee maaaaa…! – syknął potwór, zamieniając się w obłok gęstego dymu, który wypełnił wnętrze sklepu i wydostając się przez okna, zaalarmował mieszkańców wsi.

Miejscowi wieśniacy w popłochu otoczyli chatę łapiąc się za głowy.
– Panie! Co my teraz poczniemy?! – lamentował tłum.
– Jak to co? – zdziwił się Gejralt, odganiając rękami gryzący dym. – Uwolniłem was od najbardziej pazernego potwora na świecie. Teraz możecie żyć normalnie i kupować to, co jest wam potrzebne, a nie wszystko jak leci.
– Rzeczywiście… Jakoś tak… Lżej mi na rzyci, że kupować nie muszę… – powiedział jeden z chłopów, drapiąc się po głowie.
– Ale to był nasz jedyny sklep! – dodał inny.
Wejdźmin zastanowił się chwilę.
– Wciąż go macie – oznajmił w końcu – tylko właściciel się zmienił. Ogłaszam, że od teraz, właścicielem tego przybytku jest krasnolud Złoman, brat mego przyjaciela, który…
– Gejralt, co ty pieprzysz! – przerwał mu Zołman. – Ja pierdo… Aaaał!
– Który… – kontynuował wejdźmin. – Który co właściwie?
– Który będzie najuczciwszym i najlepszym sprzedawcą w całej Dilerii, albowiem wie, jak ważne są prawa konsumenckie w dzisiejszym owładniętym biedą i ubóstwem świecie!
– Mlaskier…? – zapytał wejdźmin niepewnie. – Dobrze się czujesz?
– No co. Tak mi się powiedziało

Rozdział VIII – „Dżemiąca siła”

Przemierzając Dolinę Pomponu, wejdźmin zatrzymał się w niewielkiej wsi Ułomnica. Jego posrebrzany miecz wykuty w Wyrżnijmnie potrzebował naprawy po tym, jak dostał się między lędźwie jego kościstego konia, a on sam, czekając na swój rynsztunek, zaszył się w cieniu jednego z gospodarstw, gdzie ćwiczył swoje umiejętności rozmawiania z kobietami.
– Och, wiesz jak to jest. Jeździsz po całym świeeecie, spotykasz różnych luuudzi, nie masz swojego miejscaaa… Hm? Co mówiłaś? Oj nie, to nie zupełnie tak. Widzisz, nie mogę zaryzykować stwierdzenia, iż…
– Piepszone dziwolągi! – rozległo się nagle. – Chulera by was wziela! Zostaw moją kozę, ty! Bo kark ci przetrącę, jak matule swe kocham! – krzyczał wieśniak, grożąc pięściami. – To ustatnia koza, jaką mum! Już w zeszłym tygodniu ukradli mnie krowe!

Gejralt zdjął rękę z grzbietu zwierzęcia i wyprostował się.

– Tylko oglądałem – wytłumaczył.
– A co tu do oglądania jest! Koza jak koza!
Wejdźmin zmrużył oczy i machnął ręką uspokajając wieśniaka Znakiem Fucksji.
Oszołomiony mężczyzna natychmiast pobiegł do chaty wykrzykując imię swej, jak domyślał się Gejralt, małżonki.

Powodem, dla którego wejdźmin ćwiczył rozmowę z kobietami, nie była nuda. Wiedział dokładnie co musi zrobić, aby uwolnić swych wiernych przyjaciół ze szponów Dzikiego Zgonu.

I wiedział też, że to nie będzie dla niego łatwe spotkanie.

Kiedy odzyskał swój miecz, nie zwlekając już dłużej, wsiadł na kulawą Pupkę i udał się do ruin skalnej świątyni nad brzegiem morza, gdzie śmiertelnie poważny stanął na nakreślonym fioletową kredą kole i rzekł:

– Dżemmefer. Potrzebuję twojej pomocy.
Nie doczekał się odzewu.
– Dżemmefer, wiem że mnie słyszysz. Nie będę drugi raz powtarz…
Mały kamyk nadlatujący znad morza uderzył go w głowę.
– Nie drażnij się ze mną. To ważna sprawa.
Drugi kamyk, dużo większy, nadlatujący z lasu, uderzył go w pośladki.
– No doprawdy, doprawdy – burknął, masując tyłek.
Odczekał jeszcze chwilę.
– No jak sobie chcesz. To ja idę. Pa.
– Teraz to ty się ze mną droczysz – powiedział kobiecy głos znikąd, a zaraz potem z nieba spadła czarodziejka trafiając wprost na niego.

Wejdźmin nie poruszył się, choć miał niezmierną ochotę zrzucić ją z bioder.

– Zołman i Mlaskier potrzebują pomocy – zaczął.
– Wiem – oparła czarodziejka.
– Wiesz?
– Oczywiście, że wiem. Zastanawiałam się, kiedy do mnie z tym przyjdziesz.
– Gdzie oni są?
– Są bezpieczni.
– Dżemmefer – zaczął Gejralt, próbując się spod niej wyczołgać, bo sytuacja zrobiła się dla niego dość niewygodna. – Ładnie proszę, sprowadź ich z powrotem.
– Jak posiedzą jeszcze chwilę w Dzikim Zgonie, nic im nie będzie. Na moją prośbę Stefano nie zrobi im krzywdy. Tobie też nic się nie stanie, jak jeszcze trochę posiedzę na tobie.
– Znasz Stefano? – zapytał przekręcając się z powrotem na plecy.
– Ja znam wszystkich, Gejralt. A teraz chodź tu do mnie, bo… Aaaa!

Czarodziejka nie zdążyła dokończyć zdania, gdyż wejdźmin zepchnął ją z siebie i wstał. Zdenerwowana okrążyła go płomieniami, które zdmuchnął znakiem Haard.
– U, Gejralt. Lubię, gdy to robisz.
– To już nie będę – odparł na powrót podpalając ziemię.
– Ty idioto! – wrzasnęła Dżemmefer przechodząc przez ogień bez szwanku. – Nie widzisz, że ja cię kocham? Szaleję za tobą od tylu lat! Od tamtej chwili…
– Aaa, pamiętam. Pokićkały mi się wtedy literki i wypiłem eliksir „Długi wonsz” zamiast „Drogi poncz” i…
– Dlaczego ze wszystkich ludzi na świecie musiałam zakochać się akurat w tobie! – grzmiała czarodziejka.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Nie wiem – przyznał. – Przy okazji, odczarujesz mi konia? Jest strasznie niewygodny bez skóry…
– Zamknij się! Co ty masz z tymi końmi…? Co ja mam zrobić? Dlaczego mnie nie chcesz?!
Wejdźmin zastanowił się chwilę przykładając palec wskazujący do ust.
– Widzę przynajmniej jeden poważny problem – powiedział.
– Ooooch! – jęknęła. – Tym razem mi nie uciekniesz!

Promień porannego słońca przebijający się przez zielone gałęzie drzew oślepił go, kiedy tylko otworzył oczy. Wejdźmin usiadł i chwycił się za pękającą od bólu głowę wzdychając. Widział bardzo niewyraźnie, zmrużył oczy i rozejrzał się na boki. Za kamieniem leżała postać. Podszedł do niej ostrożnie, chwycił za ramię i odchylił.

– Mlaskier! – wrzasnął, rozkładając ręce. – A gdzie Zołman?
Zaspany poeta przetarł oczy i spojrzał na wejdźmina.
– O – rzekł. – Nie wiedziałem, że też jesteś w Dzikim Zgonie. Ha ha – zaśmiał się nagle. – Jesteś fioletowo-zielony – oznajmił. – Ale jestem głodny. Idę zjeść jakąś kość.
Mlaskier przeciągnął się, poprawił stringi i zeskakując po zboczu świątynnej góry zniknął w gęstym lesie.
Gejralt rozejrzał się ponownie. Nigdzie nie widział ani nie słyszał drugiego przyjaciela, toteż zaczął go wołać.
– No i czego się drzesz – usłyszał po chwili. – Jestem za tobą.
– Zołmanie! Już myślałem, że nigdy cię nie zobaczę…! – wyjęczał Gejralt padając na kolana i zawiesił się na szyi krasnoluda.

Nawet Zołman nie miał serca go odepchnąć. Wszak wiedział, co zrobił dla nich obydwu, aby wyrwać ich z Dzikiego Zgonu, a że sam niejednokrotnie padał ofiarą podobnych sztuczek to wiedział, jak przykre są to doznania, choć zwykle niewiele pamiętał.
Nie wytrzymał jednak długo w jego uścisku.
– No już, już – wycedził, poklepując przyjaciela po plecach i odsunął go od siebie na długość ramion. – Wyglądasz jak krowie szczyny. Co ci się stało?
– Upoiła mnie…
– Kto? Dżemmefer? Czym?! Przecież ty masz łeb ze stali!
– Nawet wejdźmini nie są na to odporni.
Krasnolud powąchał oddech Gejralta.
– Psem i aresztem?! – wrzasnął nagle. – Myślałem, że to perfumy nadają jej tego zapachu!
– Nie, Zołmanie… – mruknął i podniósł się z ziemi. – To magiczny wywar do picia, który potrafi przyrządzić tylko ona. Śmierdzi jak nie wiem co.
Wejdźmin pochylił się i wsunął obie ręce do swej torebki. Buteleczki zabrzęczały.
– No ja na pewno nie będę pił tych twoich, pożal się Boże, eliksirów – burknął krasnolud, zakładając ręce.
– Jak sobie chcesz, ale zwykli śmiertelnicy nie są w stanie przeżyć tygodnia po bliskim spotkaniu z Dzikim Zgonem, a ty spędziłeś dwa dni w samym jego sercu. Za kolejne dwa postarzejesz się do granic własnych możliwości, za cztery wyschną i odpadną ci wszystkie kończyny. Wszystkie – podkreślił. – Za pięć dni będzie ci to zupełnie obojętne, bo stracisz rozum, a szóstego dnia umrzesz – wyjaśnił. – Myślisz, że skąd się wzięła nazwa Dziki Zgon?

Zołman przełknął ślinę i wychylił eliksir do dna. Po chwili poczuł się niewyraźnie.
– Dlaszego… kręci mi się… świat caluśki…?
Gejralt wytłumaczył mu, że trunek który właśnie wypił, piją tylko wejdźmini, aby oczyścić swój organizm z upiornych toksyn. Następnie uspokoił go twierdząc, że to nie pierwszy wejdźmiński eliksir jaki zdarzyło mu się spożyć, więc nie ma się czego bać. Sam też wypił coś, co sprawiło, że niemalże natychmiast odzyskał siły.
– Jak… – czknął krasnolud – …to?
Gejralt uśmiechnął się i westchnął.
– Oj, że też muszę cię zostawić w takim bezbronnym stanie i poszukać Mlaskra – opanował się Gejralt na powrót zapinając spodnie. – No nic. Odpocznij sobie – dodał, wsuwając wejdźmiński trunek do torby.
Zanim odszedł, spojrzał na nakreślony fioletową kredą krąg.
– Dzięki, Dżem. Chyba – dorzucił, jak się szybko przekonał, zupełnie niepotrzebnie.
Przelatujący gołąb narobił mu na ramię. Wejdźmin ściągnął usta w dzióbek i zmarszczył czoło.
– Dobszeee.. To se odpocznę… – wybełkotał krasnolud, ale Gejralta nie było już w pobliżu.
I rzeczywiście dobrze, bo zemdliło go do tego stopnia, że nie zdążył odejść na stronę.