Rozdział XIV – „Pocałunek Przeznaczenia”, Część I

9:00 RANO

*** TYLE, ŻE TRZY DNI PÓŹNIEJ ***

Karczma „FLAKI, MAKI & ZACNY ZAPITEK” była pełna gości. W mieście trwał festyn z okazji nadejścia lata, toteż całe miasto od trzech dni chodziło całkiem pijane. Uśmiechnięte twarze odbijały się w błyszczących kuflach, grała muzyka i ci, którzy jeszcze mogli, zaczynali tańczyć, wesoło tupiąc w rytm skocznych dźwięków harmonijki, lutni, bębenków i skrzypiec. Ale żadna karczma nie mogłaby karczmą się zwać, gdyby nie znajdowała się w niej choć jedna osoba, która w samotności wlewa w siebie kolejne kieliszki wódki.

– A mówiłem mu… – powtarzał krasnolud Zołman pod nosem. – A mówiłem…
– Co pan mówił? I komu? – zapytał wreszcie karczmarz.
– Ech – jęknął. – Od początku wiedziałem, że to zły pomysł. Ale co ja mogłem. I co? Minęło zaledwie kilka godzin, a ja już tęsknię za tym nadętym mądralą. I tym półgłówkiem też.

Karczmarz zastanowił się.

– Mówi pan o tych dwóch, co tu byli z panem kilka dni temu? Mieliście wtedy jeszcze takie dziwaczne zwierzątko.
– To mój syn akurat. Zlaskier G. Junior. Niech pan tak nie patrzy, nie ja wymyślałem.
– Nie, nie, w zasadzie… Imię ładne, ale… – karczmarz westchnął. – Chciałem powiedzieć, że wygląda pan na człowieka strudzonego życiem.
– Panie, pan nie wiesz o czym pan mówisz. I jeszcze te sarny chędożone – krasnolud machnął ręką. – A jednak… Co ja teraz będę ro… ro… rooobiiił?
Zołman uderzył czołem o blat baru i zaniósł się cichym szlochem.
– Mlaskier to może nie jest do końca normalny, ale jaki pocieeesznyyyy…! A Gejralt bywał upierdliwy, bywał, ale takie dobre serce miaaał…!
– Niechże się pan uspokoi i opowie, co się stało.

Krasnolud przetarł twarz różową chusteczką ze starannie wyhawtowaną literą „G.”, z trudem powstrzymał łzy i zaczął:

– W Vinogradzie mieliśmy załatwić tylko kilka drobnych spraw. Gejralt chodził jakiś cały taki poddenerwowany i odezwać się do niego nie można było. Odebraliśmy dekret od ludzi cesarza, odwiedziliśmy kilka sklepów z ziołami, monopolowy, fryzjera i jakiś sklepik z fatałaszkami, ale nawet nowa bluzeczka nie poprawiła mu humoru. Gdyby nie ta zgraja ludzi, od razu ruszylibyśmy w drogę…

*** TRZY DNI WCZEŚNIEJ ***

– Panie wejdźmin! Panie wejdźmin, podejdź no tu pan!
Gejralt, chcąc uniknąć rozgłosu, chyłkiem wypił eliksir „Nie ma mnie”, który miał sprawić, że go nie będzie.
– Panie wejdźmin! Prosimy tu do nas!
– Hmm – mruknął, spoglądając na flakonik.

Ku radości i uldze zgromadzonych, zbliżył się. Posępnie.

– Czego? – rzekł.
– Pani! Panie, z nieba nam pan spadł! – ucieszył się wysuszony starzec o krzaczastych brwiach.

Gejralt rozejrzał się.

– Nieprawda, przyszedłem tamtym chodnikiem – odparł.
– Panie! W studni czai się licho!
– Co za licho? – spytał.
– No licho!
– Ludzi porywa! – wrzasnął ktoś z tłumu.
– Cicho! Ja be–de gadał! No licho!

Wejdźmin uniósł brew.

– Licho! Tam! Tam w studni! Nadążasz pan?!
– Mhm – mruknął Gejralt. – Może lepiej niech gruby mówi, a pan pójdzie krzyczeć „licho” gdzie indziej – rozkazał. – No więc?
– Już mówię – rzekł pulchny starszy jegomość odpychając tego o krzaczastych brwiach. – Dwa dni temu woda w studni zrobiła się całkiem czerwona. Myśmy się bali to pić. No tośmy poszli do dzielnicowego, żeby co zrobił, bo to jedyna studnia na naszej ulicy jest. No to on przyprowadził znawców i wybrali całą wodę. Jeden z nich powiedział, że pewnie rura rdzą zaszła. No tośmy poszli spać. Na drugi dzień, z samego świtu, córka mego sąsiada narobiła rabanu, aż wszyscy na ulice wyleźli. No i gada, że syna mego coś wciągnęło do przeklętej studni. Ja mówię: „Jak to! Przecie Sławek mój w izbie śpi!”
– I co? Spał? – zapytał wejdźmin oglądając paznokcie. – Fajny jakiś chociaż?
– No tom właśnie poszedł sprawdzić. I nie było go.
– Fajny? Panie, głupi jak but! – wtrącił starzec o wydatnych brwiach. – Dobrze, że go to licho porwało!
– Oż ty! – wrzasnął ten gruby. – Ty się córą swą lafiryndą zajmij lepiej! Całe szczęście, że ją też porwało!
– Wara od mojej Kalinki, ty łachudro, ty!

Starcy rzucili się na siebie z pięściami, a w koło zrobił się szum. Gejralt odskoczył na bok i dołączył do przyjaciół. Ziewnął.

– Może byś coś zrobił, zamiast dłubać w tych pazurach? – wtrącił Zołman.
Gejralt wywrócił oczami.
– Nie chce mi się – odparł. – Szkoda czasu. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
Zołman zmarszczył czoło.
– No dobrze, ale robię to tylko dla ciebie.

Wejdźmin wlazł na studnię, zajrzał do środka i kaszlnął. Przerażony tłum zawył.

– Panie wejdźmin! Nie zbliżajta się! Bo jeszcze i was porwie!
– …Licho! – padło z tłumu.
Gejralt spoczął na kamiennej ściance, i opierając stopę na stopie, odpalił cienkiego papierosa. Nakazał wszystkim usiąść wokół studni. Z czynności tej zwolnił jedynie Zołmana, bo uznał, że ten i tak wygląda jakby siedział. Kiedy skończył palić, powiedział, że zanim sprawdzi co jest w studni, będzie potrzebował kilku rzeczy, w tym świeżych bułek, dżemu truskawkowego, masła, butelki wina i obcążek. Wszystko miało być ładnie zapakowane w koszyk z błękitną wstążką. Mieszkańcy ulicy rozbiegli się w popłochu i zaczęli znosić wymienione rzeczy. Wejdźmin odstawił koszyk i wyrwał chłopu obcążki z rąk, aby czym prędzej obciąć sobie kawałek zadartego paznokcia, by – jak oznajmił – nie oszaleć, po czym schował przedmiot do kieszeni. Następnie oświadczył, że schodzi na dno, a podczas jego pobytu tam, nikomu nie wolno ruszyć się z miejsca, chyba że okoliczności zadecydują inaczej. Kiedy jego dolna część ciała znajdowała się już w studni, ujrzał przed sobą Mlaskra miętoszącego końcówkę swej wściekle różowej tuniki.
– Gejraaalt? – zapytał poeta. – A będę mógł jedną bułkę?
– Bułki są na potem – wytłumaczył.
Mlaskier posmutniał, co skruszyło wejdźmina.
– Później pójdziemy na lody – obiecał, puszczając mu oczko.
– Obiecujesz? – upewniał się Mlaskier.
– Obiecuje. Wracaj na miejsce.
Grajek oblizał się i pobiegł usiąść obok Zołmana.

*** ~ ***

– No i wlazł do tej studni nucąc jakiś stary kawałek Bi Gejsów, a ja zostałem z Mlaskrem, który nie wiem czemu, znowu zaczął się strasznie ślinić. Nie było go z pół godziny i ludzie zaczynali się już niecierpliwić.
– I co było dalej? – spytał karczmarz.
– No, już mówię…

*** ~ ***

– Łuuu… – rozległo się ze studni. – To jaaa…! LICHO!
Tłum wydał z siebie okrzyk przerażenia.
– Cicho! To znaczy… Ciiichooo…! Pożarłem weeejdźmiiinaaa…! I zaraz stąd wyjdę i pożrę was wszystkich, chybaaa, że ucieeeknieeecieee…! TERAZ!
Ludzie poderwali się z miejsc i z krzykiem rozbiegli się we wszystkie strony. Niektórzy pozamykali się w domach barykadując drzwi i zasłaniając okna, inni pobiegli przed siebie wydzierając się wniebogłosy. Mlaskier się popłakał, a Zołman oparł czoło na dłoni i wziął głęboki oddech.
– Gejralt, wyjdź stamtąd – powiedział.
– Poszli już? – zachichotał wejdźmin.
– Nie. Pobiegli.

*** ~ ***

– Po wyjściu ze studni Gejralt wytłumaczył nam, że Kalinka ze Sławkiem zaplanowali to wszystko, bo ich ojcowie nie wyrażali zgody na ich związek. Nie chcieli zwyczajnie uciec, bo bali się, że rodziny będą ich szukać. A Gejralt… Gejralt zawsze był pobłażliwy, jeżeli chodzi o te sprawy. No i przynajmniej humor mu się trochę poprawił. Ale starczy tego, przecież miałem opowiadać o Cmoku.
Karczmarz podbiegł do baru i pochylił się nad Zołmanem.
– To wyście byli? I ten wejdźmin, co szedł na Cmoka?!
– No po to ta nieszczęsna wyprawa była. Nie wspominałem?
– Panie krasnoludzie! Zołmanie! Ludzie!
– Cicho…
– Całe miasto o was gada! Pozwól chociaż, że uścisnę ci dłoń!
– Ech… Wolałbym, żeby uścisnął pan dłoń Gejraltowi. A teraz zostałem sam. Brat mnie nienawidzi, mój syn odszedł z trollem…
Karczmarz wyciągnął kolejną flaszkę i kieliszek dla siebie.
– Jeszcze wódki? – zaproponował.
Krasnolud nie odmówił, chrząknął i poprosił o następną kolejkę.
– Od początku szło nie tak, od początku…

*** ~ ***

– Jestem gruby! – wrzasnął Mlaskier przez łzy i skulił się za drzewem.
Po kilkugodzinnej wędrówce przyszedł czas na odpoczynek i posiłek, toteż cała trójka ulokowała się przy głównym szlaku na szczyt góry, który to Cmok wybrał sobie na swoje legowisko.
– Wcale nie jesteś gruby. Już ja wiem najlepiej – uzasadnił wejdźmin.
– Zostaw mnie! Jestem obrzydliwy! – łkał dalej grajek.
– Kto ci tak powiedział?
– Zołman!
– Zołmanie?

Krasnolud jęknął. Siedział na pieńku ostrząc swój topór.

– Ech… Nie powiedziałem, że jest gruby, tylko żeby nie żarł wszystkiego jak popadnie – wytłumaczył.
– No widzisz? Zołman się o ciebie po prostu martwił.
– Naprawdę…? – zapytał Mlaskier, ocierając łzy.
– Naprawdę – uspokajał wejdźmin, smarując bułkę dżemem. – A ty po co ostrzysz to swoje ohydztwo, Zołmanie? I tak nigdzie nie idziesz. Na Cmoka idę sam.
– I zamierzasz go załatwić bułkami z dżemem? To powodzenia.
– Na całusa zawsze jest czas. Masz, napij się wina.
– Jakiego, kurwa, całusa?

Głos mężczyzny w prowizorycznej zbroi ubiegł odpowiedź Gejralta.

– No ładnie się tu zabawiacie! – rzekł nieznajomy. – Wejdźmak, co? Pewnie idziecie ubić Cmoka!
– Możliwe – odparł Gejralt.
– No panowie, to mamy nie byle towarzystwo! – stwierdził mężczyzna, opierając swą dziurawą tarczę o leśny głaz.
– Towarzystwo? – zapytał wejdźmin prostując się. – Nie sądzę. Mam Cmoka na wyłączność – rzekł, zadzierając głowę.
– Ha! Dobre sobie.

Mężczyzna zaciągnął się śmiechem, ale to nie zbiło Gejralta z tropu.

– Mam tu specjalny dekret od samego cesarza Emhuja val Emsreja… – wygłosił. – Zaraz… Gdzie on jest? Ktoś widział? Jasnożółty gruby papier z odciśniętym w czerwonym wosku herbem lwa?

*** ~ ***

Dochodziła pierwsza w nocy. Kwartet grajków był już zbyt pijany, aby zabawiać gości muzyką i zszedł ze sceny, a właściciel karczmy zbyt śpiący pod stołem, żeby go tam z powrotem zagonić, toteż bywalcy radzili sobie na własną rękę.

– A potem, to było już tylko gorzej – kontynuował Zołman. – Na Cmoka szły tłumy, bo jak dowiadywaliśmy się od każdego po drodze, „cesarz to się może w rzyć pocałować, ogłoszenie i tak wszyscy przeczytali, a nagroda i tak się należy”, no więc Gejralt postanowił, że musi tam dotrzeć jako pierwszy, bo jak stwierdził: „Ta banda wiejskich, zasmarkanych, pryszczatych pedałów jeszcze go zabije”. A powtarzam panu, panu barmanu, że jak Gejralt się na coś uprze, to nie ma zmiłuj. Wsiedliśmy na konia – Mlaskier z tyłu, ja z przodu – i tak popędziliśmy, tak popędziliśmy, że zatrzymaliśmy się dopiero pod samą górą. Gejralt był tak podekscytowany, że całą drogę pojękiwał mi nad uchem. Wtedy po raz pierwszy ujrzeliśmy Cmoka. Panie, jak zobaczyłem to coś, to… w życiu. W życiu nie widziałem czegoś takiego… w zasadzie pięknego. I strasznego. Wielki jak okręt, bialuśki jak śnieg, trzy głowy, ogon jak sto splecionych lin, a jak rozpostarł skrzydła, to cień padł chyba na cały Vinograd. Unosił się nad nami majestatycznie, a potem wylądował na szczycie i wydał z siebie taki dźwięk, że głowa mała. Gejralt wyglądał jakby się zakochał i wymyślił, że pójdzie na skróty. Zaczął wspinać się po skałach, a Mlaskier oczywiście za nim. Dobrze, że chociaż ubrał spodnie, bo bym tego nie wytrzymał. A ja… ja jestem krasnoludem. Nie mam szans we wspinaczce górskiej. No to wsiadłem na te jego Pupkę i…

– Wsiadł pan na jego pupkę? – zdziwił się karczmarz.
– Kurwa, tak ma na imię koń Gejralta. A właściwie konie. Zresztą, jeden z nich stoi zaparkowany przed karczmą. Swoją drogą, nie wiem jak on to robi, ale te Pupki wiecznie za nim łażą.
– Całkiem ładne imię jak dla… Przepraszam na moment.
Karczmarz zsunął się pod bar.
– Co pan robi? – spytał krasnolud, próbując dojrzeć karczmarza.
– Muszę przypu… przypierdolić w… nosek – odparł głos zza baru.
– Ma pan jakieś dobre zioła?
– Mam coś lepszego. Chce pan?

*** ~ ***

– Jak się boisz ciemności to nie idź – rzekł wejdźmin wypijając znajomy krasnoludowi eliksir.

Dalsza wspinaczka była niemożliwa. Sam szczyt, mierzący ponad trzysta metrów, był gładki i pionowy, a jedyna możliwa droga naprzód prowadziła przez jaskinię, toteż Gejralt postanowił, że muszą ją zbadać. Zołmanowi pomysł ten nie przypadł do gustu.

– Mlaskier idzie ze mną, bo ma różne przydatne w ciemnościach talenty – ciągnął wejdźmin.
– Talenty?! – oburzył się krasnolud. – A jakie on ma, kurwa, talenty?! Łazi tylko! Wszędzie wpycha paluchy, ślini się i… O! Nawet teraz to robi!
– Ty się po prostu nie umiesz z nim obchodzić – stwierdził Gejralt.
– Tak? To powiedz mu, żeby się ubrał.
– Sam powiedz.
– Mam tego dość! – krasnolud założył ręce na piersi. – Nie będę się z wami obchodził jak z jajkami.

Gejralt przysunął się do niego mierząc go wzrokiem.

– Skoro już mowa o jajkach – zaczął. – Wiesz, że z tej wyprawy mogę akurat nie wrócić?

Zołman pomyślał.

– Spierdalaj! – krzyknął. – Już ja wiem, co ci chodzi po tej głowie! Nic z tego. Niczego nie będę pił! Nie będę się też nachylał, żeby ci podać jakieś niepotrzebne gówno z ziemi, gasił światła ani zamykał oczu.
– Jesteś dzisiaj wyjątkowo drażliwy, Zołmanie, zaraz poprawię ci humor. Wiesz co to jest? – zapytał wejdźmin, unosząc na palcu małego, czerwonego owada w czarne kropki. – To jest biedłonka.
– Biedronka chyba.
– Nie, to jest akurat biedłonka. Bardzo rzadka odmiana – wyjaśnił, kładąc stworzonko na rękę krasnoludowi, ówcześnie na nie chuchając.
– Wygląda jak zwykła biedronka. Ała! – wrzasnął krasnolud.
– Tak. Różnica jest taka, że biedronki są grzeczne i miłe, a biedłonki są wściekłe i gryzą, a ich jad jest silnie trujący.
– Trujący?! To po cholerę mi to dałeś?!
– Bo mam TO – oznajmił.

Gejralt wyciągnął małą buteleczkę wypełnioną czerwonym płynem i leniwie oznajmił przyjacielowi, że jak to wypije, to za piętnaście sekund nie umrze. Zołman, upewniwszy się, że to bezpieczniejsze niż śmierć, wyrwał korek z butelki i zaczął wlewać sobie płyn do gardła. Przestał jednak, gdy spostrzegł, że usta Gejralta wykrzywiają się w uśmiechu, a oczy mrużą. Znał tę minę aż za dobrze.

– Nie ma czegoś takiego jak „biedłonka”, prawda? – zapytał.
– Nie. Nie ma.
– I wcale bym nie umarł?
Wejdźmin przykucnął i pokiwał głową.
– To co właśnie wypiłem i dlaczego wydajesz mi się atrakcyjny? Gejralt, na wszystkie zamtuzy w Koxenfurcie, coś ty mi znowu zrobił?!
– O, jeszcze nic.
– Nigdy wcześniej nie zauważyłem, że masz takie piękne oczy.
Krasnolud chwycił się za głowę zastanawiając się, jakim cudem słowa te wyszły z jego gardła.
– No widzisz, od razu lepiej – ucieszył się wejdźmin. – Zauważyłeś nie raz, tylko nie pamiętasz.
– Nie raz? Jak to nie pamiętam?!
– No już, już. Daj rączkę i chodź, patrz jaka fajna jaskinia. Mlaskier, ty też chodź. W końcu coś ci obiecałem.
Mlaskier obślinił się.

*** ~ ***

Karczmarz podrapał się po czole.
– Ciemno jak w dupie, duszno i mokro – ciągnął krasnolud.
– Trafne porównanie – zauważył.
– Co? No nieważne. W każdym razie szliśmy w głąb jaskini i nagle zostałem sam. No to wołam jednego i drugiego, ale odpowiedziało mi tylko echo. Potem usłyszałem hałas i poczułem czyjąś obecność. Pomyślałem, że Gejralt znowu się ze mną droczy, no to pytam, czy to on za mną stoi i mówię, żeby się przesunął – bo wie pan, z jakiegoś powodu nie czuję bezpiecznie kiedy Gejralt za mną stoi. A on chichocze i mówi, że tak, że owszem, że stoi, i mnie ucisza. A ja nie cierpię, jak się mnie ucisza. Już miałem zrobić awanturę, kiedy jego łapy złapały mnie za głowę i nakierowały na migoczące światło w oddali. Nie był to prześwit sugerujący drugie wyjście, jak z początku myślałem, tylko ognisko. Zrobiło się jasne, że przez jaskinię nie przejdziemy, a do tego na jej końcu mieszkały dwa trolle. Ha ha! Jak pan zgadnie, jak miały na imię, to dam panu sto koron!
– Krzysztof i Krzysztof.
Zołman zdębiał.
– Żesz kurwa… – rzucił przed siebie, razem z pieniędzmi. – Skąd pan wiedział?
– Bo… Jestem karczmarzem, rozmawiam z ludźmi i wiem różne rzeczy. A co z Mlaskrem?

*** ~ ***

– Mlaskier stóóój! – wrzasnął wejdźmin widząc, jak jego goły towarzysz biegnie na przywitanie mieszkańców groty.

Trolle, jak to trolle, nie były wrogo nastawione. Ale były…

– …GŁODNE. TO MY ZJEŚĆ JEDEN Z WY – wydukał Krzysztof.
– Was – poprawił Gejralt.

Trolle spojrzały po sobie.

– NIEMCY – zauważył Krzysztof.
– NIESMACZNE – nadmienił Krzysztof.
– JA WIEM.
– JA TEŻ.
– To my już sobie stąd… gehen – wtrącił Zołman.
– I GEJE.
– NIEZDROWE.
– JA WIEM.
– JA TEŻ.

Trolle wzruszyły ramionami. Krzysztof odwrócił się i wyjął z kotła ociekającego sosem grzybowym Mlaskra, który oblizywał dłonie i inne części ciała, do których sięgał. Krasnolud pomyślał, że nikomu nie poleciłby go zjeść, chyba, że chciałby kogoś otruć.

– TY – zawołał towarzysza Krzysztof. – MOŻE ON NIE NIEMCY? SPRAWDŹ.
– TY – Krzysztof zwrócił się do Mlaskra.
– Ja? – zapytał poeta.

Trolle pokiwały głowami.

– NO NIE POJEMY.
– NO NIE.

Gejralt wyglądał na załamanego. Po wyjściu z jaskini w milczeniu usiadł na kamieniu i wsadził głowę między kolana, aż jego długie srebrne włosy z różowym pasemkiem pośrodku rozłożyły się na ziemi. Słońce zaczęło już powoli zachodzić, a on po raz pierwszy w życiu zupełnie nie wiedział co robić. Cmok był blisko, jego ciężki oddech huczał mu w uszach, i gdyby tylko droga na szczyt nie była tak niemożliwa do przebycia, bestia byłaby już jego.

– Gejraaalt? – odezwał się poeta plotąc srebrne warkoczyki na głowie wejdźmina. – Ale ciągle jesteś zły, że się nie podzieliłem? Wiesz, nie masz czego żałować. Ten niebieski żelek w kształcie lwa był bez smaku, a naleśnik smakował jak papier. Chudy i suchy nawet z dżemem.

Gejralt podniósł głowę i wlepił wzrok w przyjaciela.
– Mlaskier! Jesteś geniuszem! – krzyknął.
Zołman zadławił się winem.
– Dżemmefer! – wrzeszczał wejdźmin podskakując. – To ona pomoże mi dostać się na szczyt!

*** KONIEC CZĘŚCI  I ***

4 myśli na temat “Rozdział XIV – „Pocałunek Przeznaczenia”, Część I”

  1. Jezu, jak ja to kocham. Przeczytałam wszystko w jeden dzień, chichrając się sama do siebie. Jesteście cudni!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *