„Praca wre”
Autor: Aga
Rozdział VI – „Dziki Zgon”
– Ja nie wiem, kurwa. Ja nie wiem, co żeście sobie myśleli! – grzmiał Zołman, raz po raz zakładając ręce, kiedy akurat nimi nie machał. – Mogliśmy tam spędzić przynajmniej tydzień. Cały tydzień w ciepełku, w towarzystwie miłych elfek…! Czy co tam wolicie…
Gejralt i Mlaskier szli za nim, ze opuszczonymi głowami i nietęgimi minami. Na bezkresnych, piaszczystych pustkowiach, na których znaleźli się po natychmiastowym wygnaniu z miasta elfów, wiał świszczący wiatr unosząc tumany piachu. Mlaskier miętosił w dłoniach końcówkę swej szlafmycy, a Gejralt otworzył torebkę i wyjął z niej eliksir „Jakaś Masakra”, który wypił.
– Że też postanowiłem urwać się z tej schadzki – ciągnął Zołman. – Powinienem był wiedzieć, że nie wolno was zostawiać samych! Cieszcie się, że zdążyliście uciec! Yonder nogi wam z dup powyrywa! Jak się odrodzi, rzecz jasna.
Mlaskier zwymiotował.
Wejdźmin spojrzał badawczym wzrokiem na zanikającą pod piaskiem treść i rozpoznał w niej coś, co przypominało oliwkę. Popatrzył na Mlaskra podciągając brwi niemalże pod linię włosów i wyjął kolejny eliksir.
Wiatr, który z każdą chwilą stawał się potężniejszy sprawiał, że coraz trudniej było im się poruszać. Jedynym jego plusem było to, że Zołman przestał w końcu biadolić, bo nie chciał przy okazji jeść piaszczystego powietrza. Mlaskrowi to nie przeszkadzało.
– A ja nawet wymyśliłem poemat dla Sralineczki… – zachlipał i zaczął recytować:
Sralineczko, o Sralineczko.
Dzisiaj twa męka zakończy się z deczko.
Nie będziesz już wcale taka malutka,
Bo będziesz miała wielkiego…
– Mlaskier – przerwał wejdźmin – Nie.
Gejralt zatrzymał się nagle i wyostrzył zmysły. Im dłużej to robił, tym jego oczy stawały się większe. Jego przyjaciele dobrze znali ten wyraz twarzy. Wszak co by o Gejralcie nie mówić, słuch i wzrok – i parę innych rzeczy – miał niezwykle sprawny.
– O nie… – zamruczał w końcu. – To nie jest zwykły wiatr. To Dziki Zgon! W noooooogiiii…!
Na horyzoncie za nimi malowała się niewyraźna czarna chmura, w której kłębach dopatrzeć można się było sylwetek mrocznych jeźdźców, a dla wprawionego ucha, słychać było również upiorne rżenie i tupot kopyt.
Zołman prowadził, wyprzedzając najpierw biegnącego na czworakach Mlaskra, a potem Gejralta, który spojrzał na niego z niemałym zdziwieniem.
Dziki Zgon był jednak znacznie szybszy i otoczył ich w mgnieniu oka zataczając nad nimi ogromne koło. Cała trójka przewróciła się osłaniając się od pyłu, jaki zebrał się po ostrym hamowaniu upiornej chmury. Mlaskier natychmiast schował głowę przytulając się do krocza Gejralta i zaczął płakać. Zołman biegał w kółko w poszukiwaniu kryjówki, ale zawiódł. W końcu usiadł. Wszyscy spodziewali się najgorszego.
– Dlaczego uciekacie? – zagrzmiał jeden z jeźdźców, wychodząc im na przeciw. – I dlaczego ten krasnolud próbuje się zakopać? Czyżbyście mieli coś do ukrycia?
Gejralt rozejrzał się błądząc oczami po przerażającym kręgu wiszącym nad ich głowami.
– Bo… – zaczął. – Słyszałem o was różne okropności.
– Bzdura – sapnął jeździec. – To tylko plotki. Jestem Stefano.
Gejralt odkleił od siebie szlochającego Mlaskra i wstał otrzepując ubranie.
– A z tym drugim co jest nie tak? – zapytał Stefano spoglądając na roztrzęsionego grajka.
– Ooo, nic takiego. On jest po prostu bardzo wrażliwy.
– Czy to gej? Nie cierpię gejów! – huknął, aż zatrzęsła się pustynia pod ich stopami.
Wejdźmin przygryzł usta i na moment całkiem przestał się ruszać.
– Nie – odparł szybko. – Nikt z nas nie jest homoseksualny. Ani trochę. Ani odrobinkę. Ani tyci tyci. Ani nic. W ogóle, fuj!
Choć Stefano był w większości zrobiony z kości i gnijących kawałków wiszącej tu i ówdzie skóry, na jego twarzy dało się dostrzec znamiona podejrzliwości.
– Milo cię poznać Stefano. Ja jestem Gejralt – kontynuował. – Jestem wejdźminem.
– Wejdźmin Gejralt…? Yhm. A reszta to kto?
– To moi przyjaciele. Ten strachliwy to Zołman, a ten tutaj to miszcz Mlaskier, poeta – grajek.
– Yhm. Albo mi się zdaje, albo coś już kiedyś o waszej trójce słyszałem… I to chyba całkiem niedawno było…
Gejralt postanowił natychmiast zmienić temat.
– A co tak… sobie tu… jeździcie? – zapytał.
– Wracamy właśnie od elfów – rzekł Stefano próbując się uśmiechnąć wystającymi z czaszki gołymi zębami.
Uśmiechanie się nie wychodziło mu najlepiej.
– Aa – jęknął wejdźmin. – I co tam u nich… słychać?
– Czajcie to: jakiś dwóch idiotów wypuściło jedynego na świecie dżina i poprosiło o oliwkę. Ha ha ha ha ha ha… – zagrzmiał. – …ha ha ha! Ha ha ha ha ha! – dokończył, wprawiając cały Dziki Zgon w salwy śmiechu. – A ten cały dżin miał odczarować mierzącą jeden centymetr córkę króla!
– Jeden cal – poprawił go wejdźmin.
Jeździec znów dziwnie mu się przyjrzał.
– Ha ha… ha? – próbował Gejralt.
– Przecież to my byl… – zaczął Mlaskier ocierając łzy.
Wejdźmin błyskawicznie pstryknął paznokciami unieruchamiając przyjaciela i rozszerzył oczy sprawdzając, czy aby Stefano czegoś nie zauważył.
– Cal, centymetr. Co za różnica – kontynuował jeździec przeglądając notatki. – Przecież to tylko plotka. W każdym razie, Sralineczka, córka króla, była tak wściekła, że jeszcze tego samego wieczora zaszła w ciążę z całkiem przystojnym chrząszczem. Ha ha ha!
– No doprawdy niesamowite. To my już pójdziemy – rzucił Gejralt.
– Stać! – warknął Stefano.
Konie w orszaku zarżały.
– Nigdzie nie pójdziecie, dopóki nie przekażecie nam jakiejś nowej plotki! Bo tym się właśnie zajmujemy, tak na marginesie – dodał szybko. – Jeździmy tu i tam i słuchamy, co ludzie powiedzą. A potem roznosimy to dalej. Jak nie mają nic ciekawego do powiedzenia, to wysysamy z nich życie i takie tam. Kocham ploteczki. No więc?
– No… – zaczął Gejralt zawieszając wzrok na pochmurnym niebie. – Podobnooo…
– Taaak? – przeciągnął jeździec, unosząc coś na kształt brwi.
– Podobnoooo…
– Gejralt, no wyduś coś z siebie! – ocknął się Zołman. – Już nie znam większej pierdoły niż ty!
– Dlaczego na niego krzyczysz, krasnoludzie? – spytał Stefano, wyraźnie zbulwersowany.
– Właśnie, Zołmanie. Dlaczego ciągle na mnie krzyczysz?
– Często to robi? – dopytywał upiór.
– Cały czas – odrzekł Gejralt zakładając ręce na piersi.
– Interesujące… – mruknął Srefano skrzętnie notując coś w swoim notatniku. – A ten czego nic nie mówi?
Gejralt spojrzał na Mlaskra i postanowił go nie budzić. Łyknął eliksir „Zamknij mordę”, wziął Stefano pod mankiet i przez długie godziny opowiadał przywódcy Dzikiego Zgonu o wszystkim, co przyszło mu do głowy, i co niekoniecznie miało jakiekolwiek odwzorowanie w rzeczywistości. Stefano był zachwycony, kiedy kończył pić czwartą herbatę i ani razu nie kazał wejdźminowi się zamknąć.
– Wejdźminie, nie wiem skąd to wszystko wiesz, ale już nie mogę się doczekać, aż rozniosę te plotki. Najbardziej ciekawi mnie mina czarodzieja Dyrdymała kiedy powiem mu, że wiem o jego… – przerwał spoglądając w notatki. – …yhm, niecnych zamiarach okrążenia świata własnymi wąsikami.
– Co? – spytał Gejralt, zamyślając się nieco. – A tak. Przepraszam, zamyśliłem się.
– Polubiłem cię, wejdźminie – ciągnął jeździec. – Zdradzę ci coś, co powinno cię zainteresować. Podobno pod Vinogradem zagnieździł się cmok.
Gejralt zagwizdał. Jak doskonale wiedział, cmoki to zwierzęta samotnicze, które raz na pięćdziesiąt lat opuszczają swe leża i rozpoczynają poszukiwania nowego partnera. Legenda głosi że ten, który jako pierwszy skradnie całusa cmokowi, do końca swego żywota będzie miał w nim oddanego przyjaciela, a jak mu się poszczęści, to może nawet więcej. Sprawa nie jest jednak prosta, chociażby dlatego, że cmoki mają siedem metrów wysokości, piętnaście metrów rozpiętości skrzydeł i trzy głowy, a na każdej z nich po trzy otwory gębowe. Wejdźmin spotkał już kiedyś cmoka na swej drodze, jednak wówczas, jako nieopierzony młody rekrut wejdźmińskiej szkoły Homo Moher, spartaczył sprawę całując potwora we wszystkie trzy głowy. Od tamtej pory prawidłowe cmoknięcie cmoka stało się celem życiowym Gejralta.
– Miło się z Tobą gawędziło, Stefano – rzekł wejdźmin, wstając. – Czas na nas.
– Ty możesz odejść, ale twoi przyjaciele zostają ze mną – oświadczył jeździec.
– Jak to?
– A tak to. Z całej trójki tylko ty dostarczyłeś mi nowych ploteczek – oznajmił i klasnął dwa razy.
Z czarnej mgły wyłoniły się dwa upiory, które uniosły krzyczącego coś o śmierci Zołmana oraz sztywnego Mlaskra i odfrunęły ginąc we mgle.
Wejdźmin zdębiał. Wiedział czym postraszyć jeźdźca Dzikiego Zgonu, ale pokonanie całego szwadronu w pojedynkę graniczyło z szaleństwem. Spróbował więc czegoś innego.
– Dasz mi jednego konia, Stefano?
Przywódca Dzikiego Zgonu zgodził się, bo jak przyznał ponownie, polubił wejdźmina.
Nie czekając na pożegnanie, Dziki Zgon zadudnił, zarżał, stanął dęba i z impetem ruszył przed siebie.
Gejralt postał chwilę w kłębach piachu myśląc dosłownie o niczym, wsiadł na konia i uciekł. Popędził w stronę oddalonego o cztery wzgórza Vinogradu, gdzie po drodze miał do załatwienia dwie bardzo ważne sprawy i kilka pomniejszych. Ale najpierw postanowił nakarmić Pupkę, bo jak spostrzegł wkrótce, była bardzo koścista.
Rozdział IV – „Yonder”
– A ja to bym jeszcze wrócił do Koxenfurtu na parę dni – oznajmił Mlaskier podrzucając biodrami. – Po tym, jak zrobiłeś porządek z tymi dymonami, było jak za starych dobrych czasów, co nie Gejralt?
Wejdźmin uśmiechnął się łobuzersko próbując rozniecić ogień znakiem Mignii, ale chwilowo zapomniał jak to się robiło.
Cała trójka ulokowała się przy jednej z jaskiń pod Koxenfurdzką górą, gdzie rozbili sobie bardzo wygodny i kolorowy obóz.
– Tak – przyznał. – Ale nie mam już pieniędzy. I jestem głodny – stwierdził Gejralt. – A ty jak się czujesz, Złomanie? – zapytał.
– Spierdalaj.
Wejdźmin westchnął, usiadł na kamieniu przed krasnoludem i podparł brodę pięściami. Ściągnął brwi i nadął usta spoglądając na rozgniewanego przyjaciela. Zołman odwrócił się do niego plecami skulając się w kłębek.
– Na pewno nie było aż tak źle – zaczął wejdźmin. – Przecież jesteś do tego przyzwyczajony.
– Spierdalaj!
– Poza tym, odprowadziłem te dymony z powrotem do zoo, więc nie wiem czemu wciąż się na mnie gniewasz.
– Odprowadził dymony… Żesz kurwa, ja pierdolę. Trzeba było im jeszcze dać kwiaty. Albo pozabijać! Nie wpadłeś na to?! W ogóle jakim cudem nie dorwały ciebie?
– Pozabijać, pozabijać. Miałem lepszy pomysł na pokonanie dymonów, ale uparliście się z Dyrdymałem na swój. Poza tym, szybko biegam. W szczególności jak uciekam. A dymony lubią gonić.
– Ja akurat się nie ruszałem.
– Mmm… Ty nie musisz. I tak jesteś słodziutki w tym swoim malutkim zielonym kubraczku.
Krasnolud sięgnął ręką po tęczowy koc i nakrył się aż po samo czoło. Westchnął.
Nazajutrz o świcie ruszyli na południe, a Zołman nie odezwał się ani słowem aż do samego wieczora. Szli przez wiele dni, pokonując ciasne zagajniki, które polubił Mlaskier, nieprzytulne karczowiska i bagna, w których Zołman wolał się topić niż pozwolić na to, by Gejralt wziął go na ręce. Krzywonose Mokradła dały im popalić.
Jedenastego dnia dotarli do tonącego w bujnej roślinności wysokiego lasu, pachnącego miodem i jagodami. Las był dziki i wyglądał na niezamieszkały, chociaż Gejralt nie mógł pozbyć się wrażenia, że już tu kiedyś był.
– Chyba już tu kiedyś byłem – powiedział.
– Byliśmy tu dwa dni temu! – warknął Zołman. – Łazimy w kółko! Przyznaj się, że się zgubiliśmy!
– Nie no, spokojnie – zaczął Mlaskier, przeglądając swój tyłek w swej błyszczącej lutni. – Gejralt na pewno wie, gdzie idziemy.
– Gówno, nie wie! – huknął krasonolud. – Jakby wiedział, to nie krążylibyśmy w kółko! Przestań zbierać te cholerne ziółka, jak do ciebie mówię! – warknął na wejdźmina, który delikatnie obrywał listki z kwiatu werbeny.
– To na eliksiry… – sprostował Gejralt, nie przerywając.
– Gówno, nie eliksiry! Jesteś wejdźminem czy nie?
– A co, nie widać? – odparł oburzony.
– Eech…! Od teraz ja prowadzę! – zarządził krasnolud i ruszył przed siebie, ale Gejralt zablokował mu drogę.
– Zołmanie, dlaczego mnie nie kochasz? – zapytał wejdźmin, wyraźnie zasmucony.
– Co?
– Właśnie zdałem sobie sprawę, że cały Koxenfurt nie jest w stanie zastąpić mi ciebie. Jesteśmy dla siebie stworzeni; spójrz tylko. Kiedy stoimy naprzeciw siebie, twoja twarz jest na doskonałej wysokości.
Zołman zerknął przed siebie i szybko tego pożałował. Zamknął oczy, odwrócił się i ruszył w losowym kierunku.
I w tę stronę nie zaszedł jednak daleko. Drogę przecięła mu strzała. Krasnolud cofnął się i uderzył głową w Gejralta, wywołując uśmiech na jego twarzy.
Wysoko na drzewach pojawiły się elfy, wszystkie wyposażone w potężne łuki i wszystkie były w nich wycelowane. Mlaskier zaczął płakać.
– Już dobrze Mlaskier – uspokajał wejdźmin klepiąc go po pupci. – Nie bój się. To tylko elfy ze Schuja’tel.
Na ziemi z wielką gracją wylądował jeden z nich. Podniósł się powoli, płynnym ruchem umieścił łuk na plecach i podszedł do wejdźmina tak blisko, że prawie dotknął go spiczastym nosem.
Wejdźmin przełknął ślinę.
– Gejralt – zaczął elf.
– Yonder.
– Co tu robisz?
– Nic.
– Znowu okradasz mój las?
– Tak – odparł. – Nie – dodał po chwili, wypuszczając z ręki kwiatki werbeny.
– Wiesz, że masz zakaz wchodzenia na mój teren po tym, co ostatnio zrobiłeś moim łucznikom? Połowa z nich wciąż jest w szoku – oznajmił i pociągnął nosem dokładnie dwa razy. – Ładnie pachniesz. Co to?
– Stokrotki, cytrynka, mięta i trochę płatków zimejki.
Elf zastanowił się chwilę.
– Pójdziemy do mnie. Możliwe, że mam wejdźmińskie zlecenie.
Gejralt uniósł brwi i złożył usta w dzióbek.
Po chwili on, niezadowolony Zołman, ocierający łzy Mlaskier, elfy ze Schuja’tel i ich jednooki przywódca Yonder szli w głąb bujnego lasu, aż dotarli do ukrytego w zielonych czubkach drzew miasta elfów.
– Powiedz, że mnie kochasz, Zołmanie – ciągnął wejdźmin po drodze. – Mnie i Mlaskra. Powiedz, że nas kochasz.
– Spierdalaj! Nigdy tego nie powiem.
Gejralt spojrzał na niego wyzywająco.
– Założymy się?
– Nie.
Rozdział II – „Coś Fajnego”
– Zołman! Zooołmaaan! – wrzeszczał Mlaskier. – Zołman, ty mały chuju, przecież wiem, że mnie słyszysz!
– No nie taki znowu mały! – oburzył się krasnolud, wychylając głowę zza krzaczka porzeczki. – Kurwa, nawet wysrać się z rana nie można na spokojnie. Ty też tu? Czego chcesz?
– Widziałeś gdzieś Gejralta?
– Ta. Ostatnim razem jak go widziałem, to przebrał się za nimfę i hasał po lesie w tej swojej zwiewnej tuniczce. Szukał jakiegoś lachodupca, czy coś…
– Lasodymacza?
– Ta, chyba tak. Ale to było trzy dni temu.
Mlaskier mlasnął.
– Bo ja wracam właśnie od Fjutesta – powiedział. – Mam dla niego nagrodę. Czterysta wyrżnijmijskich koron.
– Tyle forsy za te kamienne majteczki, o których mi opowiadał, aż całkiem zaszło słońce?!
– Ametystowe, Zołmanie. Ametystowe stringi, mówiąc dokładnie. Fjutest był zachwycony, kiedy je ubrał.
– Widziałeś… go…? Nie, dobra, nie. Nie chcę wiedzieć.
– Przecież wiesz, że mi to obojętnie z kim.
– Chyba powiedziałem, że nie chcę nic na ten temat wiedzieć – skończył, wciągając spodnie. – Rób co chcesz. Ja stąd spierdalam, nim całkiem odmarźnie mi tyłek.
– Mam królewskie wino – zagadnął grajek.
Zapadła cisza. Krasnolud patrzył na niego tępo zastanawiając się, co jest gorsze: pić wino z Mlaskrem, czy nie pić wina wcale.
– Dziesięć metrów stąd rozbiłem obóz – powiedział w końcu. – Chodź.
Nad wyrżnijmijskim lasem powoli zapadał mrok, wśród którego rozchodził się delikatny dźwięk Mlaskierowej lutni. Ogień, który udało im się rozpalić, wesoło podskakiwał w rytm ich śpiewu.
Siedemnasta panienka, pojechała do Gienka, ale Gienka nie było, pannę coś w lesie zbiło. Osiemnasta panienka pojechała do Benka, ale Benka nie było, pannę coś w lesie zbiło. Dziewiętnasta panienka, pojechała do…
– Coż to kurwa było?! – wrzasnął nagle Zołman, wytrącając Mlaskrowi instrument z rąk.
Obydwoje szybko zlokalizowali krzaki, które poruszały się szeleszcząc. Szelest był coraz głośniejszy, aż w końcu ucichł całkowicie, by powrócić ze zdwojoną siłą. Wyłoniła się z nich nieco zgrzana, jasna postać.
– Spokojnie kluseczki, to tylko ja.
– Gejrrralt – wybełkotał Zołman przewracając się na bok. – Ale żeś nas wystraszył, chłopie…! To znaczy… Eee… Dorwałeś to Lacho… Lacho…
– Lasso. Dymacza – poprawił go Mlaskier, bekając.
– Mhm – przytaknął Wejdźmin. – Oto dowód – rzekł, powoli unosząc rękę, na której końcu dyndało obowiązane sznurem trofeum.
Nie było duże. Było ogromne.
Gejralt uniósł brew i uśmiechnął się zalotnie.
– O żesz ty w mordę… – wyszeptał krasnolud jak zahipnotyzowany. – Wiesz Mlaskier, jak na to patrzę, to muszę ci przyznać rację, że rano nazwałeś mnie małym chujem. Na wszystkie kurwy Vinogradu – przeżywał Zołman, wciąż wpatrzony w trofeum. – Gejralt, jak żeś tego dokonał!?
Nic innego nie przyszło mu do głowy, więc się za nią chwycił.
– Normalnie – oznajmił wejdźmin. – Męczyłem go, aż upadł. Na brzuch – dodał, biorąc soczysty łyk wina. – Nie bez powodu nazywają mnie WEJDŹminem – zaznaczył.
– To na cholerę ci te miecze? – warknął Zołman.
Gejralt spojrzał na niego wyjątkowo z góry.
– A myślałeś przepraszam, że czym wchodzę?
Mlaskier przyglądał się spragnionemu wejdźminowi, który lekko pochylony zaciągał się winem. Jego obraz falował mu przed oczami, ale poeta uznał, że Gejralt musi być okropnie zmęczony. Zrobił mu nawet miejsce na pieńku, który zajmował, ale wejdźmin po krótkim namyśle zdecydował, że raczej postoi.
– A gdzie Pupka? – zapytał Mlaskier, rozglądając się wkoło.
– Ooo… – jęknął Gejralt. – Niechcący złapała się w Syrden i zamarzła.
– Pupka nie żyje?! – pisknął Mlaskier.
– Co? – zapytał wejdźmin. – A tak, Pupka. Pupka! – zawołał.
Po chwili z lasu wyłonił się koń.
– O jest. Pupka – potwierdził wskazując na zwierzę otwartą dłonią.
– To nie jest Pupka – skrzywił się Mlaskier.
– Jak nie jak tak – upierał się Gejralt.
– Pupka była czarna. Ten koń jest biały – zauważył Zołman.
– Przecież mówiłem, że zamarzła – wyjaśnił wejdźmin, zaciągając się winem.
– Gejralt… Co żeś zrobił z…
– Ne moe tea móić, bo pije łino – oznajmił, łypiąc na nich jednym okiem.
Zołman i Mlaskier popatrzyli na siebie pobłażliwie i rozsiadli się wokół iskrzącego ogniska.
Kiedy Gejralt opróżnił butlę i właśnie miał zabierać się za następną, do jego uszu dobiegło zalotne wycie.
– Oho! – zanucił. – Jeszcze jeedeeen…!
– Gejralt, no chyba nie zamierzasz teraz… – spytał Mlaskier, ale Gejralt był już w połowie naciągania tuniki na biodra wesoło pogwizdując.
– Hm? – zapytał zastygając w ruchu.
Zołman był innego zdania.
– No co ty, zwariowałeś?! – wrzasnął, wprawiając Mlaskra w drgawki. – Niech idzie! Inaczej ten lassodupiec tu przyjdzie, a ja nie mam zamiaru przeżywać tego drugi raz!
– Oj no, nie było tak źle… – mruknął wejdźmin.
– Ty to już lepiej nic nie mów! – krasnolud pogroził mu palcem.
Gejralt puścił mu oczko, energicznie natarł miecz błyszczykiem, lecz tym razem brzoskwiniowym, i łyknął coś białawego wyrzucając flakonik za siebie. Jego oczy rozbłysły.
– To ja lecę, chłopcy. Nie czekajcie na mnie, bo jak zdobędę drugie trofeum, to od razu jadę do Wychódka Wielkiego odebrać nagrodę – rzekł, poprawił włosy i na powrót wskoczył w krzaki znikając w czarnym lesie.
Pupka podążyła w ślad za nim, a krasnolud z grajkiem wkrótce zasnęli i obudzili się dopiero wtedy, gdy przywitało ich słońce.
***
Wąska ścieżka w lesie powoli rozszerzała się, a na horyzoncie powyżej drzew było już widać kryte strzechą dachy. Pupka, obwieszona trofeami wyciętymi z lasodymaczy po obu stronach siodła, szła powoli i ociężale.
Gejralt, zasnąwszy na swoim koniu, zbudził się dopiero na miejscu, kiedy śliniąc się zsunął się na ziemię. Z jego torebki wysypały się puste flakoniki po eliksirach.
Usiadł, przetarł na wpół otwarte oczy i poklepał stojące obok dziecko.
– Dobra Pupcia – rzekł, patrząc przed siebie. – Jesteśmy na miejscu.
– Tato! – wydarł się chłopiec wprawiając Gejralta w osłupienie i uciekł.
Wejdźmin podniósł się z ziemi, otrzepał z piachu i przewiesił się sznurem z trofeami, które dumnie spoczęły na jego piersiach.
– Gejralt – usłyszał za plecami. – Zdejmij to.
– Zołman… Ty już tu?
– Nie będę z tobą rozmawiał, dopóki tego nie ściągniesz – rzekł krasnolud, rozglądając się.
W koło zebrał się już tłumek gapiów, a wśród nich kilka matek, które zasłaniały oczy swoim dzieciom.
Wejdźmin westchnął i zrobił dzióbek z ust.
– Wielkie mi rzeczy… Przepraszam… – rzekł, chociaż wcale nie musiał, bo kiedy ruszył naprzód tłum natychmiast się rozstąpił.
Podszedł do najbardziej okazałej chaty z całej wioski, zapukał trzy razy i otworzył drzwi.
– Wejdź, Wejdźminie – rzekł głos, którego właściciela nigdzie nie było widać.
Gejralt burknął coś pod nosem i rzucił trofea na stół, zza którego szybko wyłonił się obdarzony długą rudą brodą sołtys Wychódka.
– O BOŻE! – zaskrzeczał. – Zabierz to z mojego stołu! Ja tu jem!
– Też bym coś zjadł – oznajmił Gejralt, spoglądając na trofea głodnym wzrokiem. – Tak czy inaczej, unieszkodliwiłem lasodymacze i przychodzę po swoją nagrodę.
– Masz, bierz! – wrzasnął sołtys, rzucając w jego stronę sakiewkę. – Tylko weź to już!
Wejdźmin leniwie chwycił za sznur i ruszył w stronę wyjścia wlekąc trofea po podłodze. Zatrzymał się przed chatą i spojrzał na Zołmana pochylonego nad jego torebką. Westchnął, wypuścił sznur z ręki i zostawiając zdobycze pod drzwiami chaty sołtysa podążył w jego kierunku.
– Wypiłeś dwadzieścia osiem różnych eliksirów?! – wrzasnął krasnolud wymachując rękami pełnymi pustych buteleczek. – Czyś ty zdurniał do reszty?!
– Tak wyszło… – wymamrotał wejdźmin.
– Eliksir „Jakieś Gówno” – odczytał Zołman na jednej z etykietek i spojrzał na niego pytająco.
– Tego właśnie nie powinienem był wypijać, bo tak się teraz czuję… – stwierdził Gejralt. – Czy ty się o mnie martwisz, Zołmanie?
– Eliksir „Coś Fajnego” – czytał dalej krasnolud. – Co to kurwa jest?!
– Przecież jest napisane… – wybełkotał wejdźmin i bezwładnie runął na ziemię przytulając się do niej policzkiem.
Tłum wkoło zawył.
– Gejralt! – krzyknął Zołman. – Co ci jest? Co mam robić! Dać ci „Coś Fajnego”?! Może wody? Gejralt! Mów do mnie! Co mam zrobić!?
– Uspokój się… – wyjęczał wejdźmin ziewając. – Tylko się położyłem.
Zołman uniósł brwi i wytrzeszczył oczy.
– Nie, kurwa. Nie wytrzymam z tobą.
– Jak już chcesz mi coś zrobić – zaczął ospale. – To zrób mi…
– Spierdalaj.
– Lo…
– Spierdalaj, mówię!
– Lodo…
– Zamknij się! Powiedziałem, żebyś się zamknął!
– …watą kąpiel – dokończył Wejdźmin z trudem. – I daj mi jedzenie. Mam okropnego kaca.
Zołman nie był zadowolony z obrotu sytuacji, ale jego przyjaciel wkrótce stracił przytomność i krasnolud był zmuszony zająć się nim w szczególności po tym, jak dzieci sołtysa zaczęły bawić się częściami lasodymaczy, a on sam, nie bacząc pod nogi, potknął się o nie wprawiając mieszkańców wsi w niemałe rozbawienie. Następnie chwycił za siekierę, ale koniec końców, skończyło się tylko na groźbach.
Tylko jedna osoba zdecydowała się pomóc przybyszom. Była nią elfka Marlena, która w ramach pożegnania podarowała Gejraltowi swoje stare leginsy w panterkę, w które odział się bezzwłocznie zaraz po przebudzeniu następnego ranka. Wejdźmin zapewnił Zołmana, że czuje się doskonale, więc zdecydowali, że zaraz po śniadaniu wyruszą w dalszą drogę.
Najedzony Gejralt przeciągnął się na progu chaty Marleny i udał się do stajni, gdzie chwycił konia za lejce i ruszył naprzód.
– Gejralt, to nie twój koń – zauważył Zołman.
Wejdźmin spojrzał na lejce i powiódł po nich oczami, aż dotarł do ciemnego łba.
– A. Rzeczywiście – przyznał. – Wypiłem eliksir „Pies”, który sprawia, że widzę na czarno-biało.
– Pomijając fakt, że w ogóle go wypiłeś, to niczego nie zmienia, skoro wciąż widzisz biały.
– Czepiasz się szczegółów, Zołmanie – uciął, znalazł białego konia i zerknął na przyjaciela ściągając usta. – Wsiadasz? Zmieścisz się z przodu.
– Nie.
– Jak wolisz. Gdybyś zmienił zdanie, to… – przekonywał, ale Zołman wyprzedził go burcząc coś pod nosem.
– Idziesz, czy nie? – rzucił krasnolud. – Mlaskier mówił, że idzie się zabawić w Koxenfurcie, nie może być daleko.
Późnym popołudniem wejdźmin natrafił na ślad, który sugerował, że Mlaskier szedł tą samą drogą, ale mimo próśb krasnoluda, nie chciał mu zdradzić żadnych szczegółów.
– Nie chce mi się już jechać na tym koniu – oznajmił nagle, zsiadł z Pupki i oddał mu lejce.
Krasnolud nie wytrzymał długo przyglądając się temu, co robi jego towarzysz. Wejdźmin, wyraźnie zadowolony, zrywał przydrożne kwiaty i delikatnie gładził kolorowe płatki uśmiechając się przy tym lekko.
– Jeszcze nam ktoś spuści wpierdol przez ciebie – rzucił Zołman.
Wejdźmin zachichotał zabawnie.
– Doczekałem się kumpli, kurwa – kontynuował krasnolud pod nosem. – Jeden spedalony wiecznie naćpany wejdźmin i drugi, wcale nie lepszy, poeta-grajek z pawim piórkiem w dupie.
– Co tam burczysz, Zołmanie? Zrobię ci wianek na poprawę nastroju.
– A spierdalaj.
Na ścieżce przed nimi pojawiło się trzech bandytów.
– No i mówiłem – oświadczył krasnolud zakładając ręce na piersi.
Gejralt zerknął na nich przelotnie, układając swój bukiet z bardzo poważną miną.
– Stać! – wrzasnął jeden z osiłków podnosząc swój miecz. – Oddawać broń, pieniądze i… biżuterię – dodał, wodząc wzrokiem po Gejralcie.
Zołman wyjął topór i przygotował się do walki, na co Gejralt westchnął, wyraźnie znudzony, co nieco go zdezorientowało.
– Niech będzie – rzekł Gejralt i podszedł do osiłka, który wymierzył w niego mieczem.
– Potrzymaj kwiaty – nakazał wejdźmin.
– Że co?
– Potrzymaj kwiaty – nalegał.
Bandyci spojrzeli po sobie. Jeden z nich odebrał bukiet wyraźnie rozbawiony.
Gejralt podziękował i szybkim ruchem wyciągnął jeden ze swych mieczy, którym niemal niezauważalnie machnął przed osiłkiem, by temu po chwili spadły spodnie. Wejdźmin wbił końcówkę swego miecza w ziemię i oparł się na nim w skupieniu wpatrując się w zaskoczonego mężczyznę.
– Hmm.. – mruknął. – Kawał z ciebie chłopa. Szkoda, że śmierdzisz. Zrobimy tak. Zejdziecie nam z drogi i pójdziecie śmierdzieć gdzie indziej. W przeciwnym razie skończycie w bardzo spektakularnym trójkącie.
– Gdybym był na waszym miejscu, to bym go posłuchał – wtrącił Zołman.
– Co? O czym ty kurwa gadasz?! – warknął bandyta.
Wejdźmin przewrócił oczami. Nie chciało mu się tego tłumaczyć.
– Flaki z ciebie wypruję ty pedalski strachu na wróble! – ryknął osiłek, ruszając z podniesionym mieczem.
– Tak, tak – mruknął Gejralt i pstryknął paznokciami łapiąc bandytów w Syrden.
Unieruchomieni mężczyźni wodzili wzrokiem za wejdźminem – bo tylko oczami poruszać mogli – który przechadzał się wokół nich wyciągając im broń z rąk i ściągając z nich resztę ubrań. Jak zwykle przykładał się do tego z wielką starannością.
– Zobacz Zołmanie, kolejny biały koń był z nimi. Ten będzie dla ciebie. Nazwiemy go… Pupka. Tak, Pupka to całkiem ładne imię dla konika. Co pan o tym sądzi, panie bandyto? Zołmanie, mógłbyś? – zwrócił się nagle do towarzysza. – Zołmanie?
Ale Zołmanowi ani się śniło pomagać w tym przedsięwzięciu, więc już dawno wziął nogi za pas.
– Hm. Odnoszę wrażenie, że ten uparciuch tego pożałuje – mruknął Wejdźmin. – Trudno. Sam was zwiążę.
Gejralt, pozostawiając bandytów w ciekawej aranżacji, przyznał sam sobie, że ma bardzo bogatą wyobraźnię, wsiadł na Pupkę i ruszył w kierunku wzgórza, na którym położony był Koxenfurt. Po dwóch dniach dotarł do strumyka pod samym wzgórzem, nad którym spotkał kąpiącego się Mlaskra, i obydwoje przyszykowali się na wizytę w Koxenfurdzkich zamtuzach, które zamierzali odwiedzić, aby się nieco zrelaksować.
PROLOG
Gejralt, ubrany w nowiuśką cekinową kolczugę, skórzane leginsy i trzewiki wykonane z najznamienitszej skóry z koziego zadka, oraz jego przyjaciel Mlaskier w elfickim nakryciu głowy z tęczowym piórkiem z tylnej części pawiokołaka, które dostał od Gejralta w prezencie, podążali w kierunku bramy Wyrżnijmy, aby dobić targu z królem Fjutestem.
– Stać! – warknął strażnik. – Kto idzie?
– Gejralt z Ruii do króla.
– W jakiej sprawie?
– Hm, osobistej.
Strażnik spojrzał na ich barwne stroje i uznał, że to z pewnością przyjaciele władcy, którego strzeże.
– Dobra, wchodźcie. Ty nie! Pojedynczo! – dodał, blokując Mlaskra.
– On też musi wejść – zauważył Gejralt.
– Mam nowy wierszyk dla Fjutesta – wytłumaczył Mlaskier, unosząc lutnię.
Strażnik cofnął się burcząc coś pod nosem.
– Mężczyźni – skwitował Gejralt. – Pospieszmy się, bo Fjutest za spóźnienie może nas nawet wychłostać.
– To może poczekamy?
Komnata króla była pusta, ale jego wierny sługa, którego imienia nikt nie pamięta, bo jest za długie, prędko ich rozpoznał i zaprowadził do swojego pana.
Król Fjutest na ich widok ucieszył się podwójnie, ponieważ właśnie brał kąpiel.
– Gejralt! – wrzasnął. – Jak ja ci, kurwa, zazdroszczę tych włosów!
Gejralt trzepnął głową sprawiając, że jego długie srebrne włosy z różowym pasemkiem pośrodku opadły mu na ramiona.
– Masz? – zapytał król.
Gejralt zachichotał.
– Mam – odparł wyciągając z torebki ametystowe stringi.
– Przepiękne! – krzyknął Fjutest. – Nosiłeś?
– Jeden dzień.
– Dobrze. A wierszyk? – zapytał zwracając się do grajka.
– Gotowy – oznajmił Mlaskier.
– Doskonale. A zatem – król wstał i położył ręce na biodrach. – Gejralcie, czy mógłbyś nas zostawić samych?
Cała piana została w wannie.
– Jak to? – burknął wejdźmin.
– A tak to.
– Ostatni raz, Fjutest – Gejralt skrzyżował ręce na piersiach. – I moja zapłata. Niełatwo było to zdjąć z tyłka Dżemmefer.
– Domyślam się – skrzywił się Fjutest. – Fuj.
