Opowiadanie XIV – „Pietruszkowa tajemnica”

Wysoko w górach nad Koxenfurtem słońce powoli wypływało znad strzelistych szczytów, podobnie jak mała zielona żabka, która właśnie się obudziła, przeciągnęła udka i wzięła kąpiel w samym źródełku rzeki Niewarta. Skacząc wesoło w dół urwiska, raz po jednej, raz po drugiej stronie nabierającej kształtów rzeki, wydawała z siebie okropne dźwięki. Woda podskakiwała wraz z nią obijając się o skały, by w końcu dotrzeć do tonącej w soczystej zieleni rozległej doliny poszatkowanej licznymi polami obsadzonymi pietruszką, na której rolnik z pobliskiej wsi znalazł dziś trzy trupy.
++++++Pierwsze ciało należało do krasnoluda Zołmana, który leżał na plecach z jedną natką pietruszki wystającą z buzi i drugą z… ucha, z rozłożonymi na boki nogami. Drugie ciało było powyginane w przedziwne strony – to należało do Mlaskra. Trzecie, wejdźmińskie truchło, rozciągnięte było na całą swoją długość z twarzą do ziemi i rękami wzdłuż tułowia.
++++++– Myślita, że nie żyjo? – spytał właściciel tego konkretnego pola swoich towarzyszy.
++++++Stojąca nad ciałami grupa wieśniaków poczęła się nad tym tęgo zastanawiać. Jeden z nich, po ciężkich bojach myślowych stoczonych we własnej głowie wymyślił, że nim zakopią ciała trzeba je sprawdzić i szturchnął je grabiami. Chwilę potem stwierdził, że to trupy. Inny zaryzykował zakwestionować zdanie kolegi, gdyż krasnolud chrapał. Trzeci podrapał się po łysinie, przykucnął i przyjrzał się denatom.
++++++– Ten wąski, to chyba wejdźmin jest… – powiedział. – Taki wejdźmin to podobno strasny zabijaka. On by tak łatwo ducha nie wyzionął, i to jesce w scerym polu. Chyba, że twojej pietruski spróbował Witek, he he he!
++++++Wieśniacy roześmiali się. Witek założył ręce na piersi i szturchnął kolegę:
++++++– Dziadek, ty sprawdź cy on zyje – rozkazał. – Ty stary i głupi jesteś to cię nie będzie skoda.
++++++Dziadek, wysuszona zgarbiona postać z dużym okrągłym nosem i kępkami siwych włosów po bokach głowy, uniósł swoją krzywą laseczkę i…
++++++– Nie – powiedział.
++++++– To może by my se go okradli chocias? – zaproponował Zbyszek.
++++++– A co on tam ma! – krzyknął Witek. – Taki wejdźmak to biedny jest jak mysz kościelna!
++++++Mysz, na co dzień mieszkająca w kościele, która właśnie wybrała się na poranny spacer w swoim nowym kubraku ze złota, fuknęła, rozłożyła srebrną parasolkę i odeszła obrażona w druga stronę.
++++++– Ja to bym se moze chcocias te spodnie wziął, żonce bym dał – oznajmił Zbyszek, gładząc się po wklęśniętym brzuchu.
++++++– Żonce, ha ha! Na rękę może by se ino wciągnęła! Jedyna gruba baba we całej wsi! Nie licząc twojego synalka! Siostrze daj prędzej, bo sioscycke to ty mos akurat fojnom.
++++++– O właśnie! Grubą Kryche zawołajta! Baby nie rusy…
++++++– A skąd to niby wiesz, Witek, co? Taki mądry jesteś, to se po swoją zonke poślijcie!
++++++– Bo ja żem już kiedyś widział wejdźmaka jednego i wiem co on chłopom robi! I to może nawet tego samiuśkiego…
++++++– W łeb się puknij! Takiej paskudy jak ty, to by nawet ślepy dziad bez nogi nie tknął!
++++++– Panocki, a jak mówita, że to zabijaka jest, to może on by nam Wieśka utłukł, he?
++++++Zapanowała chwilowa cisza. Złożone procesy myślowe Witka, Zbyszka i Dziadka wymalowały się na ich rumianych twarzach.
++++++– Jak? Jak on nieżywy jest.
++++++– Sam niezywy jesteś, widział ja przeto jak się porusył. O! Znowu!
++++++– Za duza ryzykowność. Ja cytałem, że taki wejdźmok, to nie ma wyzutów sumienia, tnie wsysko co wystające. Nie wiadomo co mu do głowy strzeli, jak go siłą zbudzimy.
++++++– No to będziemy cekać, aż sam się ocknie. Tedy powiemy mu sybko, gdzie jest potwór, to moze za nim poleci, a nas oscędzi.
++++++Grono wieśniaków po burzliwych dyskusjach uradziło, że najlepiej będzie całą trójkę zapakować na taczkę i zawieźć do wsi. Jak postanowili, tak zrobili. Opieka nad nieprzytomnym krasnoludem przypadła Witkowi i jego szesnastu rozbrykanym dzieciom. Mlaskrem zajął się Dziadek, który posadził go w fotelu i wpatrywał się w niego żując liście pietruszki mimo, że Mlaskier nie robił absolutnie niczego, oprócz ślinienia się. Wejdźmin trafił do wieśniaka, który chciał go ograbić ze spodni. Wraz z synem położyli go na łóżku.
++++++– Tatuś? I co tera? – spytał młodzieniec, pulchny jak owieczka.
++++++– Nic, Boguś – powiedział Zbyszek. – Pocekamy, aż się obudzi. Odejdź, bo jesce ci co zrobi.
++++++– Ja tam się go nie boję, tatuś – odparł gładząc Gejralta po głowie. – Fajny jest.
++++++Boguś usiadł na łóżku koło wiotkiego wejdźmina i zaczął cierpliwie czekać.

++++++Mijały godziny, ale nic nie wskazywało na to, że którykolwiek z trójki przybyszy odzyska przytomność. Chłopi, którzy nie słynęli z cierpliwości, zdecydowali się wziąć sprawy w swoje ręce i w pierwszej kolejności obudzić wejdźmina, ponieważ ten wzniecał w nich największy lęk. Przynieśli pochodnie, widły i jeszcze gilotynę z głównego placu, tak na wszelki wypadek. Ustawili się w szyku bojowym nad łóżkiem i zaczęli żywiołowo debatować, który z nich szturchnie groźnego ludobójcę.
++++++Żądny krwi wejdźmin jęknął nie otwierając nawet oczu, przewrócił się na drugi bok zsuwając się z łóżka wprost na kolana, a następnie opadł do przodu natrafiając na uda Bogusia, które natychmiast utulił uśmiechając się z zadowoleniem. Pucołowata twarz chłopca rozpromieniła się.
++++++– Lubi mnie – powiedział nastolatek ze szczęściem w oczach.
++++++Chłopi zamilkli, otworzyli usta i unieśli brwi. Jednemu z nich zwiędły widły, inny przestał oddychać i zemdlał, a Dziadkowi wypadł ząb.
++++++– Eee… – sapnął Zbyszek blokując gilotynę. – Niepocebnie ześmy go brali….
++++++Wejdźmin poruszył się ponownie. Podniósł głowę, odgarnął włosy pozostawiając rękę na czole i zmrużył oczy marszcząc przy tym brwi, by przyjrzeć się niewyraźnym sylwetkom w kształcie ludzi, wideł i pochodni. Zmarszczona twarz wejdźmina nie wyglądała na zadowoloną. Wieśniacy pozostali chwilę bez ruchu, po czym wszyscy na raz zaczęli wskazywać kierunek palcami i krzyczeć:
++++++– TAM! POTWÓR! W TAMTĄ STRONĘ!
++++++– W JASKINI! POTWÓR!
++++++– PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM! TO MOJA WINA…! – lamentował ktoś inny.
++++++– NIE ZABIJAJ NAS! ZABIJ POTWORA!
++++++– RATUNKU!
++++++– Ciii… – szepnął Gejralt, co na chwilę uspokoiło zbiorową histerię. – Dajcie mi wody… To was nie pozabijam… Czy coś tam innego…
++++++– WODY! SZYBKO!
++++++– WODY MU DAJCIE!
++++++– NIE STÓJCIE TAK! SŁYSZELIŚCIE CHYBA! – darli się chłopi.
++++++Wieśniacy zaczęli biegać w panice w poszukiwaniu wody, obijając się o wszystko w pokoju i siebie nawzajem. W końcu jeden z nich znalazł wiadro wypełnione pożądaną cieczą i tak zapalił się do wykonania zadania, że potknął się przed Gejraltem i wylał na niego całą zawartość, gasząc przy okazji kilka pochodni. Wszyscy ponownie znieruchomieli i ze zgrozą spojrzeli na wejdźmina, zastanawiając się w jaki szał teraz wpadnie. Gejralt miał jednak zbyt dużego kaca, aby się zdenerwować.
++++++– Nie do końca o to mi chodziło… – powiedział tylko. – Gdzie ja jestem?
++++++– Na Cieńszym Końcu Pietruszkowa Dolnego – odparł uśmiechnięty Boguś, zadowolony z posiadania górnej części wejdźmina na swoich mokrych kolanach.
++++++– Pietruszka, pietruszka… – wymamrotał Gejralt. – Wszędzie pietruszka… Tak, coś sobie przypominam.

++++++Zupa z pietruszki parowała na suto zastawionym pietruszką stole. Pietruszka w sosie własnym, pietruszka nadziewana pietruszką, pietruszka z grilla, przecier z pietruszki, świeża pietruszka pokrojona w kostkę, w paski, w krążki, smażona, marynowana, suszona, pietruszka z sosem pietruszkowym, pietruszka z…
++++++– Może galaretkę pietruszkową? – zaproponowała gospodyni, żona Zbyszka i matka Bogusia, Krystyna.
++++++– Wy w ogóle jecie coś innego niż pietruszka? – spytał wejdźmin posypując zupę pietruszkową posiekaną natką pietruszki.
++++++– Ja poproszę – powiedział Mlaskier i wciumkał galaretę.

++++++Mlaskier, obudził się sam w obcym miejscu i szybko zorientował się, że w okolicy nie ma Gejralta, a jakiś stary psychopata przygląda mu się żując liście. Wpadł w chwilową traumę. Na szczęście chwilę później usłyszał wrzaski Zołmana z sąsiedniego domu, który obudził się związany na podłodze wśród szesnastu skaczących po nim dzieciach. W trzecim domu przemoczony wejdźmin przekonywał wieśniaków, że nie będzie odcinał im kończyn i robił niczego z ich członków pod warunkiem, że on i jego towarzysze dostaną coś do jedzenia. Kiedy zbiorowa panika ustała i chłopi przekonali się, że Gejralt nie jest zainteresowany masowym mordem całej wioski, wszyscy spokojnie usiedli do stołu.

++++++– Nienawidzę pietruszki – burknął Zołman.
++++++– Panie, my tu już nic innego nie mamy! – zawołał Witek, sąsiad z naprzeciwka. – Wszystko co najlepsze, na potwora idzie!
++++++– Tu w wysokich górach – wtrącił inny – to w ogóle mało co jest. A jeszcze jak się ma na karku bestię, to dla nas nic nie zostaje. Inaczej to było jak Wiesiek był sobą, ten to miał rękę do pietruszki…
++++++– A co to za bestia, ten wasz potwór? – spytał Gejralt.
++++++– Bykołak! Straszliwa Bestia z Gór!…
++++++– Nie ma czegoś takiego jak „bykołak straszliwa bestia z gór” – zauważył wejdźmin.
++++++– A właśnie że jest! I rogi ma!
++++++– I ogon jak u byka!
++++++– I kopyta bydlęce!
++++++– I kły jak u wilka!
++++++– I sierść w łaty na rzyci…! – wykrzykiwali chłopi kolejno przy stole.
++++++– I wszystkie owce nam weżarł! – dodał Dziadek unosząc palec i gubiąc kolejnego zęba, który wpadł mu do zupy.
++++++– Do tego spowity przez klątwę! Każe nam wszystko oddawać, bo mówi, że inaczej sam nas powyżera!
++++++– I co tydzień zabiera nam wszystkie pieniądze cośmy uciułali ze sprzedaży pietruszki, bo mówi, że pojedzie do najlepszego szamana w Vinogradzie, co by go z tej klątwy uleczył…! My już z czego żyć ni mamy!…
++++++– Opętana krowa z kłami – podsumował Gejralt i zachichotał. Mlaskier przystawił sobie dwa korzenie pietruszki do zębów i zaczął się wydurniać.
++++++– Panie, to nie je krowa! – oburzył się Witek. – To bykołak je! On mięso wcina jak szalony! Nic się przed nim nie ukryje! On wszystko wie, co się u nos dzieje!
++++++– A kto mu to jedzenie zanosi? – wypytywał wejdźmin.
++++++– Może jeszcze zupki? – zaproponowała Krystyna z uśmiechem.
++++++– No my! Ale Kryśka podchodzi najbliżej. Ona mu gotuje to i ona mu nosi, stąd wiemy, że jej nie zeżre, bo kto mu gotować będzie? On nie taki głupi jest!
++++++– A nikt wcześniej nie próbował zdjąć z niego tej klątwy? – dopytał wejdźmin, odmawiając Krystynie zjedzenia kolejnej porcji zupki.
++++++– Panie, nic nie pomaga! Dawaliśmy mu najznamienitsze jadło, trunki rozmaite, a on mówi, że nic nie czuje!
++++++– No trunki to macie mocne… – burknął Gejralt pod nosem. – Dawno się tak nie na…
++++++– Sąsiadów swoich to już nawet nie poznaje! – przerwał mu Zbyszek. – Czasami wcale nie przychodzi jak go wołamy, a innym razem udaje, że nas w ogóle nie widzi…!
++++++– To wy się znacie z tym waszym „bykołakiem”? – spytał wejdźmin sprawdzając, jak Zołman wyglądałby z pietruszkowymi rogami i dostał po łapkach.
++++++– Może czipsa pietruszkowego?… – próbowała Krysia.
++++++– No bo on to stąd jest! – krzyknął Witek. – To Wiesiek, sąsiad nasz. Mieszkał z ojcem i matką, ale ich weżarł dwa lata temu, jak się dowiedział, że skitraliśmy se udziec barani, zamiast jemu dać.
++++++– U nas jest umieralność ponad sto procent! – zakomunikował Dziadek.
++++++Wejdźmin zrobił pytającą minę.
++++++– Bo to było tak – zaczął Zbyszek. – Wiesiek pracował z nami w polu, aż tu nagle jednego dnia przyszła jakaś wieszczka w czarnej masce, caluśka na czarno też ubrana i chciała spróbować pietruszki. A że Wiesiek słynął ze swoich upraw na całą dolinę, to strzegł każdej natki jak oka we głowie. No i się nie zgodził. Tedy wieszczka rzuciła na niego te klątwę i jeszcze tego samego dnia w nocy Wiesiek zaczął wrzeszczeć jak opętany, zamienił się w bykołaka i pobiegł do jaskini, gdzie już całkiem mu odbiło. Najpierw kazał sobie znosić najlepsze jedzenie, żeby smak poczuć, bo za sprawą klątwy został mu odebrany. Wiecie, na pocątku, to my sami chcieli mu pomóc. Ale potem było coraz gozej. Klątwa postępowała, a Wiesiek miał coraz większe wymagania, aż w końcu zacął nam grozić. Raz nawet sami próbowaliśmy kupą rusyć na niego, ale my słabi jesteśmy… Na samej pietruszce to nam już ciężko łopatę utrzymać, a co dopiero z bykołakiem się szarpać.
++++++Chłopi tłumnie przyznali mu rację.
++++++– I tak o. Teraz Wiesiek na zmianę albo nie czuje smaku, nie widzi, nie słyszy albo nic nie pamięta… Sprowadziliśmy kilku znanych medyków, ale żaden znachor go ni przekonał. A nawet iżeli jakiś spróbował, to i tak dupa wyszła z tego. On każdego tak potrafi omotać, że głowa mała. Raz głuchy jest, raz ślepy… Co lekarz to co innego mówi. A jak człeka ze ślepoty wyleczysz, no jak?
++++++– No właśnie… – zgodził się Gejralt. – Jak dokładnie brzmi ta klątwa?
++++++Wszyscy spojrzeli na Zbyszka. Ten wstał i chrząknął.
++++++– Mówię klątwę – oznajmił w pełnym skupieniu. – „Obyś sczezła, ty stara mordo, straciła smak, pamięć, słuch i wzrok”.
++++++– Zbyszek, to nie tak szło – wtrąciła jego żona.
++++++Krystyna wyprostowała się, uniosła rękę w górę, zadarła głowę i zaczęła recytować:
++++++– „Oby pamięć cię skrewiła, ciemność i cisza aż dopadnie cię mogiła! Ino łajno w ustach poczujesz, i nic ci zdrowia nie przywróci, przeklinam cię ty sczeźnięta kupo śmieci”.
++++++– Aha – podsumował wejdźmin.
++++++Krystyna ukłoniła się i odeszła.
++++++– Panie, to jak? Pomożecie nam?

++++++Wejdźmin wyszedł na zewnątrz i zapalił cienkiego papierosa. Spojrzał na wydeptaną ścieżkę prowadzącą w góry, i powiódł po niej wzrokiem, aż dotarł do wnęki w skałach, mieniącej się blaskiem dogasającego ogniska. Gejralt zawiesił się na dobre piętnaście minut i ocknął się dopiero wtedy, gdy papierosowy żar dotarł do jego palców. Powtórzył słowa klątwy kilka razy i uniósł brwi, zupełnie jakby coś przyszło mu do głowy. Zaraz potem pokiwał przecząco i zapomniał o czym myślał. Coś mu tu jednak ostro śmierdziało. Po chwili zorientował się, że wdepnął w łajno. I wtedy wszystko nabrało kształtu. Wrócił do chaty i zakomunikował chłopom, że za pięć minut chce widzieć wszystkich na zewnątrz. Chłopi tłumnie zjawili się w wyznaczonym miejscu. Każdy miał przy sobie coś dla potwora. Miejscowi byli przerażeni, ze wejdźmin idzie z pustymi rękami, ale podążali za nim w górę, wprost do jaskini bykołaka. Po drodze każdy z nich co jakiś czas podchodził do niego, aby coś powiedzieć. Większość chciała, żeby wejdźmin „jednak nie ubijał Wieśka, ino klątwę zdjął, bo szkoda chłopa”. Inni trzęsącym się głosem życzyli mu szczęścia i żeby na siebie uważał. Wejdźmin zdawał się nie reagować.
++++++– Gejralt? Co ty tak idziesz sobie jak na spacer? – oburzył się Zołman. – To nie wycieczka krajobrazowa. Nawet nie wiesz co to jest ten bykołak. Masz jakiś plan?
++++++– Zrobię wszystko odwrotnie niż tamci ludzie – powiedział Gejralt.
++++++– Też mi nowość… – mruknął krasnolud, ale z zainteresowaniem spojrzał na przyjaciela.
++++++Wejdźmin wyjął z torebki dwa flakoniki z różowym płynem i podgrzał je w rękach, aż całkiem się zagotowały.
++++++– Trochę szkoda… – mruknął wejdźmin. – Malinowy, mój ulubiony. Ale przegotowany smakuje jak totalne gówno – Gejralt spojrzał na krasnoluda kiwając głową z przekonaniem. – Serio. Smakuje jakby się ktoś przed chwilą sfajdał.
++++++Wejdźmin zatrzymał wieśniaków w miejscu z dobrym widokiem na jaskinię. Od razu usłyszał od Dziadka, że jak bykołak będzie go wżerał, to nikt mu nie pomoże. Ktoś wszczął zbiorową panikę. Kilka osób chciało mu na siłę wcisnąć cokolwiek, żeby mógł to dać potworowi, ale Gejralt zapewnił ich, że nikt nikogo nie będzie dzisiaj „wżerał”. Następnie odwrócił się i poszedł w kierunku jaskini.
++++++– Wygląda jak dziewcyna, ale odwagi mu nie brak… – szepnął Zbyszek. – Do bykołaka bez podarunku rusył!
++++++– Olaboga..! – wyjęczał Dziadek chwytając się za głowę i wyrwał sobie ostatnie kępki włosów.
++++++
++++++Gejralt wyprostował się przed wejściem do jaskini i splótł ręce na pośladach chowając w nich eliksir (w rękach). Odczekał kilka minut, ale nic się nie wydarzyło.
++++++– Halo, ty paskudne krówsko! – zawołał. – Wyłaź, bo już mi się nie chce tu tak sterczeć przed tą jaskinią.
++++++Dziadek zemdlał. Zołman miał nadzieję, że Gejralt wie co robi. Mlaskier zdał sobie sprawę, że nie wie co robi i odłożył pietruszkę.
++++++– Wyyynooochaaa…! – rozległo się echo z wnętrza skały.
++++++– Wynocha, wynocha… – wymamrotał wejdźmin przewracając oczami. – Przyszedłem zdjąć tę twoją klątwę. Chodź, chodź, nie wstydź się, będzie fajnie.
++++++Bykołak wybiegł z jaskini, stanął na tylnych kopytach i zaryczał bijąc się w piersi. Wieśniacy zadrżeli.
++++++– No bardzo przerażające – przyznał Gejralt oglądając paznokcie, po czym zerknął przelotnie na dziwacznego stwora. Był dokładnie taki, jak opowiedzieli mu chłopi. Od pasa w dół był czymś na kształt krowy, reszta jego ciała przypominała człowieka z niewielkimi rogami i wstającymi kłami, z głową porośniętą wilczą sierścią.
++++++– Cośśś za jeden?! – wycharczał stwór.
++++++– Wejdźmin Gejralt, zaraz zdejmę z ciebie, hi hi, klątwę.
++++++Potwór wystawił dolne kły i skrzywił usta unosząc krzaczastą brew. Słuchał.
++++++– Zrobimy tak – kontynuował Gejralt. – Za każdym razem, jak uda mi się pomóc, dasz mi sto koron. Jeżeli mi się nie uda, oddam ci dwieście.
++++++Potwór zaśmiał się.
++++++– No ssskoro tak ssstawiasz sssprawę, to sssgoda – wysyczał, po czym odwrócił się bokiem i założył ręce.
++++++– Spróbuj tego – wejdźmin wyjął przypalony eliksir.
++++++Bestia spojrzała na wejdźmina, potem na flakonik, potem znów na wejdźmina i ponownie na eliksir. Parsknęła śmiechem i szybkim gestem capnęła buteleczkę. Wzięła łyka, wytrzeszczyła oczy i zaczęła szaleńczo pluć na wszystkie strony próbując wyczyścić sobie język rękami.
++++++– Łaaajno! – wrzeszczał bykołak. – Coś ty mi dał!
++++++– Jak to szło? – spytał wejdźmin. – „Ino łajno w ustach poczujesz”…? No to dałem ci coś o smaku łajna. Sto koron się należy, zanim stracisz pamięć.
++++++Potwór zapłacił, po czym spojrzał w dal i jeszcze szerzej rozwarł powieki.
++++++– Nic nie pamiętam… – wyszeptał.
++++++– Nic a nic? – upewnił się wejdźmin.
++++++– Nic… Kim jesteś!
++++++– Wejdźminem. To ci pomoże. Wypij – nakazał Gejralt podając mu kolejny flakonik.
++++++Bykołak wzdrygnął się na sam widok.
++++++– Przecież to to sssamo gówno co wcześśśniej!
++++++Wejdźmin wyciągnął otwartą dłoń.
++++++– Stówka dla mnie, bo najwyraźniej wróciła ci pamięć.
++++++Bestia warknęła, ale dotrzymała słowa. Nagle stanęła jak wryta i chwyciła się za szpiczaste uszy. Zaczęła na migi tłumaczyć, że nic nie słyszy. Gejralt odszedł w milczeniu i poprosił Mlaskra o kawałek papieru i ołówek. Nabazgrał coś, po czym podał list potworowi. Stwór odczytał notatkę i przecząco pokiwał głową z oburzeniem w oczach.
++++++– Na pewno?… – spytał wejdźmin, robiąc groźną minę. – Podobno ktoś cię widział, jak to robiłeś.
++++++Potwór ponownie pokiwał głową wydając stłumione „e, e”.
++++++– E, e? – powtórzył wejdźmin.
++++++– E! E! – ryknął bykołak.
++++++– E, e, e – podsumował Gejralt ponownie wystawiając rękę po swoją zapłatę.
++++++Zdezorientowany potwór wybałuszył oczy i nadymał wargi. Zapłacił. Stał w bezruchu wpatrując się w przybysza i zacisnął pięści uśmiechając się przy tym paskudnie.
++++++– Ośśślepłem! – krzyknął, uniósł ręce w górę i zaczął w szale biegać w kółko aż w końcu przewrócił się zahaczając kopytem o kamień. – Niccc nie widzę!
++++++– Rzeczywiście nic nie widzisz – wejdźmin przykucnął i pomachał ręką przed pyskiem bykołaka. – W takim razie nie mogę ci już pomóc, przykro mi.
++++++Tłum wieśniaków z Cieńszego Końca Pietruszkowa wydał z siebie okrzyk zawiedzenia.
++++++– No to płacisz dwieśśście koron! – wysyczał stwór.
++++++Gejralt sięgnął do kieszeni. Zbyszek nie wytrzymał, podbiegł do wejdźmina i zaczął go szarpać. Trochę się bał, że za to zginie, ale nie mógł pozostać obojętny.
++++++– Panie wejdźmin! No co pan! – zawołał. – To już ostatnia część klątwy…!
++++++– Przykro mi, ale nie da się uleczyć ślepoty – odparł spokojnie Gejralt i dał potworowi pieniądze.
++++++Zbyszek opuścił ręce. Wrócił do reszty i wzruszył ramionami. Wieśniacy posmutniali i zaczęli klepać się po plecach pocieszając się nawzajem. Wejdźmin odwrócił się tyłem do bykołaka i bardzo powoli ruszył w stronę chłopów.
++++++– Zaraz…! – warknął nagle stwór. – Tu jest tylko połowa…! Miało być dwieście, a nie sto!
++++++Gejralt uśmiechnął się szeroko mrużąc oczy.
++++++– Gratuluję całkowitego powrotu do zdrowia, panie „bykołaku” – powiedział. – A teraz zmykaj stąd zanim powiem im, co tu jest grane.
++++++Zebrani zaczęli wiwatować.
++++++Bykołak nadymał się cały aż pękła mu skóra w szwach i tupnął kopytem, które zaraz potem mu odpadło.
++++++– Niby co! – zaprotestował.
++++++– Po pierwsze – zaczął Gejralt – nie jesteś żadnym bykołakiem. To tylko przebranie, ale muszę przyznać, że bardzo efektowne i dobrze wykonane.
++++++– Dziękuję.
++++++– Po drugie, wcale nie pożarłeś swoich rodziców, bo od samego początku podglądają nas z tej twojej jaskini – Gejralt pomachał staruszkom, którzy natychmiast się schowali. – Po trzecie, masz romans z żoną Zbyszka Krystyną i syna Bogusia, który o niczym nie wie. Nie bez powodu Krysia i Boguś to jedyni pulchni ludzie w całej okolicy. Po czwarte, jaka wieszczka użyłaby w klątwie słowa „ino”? No błagam, zalatuje wiochą na kilometr. Po piąte, nawet mi przy tobie nie drgnął, popraw sobie ucho, medalion, i po ostatnie, miałeś najlepsze pole pietruszki i utrzymywałeś całą wioskę, co zaczęło cię denerwować. Wymyśliłeś to wszystko, żeby przestać dzielić się pieniędzmi z resztą i teraz żyjecie tu sobie jak pączki w maśle, podczas gdy twoi przyjaciele ledwo wiążą koniec z końcem. Bardzo nieładnie, Wiesławie – Gejralt ponownie wystawił rękę w oczekiwaniu na zapłatę. – No dalej, dalej, mamy tu dzisiaj sporą widownię. Wiesz, że ci ludzie trzymają w swoich domach gilotyny?
++++++Wiesiek wysypał mu z sakiewki kilka monet.
++++++Wejdźmin uniósł jedną brew.
++++++– To nawet nie połowa, ty niedobra krówko.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *