Przemierzając Dolinę Pomponu, wejdźmin zatrzymał się w niewielkiej wsi Ułomnica. Jego posrebrzany miecz wykuty w Wyrżnijmnie potrzebował naprawy po tym, jak dostał się między lędźwie jego kościstego konia, a on sam, czekając na swój rynsztunek, zaszył się w cieniu jednego z gospodarstw, gdzie ćwiczył swoje umiejętności rozmawiania z kobietami.
– Och, wiesz jak to jest. Jeździsz po całym świeeecie, spotykasz różnych luuudzi, nie masz swojego miejscaaa… Hm? Co mówiłaś? Oj nie, to nie zupełnie tak. Widzisz, nie mogę zaryzykować stwierdzenia, iż…
– Piepszone dziwolągi! – rozległo się nagle. – Chulera by was wziela! Zostaw moją kozę, ty! Bo kark ci przetrącę, jak matule swe kocham! – krzyczał wieśniak, grożąc pięściami. – To ustatnia koza, jaką mum! Już w zeszłym tygodniu ukradli mnie krowe!
Gejralt zdjął rękę z grzbietu zwierzęcia i wyprostował się.
– Tylko oglądałem – wytłumaczył.
– A co tu do oglądania jest! Koza jak koza!
Wejdźmin zmrużył oczy i machnął ręką uspokajając wieśniaka Znakiem Fucksji.
Oszołomiony mężczyzna natychmiast pobiegł do chaty wykrzykując imię swej, jak domyślał się Gejralt, małżonki.
Powodem, dla którego wejdźmin ćwiczył rozmowę z kobietami, nie była nuda. Wiedział dokładnie co musi zrobić, aby uwolnić swych wiernych przyjaciół ze szponów Dzikiego Zgonu.
I wiedział też, że to nie będzie dla niego łatwe spotkanie.
Kiedy odzyskał swój miecz, nie zwlekając już dłużej, wsiadł na kulawą Pupkę i udał się do ruin skalnej świątyni nad brzegiem morza, gdzie śmiertelnie poważny stanął na nakreślonym fioletową kredą kole i rzekł:
– Dżemmefer. Potrzebuję twojej pomocy.
Nie doczekał się odzewu.
– Dżemmefer, wiem że mnie słyszysz. Nie będę drugi raz powtarz…
Mały kamyk nadlatujący znad morza uderzył go w głowę.
– Nie drażnij się ze mną. To ważna sprawa.
Drugi kamyk, dużo większy, nadlatujący z lasu, uderzył go w pośladki.
– No doprawdy, doprawdy – burknął, masując tyłek.
Odczekał jeszcze chwilę.
– No jak sobie chcesz. To ja idę. Pa.
– Teraz to ty się ze mną droczysz – powiedział kobiecy głos znikąd, a zaraz potem z nieba spadła czarodziejka trafiając wprost na niego.
Wejdźmin nie poruszył się, choć miał niezmierną ochotę zrzucić ją z bioder.
– Zołman i Mlaskier potrzebują pomocy – zaczął.
– Wiem – oparła czarodziejka.
– Wiesz?
– Oczywiście, że wiem. Zastanawiałam się, kiedy do mnie z tym przyjdziesz.
– Gdzie oni są?
– Są bezpieczni.
– Dżemmefer – zaczął Gejralt, próbując się spod niej wyczołgać, bo sytuacja zrobiła się dla niego dość niewygodna. – Ładnie proszę, sprowadź ich z powrotem.
– Jak posiedzą jeszcze chwilę w Dzikim Zgonie, nic im nie będzie. Na moją prośbę Stefano nie zrobi im krzywdy. Tobie też nic się nie stanie, jak jeszcze trochę posiedzę na tobie.
– Znasz Stefano? – zapytał przekręcając się z powrotem na plecy.
– Ja znam wszystkich, Gejralt. A teraz chodź tu do mnie, bo… Aaaa!
Czarodziejka nie zdążyła dokończyć zdania, gdyż wejdźmin zepchnął ją z siebie i wstał. Zdenerwowana okrążyła go płomieniami, które zdmuchnął znakiem Haard.
– U, Gejralt. Lubię, gdy to robisz.
– To już nie będę – odparł na powrót podpalając ziemię.
– Ty idioto! – wrzasnęła Dżemmefer przechodząc przez ogień bez szwanku. – Nie widzisz, że ja cię kocham? Szaleję za tobą od tylu lat! Od tamtej chwili…
– Aaa, pamiętam. Pokićkały mi się wtedy literki i wypiłem eliksir „Długi wonsz” zamiast „Drogi poncz” i…
– Dlaczego ze wszystkich ludzi na świecie musiałam zakochać się akurat w tobie! – grzmiała czarodziejka.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Nie wiem – przyznał. – Przy okazji, odczarujesz mi konia? Jest strasznie niewygodny bez skóry…
– Zamknij się! Co ty masz z tymi końmi…? Co ja mam zrobić? Dlaczego mnie nie chcesz?!
Wejdźmin zastanowił się chwilę przykładając palec wskazujący do ust.
– Widzę przynajmniej jeden poważny problem – powiedział.
– Ooooch! – jęknęła. – Tym razem mi nie uciekniesz!
Promień porannego słońca przebijający się przez zielone gałęzie drzew oślepił go, kiedy tylko otworzył oczy. Wejdźmin usiadł i chwycił się za pękającą od bólu głowę wzdychając. Widział bardzo niewyraźnie, zmrużył oczy i rozejrzał się na boki. Za kamieniem leżała postać. Podszedł do niej ostrożnie, chwycił za ramię i odchylił.
– Mlaskier! – wrzasnął, rozkładając ręce. – A gdzie Zołman?
Zaspany poeta przetarł oczy i spojrzał na wejdźmina.
– O – rzekł. – Nie wiedziałem, że też jesteś w Dzikim Zgonie. Ha ha – zaśmiał się nagle. – Jesteś fioletowo-zielony – oznajmił. – Ale jestem głodny. Idę zjeść jakąś kość.
Mlaskier przeciągnął się, poprawił stringi i zeskakując po zboczu świątynnej góry zniknął w gęstym lesie.
Gejralt rozejrzał się ponownie. Nigdzie nie widział ani nie słyszał drugiego przyjaciela, toteż zaczął go wołać.
– No i czego się drzesz – usłyszał po chwili. – Jestem za tobą.
– Zołmanie! Już myślałem, że nigdy cię nie zobaczę…! – wyjęczał Gejralt padając na kolana i zawiesił się na szyi krasnoluda.
Nawet Zołman nie miał serca go odepchnąć. Wszak wiedział, co zrobił dla nich obydwu, aby wyrwać ich z Dzikiego Zgonu, a że sam niejednokrotnie padał ofiarą podobnych sztuczek to wiedział, jak przykre są to doznania, choć zwykle niewiele pamiętał.
Nie wytrzymał jednak długo w jego uścisku.
– No już, już – wycedził, poklepując przyjaciela po plecach i odsunął go od siebie na długość ramion. – Wyglądasz jak krowie szczyny. Co ci się stało?
– Upoiła mnie…
– Kto? Dżemmefer? Czym?! Przecież ty masz łeb ze stali!
– Nawet wejdźmini nie są na to odporni.
Krasnolud powąchał oddech Gejralta.
– Psem i aresztem?! – wrzasnął nagle. – Myślałem, że to perfumy nadają jej tego zapachu!
– Nie, Zołmanie… – mruknął i podniósł się z ziemi. – To magiczny wywar do picia, który potrafi przyrządzić tylko ona. Śmierdzi jak nie wiem co.
Wejdźmin pochylił się i wsunął obie ręce do swej torebki. Buteleczki zabrzęczały.
– No ja na pewno nie będę pił tych twoich, pożal się Boże, eliksirów – burknął krasnolud, zakładając ręce.
– Jak sobie chcesz, ale zwykli śmiertelnicy nie są w stanie przeżyć tygodnia po bliskim spotkaniu z Dzikim Zgonem, a ty spędziłeś dwa dni w samym jego sercu. Za kolejne dwa postarzejesz się do granic własnych możliwości, za cztery wyschną i odpadną ci wszystkie kończyny. Wszystkie – podkreślił. – Za pięć dni będzie ci to zupełnie obojętne, bo stracisz rozum, a szóstego dnia umrzesz – wyjaśnił. – Myślisz, że skąd się wzięła nazwa Dziki Zgon?
Zołman przełknął ślinę i wychylił eliksir do dna. Po chwili poczuł się niewyraźnie.
– Dlaszego… kręci mi się… świat caluśki…?
Gejralt wytłumaczył mu, że trunek który właśnie wypił, piją tylko wejdźmini, aby oczyścić swój organizm z upiornych toksyn. Następnie uspokoił go twierdząc, że to nie pierwszy wejdźmiński eliksir jaki zdarzyło mu się spożyć, więc nie ma się czego bać. Sam też wypił coś, co sprawiło, że niemalże natychmiast odzyskał siły.
– Jak… – czknął krasnolud – …to?
Gejralt uśmiechnął się i westchnął.
– Oj, że też muszę cię zostawić w takim bezbronnym stanie i poszukać Mlaskra – opanował się Gejralt na powrót zapinając spodnie. – No nic. Odpocznij sobie – dodał, wsuwając wejdźmiński trunek do torby.
Zanim odszedł, spojrzał na nakreślony fioletową kredą krąg.
– Dzięki, Dżem. Chyba – dorzucił, jak się szybko przekonał, zupełnie niepotrzebnie.
Przelatujący gołąb narobił mu na ramię. Wejdźmin ściągnął usta w dzióbek i zmarszczył czoło.
– Dobszeee.. To se odpocznę… – wybełkotał krasnolud, ale Gejralta nie było już w pobliżu.
I rzeczywiście dobrze, bo zemdliło go do tego stopnia, że nie zdążył odejść na stronę.