Twarze kapłanek, które patrzyły na Zołmana przez kraty nie wyrażały żadnej emocji, o ile obojętności nie można nazwać emocją. Stały w białych togach z narzuconymi na głowy kapturami i milczały. Krasnoluda doprowadzało to do szału. Przez trzy dni, które spędził w lochu tego dziwnego klasztoru napatrzył się na te dwie, nieruchome postaci chyba więcej, niż Gejralt napatrzył się na jego tyłek w czasie całej ich znajomości.
Na początku wmawiał sobie jeszcze, że kuszące kształty jego strażniczek odznaczające się pod białym materiałem tunik stanowiły pewną rozrywkę; teraz już to też go denerwowało.
Kopał w kraty, próbował zrobić podkop, stanął na głowie a nawet w geście protestu wysikał na ściane napis “ZŁO” ale nawet to nie wzruszyło stojących za drzwiami celi towarzyszek. Musiał się pogodzić z tym, że był w kompletnym potrzasku.
Wydłubał sobie z nosa kozę, którą palcami uciamciał w kulkę i strzelił nią w jedną ze strażniczek. Żadnej reakcji.
Machnął ręką mrucząc pod nosem siarczyste przekleństwo i usiadł na kamiennej podłodze, żałując, że jego piersiówka została skonfiskowana razem z bronią i właściwie wszystkim, co miał przy sobie nie licząc spodni. “I ukrytej niespodzianki” – pomyślał.
Bez żadnego uprzedzenia, dwie kapłanki zrobiły krok do tyłu i odsunęły się na bok. Zołman zerwał się na nogi, ale nic nie powiedział, ponieważ gdzieś z korytarza usłyszał zbliżające się kroki.
Nie minęła minuta a stanęła przed nim kolejna zakapturzona postać. Jej strój wyróżniał się jednak złotym sznurem zawiązanym w pasie. Kapłanka odsłoniła głowę.
Była to kobieta w średnim wieku, nieprzeciętnej, acz egzotycznej urody. Miała świdrujące spojrzenie.
– A więc to jest ten więzień – powiedziała szorstko. – Więźniu. Jak się nazywa?
– Wypuśćcie mnie! – odwarknął Zołman. – Tak się właśnie nazywam. Nazywam się Wypuśćcie Mnie Głupie Baby, bo się zdenerwuję!
– Hm – podniosła jedną brew kobieta. – Jak dla nas, może nazywać się Zamknij Się W Końcu. To już niedługo nie będzie miało znaczenia.
– Domagam się wyjaśnień! – wrzasnął Zołman. – I wódki!
***
Dyrdymał mieszał w kotle substancję, która wyglądała jak tęcza zjedzona przez jednorożca. Jednorożec musiał jednak cierpieć na spektakularne rozwolnienie, bo kolor wywaru z każdą sekundą nabierał coraz bardziej zielonkawego, brzydkiego odcienia.
– Pospiesz się! – ponaglił go Gejralt. – Kto wie, jak długo biedny Zołmanek tam wytrzyma!
– Cicho! – odparł czarodziej. – Czar teleportujący wymaga chirurgicznej precyzji.
Wejdźmin ucichł, ale dreptał w miejscu niecierpliwie miętosząc w rękach skrawek swojej cekinowej kolczugi.
– Dobra – czarodziej odsunął się od kotła i swoją podłużną łyżką wyskrobał okrąg na ziemi. – Kiedy klasnę, Zołman powinien pojawić się w tym kółku. Aha, mam nadzieję, że nie kazałeś Mlaskrowi zbierać składników?
***
– Niech nie marudzi. Jest więźniem Zakonu Świętego Nosa – mówiła kapłanka. – Dzisiaj o północy zostanie, w związku z tym, złożony w ofierze.
– Niech nos będzie z tobą! – odezwały się po raz pierwszy stojące z boku strażniczki.
– Jakiego nosa? Jakiej ofierze?! – Zołman zbladł. – Nie obchodzą mnie żadne nosy!
– To niedługo zaczną obchodzić. Dość gadania. Księżyc już wysoko. Jola, Ola, skujcie go.
Dwie strażniczki, podeszły do drzwi celi. Jedna z nich otworzyła je kluczem. Zołman jednym ruchem wyciągnął z nogawki schowany tam nóż, po czym przywarł do ściany plecami i uniósł go groźnie.
– Nie zbliżać się! – krzyknął. – Moi przyjaciele na pewno już mnie na pewno namierzyli i jeśli nie pozwolicie mi odejść, pożałujecie!
Kapłanki zawahały się. Być może było to spowodowane nagłym pojawieniem się broni w ręku więźnia, a może tym, że powietrze powoli zafalowało od magii. A może tym, że z blaskiem i głośnym “plop!” broń ta nagle zniknęła.
Krasnolud obejrzał swoją pustą dłoń.
– Mlaskier pewnie zbierał składniki – mruknął pod nosem.
– Na co czekacie? – powiedziała główna kapłanka. – Brać go! O tym, jak żeście go przeszukały porozmawiamy później. Ale widać, że będzie walczył. Zastosujcie lekarstwo!
– Tak jest, matko! – odkrzyknęły jednym głosem podopieczne. Jedna z nich wykręciła mu ręce. Miała zaskakująco dużo siły, jak na wątłą, mimo wszystko, dziewczynę. Druga wyjęła z kieszeni habitu pudełko, z którego wygrzebała niebieską pigułkę o dziwnym kształcie. Już nawet nie bronił się, kiedy wepchnięto mu ją do ust.
***
Nóż leżał na ziemi parując jeszcze lekko od spowijających go resztek magii. Gejralt i Dyrdymał przyglądali się mu.
– To nie jest Zołman – zauważył wejdźmin. Oboje odwrócili się i spojrzeli na Mlaskra, który nieopodal siedział sobie na ziemi i tłumaczył coś stonce chodzącej po wypłowiałym chwaście.
– Ech. W takim razie trzeba będzie uratować go ręcznie – powiedział w końcu czarodziej. – Latałeś kiedyś na lotni?
– Eee – zastanowił się Gejralt. – Ja tam nie wiem, ale Mlaskier chyba na tym gra.
– Mlaskier już lepiej niech nie pomaga. Przynieś mi kilka długich patyków, a ja wyczaruję płótno. Mam tylko nadzieję, że za dużo nie piłeś.
***
Kapłanki prowadziły więźnia przez dziedziniec klasztoru Świętego Nosa. Właściwie nie mógł narzekać na widoki. Mijali siedzące na ławeczkach członkinie zakonu, których było znacznie więcej, niż zakrywających ich ciała strojów. Przyglądały się im z zainteresowaniem.
Niektóre z nich siedziały sobie na kolanach. Inne grały na harfie. Jedna intensywnie nacierała się balsamem. Zołman przełknął ślinę.
Kiedy przeszli przez łaźnię, potrzebował dobrych kilku minut na odzyskanie mowy.
– Wiecie co, zamiast mnie składać w ofierze, może
mnie tu zatrudnicie. Tak dla towarzystwa – zagaił.
Na zewnątrz po niebie przemknął trójkątny cień.
– Zostanie złożony w ofierze! – odrzekła przełożona klasztoru. – No, nie gada tylko idzie!
– Akurat dość trudno mi się idzie – powiedział krasnolud rozglądając się energicznie. – To chyba przez to wasze lekarstwo. Chociaż w sumie nie. Ech, jak umierać, to chyba nienajgorsze miejsce.
Od strony jednej ze ścian dał się słyszeć huk. Brzmiał zupełnie jakby coś z drugiej strony uderzyło w nią obok okna i osunęło się na ziemię.
– Umierać? – odpowiedziała Matka Przełożona, upewniwszy się, że dziwny odgłos nie niósł za sobą żadnych konsekwencji. – Jeszcze nie umierać, nie dramatyzować. Zabraniam umierać dopóki nie zostanie złożony w ofierze!
– Psia mać, czego wy ode mnie chcecie? – krasnolud na chwilę zapomniał o otaczających go górzystych krajobrazach.
– Zostanie przywiązany do ołtarza. A następnie każda z sióstr odbędzie z nim rytułał Ciumcia-Rumcia. A potem niech se idzie gdzie chce.
– Ciumcia… rumcia? – powtórzył powoli.
***
Kiedy Gejralt pozbierał się z ziemi, roztarł obolałe kości.
– Nie dam rady – pomyślał. – Biedny Zołmanek…
Obok niego piętrzyły się szczątki szczątki zbudowanej wraz z Dyrdymałem lotni. Połamane patyki przykryte przerwanym na pół białym płótnem.
– Hmm. Jaki ładny materiał – rzekł do siebie.
***
Zołman leżał na miękkim, czerwonym ołtarzu otoczony kręgiem sióstr. Wszystkie chichrały się, ponieważ opowiedział im właśnie bardzo zabawny dowcip.
– Bo… bo… – rzekł zaśmiewając się. – Ona nie zrozumiała do czego to służy!
Kapłanki znów zaśmiały się zarumienione.
– Pani pozwoli, sam to zrobię – powiedział kurtuazyjnie, kiedy jedna z nich zbliżyła się, aby zapiąć na jego ręce kajdany. – Jestem gotów do złożenia się w ofierze!
– Bardzo dobrze! – powiedziała w ciszy, która zapadła siostra przełożona. – Odsłońcie to, co w naszym starożytnym języku zwie się Świętym Nosem!
Rozpięto mu spodnie.
– Ha, ha! Trzeba było tak od razu! – mówił uradowany Zołman. – Ależ bym sobie wydmuchał, he he he, nos!
Stojąca naprzeciwko niego kapłanka bez słowa opuściła swój habit. Nie miała nic pod spodem. Krasnolud pisnął z radości.
Po chwili zrobiła to jej sąsiadka. I następna. Kiedy połowa habitów leżała już na ziemi, część z nich na polecenie siostry przełożonej rozpoczęła przygotowania do rytułału, czy też “rozgrzewkę” bo tak dokładnie brzmiał rozkaz. Rozgrzewkę, zgodnie z regułą zakonu, wykonywało się parami.
Krasnolud wytrzeszczył oczy. Powoli otworzył usta w szerokim uśmiechu. I zemdlał.
Kiedy tracił przytomność przez ułamek sekundy dostrzegł, jak jedna z kapłanek przy końcu okręgu nie wygląda tak jak wszystkie inne. Tak jak one nie miała nic pod habitem. A właściwie, w przeciwieństwie do innych, coś miała. Jej włosy wydawały się osobliwie srebrne.
Zołman obudził się wciąż związany. Tyle, że tym razem siedział plecami do drzewa, a jego ciało oplatał sznur.
– Noo, kochany Zołmanku, nie wiem jak ty się nam odwdzięczysz – powiedział znajomy głos. Twarz Gejralta znajdowała się zdecydowanie zbyt blisko jego własnej.
– Eee.. Co? – krasnolud wciąż był lekko zdezorientowany.
– Jesteś bezpieczny – odparł wzruszając ramionami Dyrdymał, który mieszał coś w kotle wiszącym nad ogniskiem. – Ale musieliśmy cię związać bo żeś się rzucał i coś majaczył o nosach.
– Nie… nie! – wrzasnął Zołman. – Nie! Święty nos! Będzie z tobą! Natychmiast mnie tam z powrotem uwięźcie!!!
– Cichutko, cichutko – szepnął wejdźmin. – Przecież cieszyłeś się, że przyszedłem ci na ratunek. Aż nie mogliśmy ci dopiąć spodni.