Wejdźmin Gejralt od zawsze miał problem ze wstawaniem. Bez względu na to, czy było rano, popołudnie, środek nocy, czy spał długo – czy krótko; pierwsze otworzenie oczu było dla niego zawsze bolesnym doznaniem. Zimą zwykle budził się przemarznięty i szczelne owinięcie się kocem, Mlaskrem czy (wbrew protestom) Zołmanem sprawiało, że szybko zasypiał z powrotem i ani mu się śniło wynurzać choćby palca spod owego kocyka. Latem, kiedy tuż po otwarciu powiek oślepiało go słońce, przebudzał się cieplutki i na tyle wciąż rozespany, że nie miał ochoty ruszać się z cienia. Odkąd opuścił uczelniane mury wejdźmińskiej szkoły Homo Moher, problem ten zdawał się nasilać i nawet sam wejdźmin nie potrafił rozwikłać dlaczego.
– Nie pij tyle – powiedział Zołman spoglądając na butelki z piwem.
– Przecież nie pije. Loda jem – odparł Gejralt i popił przekąskę jasnobrązowym trunkiem w zielonej butelce z etykietką „PIWO”.
Na terenie Vinogradu i w okolicach pięciu kilometrów poza murami miasta, spożywanie alkoholu było surowo zabronione. Owy zakaz wszedł w momencie, w którym zeszłoroczny festyn z okazji rozpoczęcia lata trwał aż do grudnia i metropolia nieco podupadła, ponieważ jej mieszkańcy nie byli zdolni do utrzymania młotka, rodziny czy pionu. Rekordzistą był człowiek imieniem Staszek Fujarka, który przez sześć miesięcy i cztery dni żywił się tylko i wyłącznie piwem, po czym spotkało go nieszczęście podczas którego stracił tylko jednego zęba i to tylko dzięki temu, że był kompletnie pijany. Pewnego dnia niechcący potknął się o krawężnik i spadł z dachu swojego domu na przelatującego sto metrów wyżej smoka – a przynajmniej tak twierdzi.
Siedzący na tym samym krawężniku przy głównej arterii miasta wejdźmin wiedział o tym doskonale, toteż poczynił pewne kroki w celu zapobieżenia ewentualnej katastrofy finansowej w formie mandatu. Przytargany ze złomowiska mobilny automat do robienia lodów zdawał się być dobrą przykrywką. Na czujność władz miasta nie musiał długo czekać.
– Będzie mandacik za spożywanie alkoholu na ulicy, proszę… pana?… – stróż miejski zawahał się.
Wejdźmin przechylił butelkę i wlał sobie do gardła kolejną porcję trunku. Przełknął.
– Pana, pana – wymamrotał. – Ale to nie jest piwo, panie władzo.
Strażnik spojrzał na etykietkę, która wyraźnie określała rodzaj napoju.
– Nie? A niby co? – zapytał.
– Herbata.
– Zaparzyliście sobie herbatę w butelce po piwie? – stróż pokiwał głową. – Pańska godność?
– No niech pan sam spróbuje – upierał się Gejralt.
Wejdźmin podał strażnikowi butelkę. Ten miał obowiązek sprawdzenia, czy jej zawartość jest rzeczywiście zabroniona, co czynił z wielką ochotą. Jego czerwony nos, giętka postawa i przekrwione oczy wskazywały na to, że sprawdzał to już dziś kilkanaście razy.
– Rzeczywiście… – zdziwił się stróż. – Herbata.
Zawiedziony rozejrzał się.
– W takim razie będzie mandacik za nielegalny handel na ulicy, chyba że masz pan pozwolenie – oznajmił.
– Ale ja niczym nie handluje, ja rozdaje – wyjaśnił wejdźmin. – Proszę.
Gejralt przewrócił tabliczkę z ceną i podał strażnikowi mały kubeczek z wystającym drewnianym patyczkiem. Stróż zajrzał do środka.
– Co to ma być? – spytał, wcześniej wąchając zmrożoną zawartość.
– Lody.
– Rozdajesz pan lody? Tak po prostu?
– Noo – jęknął wejdźmin. – Czasami każę sobie za to płacić, ale nie dzisiaj. Proszę, niech pan weźmie jeszcze dla dzieci.
Strażnik wzruszył ramionami, podziękował, ukłonił się i odszedł. Zaraz za nim pojawił się przechodzień.
– Po ile te lody? – zapytał dłubiąc w uchu.
– Dwie korony – odparł Gejralt na powrót ustawiając cenę.
Krasnolud Zołman zachodził w głowę próbując zorientować się o co w tym wszystkim chodzi. O tym, że Gejralt lubi piwo, lody i herbatę wiedział doskonale, ale forma w jakiej znajdowały się poszczególne substancje nie dawała mu spokoju. Mlaskier siedział na automacie do lodów i przebierał nogami jakby oczekiwał czegoś z narastającym zniecierpliwieniem. Krasnolud spojrzał na wejdźmina, który jak zwykle niczego po sobie nie zdradzał. Zdawał się myśleć o niczym i nic nie robił sobie z ostentacyjnego łamania przepisów.
– Gejralt, o co tu chodzi? – spytał wreszcie Zołman.
– Sam spróbuj, Zołmanie – wejdźmin podał mu loda.
– A to bezpieczne? – dopytał.
– To zwykły lód.
– Ale ty go robiłeś więc się pytam – krasnolud zastanowił się. – Ty w ogóle umiesz robić lody?
Wejdźmin odpowiedział łobuzerskim uśmiechem.
Zołman odchrząknął i spróbował podłużnej przekąski na patyku, która przykleiła mu się do języka.
– Piwo?… – zawahał się. – Poczekaj, dałeś dzieciom tego strażnika lody o smaku piwa?
– I truskawek, żeby im lepiej smakowały – sprostował wejdźmin.
Zołman nie lubił zadawać pytań Gejraltowi, gdyż z doświadczenia wiedział, że zwykle nie przynosi to niczego dobrego, ale wiedział też, że Gejralt nie lubi niewygodnych sytuacji z których musi się tłumaczyć, i przeczuwał, że ta jest jedną z nich. Mylił się jednak. Wejdźmin z chęcią wytłumaczył krasnoludowi, że wczoraj w nocy znaleźli z Mlaskrem starą maszynę do robienia lodów. Kiedy już zdołał wyjaśnić mu na przykładzie o jakie lody chodzi uruchamiając ustrojstwo, kupił kilka butelek piwa i herbatę na wynos w małych kubeczkach, następnie przelał herbatę do butelek po piwie dla niepoznaki, a samo piwo wlał do kubeczków i zamroził.
– I…? Po co to wszystko?… – dopytał krasnolud.
– Jak widzisz moja dryw… dyrw… dywy…
– Dywan! – krzyknął Mlaskier.
– …dywanersja działa doskonale – dokończył Gejralt. – Można lizać alkohol nie wzbudzając podejrzeń władz Vinogradu. Poza tym, wydałem niecałe piętnaście koron, a zarobię co najmniej szesnaście.
Krasnolud pokiwał głową.
– Dywersja. Masz następnego klienta – skwitował.
– Obsłuż go jak możesz – poprosił wejdźmin. – Ja idę zrobić Mlaskrowi specjalnego loda, bo mu obiecałem – oznajmił, puścił oczko i wstał.
Umysł Zołmana przetworzył to zdanie i niestety nie udało mu się uniknąć obrazów, których nawet nie chciał sobie wyobrażać. Wziął głęboki oddech i podszedł do dziwnie zgarbionej postaci okrytej krowią skórą z czymś na kształt kaptura na głowie, który całkowicie zasłaniał twarz.
– Loda? – zapytał i pacnął się w czoło.
Nie usłyszał odpowiedzi. Usłyszał za to ochoczą reakcję wejdźmina.
Zza obszernej łaciatej płachty wychyliło się jasnozielone, błyszczące oko z podłużną źrenicą i spojrzało na niego spod groźnie zmarszczonej brwi. Całkiem podobne oko wynurzyło się też z ciemnego wnętrza automatu.
– Cholerny złom – warknął wejdźmin. – Mlaskier, będę potrzebował jakąś długą, giętką rurkę, inaczej nici z tego loda. Coś takiego jak to – Gejralt przykucnął i wyciągnął zepsutą część z maszyny pokazując ją poecie.
– Aha – wymamlał Mlaskier i zapiął spodnie. – Takiej to nie mam.
– Może Zołman coś znajdzie – wejdźmin odwrócił się w stronę krasnoluda. – Zołman, masz może… Zołman?
Wysoko nad Vinogradem, niewielkich rozmiarów – jak na smoka – smok o zielonych oczach spojrzał nieprzychylnym wzrokiem na krasnoluda w różowej, niedopinającej się sukience i pokiwał głową. Zdecydowanie nie był zadowolony z osiągniętego efektu. Wciśnięty w kreację krasnolud czuł się podobnie. Smok dorzucił jeszcze spiczastą czapeczkę z welonem i błyszczące, szczupłe pantofelki, które Zołman zdołał założyć na dwa palce u stóp. Smok skrzyżował skrzydła na piersiach i fuknął z niezadowoleniem wypuszczając dym z nozdrzy. Nie widział zbyt wyraźnie, ale to z całą pewnością nie była księżniczka. Nerwowo tupał nogą, co jakiś czas zerkając na krasnoluda. Inne smoki, które przelatywały właśnie z piszczącymi ze strachu prawdziwymi księżniczkami, zwijały się ze śmiechu. Smok westchnął, opadł na swoje gniazdo i podparł brodę skrzydłami. Pociągnął nosem.
– Uuu… niezła góra – skwitował wejdźmin zadzierając głowę przed piętrzącym się nad nim szczytem. – Główna trasa przelotowa smoków kradnących księżniczki sugeruje, że musimy się udać właśnie na nią, żeby uratować Zołmana.
Mlaskier przydreptał ciągnąc za sobą swój ulubiony ostatnio automat i spojrzał na wzniesienie otwierając buzię.
– Wejście na szczyt zajmie nam jakieś trzy tygodnie – kontynuował Gejralt. – Ponieważ plan „A” nie wchodzi w grę, bo Zołman w tym czasie umrze z głodu, proponuję skorzystać z planu „Ą”, który różni się od planu „A” małym ogonkiem na dole.
Stojąca obok staruszka z wybałuszonymi oczami pokiwała głową.
– Gdzie znajdę tego człowieka, co umie spadać w górę? – spytał wejdźmin.
Babinka wskazała mu drogę.
W pobliskiej karczmie było gwarno, ciasno i duszno. Od czasów zakazu spożywania alkoholu gdzie popadnie, właściciele tego typu przybytków ostro zacierali ręce. Wejdźmin przepychał się obmacując wszystkich po kolei, aż w końcu jęknął, odgarnął włosy z twarzy i wlazł na stół, ku uciesze kilku pijanych chłopów oczekujących na zapowiadający się striptiz.
Wejdźmin miał jednak coś ważniejszego na głowie. Zmrużył oczy i wyostrzył umysł nasłuchując poszczególnych rozmów. Gwizdy i okrzyki mężczyzn pod jego nogami znacznie mu to utrudniały, toteż dla świętego spokoju wykonał ich prośby i opuścił leginsy w panterkę natychmiast pozbywając się wszystkich wielbicieli płci męskiej. Skupiając się na powrót, zaczął filtrować poszczególne zdania, by w końcu usłyszeć to najważniejsze i niecierpiące zwłoki sformułowanie, na które…
– Gejralt, chce mi się siku – powiedział Mlaskier.
Wejdźmin opuścił gardę i zlokalizował toaletę.
Kiedy przyglądał się drzwiom z symbolem nagiego mężczyzny, za którymi zniknął jego przyjaciel, do jego uszu dotarły słowa na które wcześniej czekał.
– Panie… słuchaj mnie pan! I ja żem spadł z tego krawężnika prosto na swój dom, a potem… – bełkotał pijak – …pacze, a tam smok leci nade mno… I ja żem na tego smoka też spadł!
– To on – szepnął wejdźmin stojąc w kolejce do damskiej.
Nie zważając na rozmówcę pijaka, wsunął się pomiędzy mężczyzn. Tamten, i tak już zmęczony rozmową, natychmiast dał nogę.
– Staszek Fujarka? – zapytał wejdźmin.
– Zależy kto pyta – powiedział pijak. – Ale jak pyta taka piękna pani, to… Zaraz, ja cię znam chyba. To tyś jest ten wejdźmin, co go kiedyś taki krasnolud z toporem ganiał wokół naszego pięknego, vinogradzkiego muru?
– Ja właśnie w sprawie tego krasnoluda.
Gejralt objaśnił Staszkowi plan „Ą”, który – w gruncie rzeczy – zakładał lot na nim na szczyt góry pełnej smoków celem oswobodzenia Zołmana z różowej sukienki.
– Ale panie! – ryknął Staszek Fujarka. – Nie ma mowy! Ja muszę być chędogo pijany, żeby w górę spadać!
– A to jeszcze pan nie jesteś?
– Chybaś pan z konia spadł, dopiero czternaste pije.
Wejdźmin spojrzał na ceny piwa, poklepał się po biodrach i pośladkach w poszukiwaniu kieszeni, które okazały się być całkiem puste, ponieważ w leginsach wcale ich nie było. Zrobił dzióbek z ust.
Zapadła chwilowa cisza.
– Jadłeś pan kiedyś piwne lody? – spytał Gejralt.
– Nie – odparł Staszek. – Ale chętnie spróbuję.
Zaczynało zmierzchać. Na szczęście sporządzona przez wejdźmina polewa z zagęszczonego miodem eliksiru „Coś Fajnego” znacznie przyśpieszyła pożądany efekt upojenia alkoholowego Staszka Fujarki, który zaczął się solidnie kołysać już po ósmym lodzie.
– Mocny zawodnik – zauważył Mlaskier żując korzeń niemiłogrzebiu.
– Mhm – potwierdził wejdźmin. – Nawet ja bym tego nie wypił. No dobrze, dobrze, wypiłbym. Ale panu chyba już wystarczy, co? – ocenił Gejralt zwracając się do Staszka. – To teraz proszę się o coś potknąć.
– Aleee… o so?… – wybełkotał Fujarka.
– No nie wiem, o cokolwiek.
– A dzie je sto sokolwiek?… – rzekł i potknął się o własną nogę.
Upadając nie dotknął jednak ziemi.
– To działa! – wrzasnął Gejralt. – Masz! Jedz pan więcej!
Staszek Fujarka pogryzł kolejnego kapiącego od polewy sopla i zaczął unosić się coraz wyżej. Po jedenastym z rzędu smakołyku był w stanie utrzymać się nad ziemią razem z wejdźminem, a po sześciu następnych – co prawda – stracił przytomność, ale równomiernie wzbijał się w powietrze również z przyczepionym do nogi Gejralta Mlaskrem. Wciąż karmiony, poniekąd na siłę, zaczął przyspieszać swoją pionową lewitację. Gejralt, po kilku wzlotach i upadkach, opanował sztukę pilotażu Staszkiem Fujarką i począł wzbijać się na szczyt ruchem okrężnym. Pociągając go za surdut – raz to z lewej, raz z prawej strony – zgrabnie wylądował na płaskim czubku góry. Mlaskier, który zeskoczył na grunt jako pierwszy, zrobił kilka fikołków i wyhamował brodą pod stopami zdumionego smoka.
– Natychmiast zostaw mojego ukochanego!… – zawołał Gejralt wyciągając swój miecz. – To mnie tak naprawdę chcesz, nie jego!
Smok zrobił groźną minę i zgiął chudą szyję chcąc przyjrzeć się wołającej do niego postaci. Takie sytuacje to była dla niego codzienność. No może nie konkretnie dla niego, bo on z racji krótkowzroczności jeszcze nigdy nie porwał prawdziwej księżniczki, ale wiedział jak to się odbywa: po prawidłowym uprowadzeniu niewiasty z zamku, do jej ojca – zazwyczaj jakiegoś króla – zgłasza się śmiały rycerz, który obiecuje zwrócić mu córkę w zamian za jej rękę. Król oczywiście się na to godzi i w końcu owy rycerz dociera na miejsce domniemanej zbrodni, gdzie znajduje swoją umiłowaną królewnę i co za tym idzie – smoka. A smok, jak to smok, musi królewny bronić. „W zasadzie to nie wiem czemu” – zastanowił się smok. Zmierzył wejdźmina wzrokiem i po chwili uniósł brwi. „Ni to rycerz… Ale z drugiej strony – pomyślał gad spoglądając na krasnoluda – Ni to księżniczka”. Smok zebrał resztki swojej reputacji z ziemi, gestem nakazał wejdźminowi schować miecz i zasiadł do okrągłego stołu zrobionego z poprzedniej księżniczki, która okazała się być kołem od wozu. Pomimo szalejącego medalionu na piersi, Gejralt po raz kolejny tego dnia wciągnął leginsy i zajął miejsce na przeciwko gada.
Zołman, który od kilku godzin nie mógł poruszać niczym z wyjątkiem gałek ocznych, przyglądał się całej sytuacji. Smok gestykulował teatralnie wskazując raz to na niego, raz na wejdźmina. Wejdźmin z kolei zgadzał się z grubsza na wszystko, o czym mówił smok, tak na wszelki wypadek. Krasnolud niewiele z tego rozumiał, w przeciwieństwie do wrażliwego na każdy przejaw sztuki Mlaskra.
– Tak! – podskoczył poeta. – To będzie ballada o rycerzu, który ratuje księżniczkę z opresji!
– Jakoś to nie tak… – mruknął wejdźmin. – Powinno być dwóch rycerzy, bez księżniczki. O, albo nawet trzech.
Smok wsadził sobie palce pod dolne powieki i rozciągnął je aż zahaczył pazurami o nozdrza, by w rezultacie koniec jego facjaty chlasnął go w pysk. Krasnoludowi nakazał odziać się w rycerską zbroję, którą zdjął ze szkieletu rycerza znalezionego przez przypadek na bagnach i która do tej pory służyła mu za obiekt chwały i przestrogę dla potencjalnych prawdziwych rycerzy – a tak naprawdę była na pokaz przed innymi smokami, by nie wychodził na całkowitego nieudacznika. Straciwszy cierpliwość do wejdźmina, który kręcił nosem na niewyprasowane rękawy różowej sukienki, chwycił pod pachę i sam go ubrał. Pasowała jak ulał. Gejralt, koniec końców, poczuł się dobrze w swojej roli, poprawił koronki i machnął błyszczącą czupryną, aż jego długie srebrne włosy z różowym pasemkiem pośrodku delikatnie opadły na ramiona. Smok wyprostował się i oparł ręce na biodrach z aprobatą kiwając głową. Księżniczka była pierwsza klasa.
Dalej poszło już gładko. Mlaskier wyreżyserował całe przedstawienie w iście „miszczowskim” stylu. Na podniebnej trasie przelotowej smoków stworzył się korek. Gady skumulowały się nad górą i kibicowały przedstawicielowi swojego gatunku, który zgodnie z umową przez większość przedstawienia starał się nie trafić ogniem w uciekającego krasnoludzkiego rycerza; i choć ilość oraz stężenie ognia skutecznie dezorientowały widownię i mało kto co widział, to całość prezentowała się spektakularnie. Mlaskier, udający kamień dla niepoznaki, wydawał z siebie przerażające wrzaski, na które wiszące pod smokami porwane królewny reagowały w sposób na księżniczki nieprzystający. Gejralt stał w środku szamotaniny z założonymi rękami na bufiastych, niewyprasowanych koronkach w miejscu, gdzie powinny być piersi. Miał stać i ładnie wyglądać, co zresztą czynił przez większość swojego życia. Ziewnął więc, jak na zblazowaną królewnę przystało, i wyciągnął wachlarzyk, który spłonął przy którejś z kolei próbie nietrafienia ogniem w Zołmana.
Dwie godziny później niebo zaszło gwiazdami, a podniebna sala opustoszała. Doszło do tego, ponieważ reżyser zbyt mocno wczuł się w swoja rolę i zasnął jak kamień. Podobnie jak smok, który dostał zadyszki od ziania płonącym powietrzem i zemdlał. Wejdźminowi od tego całego patrzenia na tę bieganinę zaczęło kręcić się w głowie, usiadł więc po turecku i wyjął loda.
– Zołman – zawołał. – Już cię nic nie goni.
Krasnolud nie przestawał biegać.
– Rycerzu, ja tu marznę w tych koronkach.
Stopy Zołmana wciąż przebierały.
– Fajnie ci się tyłek dymi – próbował Gejralt. – Zołmanie, no chodź się napić.
– Co?… – krasnolud zatrzymał się w miejscu wśród otaczającej go absolutnej ciszy (pomijając chrapiącego na umór smoka). Doczłapał do Gejralta i opadł na suchą ziemię.
– Masz – powiedział wejdźmin.
– Co to jest? – wydyszał Zołman.
– To zwykły lód, ale mogę ci zrobić specjalnego, jak chcesz.
– Spierdalaj.
– Masaż?
– Nie.
– A nie za gorąco ci w tym żelastwie?
Następnego ranka wejdźmin nie miał problemu ze wstaniem, gdyż w ogóle nie zmrużył oka, a Staszek Fujarka czuł się wspaniale zajmując miejsce z najlepszym widokiem na zaistniałą sytuację. Szybując już niecały kilometr ponad ziemią, bawił się lepiej niż przed laty, obserwując smukłą białowłosą uciekającą przed siermiężnym kawalerem. Wcale nie dziwił się królewnie, że ucieka. Na szczęście chwilę później szwadron żołnierzy powstrzymał napalonego furiata z toporem, a królewna nie pozostała im dłużna. I w tym miejscu najbezpieczniej będzie postawić kropkę.