Opowiadanie XIX – „Otwór z bagien”

++++++– Nie piłbym tego – stwierdził Gejralt patrząc na siedzącego na kamieniu Zołmana, który właśnie opróżnił butelkę spirytusu jednym haustem.
++++++W odpowiedzi krasnolud wypluł wszystko co miał jeszcze w ustach na porastającą polankę trawę. Mlaskier, który siedział nieopodal na gałęzi z uciechą klaskał w dłonie.
++++++– Dlaczego?!
++++++– Jest tam eliksir Krówka.
++++++– Krówka, co…? – krasnolud panicznie oglądał swoje ręce i otoczenie. – I jak to “jest tam?” I dlaczego nie ma tam mojego spirytusu?
++++++– Potrzebowałem butelki – Wejdźmin podmuchał na schnący na swoich paznokciach lakier. – Robi, że rośnie kwiatek. Na przynętę do pułapki. Widzisz, stworzenia kopytne uwielbiają kwiatki. Nie służy do picia.
++++++Zołman zbladł. Po licznych przeżyciach spowodowanych wypitymi miksturami miał silne postanowienie, aby z wielką ostrożnością podchodzić do wejdźmińskich eliksirów. To, że niemal zawsze musiało skończyć się to dla niego w sposób niepożądany było tak jasne, jak słońce oświetlające rosnącą teraz na czubku jego głowy stokrotkę, której to Gejralt poradził mu nie zrywać, ponieważ mogłoby to przynieść pecha. Poza tym ta zapuściła już korzenie w jego mózgu, więc umarłby i zamienił się w ghula.
++++++Krasnolud, uznał, że najbezpieczniej będzie udawać, że jej tam nie ma.
– Ech – westchnął. – Długo jeszcze?
++++++Wskazał na stojącą pośrodku polany „pułapkę na Pasikonia”. Zlecono im wytropienie i schwytanie tego stwora po tym, jak w niewyjaśnionych okolicznościach zaczęły znikać krowy z obór należących do mieszkańców jednej z okolicznych wiosejk. Gejralt, używając wejdźmińskich zmysłów zauważył w miejscach wypasu ślady kopyt, uznał zatem, że w okolicy musi grasować taki właśnie potwór. Pułapka składała się z pudełka opartego na patyku.
++++++– Sam nie wiem… – odparł wejdźmin. – Niestety wypiłeś przynętę, więc… o!
++++++– O?
++++++– Ślady kopyt! Oznacza to że Pasikoń jest gdzieś w pobliżu!
++++++– Gejralt, a jesteś pewien, że to nie są po prostu ślady tych krów? – Krasnolud rozejrzał się niepewnie, majtając kwiatkiem na swojej głowie.
++++++– Za mną! – krzyknął Gejralt biegnąc w stronę lasu.

++++++Przedzierał się przez chaszcze wydając z siebie głośne “fuj” za każdym razem kiedy przypadkiem dotknął pajęczyny albo mokrego liścia. Tych ostatnich było coraz więcej, bo teren wokół nich dawał się określić najtrafniej jako skryte w lesie śmierdzące bagnisko. Za nim szedł Zołman, a Mlaskier, który jeszcze niedawno dreptał na końcu gdzieś zniknął. Nie było to wielkim problemem, ponieważ ich towarzysz przywiązany był do grubego sznurka, który z kolei oplatał w pasie wejdźmina. W razie czego można go więc było zlokalizować idąc po tym właśnie sznurku. Biorąc zaś pod uwagę preferencję Wejdźmina co do długich rzeczy linka ta mierzyła z górą dwa kilometry długości, a zatem poszukiwania pozostawili na później.
++++++Zaczęłi się niepokoić dopiero kiedy ich wędrówka wciąż nie wykazywała perspektyw na dotarcie do jakiegokolwiek celu a z rana zrobiło się popołudnie.
++++++– Zołmanie, jesteśmy sami.
++++++– Mówisz to za każdym razem, kiedy jesteśmy sami – fuknął krasnolud, zmęczony długim przedzieraniem się przez chaszcze.
++++++– Chodzi mi o to, że Mlaskier mógł się zgubić. Myślę, że powinniśmy teraz iść po sznur…
++++++Wejdźmin nie skończył mówić, bowiem nagle odleciał w krzaki i zniknął. Krasnolud stał chwilę osłupiały zanim zorientował się, że coś bardzo mocno szarpnęło za przywiązaną do wejdźmina linę.
++++++Rzucił się w kierunku, w którym poszybował jego towarzysz. Pościg nie trwał długo; Gejralt zatrzymał się na pierwszym napotkanym drzewie.
++++++– Mam uszta pełne dszewa – wybełkotał.
++++++Linka leżała teraz luźno na ziemi. Kiedy zdołał odkleić się od szumiącej złowieszczo sosny, obaj bez słowa pobiegli w kierunku, w którym prowadziła. Biegnąc wejdźmin zauważył ślady kopyt prowadzące w tę samą stronę.

++++++Otwór w ziemi był tak głęboki, że nawet przy stojącym wysoko na niebie słońcu nie było widać jego dna. Miał średnicę kilku leżących dorosłych ludzi, choć zdaniem niektórych obecnych osób ta miara nie była precyzyjna – zależało bowiem, czy ci ludzie leżeliby jeden za drugim, czy jeden na dru…
++++++– Zamknij się! – pacnął Gejralta Zołman, nie patrzył jednak na niego, ale na niknący w otchłani czerwony sznurek.
++++++– A tak, Mlaskier! – wzdrygnął się wejdźmin. – Chyba jest w tej dziurze. Ponieważ jednak, jak widzisz, linka zaczepiła się o kamień i dalej jest naprężona, to prawdopodobnie nie dotarł do dna. Co oznacza, że zawisnął.
++++++– Mlaaaa skieeer! – krzyknął do otworu, odpowiedziała mu jednak tylko cisza.
++++++– Zawisnął?
++++++– No na sznurku. A jeśli, mój drogi Zołmanku, w moim monologu pojawiają się takie słowa jak “dziura” i “naprężony” to znaczy, że będzie trzeba ciągnąć.
++++++– Sam nie wierzę, że to mówię, ale chyba masz rację – rzekł krasnolud zacierając ręce.

++++++Ciągnęli tak długo, aż czynność ta stała się zauważalnie łatwiejsza, choć ciężar na drugim końcu sznura wydawał się niespodziewanie duży. W końcu nad brzegiem krawędzi pojawiła się głowa. Nie należała jednak do Mlaskra, ale do czegoś, co wyglądało zupełnie jak krowa.
++++++Zwierzę sprawiało wrażenie nieco zdezorientowanego, ale poza tym z jego oczu biła właściwa krowom ambiwalencja na temat otaczającego je świata. “Muu” – powiedziało i poczęło obojętnie patrzeć na wysiłki wejdźmina i krasnoluda, którzy ostatkiem sił wygramolili całe cielsko na powierzchnię. Oprócz tego, że była przewiązana w kłębie sznurkiem, była to całkowicie zwyczajna, łaciata krowa.
++++++– Mu. – stwierdziła, poleżała jeszcze chwilę na boku, po czym powoli wstała i zabrała się za konsumpcję porastającej polankę trawy.
++++++– O boże! – zdumiał się wejdźmin. – Tylko nie to.
++++++– No co do kurwy nędzy? To wszystko robi się coraz dziwniejsze – zmarszczył brwi Zołman zastanawiając się chwilę. – Gejralt, czy to jest jedna z takich sytuacji, w których zaraz powiesz “grasuje tu potwór, który zamienia ludzi w krowy” a później, z powodu jakiegoś niesamowitego zbiegu okoliczności Mlaskrowi nic się nie stanie a ja wpadnę do tej dziury?
++++++– Nie, Zołmanie – pokręcił głową wejdźmin. – To znaczy, tak i nie. W zasadzie, to odpowiedź brzmi: prawdopodobnie tak. Wygląda na to, że mamy do czynienia z magicznym otworem zamieniającym bezbronne istoty w krwiożercze… znaczy, straszliwe… ee, znaczy po prostu krowy. I to raczej nie jest Pasikoń. Właściwie to nawet nie wiem, co to jest Pasikoń.

Krasnolud usiadł na ziemi z ponurą miną.
++++++– No dobra – powiedział sprawdzając ręką, czy topór czeka w gotowości na jego plecach. – Ale co z Mlaskrem? Da się go jakoś odczarować?
++++++– Trudno powiedzieć. Ale być może nie będziemy musieli.
++++++– Nie wiem, czy chcę pytać, co masz na myśli, ale pewnie i tak mi powiesz.
++++++– Właśnie doszedłem do wniosku – powiedział filozoficznie Gejralt. – Że ta krowa to nie może być Mlaskier.
++++++– Bo?
++++++– Ma od niego więcej nóg i wymion. I Mlaskier jest za tobą.
++++++Zołman obejrzał się i rzeczywiście ujrzał najsłynniejszego poetę świata chopsającego sobie po kałużach w ich kierunku. W ręku miał koszyczek. Krasnolud nic nie powiedział, ale powiódł wzrokiem po poecie, a potem po linie obwiązującej krowę.
++++++– Malskierku! – krzyknął Gejralt – Juu huu! Tutaj!
++++++– Nazbierałem stokrotek dla Natalii – odparł Mlaskier z uśmiechem.
++++++– Czy przywiązałeś też do Natalii sznurek? – zapytał Zołman, wiedząc do czego to zmierza.
++++++– Tak. Żeby się nie zgubiła – Mlaskier był pod wyraźnym wrażeniem swojego sprytu. – Poznałem ją zbierając stokrotki dla Manueli.
++++++– Bardzo ładnie – pochwalił go Gejralt. – To właściwie, łącznie, ile spotkałeś krów kiedy cię nie…

++++++Gejralt przerwał, bo energicznie złapał za leżący na ziemi sznurek. Krowa Natalia z jakiegoś powodu była tak blisko krawędzi otworu, że prawie znów wpadła do środka. Przez chwilę wydawało mu się, że zwierzę specjalnie ciągnie linkę w stronę tajemniczej dziury, ale kiedy zaparł się nogami, ta przestała stawiać opór i powiedziała “mu” patrząc obojętnie na drzewo. Mimo wysiłków Wejdźmina, nie chciała jednak dać odciągnąć się na większą odległość.
++++++– Trzeba ją zwabić stokrotkami – stwierdził Mlaskier. – Ja bym się zwabił.
++++++– Dzieje się tutaj coś dziwnego. Patrzcie – powiedział Gejralt powoli. Wskazał palcem w górę. Jego towarzysze spojrzeli na niebo i ze zdziwieniem odkryli, że wszystkie chmury nad nimi są teraz różowe jak wata cukrowa. Chwilę później z nieba zaczęły padać cukierki.
++++++– Gejralt, co to wszystko znaczy?! – krzyknął Zołman, który osłaniał rosnącą na czubku swojej głowy stokrotkę przed spadającymi wszędzie brązowymi kulkami.
++++++– Nie ma czasu na wyjaśnienia! – odkrzyknął wejdźmin. – Musimy uciekać! Krowa, krówki padające z nieba, otwór… wszystko staje się jasne!
– Co?!
– Uciekamy!

++++++Zaczęli już biec, gdy zauważyli, że Mlaskier wciąż stoi w miejscu i żałośnie pochlipuje pokazując palcem na łaciate zwierzę przesuwające się małymi kroczkami w stronę ziejącej w ziemi dziury. W drugiej dłoni trzymał stokrotkę, ale najwyraźniej zwierzę nie skusiło się na więdnący już powoli przysmak. Trzeba było działać szybko.
++++++– Psia mać! Mlaskier! – krzyknął Zołman.
++++++– Ma rację, trzeba ją uratować – odpowiedział Gejralt. – Zołmanie, ja pociągnę a ty będziesz pchać!
++++++Niebo pociemniało i dało się słyszeć grzmoty. Krasnolud zmierzył wejdźmina upewniając się, że ten nie ma na myśli czegoś zupełnie innego, niż ratunek dla krowy. Pobiegł.
++++++Zaparł się mocno nogami o krawędź otworu i począł pchać krowę z całych sił, ta jednak ani drgnęła. Deszcz cukierków nasilił się, a ich początkowo delikatne uderzenia zaczynały być bolesne.
++++++– No idź, głupia ty żesz… Krowo! – wystękał i zamarł.
Zza zadka, który usiłował pchnąć, zobaczył jak zwierzę powoli odwraca głowę w jego stronę.
++++++– Sam idź – powiedziało. I kopnęło.

++++++Krasnolud nie miał szans. Wpadł prosto do otworu. Czuł jak szybuje w całkowitej ciemności. Z kwiatka na jego głowie pęd powietrza urwał wszystkie płatki. Powietrze robiło się coraz cieplejsze, ale strach i przeciążenie sprawiły, że krasnolud cały dygotał.
++++++– To koniec – pomyślał i w tym samym momencie z impetem wylądował w wielkim stogu siana. Zakręciło mu się w głowie.

Kiedy doszedł do siebie, poczuł, że jest przywiązany do krzesła. Miejsce, w którym się znajdował wyglądało na gigantyczną podziemną jaskinię. Na ścianach, umieszczone w specjalnych uchwytach paliły się liczne pochodnie. Przed nim, na kamiennym podłożu stał i obserwował go tłum kilkudziesięciu krów. Jedna z nich wyszła przed szereg i stanęła tak blisko, że jej pysk prawie stykał się z jego nosem.
++++++– Kim jesteś? – powiedziała.
Zołman nie odpowiedział, bo ze strachu właśnie narobił w bryczesy.
++++++– Gadaj! – wrzasnęła krowa.
++++++– Ee… Ja… Tylko wpadłem. Na chwilę – wybełkotał krasnolud. – Ale zaraz sobie idę.
++++++– Nigdzie nie idziesz! Jak odkryłeś nasze tajne stowarzyszenie?! – zwierzę wrzasnęło na niego wytrzeszczając oczy.
++++++– Ale ja nic nie wiem o żadnym…
++++++– Ktoś musiał zdradzić ci lokalizację jednego z naszych tajnych wejść. Musisz zginąć!
++++++Inne krowy jak na komendę zaczęły głośno skandować “śmierć, śmierć, śmierć!”. Zołman narobił w bryczesy trochę więcej.
++++++– Ale zanim to nastąpi – powiedziała ciszej ta, która wcześniej na niego krzyczała. – Wyśpiewasz nam wszystko!
++++++– Wszystko…? – pisnął krasnolud.
++++++– Wszystko! Co zrobiłeś z Natalią?!
++++++– Nic, naprawdę, pani krowo, ja tylko…
++++++– Gadaj!
++++++Krowa podniosła przednią nogę i przywaliła mu nią w twarz. Zołman prawie się rozpłakał.
++++++– Ale my tylko chcieliśmy… – próbował powiedzieć, ale spotkało go drugie uderzenie.
++++++– Gadaj!
++++++– Ale…
++++++– Gadaj!!! – kolejne udrzenie.
++++++– Aaaaaa!!!!

++++++Zołman znów dostał w twarz, ale tym razem kończyna, która go uderzyła była jakby delikatniejsza. Obraz rozmył mu się przed oczami i powoli wracał do ostrości. Zobaczył twarz Gejralta, który przekrzywiając głowę przyglądał mu się z bliska. Na niebie świeciło słońce. Wejdźmin znów delikatnie pacnął go w policzek.
++++++– Chyba wraca do siebie – powiedział wejdźmin. – A mówiłem, nie pij tego, Zołmanku.
Krasnolud zerwał się na nogi.
++++++– Co się dzieje?! – wrzasnął.
++++++– No nic, wciąż czekamy na tego Pasikonia – wzruszył ramionami Gejralt. – Na razie złapały się tylko dwa ślimaki i raz Mlaskier. Poza tym nudy.
++++++– To se na niego polujcie! Ja na was poczekam w jakiejś karczmie, gdzie podają normalny spirytus!

++++++To powiedziawszy, krasnolud, mając lekkie jedynie drawki, podniósł się na nogi i poszedł w stronę wsi.
++++++– Hm – powiedział tylko Gejralt patrząc za nim, i ponownie otworzył flakonik z lakierem, aby zabrać się za malowanie paznokci u drugiej ręki.
++++++– Zołmanek jest smutny – powiedział Mlaskier. – Ale na pewno się ucieszy, jak zobaczy, że, jak był nieprzytomny przyczepiłem mu na głowie śliczną stokrotkę.

Opowiadanie XVIII – „Własne towarzystwo”

Łódka dobiła do brzegu z jednym tylko pasażerem na pokładzie. Krasnolud zeskoczył na plażę, przeszedł kilka kroków i, rozkłądając ręce, z głośnym “aach” padł na ciepły piasek. Nie to, żeby Zołman nie lubił swoich przyjaciół, pewnego dość specyficznego wejdźmina oraz poety, na którego słowo “specyficzny” to było stanowczo za mało, ale samotne wakacje marzyły mu się od dawna, a bezludna wyspa wyśmienicie się do tego celu nadawała.
++++++Tu przynajmniej istniało nikłe pradopodobieństwo, że przydarzy mu się coś dziwnego, takiego jak konieczność gry w „zgadnij jaką jestem divą”, albo gwałt. Przez cały tydzień tylko on, słońce, i łódka delikatnie kołysząca się na falach. Na falach… No tak, zapomniał ją przycumować. Dryfowała sobie teraz spokojnie oddalając się od brzegu. Zołman zaklął. Mógłby jeszcze spróbować do niej dopłynąć, gdyby nie to, że spod łódki z nienacka wyłoniła się zielona, pokryta przyssawkami macka i gwałtownie wciągnęła ją pod powierzchnię wody. Dało się słyszeć stłumione beknięcie, a w miejscu, gdzie przed chwilą była pojawiły się bąbelki. Krasnoluda jakoś specjalnie to nie zdziwiło. W porównaniu do tego, czego doświadczał na co dzień, kiedy przebywał z Gejraltem i Mlaskrem, potwory morskie i brak możłiwości powrotu były co najwyżej drobnymi niedogodnościami, przynajmniej nienaruszającymi bezpośredniej cielesnej nietykalności. Poza tym, postanowił przez ten tydzień w ogóle niczym nadmiernie się nie przejmować.
++++++Otworzył plecak i wyjął sobie z niego kanapkę z szynką, którą zjadł ze smakiem i zaczął myśleć o rozbiciu obozowiska. Gdy wydobywał właśnie z plecaka namiot, natrafił w nim na coś, czego pakowania w ogóle sobie nie przypominał. To było zawiniątko, na którym, na domiar złego, przyczepiony był liścik zamknięty woskową pieczęcią z różowym serduszkiem. Poprzysiągł sobie pod żadnym pozorem nie otwierać tego, czymkolwiek on miałby być, prezentu.
++++++Wytrzymał pół godziny. W tym czasie myśl o tajemniczym pakunku nie dawała mu spokoju, bo wiedział, że czegoś takiego jak “niespodzianka od gejralta” nie da się zignorować. A przynajmniej nie powinno się tego robić, bo to mogłoby tylko powiększyć potencjalne jej konsekwencje.
++++++Kiedyś jeden młodzian upatrzył sobie w barze niewiastę. Ostrzegano go, że w istocie był to wejdźmin, któremu bycie branym za kobietę przez przystojnych mężczyzn ani trochę nie przeszkadzało. Młodzian lekkomyślnie zignorował te ostrzeżenia, uznając je za brednie i, jak głosi wieść, podobno bardzo ucierpiała na tym później jego duma. A wieść ma to siebie, że czasami robi literówki.
++++++Zołman niechętnie odpakował zawiniątko, znalazłszy w środku jakby mały totem z doczepionymi dyndającymi kółkami i pawim piórem, a potem złamał pieczęć i otworzył liścik. Było to kilka zdań wykaligrafowanych na licznie ozdobionym serduszkami i odciśniętymi szminką buziaczkami papierze.

“Drogi Zołmanku,
Gdyby czasem doskwierała ci tam samotność, to mam tu dla ciebie małą niespodziankę. Dostałem to urządzenie od pewnego czarodzieja w zamian za uratowanie jego zadka (dosłownie) przed pewnym rozwścieczonym Dymonem. Ten magiczny przedmiot zwie się Re-dup-likatorem. Kiedy będziesz potrzebował towarzystwa, po prostu powiedz do niego magiczne słowo. Poprosiłem czarodzieja o ustawienie tegóż słowa na:”

Niestety magicznego słowa odczytać się nie dało, ponieważ przykrywał je różek jednego z licznie odciśniętych na liście buziaczków. Zołman uznał, że może to nawet lepiej. Był pewien, że nie skorzysta z pomocy tego dziwnego wynalazku, ponieważ całym sensem jego wyprawy było UNIKANIE towarzystwa, a z całą pewnością jego użycie poskutkowałoby w jakiś sposób niespodziewaną wizytą wejdźmina. Albo, co gorsza, przeteleportowałoby go w jakieś miejsce gdzie wejdźmin by się już znajdował. Najpewniej jakieś ciepłe, przytulne i romantyczne miejsce, przykładowo, łóżko w Homo Moher.
++++++Krasnolud pomyślał więc, by na wszelki wypadek po prostu wrzucić ten Redupatator do oceanu. Problem w tym, że fale mogłyby wyrzucić go z powrotem na brzeg, albo zawarta w nim magia mogłaby się uwolnić i jakoś przejść na to, co wcześniej pożarło jego łódkę, albo… Nie, to nie był dobry pomysł.
++++++Znacznie bezpieczniej było ów przedmiot niezwłocznie zakopać głęboko w ziemi. Wydobył z plecaka łopatkę i wyruszył na poszukiwania odpowiedniego ku temu miejsca. Nie korciło go przy tym ani na chwilę, by sprawdzić, co ta dziwna rzecz właściwie robi.
++++++Znalazł w końcu niewielką polankę, na której grunt wydawał się wilgotny, a zatem zdatny do wykopania głębokiej dziury i niezwłocznie przystąpił do pracy. ++++++Kiedy skończył, wygramolił się z dołka, w którym stał prawie po szyję i miał już wrzucić do niego tajemniczy przedmiot. Spojrzał na rzecz po raz ostatni i uśmiechnął się złośliwie.
++++++– No tego, Gejraltku, to się nie spodziewałeś – mruknął. – Ale ja już nauczyłem się odpowiednio obchodzić z twoimi różowo-słodziutkimi pomysłami.
++++++Zołman wyciągnął rękę nad krawędź dołka i wtedy zauważył, że Re-dup-likator znacznie się ocieplił. Nie zdążył nawet skończyć mówić “o kurwa”, gdy rozbłysło jasne, seledynowe światło, a Zołman zrozumiał, że musiał przypadkiem wypowiedzieć zakodowane w nim magiczne słowo.
++++++Kiedy światło zniknęło, ujrzał postać, której, z pewnością, wcześniej tam nie było. Nie był to jednak ani wejdźmin, ani żaden morski potwór, ale ktoś jeszcze bardziej niespodziewany. Patrząc spod krzaczastych, zmarszczonych brwi stał po drugiej stronie dołka on sam. Drugi Zołman niczym nie różnił się od oryginału do tego stopnia, że nawet kawałek kanapki, który został mu na wąsach po śniadaniu dyndał u niego dokładnie w tym samym miejscu.
++++++Zołmanowi przemknęło przez myśl, że to musi być jakiś miraż, ułuda, albo magiczne lustro, choć może niedokładne, bo on w rzeczywistości był o wiele przystojniejszy i o co najmniej kilka centymetrów wyższy. Dla spokoju pomachał w powietrzu ręką. Jego odbicie zrobiło to samo. To była ulga – rozumiał już na czym polega działanie magicznego artefaktu. To jakiś rodzaj zaczarowanego, trójwymiarowego zwierciadła, w które samotny podróżnik może sobie dla towarzystwa…
++++++– Hmmm – odezwał się Drugi Zołman, mierząc Zołmana krytycznym wzrokiem. – Myślałem, że jestem wyższy. A ty co? Siebie nie widziałeś?
++++++Zołman chciał coś odpowiedzieć, ale z jego poruszających się lekko ust nie wydobył się żaden dźwięk. Ten drugi podrapał się po zadku.
++++++– Umieram z głodu – rzekł. – Idę, może w plecaku zostało mi jeszcze jakieś żarcie. A ty rób co chcesz, zasadniczo mam to w dupie.
++++++I poszedł. Zołman w końcu otrząsnął się i przeskoczywszy dołek jednym susem pognał za tym kogo nie mógł przecież nazwać nieznajomym. Dogonił go dopiero na plaży, gdzie z oburzeniem zauważył, że jego namiot jest już rozstawiony, a ze środka, przy akompaniamencie głośnego chrapania wystają dwie owłosione nogi. Na dodatek tuż obok walały się zwinięte w kulki papierki po dwóch kanapkach, które zostawił sobie na później w plecaku. Zwłaszcza ta z salcesonem go rozwścieczyła, bo Drugi Zołman zostawił z niego chrząstki. Zołman zawsze zostawiał chrząstki, ale skrzętnie to ukrywał z dbałości o wizerunek. Wpadł do namiotu i złapał śpiącego tam osobnika za fraki.
++++++– Czym ty jesteś – wykrzyknął. – I jakim, kurwa, prawem, zeżarłeś mi salceson?!
++++++Drugi Zołman niechętnie otworzył oczy.
++++++– Psia mać, pospać nie dadzą na wakacjach – wymamrotał z nieukrywanym wyrzutem w głosie. – To ty jeszcze nie rozumiesz? Hmm, dziwne, bo w końcu jesteś mną. Ten Redupator, czy coś tam, co dostałem go od Gejralta, to wolałem nie ryzykować, że coś się stanie. Chciałem już się go pozbyć, ale przypadkiem widać powiedziałem magiczne słowo, no i niespodziewanie, jak końskie jajca w środku nocy, Puf! Plop! I pojawiłeś się ty. Pewnie jesteś jakąś magiczną podróbką, albo co…
++++++– To ty jesteś podróbką! – z wściekłości Zołman wybałuszył oczy.
++++++– Tak, a bo co? – żachnął się Drugi.
++++++– Bo… Bo… Ha! Bo to JA mam Redupatron! – Zołman na dowód pokazał wciąż trzymany w ręku totem. ++++++Na to Drugi pogmerał w kieszeni i, ku rozpaczy Zołmana Pierwszego, wyjął z niej dokładną kopię przedmiotu.
++++++– He, he, ale farsa – zarechotał Drugi. – Więc widzisz, no jak tak to już nigdy…
++++++– Zamknij się!
++++++– Spokojnie, bez nerwów mi tu – Drugi wzruszył ramionami. – Musimy tylko jakoś…
++++++Zołman kopnął go i zakrył mu usta dłonią. Zabrał ją dopiero gdy po minie Drugiego mógł wywnioskować, że tamten pomyślał w końcu to samo co on. Z każdym wypowiedzianym przez nich słowem rosło bowiem prawdopodobieństwo, że znowu trafią na to właściwe, uruchomią Dupa-retator i pojawi się kolejna kopia. Albo nawet dwie. Do tego każda z własnym, kolejnym kopiującym urządzeniem.
++++++Obaj milcząco zastanawiali się jak rozwiązać zaistniałą sytuację, i każdy z nich zaczynał poważnie rozważać, dla spokoju, porąbanie tego drugiego toporem, gdy wejście do namiotu rozsunęło się.
++++++– Jaaa pierdoolę – powiedział należący do tego, kto wsadził tam głowę, niski głos, który Zołman znał bardzo dobrze.

Miał tego dość. To miały być wakacje bez dziwnych przygód. Podniósł się i wyszedł z namiotu, postanawiając resztę urlopu spędzić w jakiejś innej części wyspy, z dala od tych magicznych niby-Zołmanów. Na plaży minął jeszcze dwóch z nich, którzy prowadzili zażartą dyskusję o tym, kto ma bujniejszą brodę. Zołman fuknął i pomaszerował przed siebie.
++++++Po godzinie uznał, że wystarczająco oddalił się od gromadki irytujących krasnoludów i poczuł ogromne zmęczenie tymi całymi relaksującymi wakacjami. Znalazł więc porośnięte mchem miejsce pod drzewem, gdzie było miękko i umościł się tam wygodnie. Leżąc pomyślał jeszcze, że w zasadzie Gejralt miał dobre chęci, wciskając mu ten dziwny, magiczny przedmiot. Dał mu przecież okazję by być samemu, ale nie w samotności. Tylko, dodał w myślach, “nie wziął pod uwagę, że taki jestem wkurwiający”. Zasnął głęboko.
Obudziło go intensywne szarpanie za ramię. Otworzywszy oczy zobaczył przyglądającego mu się z bliska Zołmana, który na głowie miał jakby kwadratową, niebieską czapeczkę z daszkiem.
++++++– Noo, stary, musisz się, że tak powiem, przemieścić – powiedział tamten. – Tu nie ma spania!
++++++– Co…? – wybełkotał Zołman.
++++++– No przeszkadzasz nam tu. Prowadzimy wycinkę. Nie wszyscy tak se mogą po prostu leżeć.
++++++Ku zadowoleniu tamtego, Zołman podniósł się i ledwo mógł uwierzyć własnym oczom. Wokół krzątało się co najmniej kilkudziesięciu Zołmanów. Niektórzy ścinali właśnie drzewa za pomocą bojowych toporów, inni transportowali pnie za pomocą wcale porządnie wyglądających drewnianych wózków, a było też kilku, którzy nadzorowali całą operację wydając polecenia i odhaczając coś na trzymanych w rękach kartkach.
++++++– Myślałeś, że jak się tu zachomikujesz, to ominie cię robota, co? – odezwał się ten, który go obudził. – He, he, he. Też mi to przeszło przez myśl. Ale nie ma tak dobrze! Byś lepiej pomógł nam, albo tam, przy budowie.
Zołman nie odpowiedział. Podążył wzrokiem w kierunku wskazanym przez Zołmana w czapeczce, ale widok wciąż przesłaniał las. Skinął tylko głową, zmarszczył brwi i poszedł zobaczyć o co tamtemu chodziło, i co mogły te jego pracowite sobowtóry tam gdzieś “budować”. Miał szczerą nadzieję, że wciąż śni.
++++++Piętnaście minut później minął jakiegoś Zołmana mozolnie ciągnącego wypełniony kłodami wózek, gdy las skończył się niespodziewanie, a jego oczom ukazało się miasto.
++++++Drewniane budynki, wiele z nich otoczonych rusztowaniami, wznosiły się nieraz na wysokość kilku pięter. Wokół nich jak mrówki uwijali się niezliczeni Zołmani, a gdzieniegdzie, podczas jakiejś wymiany zdań z głośnym Plop! Pojawiał się nowy krasnolud i rozglądając się na boki głośno klął, załamywał ręce lub też wzruszał ramionami i niezwłocznie przystępował do pracy.
++++++Zołman wszedł między zabudowania, gdzie bez problemu wmieszał się w tłum, i nie wiedział już, czy powinien być wściekły, czy zafascynowany tym, co się wokół niego działo. “Niezależnie od tego, co będę musiał zrobić, żeby to odkręcić” – pomyślał – “w końcu widać na co mnie stać! Własnymi rękami zbudowałem całe pieprzone miasto.“ Zaśmiał się w głos, jednak miało to coś ze śmiechu szaleńca.
++++++Zauważył niewielki stragan z wielkim napisem „Hot-Dogi!”. Obsługiwał go Zołman ubrany w biały fartuch. Niestety, jak Zołman się dowiedział, aby cokolwiek kupić, potrzebował pieniędzy. Miasto, zwane już Zołmanią, położone na wyspie o tej samej nazwie, posiadało bowiem własną walutę – zwaną Zołmanem – bitą od wczoraj w zakładzie menniczym Zołman&Zołman, znajdującym się przy skrzyżowaniu ulicy Zołmańskiej z Zołmanistą. Hot-dog kosztował pięć Zołmanów, a na to Zołmana zwyczajnie nie było stać. Sprzedawca, jakby nigdy nic, zaproponował mu zatrudnienie go do pomocy, za nieuczciwą zdaniem ich obu stawkę w wysokości dwóch i pół Zołmana za godzinę.
++++++Zołman już i tak był na skraju szaleństwa, więc po prostu się zgodził. Był już teraz pewien, że ten dziwny sen skończy się, kiedy w końcu obudzi go śpiew ptaków, leżącego samotnie na plaży swojej bezludnej wyspy.
++++++Pośród rosnącego na jego oczach miasta, sprzedawał zatem wraz z Zołmanem W Fartuchu niezdrowe jedzenie niezliczonym Zołmanom, aż do późnego wieczora, kiedy to zarobiwszy ponad dwadzieścia Zołmanów udał się do nowopowstałego hotelu o nazwie Zołmannt i wykupił tam najtańszy z dostępnych apartamentów. Potem, żałując, że w tym całym śnie nie jest przynajmniej królem tej wyspy (panowała tam, jak wyjaśnił mu pewien Zołman – Zołmanokracja Ludu), poszedł spać.

++++++Obudził go dźwięk bijących dzwonów. Recepcjonista poinformował go, że na głównym placu Zołmanii organizowany jest uroczysty wiec. Pokonując narastającą panikę, że to wszystko może jednak dziać się naprawdę, Zołman udał się tam śladem innych Zołmanów i na miejcu dowiedział się, że w drodze głosowania planują oni ustalić raz na zawsze, który z nich jest Zołmanem Oryginalnym; tym, który przybył na wyspę i jako pierwszy użył Dupperpilatora. Kandydaci mieli wygłaszać przemówienia, wdawać się w polemiki i przekonywać wszystkich do głosowania właśnie na nich. Zołman też wziął udział. Zajął przedostatnie miejsce, a za nim znalazł się tylko pewien Zołman-niemowa, który, w skutek jakiegoś błędu magicznego totemu, był czarny i miał rozbieżnego zeza.
++++++Następnie omawiano sprawę postępującego przeludnienia, i w efekcie postanowiono komisyjnie zniszczyć wszystkie Rudedepilklatory.
++++++Zołmanowi szkoda było ostatków psychicznego zdrowia, żeby się tym przejmować. Poszedł pozwiedzać. Spacerując po – już brukowanych – ulicach Zołmanii dotarł do takich obiektów jak boisko do gry w Zołball, pomnik Wielkiego Zołmana, ogród Zołmanologiczny i skwer imienia Nieznanego Zołmana. W sumie nawet mu to wszystko schlebiało.
++++++Innych Zołmanów zasadniczo unikał. Działali mu, z wzajemnością, na nerwy, choć kilka razy dowiedział się też od nich czegoś ciekawego. Na przykład pewien Zołman palący fajkę w Porcie Imienia Zołmana wyjaśnił mu, dlaczego port jest dziwnie mały, a cumuje w nim tylko jeden niewielki kuter rybacki (kuter miał na burcie wygrawerowany napis “Zołman II”, ponieważ nazwa “Zołman” podobno była już zajęta).
++++++Wszystko w Zołmanii było mianowicie drewniane lub kamienne, ewentualnie stalowe, ponieważ tych surowców było na wyspie pod dostatkiem. Nie było jednak ani lnu, ani bawełny, i nie dało się w żaden sposób wyprodukować żagli. Jedyny kuter miał je tylko dlatego, że wykorzystano w tym celu materiał z namiotu, który Zołman przywiózł ze sobą na wyspę.
++++++Na pocieszenie ów portowy Zołman dodał, że jakaś grupa Zołmanów prowadziła intensywne prace nad wyhodowaniem nowego gatunku wełnistych owiec, z których możnaby potem czerpać włókna na tkaniny do żagli i ubrań. Zołman z ciekawości poszedł je zobaczyć, ale na miejscu zmuszony był zauważyć, że przedsięwzięcie miało nikłe szanse na przyniesienie rezultatów wcześniej, niż za kilka miliardów lat. Zołmani-biolodzy mieli bowiem na razie tylko kilka słoików wypełnionych biedronkami, które starali się tak ze sobą krzyżować, żeby ich potomstwo było coraz bardziej podobne do owiec. Zresztą, co on tam wiedział, może to i było dobre podejście. Nauka nigdy nie była jego mocną stroną.
Po kolejnej nocy w hotelu Zołmannt, czwarty dzień swoich wczasów dał się Zołmanowi we znaki. Przesiedział go w więzieniu, bo z samego rana naubliżał jakiemuś wyjątkowo zołmaniastemu Zołmanowi, i kiedy przybyła straż – Zołmilicja, na nic zdały się jego tłumaczenia, że wyzywanie samego siebie od kretynów i Zołmanów nie jest przecież niczym niestosownym.
++++++Wyszedł dopiero pod wieczór i to tylko dlatego, że znając upodobania strażnika, czyli swoje, przekupił go flaszką krasnoludzkiego bimbru, który cichaczem nabył poprzedniego wieczora od szemranego Zołmana w długim płaszczu za ostatnie trzy Zołmany, które zostały mu jeszcze z jego pierwszej pracy.
++++++Kiedy, zmierzając z więzienia po ciemku do hotelu, minął grupę siedmiu Zołmanów niosących na ramieniu kilofy i podśpiewujących “hej ho, hej ho…”, a którzy akurat opuszczali pokaźny przybytek z różowym szyldem opatrzonym literami “Królewna Zołmanieżka”, uznał, że tego już jest za wiele i że musi niezwłocznie przerwać to szaleństwo. Podjął decyzję o natychmiastowym powrocie do domu.
++++++Jedynym sposobem opuszczenia Zołmanii był ów mały kuter rybacki, Zołman II, który Zołman widział wcześniej przycumowany w porcie. Nie czekając na nic, skręcił w ciemną uliczkę i zaczął przemykać się w stronę morza.
++++++W porcie nie było nikogo, a z wyjątkiem szumu fal odbijających się o burty kołyszącego się z wolna kutra panowała cisza. Zołman wolał jednak nie ryzykować. Przemykał się z cienia do cienia i był już tuż od trapu łączącego stateczek z nabrzeżem, gdy nastąpił komuś na nogę.
++++++– Ała! – powiedział tamten ale zaraz ściszył głos.
++++++– Eee – zająknął się Zołman. – Kim jesteś?
++++++– Jestem Zołmanem – powiedział tamten konspiracyjnym szeptem. – Ćśśś. Ja jestem ten prawdziwy. Oryginalny. Postanowiłem stąd uciekać, bo takie wakacje to nie na moją głowę. Już wolę fanaberie Gejralta i dziwne rzeczy czające się w każdym zakamarku Wyrżnijmy. Więc kradnę kuter i wracam do domu! ++++++
++++++Zołman kątem oka zauważył, że w cieniach w różnych miejscach portu coś się porusza. Wyglądało na to, że liczba Zołmanów, którzy skradają się do kutra rosła. Nie czekając na nic, przywalił temu drugiemu w twarz, rozbiegł się i jednym susem znalazł się na pokładzie statku, który natychmiast odcumował. Inni Zołmani też już się nie kryli. Dobiegli do nabrzeża, ale Zołman II zdążył już odpłynąć dobre kilka metrów, więc tylko machali rękami i krzyczeli coś, osobliwie, szeptem, żeby ich nikt nie usłyszał.
++++++Krasnolud odetchnął z ulgą. Jakąś milę od brzegu z wody wyłoniła się wielka, zielona macka, ale kiedy próbowała owinąć się wokół pokładu, Zołman spojrzał na nią powoli.
++++++– Nawet mnie nie wkurwiaj – powiedział kręcąc głową.
++++++Macka zastygła na chwilę w bezruchu, i jakby przemyślawszy sytuację niespiesznie schowała się z powrotem pod wodę.
***
++++++– Zołmanku, no straszliwie się za tobą stęskniłem – powiedział Gejralt, kiedy siedzieli razem i popijali piwo w jednym z najbardziej zatęchłych wyrżnijmijskich pubów.
++++++– A wiesz Gejralt, że, nie żartuję, ja za tobą też.
++++++– Hi hi. A nie kusiło cię, by użyć Re-dup-likatora? Zrobiłem ci na liściku buziaczki.
++++++– A, nie, jakoś nie – Zołman postanowił przemilczeć wobec Gejralta fakt, że gdzieś na świecie jest wyspa po brzegi wypełniona Zołmanami. Taka informacja mogłaby mu zaszkodzić. – A tak z ciekawości, pamiętasz może, jakie było to magiczne słowo?
++++++– Hmm, niech pomyślę – wejdźmin podrapał się po głowie. – „Nabuchodunedazuzor”. Wymyśliłem takie, żebyś czasem nie wypowiedział go przypadkiem.
++++++– Nabu… co? Jesteś pewien?
++++++– No, tak… hej, Mlaskierku!
Zza jednej z kolumn niespodziewanie wyłoniła się głowa pewnego poety.
++++++– Czy na pewno dobrze powtórzyłeś czarodziejowi nasze magiczne słowo? Nabuchodunedazuzor?
++++++Na dłuższą chwilę Mlaskier jakby zastygł w całkowitym bezruchu.
++++++– Tak – powiedział w końcu. – Następnie głowa powoli schowała się z powrotem za kolumną i dało się słyszeć, przysiągłby Zołman, oddalające się pospiesznie kroki.
++++++– No w każdym razie – wzruszył ramionami Gejralt. – Musiało ci być ciężko tak tylko we własnym towarzystwie…
++++++– A żebyś wiedział – Zołman dolał sobie więcej piwa z dzbana. – Że ciężko. Własnego towarzystwa to ja mam na razie serdecznie dość.

Opowiadanie XVII – „Pamiętnik Profesora Mięcifutka”

Wejdźmin siedział pod drzewem czekając aż burguntowy lakier na jego świeżo pomalowanych paznokciach w końcu wyschnie. Czynność ta zaczynała już go nużyć, dlatego też dla zabawy wydłubywał piętą w ziemi niecenzuralny wzorek.
++++++Dodawał właśnie ostatnie, zamaszyste szczegóły, gdy zauważył, że przygląda mu się jego wieloletni przyjaciel, znany na całym świecie ze swojej poezji i zamiłowania do szyszek, Miszcz Mlaskier.
++++++– Gejraalt, a co to jest? – zagadnął leżący w pewnej odległości na trawie poeta.
++++++– Co takiego, Mlaskierku? – odparł wejdźmin.
++++++– No takie… jakby w kształcie człowieka, ale bardzo brzydkie i trochę zgniłe. I ma w ręku śrubokręt.
++++++– Mój drogi, nie jestem do końca pewien, co to jest, ale czy takie coś stoi może właśnie w tym miejscu za moimi plecami, w które się właśnie wpatrujesz?
++++++– Niee – zapewnił Mlaskier. – Patrzę sobie na miejsce, gdzie wcześniej przelatywała biedronka. Sprawdzam, czy będzie wracać tą samą drogą.
++++++– Aha.
++++++– Ale takie coś stoi zaraz obok.
++++++
++++++Wejdźmin powoli odwrócił się, w ostatniej chwili przypominając sobie, że nie może dobyć miecza, ponieważ lakier jeszcze nie wysechł. Mlaskier trafnie opisał znajdującą się teraz przed nim postać. Nie dodał tylko, że miała z osiem stóp wzrostu i muskuły niczym beczki pokarmu dla atletów Madame De WielkiBic.
++++++
++++++Wielkolud, o widocznie podgniłej, choć wyschniętej skórze, do tego pokrytej osobliwymi bliznami, i martwych oczach, ubrany był w rozsypujące się ze starości łachy, których kolor już dawno przestał być rozpoznawalny. Zasadniczo nie robił nic, co możnaby uznać za bezpośrednie niebezpieczeństwo. Stał tylko i patrzył, jak Gejralt na wszelki wypadek traktuje go specjalnym wejdźmińskim znakiem, polegającym na opuszczeni spodni do kostek i wykonaniu swojego rodzaju pajacyka z przewrotem.
++++++– Ha! Obezwładniłem cię! – krzyknął do olbrzyma podciągając spodnie. Teraz już nic nam nie…
++++++Nie dokończył, bo obcy wyciągnął przed siebie rękę wraz z trzymanym w niej przedmiotem, który rzeczywiście przypominał śrubokręt, i wydał z siebie przeciągły, gardłowy, jakby pytający dźwięk.
++++++Gejralt nie do końca rozumiejąc intencje przybysza spojrzał w stronę Mlaskra, ten jednak wciąż tylko intensywnie wpatrywał się w ten punkt, w którym lada chwila miała pojawić się biedronka.
++++++– Eee… nie wiem – odpowiedział w końcu na głos, uznając, że o cokolwiek nie pytałby przybysz, taka reakcja będzie najbardziej neutralna, czyli najbezpieczniejsza.
++++++W odpowiedzi olbrzym znów wydał z siebie ów dziwny, niski jęk, a następnie z wolna odwrócił się i stawiając raz po raz ciężkie, sztywne kroki począł się miarowo oddalać. Poruszał się osobliwie; jego nogi kroczyły, jednak ręce zwisały wzdłuż ciała, jakby bezwładnie.
++++++– Bardzo dziwne… – mruknął do siebie Gejralt.
++++++Nigdy wcześniej nie widział takiego stwora. Postać, która ich odwiedziła była zbyt zgniła jak na człowieka, a zarazem zbyt muskularna na zombie, które to z zasady cechowała kościstość i mizerność. Jego ciekawość wzrosła jeszcze bardziej, gdy, oddaliwszy się już od nich, olbrzym dotarł do brzegu rzeki, a potem, nie zwalniając kroku ani na chwilę, wszedł do wody, i szedł dalej, aż w końcu cały zniknął pod jej powierzchnią.
++++++
++++++Gejralt postanowił przyjrzeć się bliżej tej sprawie, i dał znać przyjacielowi, aby ten podążył za nim. Mlaskier zrobił to, aczkolwiek dość niechętnie, i jeszcze przez jakiś czas szedł tyłem, aby nie stracić z oczu obserwowanego przez niego punktu przelotowego biedronki. Wejdźmin już wcześniej zauważył, że punkt ten zmieniał lokalizację za każdym razem, kiedy poeta na chwilę odwracał wzrok, ale postanowił nie psuć mu zabawy.
++++++
++++++Miejsce, w którym nieznajomy zniknął pod powierzchnią wody nie wyróżniało się niczym nadzwyczajnym. Ot, zwykły odcinek porośniętego trawą nabrzeża rzeki, którego jedyną cechą charakterystyczną był porzucony tam kawałek starej rękawiczki. Kawałek ten zawierał równo odgryziony fragment palca, ale to akurat nad brzegiem największej wyrżnijmijskiej rzeki – Agaty – nie było ani zaskakujące, ani rzadko spotykane.
++++++Wejdźmin przyjrzał się natomiast śladom stóp prowadzącym wprost w mętną toń wody. Odciski wytartych buciorów były głębokie, świadczące o znacznym ciężarze właściciela, jednak najważniejsze, że w ogóle były. Nie mieli zatem do czynienia z duchem, zjawą, ani prorokiem jakiejś dziwnej religii. Ci ostatni mieli w zwyczaju unoszenie się jakiś jeden milimetr nad gruntem i, w związku z tym, nie zostawiania żadnych odcisków na jego powierzchni. Bywało to przydatne przy różnego rodzaju sztuczkach, w rodzaju chodzenia po wodzie, a ale głównie służyło temu, by nikt ich po tych śladach nie znalazł, i nie spalił na stosie.
++++++– Co myślisz, Mlaskierku? – zapytał Gejralt przyjaciela.
++++++– Nic – odparł, zgodnie z prawdą, poeta.
++++++– A ja myślę, że dzieje się tu coś bardzo dziwnego. Najpierw ten tajemniczy jegomość, co chyba właśnie się utopił, a do tego – Gejralt zmrużył oczy przyglądając się swojej dłoni – ten lakier. Powinien już dawno wyschnąć, a wciąż jest mokry…
++++++– Gejraalt… boję się – powiedział Mlaskier. – I nie wiem co to wszystko znaczy.
++++++– To znaczy – zamyślił się wejdźmin – że nałożyłem za grubą warstwę. A co do tajemniczego nieznajomego…
++++++– Tego, co właśnie wychodzi z wody na drugim brzegu?
++++++– Tak. To mogła być jakaś zbiorowa, hi hi, i bardzo realistyczna halucynacja, tak realistyczna, że nawet zostawia po sobie odciski stóp. Chociaż jestem także zmuszony dodać, że chyba jednak nie, bo właśnie wychodzi z wody na drugim brzegu.
++++++Najbliższy most znajdował się o dwadzieścia minut drogi stamtąd, a wejdźmin nie chciał tracić czasu. Postanowił, że rzekę przebędą na Pupce. Zza pazuchy wyjął mały, różowy gwizdek i dmuchnął w niego robiąc usta w dziubek. Rozległ się dźwięk porównywalny z rykiem trąb bojowych pewnego plemienia górskich gigantów, których ci używają do sprowadzania lawin skalnych na nieprzyjaciela. Było to konieczne, ponieważ Pupka była przygłucha, choć wejdźmin podejrzewał, że tylko udaje.
++++++Coś zakotłowało się w koronie pobliskiego drzewa, i po chwili na ziemię spadł koń, prawie łamiąc sobie przy tym kark. Gejralt zanotował sobie w głowie, żeby zaprowadzić go do przeglądu, albo coś, ale w tej chwili nie mieli już zbyt wiele czasu. Postać, za którą podążali oddalała się od nich i była już ledwie widoczna spomiędzy majaczących w oddali drzew.
++++++Przepłynięcie rzeki z dwoma pasażerami na pokładzie zajęło Pupce trzy godziny. W połowie drogi musieli zawrócić, by wystrugać z gałęzi prowizoryczne wiosła, ale w końcu dobili do celu. Kiedy już, wspólnymi siłami, uratowali konia, robiąc mu na zmianę sztuczne oddychanie metodą usta-usta, mogli rozejrzeć się po okolicy.
++++++Jako, że przez czas, który zajęła im przeprawa nieznajomy zdążył już znacznie się oddalić, jedyne co im pozostało, to dalsze podążanie za odciśniętymi w gruncie śladami. Były dobrze widoczne, bo nie tylko głebokie, ale teraz także mokre z powodu ociekającej z olbrzyma wody. A trzeba wiedzieć, że “głębokie i mokre” wejdźmini studiowali w Homo Moher jako cały osobny fakultet, zakończony praktycznym egzaminem. Na tymże egzaminie wykładowca, niejaki wejdźmin Posmyran, często stawiał wszystkim pały, jednak mało kto miał z tego powodu poważne problemy, ponieważ można było jeszcze poprawiać go ustnie.
++++++Pupka obrażoną miną dała do zrozumienia, że nigdzie nie idzie i położywszy się w trawie brzuchem do góry, zaczęła ostentacyjnie chrapać.
++++++Polegając zatem na specjalnym zmyśle służącym do wykrywania pewnych zakresów promieniowania elektromagnetycznego, zwanym potocznie wzrokiem, ruszyli pieszo w drogę. By ją urozmaicić, Mlaskier opowiadał wejdźminowi o różnych wyzwaniach, z którymi muszą się mierzyć poeci. Należały do nich, między innymi, brak inspiracji, kac, upojenie alkoholowe, trzeźwość, głód, przejedzenie, biedronki, biegunki, oraz zatwardzenie.
++++++Trop olbrzyma wydawał się biec po osobliwie prostej linii. Szedł jak przecinak, nie zważając na jakiekolwiek przeszkody terenu. Tam, gdzie powinno się iść po łuku, olbrzym ścinał zakręt, a tam, gdzie był płot wciąż szedł w swoim kierunku łamiąc po drodze deski, a raczej przechodząc przez nie na wylot. W jednym miejscu natrafili nawet na dość wysoki mur, w którym widniała, z grubsza odpowiadająca rozmiarom olbrzyma, wybita dziura.
++++++Spotkali kilku przerażonych wędrowców, którzy natknęli się byli na tego, którego tropem właśnie podążali. Mówili oni, że groził im czymś na kształt śrubokrętu, zawodząc przy tym złowrogo, jednak wtedy zazwyczaj uciekali, nie mogli więc dostarczyć żadnych więcej istotnych informacji. Gejralt i Mlaskier szli więc dalej po odciśniętych w ziemi śladach, z jednym tylko przystankiem, kiedy to Mlaskier nagle stanął jak wryty.
++++++– Gejralt, patrz! – krzyknął poeta wskazując coś palcem.
++++++– To jest, mój drogi, liść – powiedział wejdźmin. – Dzięki niemu roślinka czerpie energię ze słońca, a krówki…
++++++– Naprawdę? Hmm, opowiedz mi o tym koniecznie później – zaciekawił się Mlaskier. – Ale nie o to zielone mi chodziło. Na tym li… ciu. To ta sama biedronka, co wcześniej koło ciebie przelatywała!
++++++– Jesteś pewien, że to ta?
++++++– Oczywiście. Ma tyle samo kropek. I nóżek. Niesamowite, co nie? O, patrz. Odleciała. Musimy się pospieszyć, żeby potem wrócić pod to drzewo i zobaczyć, czy będzie jednak tamtędy wracać.
++++++Ruszyli dalej.
++++++Trop wcinał się w gęsty las, omijając czasem najgrubsze drzewa, ale pozostawiając tylko połamane pnie i badyle po wszystkim, co dałoby się objąć rękami. Nie musieli zatem przedzierać się przez gąszcz. Po prostu szli utorowaną już drogą.
++++++Z dwie godziny później mieli właśnie zrobić przerwę na drugie śniadanie, którą utrudniałby nieco fakt, że nie mieli przy sobie żadnego jedzenia, gdy ich oczom ukazało się coś, co zależnie od gustu, w ogóle nie pasowało, lub też doskonale pasowało do zagubionego w środku puszczy miejsca.
++++++Stał tam niewielkich rozmiarów dom, chatka, nie połączony z żadną drogą i sprawiający wrażenie zaniedbanego. Był kryty strzechą, a właściwie ściółką leśną i miejscami krzywy, jakby wybudował go własnymi rękami ktoś tak obeznany z budownictwem jak wejdźmin z kobiecym ciałem. Czyli tylko troszeczkę.
++++++Przed drzwiami, nieruchomo, drapiąc się po głowie stał znajomy im wielkolud.
++++++Ostrożnie zbliżyli się do niego od tyłu. Nie reagował, więc Mlaskier dźgnął go palcem w nogę. Nieznajomy spojrzał na niego z wolna i znów, tak jak wcześniej, pokazał mu śrubokręt. Najwidoczniej nie doczekawszy się od poety żadnego konstruktywnego rozwiązania swojego tajemniczego problemu, wrócił do nieruchomego wpatrywania się w drzwi domu.
++++++– Pewnie są zamknięte. Dziwne, że po prostu nie wejdzie tam przez nie na wylot… albo przez ścianę – zmarszczył czoło Gejralt. – Nie sądzę, że tu mieszka, więc może pierwszy raz widzi drzwi, i nie wie co się z nimi…
++++++– Żyj sobie, pajączku.
++++++Po jednej z ich niedawnych przygód z udziałem pająków, obaj nabrali sporego szacunku dla tych stworzeń. Dlatego wejdźmina mniej zdziwiło to, że Mlaskier delikatnie wypuszcza stworzenie na wolność z pomocą chusteczki, a bardziej, że robi to wychylając się przez okno z wewnątrz tajemniczego domu.
++++++– Mlaskierku, jeśli mogę zapytać, skąd się tam wziąłeś? – zapytał łagodnie.
++++++– Normalnie, wszedłem przez to drugie okno. Musiałem tylko zbudować taką niską drabinkę z odpowiednio dobranych gałęzi i pędów bluszczu.
++++++Gejralt nie pytał dalej. Poprosił zaś towarzysza, żeby otworzył drzwi od środka, chcąc przekonać się, co w tej sytuacji zrobi olbrzym. Po chwili, z głośnym skrzypnięciem otworzyły, czy też, jak wolał to określać Gejrlat, rozwarły się. Wielkolud rozdziawił usta w jakby zadziwionym uśmiechu i ociężale wszedł do środka. Od jego stąpnięć lekko zadygotały ściany, a przechodząc przez drzwi przypadkiem wyłamał głową kawałek górnej futryny. Wejdźmin podążył za nim.
++++++Wnętrze budynku wyglądało na opuszczone. W każdym kącie piętrzyły się pajęczyny. Stało tu kilka starych mebli, w tym podniszczone biurko z krzesłem, rozpadająca się szafa i to, co mogło być kiedyś właścicielem tego przybytku: leżący pod ścianą, zakurzony kościotrup. Na jednej ze ścian wydrapane były pionowe kreski, poskreślane w grupach po pięć. Było ich bardzo dużo.
++++++Olbrzym stanął na środku izby i ciekawie rozejrzał się dookoła. Kiedy spostrzegł szkielet, wybałuszył oczy, i zajęczał. Potem usiadł ciężko na podłodze i podparł brodę ręką. Mlaskier go pogłaskał.
++++++Gejralt natomiast przyjrzał się przedmiotowi, który zauważył na biurku. Była to mała, pożółkła książeczka. Kiedy zdmuchnął z niej kurz, jego oczom ukazał się wygrawerowany na okładce napis: “Własność profesora Mięcifutka”. Był to notes, w którym pierwszych kilka stron pokrywało odręczne pismo, wyglądające na wspomnienia. Zaczął czytać.
++++++
++++++
++++++Nazywam się profesor Męcifutek. A jeśli to czytasz, kimkolwiek jesteś, to i tak nie ma większego znaczenia, bo prawdopodobnie już nie żyję. A właściwie to na pewno jestem od dawna martwy i nic tu po tobie, rozumiemy się? Ale wracając do rzeczy, oto krótka historia mojego niesamowitego, a zarazem ponurego życia.
++++++Wiele lat temu, gdy byłem jeszcze młodym i ambitnym pracownikiem pewnego mało znanego uniwersytetu w Górach Różowych, interesowała mnie szczególnie sztuka Animancji, czyli nadawania życia. Sztuka ta jest zakazana w większości rejonów świata, ponieważ jednak byłem doskonałym i sumiennym pracownikiem, inni wykładowcy przymykali oko na długie godziny, które spędzałem w laboratoriach na eksperymentowaniu, co prawda dosyć makabrycznym, z udziałem niezliczonych owadów i gryzoni. Mieli to pewnie za nieszkodliwe dziwactwo.
++++++Ja jednak coraz bardziej zagłębiałem się w arkana wiedzy, której żaden z nich nie śmiałby nawet wspomnieć we własnych myślach, i w końcu dojrzał we mnie zamysł urzeczywistnienia eksperymentu, o którym rozmyślałem już od długiego czasu. Przygotowywałem się do tego przedsięwzięcia jeszcze wiele miesięcy, gromadząc materiały, dopracowując chemiczne i matematyczne równania i przekupując kogo się da, by być pewnym, że nikt nie przeszkodzi mi w żadnym kluczowym momencie.
++++++Pewnej wiosennej nocy przystąpiłem do pracy. Poszedłem na pobliski cmentarz i łopatą wydobyłem z wcześniej upatrzonych mogił to, co mi było potrzebne. Niejednokrotnie musiałem pomóc sobie piłą, a nawet toporkiem. Z tak zdobytych surowców, które przytargałem wkrótce na taczce do laboratorium, owinięte w czarne płótna, dobrałem i stworzyłem, a właściwie pozszywałem – Jego. Był wielki i szkaradny, ale nie fizyczne piękno było moim celem. Najważniejsza była bowiem precyzja przy łączeniu w odpowiednie kombinacje naczyń krwionośnych i nerwów.
++++++Znajomy czarodziej, który naturalnie o niczym nie wiedział, zgodził się wyczarować dla mnie około północy burzę. Ja natomiast, przechwyciwszy uderzenie błyskawicy, za pomocą specjalnej aparatury miałem skierować je wprost w serce mojego, leżącego na stole, tworu, co, jeśli moje obliczenia były dokładne, tchnęłoby w niego nowe życie.
++++++Ach, gdybym wtedy wiedział, jak to się miało skończyć!
++++++Zrazu myślałem, że popełniłem gdzieś błąd, a eksperyment nie powiódł się. Szkaradne cielsko, mimo kilkuktrotnego użycia aparatury, leżało wciąż tylko nieruchomo jak worek ze zgniłymi kartoflami. Załamany, zagasiwszy wszystkie świece, wychodziłem właśnie z laboratorium, kiedy śrubokręt, który wciąż trzymałem w dłoni wypadł mi, i potoczył się w ciemność. Usłyszałem z tamtej strony jakiś głuchy jęk. Coś ciężko stanęło na ziemi. Wtedy, rozróżniając tylko kształty pośród mroku, ujrzałem jak olbrzym unosi moje narzędzie i wściekły zmierza w moją stronę.
++++++Wtedy zrozumiałem, dlaczego zakazuje się praktyk takich jak te, których się dopuściłem. Przerażony, znalazłem jednak siłę by uciec. A przynajmniej tak mi się wydawało. Bowiem potwór, bo tak go już nazywałem, choć na swój sposób powoli i ociężale, jął podążać za mną.
++++++Nie zatrzymało go nic. Od tej pory, gdziekolwiek bym się nie udał, prędzej czy później pojawiał się on, a ja musiałem uciekać jeszcze dalej. Przemierzyłem w ten sposób przez czterdzieści lat pół świata, a on, jakimś cudem, zawsze wiedział w jakim kierunku skierować swe kroki, aby powolnym, acz nieustępliwym dążeniem, niechybnie mnie odnaleźć.
++++++Raz udało mi się go wpędzić w pułapkę, kiedy był już nie dalej ode mnie jak dziesięć sążni. Wpadł mianowicie do głębokiej studni, którą zakryłem głazem. Wiedząc, że miną lata, zanim jego niezgrabne ruchy pozwolą mu wygramolić się stamtąd, zaszyłem się na tym odludziu, i to tu właśnie przyjdzie mi dokonać swego żywota.
++++++Ty zaś, podróżniku, jeśli spotkasz na swojej drodze tę rosłą maszkarę, która nie bacząc na nic podąża w sobie znaną stronę, miej się na baczności.
++++++

++++++Gejralt zamyślił się odkładając pamiętnik. Spojrzał na siedzącego na podłodze stwora, który zawodził przeciągle, a potem na szkielet spoczywający pod ścianą. Coś mu w tym wszystkim nie pasowało.
++++++– Co to – usłyszał Mlaskra, który z bliska przyglądał się czemuś na drzwiach starej szafy. Był to wywiercony w nich otworek, przez który wyzierało coś jakby… ludzkie oko? Poeta włożył tam palec.
++++++– Ała, kurwa! – rozległo się ze środka.
++++++Olbrzym natychmiast przestał jęczeć i podniósł z zaciekawieniem głowę. Wejdźmin podszedł do mebla, który, jak się okazało, był jakoś zaryglowany, ale z niewielką pomocą eliksiru Mały Palec szybko ustąpił.
++++++Na podłogę wytoczył się siwy staruszek, ubrany w stare łachmany i postrzępioną muszkę pod szyją. Wejdźmin uniósł brwi.
++++++– Profesor Mięcifutek, jak mniemam? – powiedział.
++++++– Ech, a jakże – odparł Profesor.- A wy to kto? Zresztą nie obchodzi mnie to, wszystko zepsuliście! Pamiętnik, kościotrup, nawet kurz tu rozsypałem. W szafie jest łopatka. Zrobiłbym podkop i uciekł, a potwór w końcu myślałby, że umarłem. Ale nieee, wy debile musieliście sprawdzić co jest w szafie. No to dziękuję, przedstawienie skończone, mam dość. No, Pimpuś, możesz w końcu zadźgać pana.
++++++Wielkolud podniósł się z podłogi i zrobił krok w stronę profesora. Górował nad wszystkimi obecnymi. Wyjęczał kilka niezrozumiałych dźwięków.
++++++– Gejraalt – rzucił od niechcenia Mlaskier, który zajęty był układaniem kościotrupa w pozycję tańca flamenco. – A może byśmy go uratowali?
++++++– Hmm… – odparł Gejralt, który już domyślił się, co się stało. – Wydaje mi się, że to może nie być potrzebne. Patrz.
++++++Potwór, zbliżywszy się do profesora wyciągnął przed siebie śrubokręt, jednak zamiast dźgać, stał tylko i pojękiwał, można by rzec, zachęcająco. Mięcifutek zastygł z przerażenia.
++++++– Proszę go wziąć – powiedział wejdźmin. – Ten śrubokręt. Wygląda na to, że on tylko chciał go panu oddać, bo wtedy go pan upuścił. Widocznie bardzo mu na tym zależało.
++++++Staruszek, blady jak ściana, zawahał się, ale drżącą ręką wziął od olbrzyma narzędzie. Ten uśmiechnął się zielonymi zębami, po czym jakby nigdy nic, wyszedł na zewnątrz, ułamując przy tym kolejny fragment górnej futryny drzwi, i począł wąchać sobie kwiatki porastające polankę.
++++++Profesor Mięcifutek przez jakiś jeszcze czas poruszał ustami nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
++++++– Czyli, że… zmarnowałem czterdzieści lat życia uciekając przed… oddaniem mi … śrubokrętu? He. He. Hehehehe. Blblblbl – wydusił z siebie w końcu, a jego oczy rozbiegły się w różnych kierunkach.
++++++– Na nas już czas – Gejralt mrugnął do towarzysza. Skłonił się nisko profesorowi, który z jakiegoś powodu obgryzał właśnie nogę od kościotrupa, i wyszli.
++++++
++++++– Gejraalt, a co teraz będzie z tym… potworem? – zagaił Mlaskier w drodze powrotnej.
++++++– Jak profesor się pozbiera, to może zatrudni go do pomocy. W końcu i tak za nim chodzi. Może nawet jakoś go ulepszy, żeby mógł mówić, albo co…
++++++– Hm… Tak sobie pomyślałem, że koniec wędrówki jest czasem w zupełnie innym punkcie, niż by się na początku chciało, ale to wcale nie znaczy, że gorszym.
++++++– A wiesz, Mlaskier, to było całkiem mądre. Takie podsumowanie.
++++++– Ja mówię o biedronkach – odparł poeta patrząc w niebo. – Ale jak chcesz.
++++++

Opowiadanie XVI – „Balonowa Miłość”

Wejdźmin Gejralt rozejrzał się po niewielkiej sali. Czterech z dziewięciu umięśnionych rycerzy w wypolerowanych zbrojach od razu wpadło mu w oko. Niestety żaden z nich nie wracał tymi samymi drzwiami, którymi wchodził. Gejralt usiadł na zdobionej ławce wciskając się w wąską przestrzeń pomiędzy szerokimi rycerzami. Wyglądało na to, że jest kolejka. Po nim przyszło jeszcze kilku śmiałków.
++++++– Następny! – warknął strażnik, ale nikt nie zareagował. – Ej, ty! Chucherko! Twoja kolej!
++++++Gejralt odwrócił się pytająco napotykając wzrok strażnika.
++++++– Do mnie mówisz? – spytał.
++++++– A widzisz tu kogoś mniejszego od siebie? – odparł strażnik.
++++++– No żebyś się nie zdziwił czasem – rzekł wejdźmin i wstał.

++++++Znudzona balonówna jeździła postrzępionym paznokciem po podłokietniku swego tronu. Nie podniosła nawet głowy na dźwięk otwieranych drzwi.
++++++– O Boże… No co to jest…? – jęknął jej ojciec, krępej postury balon, załamując ręce.
++++++Dziewczyna natychmiast wstała prostując się jak strzała.
++++++– Chcę tego! – wrzasnęła.
++++++– Słucham? – zdziwił się balon.
++++++– Jego chcę mówię!
++++++– Ale nie ma mowy…
++++++– Bo pójdę na wesele z Klaudią! – groziła balonówna.
++++++– Za jakie grzechy…! – zagrzmiał balon. – Nie pójdziesz na wesele mojego brata z żadną Klaudią! Hudbert wydaje za mąż już trzecią córkę, a ja jednej nie mogę! Wstydu mi tylko narobisz! Powtarzam raz jeszcze! Szukamy dla ciebie godnego partnera, mężnego, honorowego rycerza! A to to to, to co to ma być? Czy to w ogóle jest mężczyzna…? – zastanawiał się balon. – Straż! Sprawdzić, czy to jest mężczyzna!
++++++Strażnik, który wprowadził wejdźmina do środka, natychmiast podbiegł bliżej drewnianego podwyższenia i zwrócił się do władcy.
++++++– Tak jest, panie! – zasalutował. – Aleee… Jak? – dodał po chwili.
++++++– No normalnie! – huknął balon. – Umiesz chyba odróżnić kobietę od mężczyzny, tak?! Dlaczego los pokarał mnie takimi debilami…
++++++– Hendryku, to chyba nie jest konieczne – odezwała się żona balona. – Przecież widać, że jest płaski jak deska.
++++++– Ty też jesteś, a jakoś jednak – rzucił balon. – Do roboty!

++++++Strażnik odchrząknął, podrapał się po głowie i mlasnął. Na jego znak dwóch innych strażników unieruchomiło Gejralta chwytając go pod ramiona. Przywódca straży, zawahawszy się nieco, wsunął palec wskazujący pomiędzy idealnie gładki brzuch wejdźmina a centkowane leginsy i odchylił je nieco zaglądając do środka. Natychmiast się odsunął.
++++++– I co? Łyso ci teraz? – wtrącił Gejralt nawet nie próbując uwolnić się z uścisku mężnych pomocników.
++++++– Panie – zaczął strażnik. – To z całą pewnością jest mężczyzna.
++++++Balonówna obruszyła się.
++++++– W takim razie – zaczęła – ma prawo stanąć do wyzwania!
++++++– Nie no, ludzie, córciu… – jęknął balon. – Nie będę go skazywał na pewną śmierć…
++++++– Ojcze, odbierasz mu prawo honoru! Pozwól mu zapracować na swoje zaufanie! Musi walczyć by zdobyć dla mnie jabłko!
++++++– Nasza córka ma rację, Hendryku – ponownie wtrąciła siedząca obok męża balonowa, sztywna co najmniej tak, jak pewna część Gejralta podczas pewnych czynności.
++++++Balon przetarł twarz dłońmi, ciągnąc w dół zmęczone oczy.
++++++– Helena – zwrócił się do żony. – Ja cię proszę, spójrz na niego. No przecież jakie on ma szanse z niedźwiedziem? – zaświergotał. – Nawet zbroi nie ma, rozszarpie go zanim mrugniemy okiem. Potem trzeba będzie posprzątać jego flaki, zawiadomić rodzinę, wystąpić z oficjalnym pismem do…
++++++– Tu chodzi o zasady! – przerwała mu córka. – Łamiesz swoje własne reguły! – postulowała zaciskając pięści.
++++++– Bo nie chce go mieć na sumieniu! Niech sobie to to żyje, no…

++++++Po namiocie rozeszło się soczyste chrupnięcie. Balon rozszerzył oczy. Niedźwiedź chrapał, a strojąca w dole jasna, długowłosa postać przeżuwała kęs czerwonego jabłka.
++++++– No wszystko fajnie, ślub i w ogóle – zaczął Gejralt, korzystając z chwili ciszy – ale ja tu generalnie przyszedłem po to, żeby wam powiedzieć, że mieliście w ogrodzie lasodymacza, którego unieszkodliwiłem – wypaplał ściągając trofeum z pleców. – Proszę, oto dowód.
++++++Balonowa Helena spłonęła rumieńcem.
++++++– Jakaś nagroda by mi się za to należała, co nie? – dodał wejdźmin, rzucając ogryzkiem w niedźwiedzia.
++++++Balon Hendryk westchnął.

++++++Nadworny kasztan Artur był mężczyzną o wyjątkowo pompatycznej minie. Co rusz poklaskiwał, aby dodać swym poleceniom animuszu. Na każdym kroku obrażał Gejralta, okazało się bowiem, że wejdźmin radzi sobie całkiem słabo z obowiązującą etykietą.
++++++– Widzę wejdźminie, że dobre maniery są ci całkiem obce – rzekł kasztan. – Ale nie jest tak tragicznie jak na kogoś, kto na co dzień żyje jak dzikie zwierzę w lesie.
++++++Gejralt odpalił sobie papierosa od świecy i nadymał wargi wypuszczając chmurę gęstego dymu.
++++++– Ty też nie wyglądasz najgorzej jak na kogoś, kto ma zapałkę w tyłku aż do samej szyi – powiedział.
++++++Kasztan uniósł brwi i zapowietrzył się czerwieniejąc. Już miał wypowiedzieć niecenzuralne słowa, kiedy drzwi do sali otworzyły się. Artur zreflektował się.
++++++– Przed tobą dziedziczka tronu i ziemi, po której stąpasz! – zaanonsował. – Katarzyna! Bo Mam Katar! Piąta!
++++++Gejralt zachichotał szczerząc zęby.
++++++– Że jak?
++++++– Na kolana…! – syknął kasztan.
++++++– O, na pewno nie. Możesz sobie pomarzyć.

++++++Katarzyna Bo Mam Katar Piąta wyjęła z buzi gumę i przykleiła ją do obrazu dziada z pradziada wiszącego na ścianie, w miejscu nosa. Podciągnęła rękawy swej skromnej sukni, oparła ręce na biodrach stając w rozkroku i gwizdnęła na kasztana wykonując szybki ruch głową, który oznaczał mniej więcej tyle co słowa: spieprzaj stąd, ty łysy dziadu. Zarzuciła przy tym warkoczem. Wejdźmin zgasił papierosa w starożytnym wazonie z tulipanami i wyprostował się. Balonówna, czekając aż kasztan opuści długą na trzydzieści metrów salę, okrążyła Gejralta kilka razy i z miną uznania pokiwała głową.
++++++– Mów mi Kaśka – powiedziała. – Pewnie zastanawiasz się, dlaczego wybrałam akurat ciebie.
++++++– Mmm… – mruknął Gejralt. – Bo nikt inny nie przeżył?
++++++– Nie.
++++++– Bo jestem ładny?
++++++– Nie.
++++++– Nie jestem ładny?
++++++Katarzyna Bo Mam Katar Piąta zgubiła trop.
++++++– Wybrałam ciebie – zaczęła – bo myślę, że nie będziesz miał żadnych obiekcji aby zrobić to, o co cię zaraz poproszę.
++++++– Noo, to jednak jestem ładny… – zmartwił się wejdźmin.
++++++Kasia wzięła głęboki, uspokajający oddech.
++++++– Kurwa no – przeklęła, co świadczyło o tym, że haust powietrza jej nie pomógł. – Skup się, bo nie będę powtarzać. Jestem zakochana. Niestety moi rodzice tego nie rozumieją. Chcą mnie wydać za jakiegoś nadętego buca, który prawie nigdy nie ściąga swojej zbroi, potem chcą mieć wnuka, a na koniec mam zostać dziedziczką ich ziem i do końca życia wysłuchiwać skarg spoconych chłopów, a że to susza, a że myszy zjadły ziarno, ble ble ble. Przecież ja się do tego nie nadaje.
++++++– Spoconych chłopów? – zainteresował się Gejralt.
++++++– Ja chcę zwiedzać świat u boku mojej Klaudii, być wolna jak ptak, jeździć na mojej klaczy gdzie mnie wiatr poniesie i stawiać czoła codziennie nowej przygodzie!… – balonówna zakręciła się wokół własnej osi i uniosła ręce. – Nie dla mnie wystawne bale i suknie, w których nie można oddechu złapać i te wszystkie zasady i maniery. Kapujesz?
++++++Wejdźmin zastanowił się robiąc dzióbek z ust. Rozumiał, ale…
++++++– Ja was ze sobą nie wezmę – odparł.
++++++– Chryste no! – załamała się Kasia. – Weź się skup! Na weselu będzie dużo gości, bo Polenka to ostatnia córka mojego wuja, ale też odpowiednio dużo straży. Wyprowadzisz mnie z tej nadętej imprezy tak, żeby nikt nie zauważył. Dowieziesz mnie do skrzyżowania pod Drzewem Widelców. Tam będzie czekała na mnie Klaudia, dalej damy sobie radę.
++++++Wejdźmin zmarszczył się w niepewności i pokiwał głową z grymasem na ustach. Kasia zrobiła groźną minę, co nieco go zaniepokoiło. Balonówna zrobiła się jeszcze groźniejsza, ale widząc, że to nie działa, złożyła ręce pod brodą i zrobiła słodkie oczy.
++++++– Proooszę… – powiedziała najmilej jak potrafiła.

++++++Gejralt nie był zbyt konsekwentny, jeśli w grę wchodziły słodkie oczy, nawet jeśli były to słodkie oczy dziewczynki, a nie Mlaskra. Wiedział o tej słabości. Zgodził się, a pierwsze słowa, które wypowiedział do niego balon Hendryk Bo Mam Katar Drugi zaraz po wejściu do domu weselnego brzmiały:
++++++– Znam moją córkę na wskroś, na pewno próbowała cię już przekabacić na swoją stronę. To teraz słuchaj – balon wbił wejdźminowi palce między żebra, ale o dziwo, nic go to nie zabolało. – Moja córka już nie pierwszy raz próbuje uciec, ale za to pierwszy raz sama wybrała sobie partnera, który przynajmniej ma coś między nogami, dlatego po weselu odwieziesz Katarzynę prosto do naszego zamku, a jak rano o dziewiątej trzydzieści nie zejdziecie na śniadanie, a Kasia nie będzie w ciąży, to znajdę cię i własnoręcznie urwę ci klejnoty, choćbyś był już na końcu tego świata. I jeszcze jedno – balon zrobił przerwę. – Moja żona nie może się o niczym dowiedzieć.
++++++Po wszystkim uśmiechnął się szeroko, serdecznie poklepał wejdźmina po plecach i odszedł falującym krokiem, gdyż był dość pulchny i przypominał kulkę z brodą w długiej, atłasowej pelerynie.
++++++Wejdźmin przełknął ślinę i pomyślał, że nie takie tam znowu byle co ma między tymi nogami. Ledwie skończył tę myśl, a już z drugiej strony dopadła go żona balona.
++++++– Bardzo nam miło, Gejralcie z Ruii, że towarzyszysz nam dziś w tym szczególnym dla naszego rodu dniu – zaczęła.
++++++Balonowa Helena była blada jak ściana i ubrana była w równie bladozieloną suknię do samej ziemi. Poruszała się lekko, zupełnie jakby unosiła się kilka milimetrów nad ziemią, a z włosów zrobione miała dwa precle po bokach głowy. Wejdźmin wyobraził sobie jak Mlaskier próbuje je zjeść i rozchmurzył się nieco. Żałował, że go tu nie ma. Wypił kieliszek wina na raz i uśmiechnął się. Zagryzł kawałkiem pieczonego kurczaka.
++++++– Co do tego lasodymacza… – ciągnęła balonowa. – Co się z nim stało? Bo przyniosłeś tylko jego… kawałek.
++++++– Lasodymacz żyje, nie zabijam ich, nie są groźne dla ludzi jak nie mają… właśnie tego kawałka. Taka praca. Za jakiś czas mu odrośnie, to mnie wezwijcie.
++++++– Aha, odrośnie, to dobsz… – balonowa urwała i wlepiła wzrok w wejdźmina.
++++++Wejdźmin zastygł, również patrząc jej w oczy. Helena chrząknęła prostując się.
++++++– A za ile…? Mniej… więcej? – dopytała.
++++++– Odrośnie?… – zawahał się Gejralt. – Noo, za jakieś… Pół roku?… A czemu?
++++++– Tak pytam, z ciekawości – odparła, uniosła głowę, splotła ręce nad brzuchem i odpłynęła szybkim krokiem. Po chwili wróciła i wsunęła mu coś do kieszeni. Ulotniła się.
++++++Gejralt wyciągnął karteczkę, rozwinął ją i przeczytał:

Jako, że trofeum z potwora jest jedynym dowodem Twojej pracy do uzyskania wysokiej nagrody pieniężnej, przekażesz mi je. Widzisz tą białą kotarę? Za nią stoi łoże Pary Młodej. Ukryj trofeum pod łóżkiem, później je odbiorę. Pół roku to strasznie długo.

++++++++++++++++++++++++++++++++++++Helena B.M.K.II

++++++Gejralt uniósł brwi, zjadł winogronko i poszedł się rozejrzeć.

++++++Dom weselny, położony w malowniczym ogrodzie, tonął w kwiatach. Nawet trawa wydawała się być bardziej zielona niż powinna – Gejralt nie był pewny, czy to za sprawą oświetlenia czy eliksiru „Muszę się napić”, który wypił ukradkiem chowając się za wazonem z liliami. Wodzirej wyczytywał nazwiska gości, a kiedy przyszła kolej na niego i jego niezadowoloną partnerkę, potknął się, przyciągając tym wzrok wszystkich zgromadzonych. Włosy kazano mu upiąć w kucyka, a leginsy i cekinową bluzeczkę zastąpiono eleganckim, czarnym kostiumem z bogato zdobioną białą koszulą tak, aby wyglądał na kogoś ociekającego bogactwem. Zrobiono to zaraz potem, gdy okazało się, że jako rycerz wygląda jak jedna mała sardynka zamknięta w normalnej wielkości puszce. Kazano mu mówić, że jest hrabią z odległej krainy i ma dobrze prosperującą firmę. Jego partnerka, Katarzyna, w turkusowej sukni z bufiastymi rękawami i przestronnym kokiem na czubku głowy, w którym z powodzeniem można by zmieścić klatkę z papużką, również nie czuła się dobrze w przypisanej jej roli.
++++++– Muszę się napić – powiedziała Kasia.
++++++Wejdźmin skinął głową.

++++++Pięć minut i kieliszków później, wszystko wydawało się być nieco bardziej pozytywne. Para młoda przyjmowała gratulacje. Panna młoda, niejaka Polenka Bo Mam Katar Siódma, miała dwieście dwanaście lat i zgodnie z tradycją tego regionu ubrana była głównie w kwiaty. Pan młody, wysoki umięśniony mężczyzna o pociągłej twarzy zwrócił uwagę Gejralta – i vice versa. Wejdźmin przywitał się z nim oficjalnie, a chwilę później mniej oficjalnie w rabatkach na tyłach domu weselnego. Gruszkon z rodu Kopniętego Kalendarza niestety stracił tam przytomność i wejdźmin zmuszony był pozostawić go w towarzystwie nieco sponiewieranych kwiatów. Obszedł rezydencję, aby upewnić się, że nikt niczego nie widział, po czym wrócił na salę i począł się rozglądać. Naliczył stu strażników, ukrył trofeum z lasodymacza za kotarką pod łóżkiem i odpowiedział na trudne pytania rodziny Bo Mam Katarów odnośnie swojego statusu społecznego, ale jako hrabia Pomponik z krainy w kształcie fallusa o której nikt nie słyszał, produkujący czekoladowych rycerzy w skali jeden do jeden, chyba nie zrobił dobrego wrażenia, szczególnie że został przyłapany przez rodzinę Katarzyny z trofeum zanim zdążył je ukryć, toteż zamoczył je w wazie z musem czekoladowym i przekonywał słuchaczy, że to jeden z jego słodkich wyrobów – ten akurat w skali dwa do jednego. Jedynie cioteczna stryjenka od strony balona Hendryka była nim żywo zainteresowana. Ubrała nawet okulary, aby lepiej się przyjrzeć i zamówiła dwadzieścia sztuk owej czekoladki.
++++++Gejralt wypuścił powietrze z płuc i udał się w stronę weselnego baru, gdzie dopadła go Katarzyna.
++++++– Ślub zaraz się rozpocznie – oznajmiła. – Wymyśliłeś już jak mnie stąd wydostać?
++++++– Noo… – stęknął wejdźmin częstując się koreczkiem. – Nie takie zaraz… – i wyjrzał przez okno szukając wzrokiem pamiętnych rabatek.
++++++Kasia wyjęła mu z ust wykałaczkę i ukłuła go w rękę.
++++++– Ałć! – jęknął natychmiast zabierając jej ostry patyczek i schował go do kieszeni. – No co ja ci zrobiłem?!
++++++– Do roboty! – wycedziła Kasia. – Póki ludzie są rozproszeni!
++++++Wejdźmin pokiwał głową z dezaprobatą i kazał jej iść za sobą.

++++++Balonowa Helena Bo Mam Katar Druga siedziała przy stole weselnym obok swojego męża i prosta jak drut, rozglądała się na boki lustrując każdy szczegół dekoracyjny na sali. Co jakiś czas zwracała uwagę męża na drobne niedociągnięcia w wystroju.
++++++– Hendryku, spójrz no tylko na te wstążeczki. Zupełnie niedopasowane do serwet na stole.
++++++– Tak, tak, bardzo ładne – wymruczał balon, pijąc kolejny kieliszek burbona.
++++++– I jeszcze te złote obramowania krzeseł, od razu widać, że tandeta.
++++++– Tak, ja też…
++++++– Nigdzie nie widzę pana młodego, Hendryku. A ty?
++++++– Tak, zgadzam się…
++++++– Widziałeś Hendryku sukienkę Florentyny? Okropna.
++++++– No ta, ta…
++++++– Nasza Katarzyna chyba idzie z tym Gejraltem na górne piętra, Hendryku.
++++++– Tak, tak, masz rację… – balon oprzytomniał. – Co?
++++++– Mówiłam Hendryku, że nasza córka idzie z tym Gejraltem w stronę prywatnych komnat na górze. Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
++++++Twarz Hendryka przybrała złowieszczy wyraz, po czym z uśmiechem ucałowała zimne rączki swej żony.
++++++– Oczywiście, że cię słucham, kochanie – powiedział.
++++++Widząc, że żona czeka na wyjaśnienia, westchnął i zgarbił się.
++++++– Aż kurwa, niech idzie… – balon machnął ręką. – Skaranie Boskie z tą dziewczyną. Już lepszy on, niż ta cała Klaudia. Nadamy mu nowe imię, włosy się zetnie, karzemy brodę zapuścić, utuczymy nieco, ubierzemy po rycersku, w dłoń damy lance i będziemy udawać, że jesteśmy zadowoleni. A jak nie wyjdzie, to się upozoruje na szybko jakąś honorową śmierć i będziemy mieli go z głowy. Najwyższy czas na potomka, Helena. Wstyd jak cholera na całą rodzinę, a Kasia się starzeje. My sami już prawie po pięćset lat mamy, a zastępcy tronu nie widać.

++++++Kasia podążała za wejdźminem, który trzymał ją za nadgarstek i informował o wszelkich przeszkodach znajdujących się na całkowicie ciemnym strychu. Tylko siedem razy zapomniał powiedzieć jej, żeby się pochyliła, bo się zamyślił. Kasia wyszła przez okno dachowe trzymając rękę na obolałym czole i spojrzała na swoje potłuczone nogi.
++++++– Co teraz? – spytała.
++++++Wejdźmin dopiero myślał co zrobić, ale nie powiedział tego Kasi, bo bał się, że ta zepchnie go z dachu. Dziewczyna zaczęła się niecierpliwić, toteż Gejralt wrócił z nią na strych i począł prowadzić ją w kółko, żeby mieć chwilę czasu do zastanowienia. Kiedy Kasia zaczęła podejrzewać, że coś jest nie tak, Gejralt zaprowadził ją do wyjścia twierdząc, że muszą znaleźć inną drogę. Zeszli z powrotem na salę weselną, gdzie wodzirej zaczynał zwoływać gości na mającą się rozpocząć lada chwila uroczystość zaślubin.

++++++– Hendryku – zaczęła balonowa spoglądając na schody. – Katarzyna i Gejralt wracają. Hm – Helena spojrzała na zegarek, a potem beznamiętnie przed siebie. – Ponad pół godziny, Hendryku. Nie pół minuty.
++++++Balon zmierzył ją wzrokiem.
++++++– Tylko trochę nie podoba mi się to, że Kasia jest cała w siniakach – ciągnęła balonowa. – A przecież ceremonia zaraz się zacznie.

++++++Wejdźmin rozejrzał się i otworzył tylne drzwi domu weselnego.
++++++– Zwariowałeś?! – szepnęła Kasia. – Przecież w ogrodzie mogą kręcić się strażnicy!
++++++– Nieee… – jęknął Gejralt. – Tu nikogo nie ma, już tu byłem dzisiaj.
++++++Katarzyna stąpała cicho po szeleszczącym trawniku wśród cykających świerszczy za zgiętym w pół wejdźminem. W oddali było słychać muzykę, gwar gości weselnych i wodzireja, który coraz głośniej zwoływał ludzi do zajęcia swojego miejsca.
++++++– Gruszko? A co on tu robi? – spytała Kasia, kiedy mijali klomby rabatek.
++++++– A skąd ja mam to wiedzieć? Może sobie leży po prostu – powiedział Gejralt i pociągnął ją w stronę muru okalającego posesję.
++++++Wejdźmin wskoczył na niego i wciągnął Kasię na górę, po czym zeskoczył i złapał ją po drugiej stronie. Zdziwił się, że była taka lekka. Przywołał swojego konia i podał dziewczynie lejce.
++++++– Dobra, zwiewaj zanim się zorientują – powiedział.
++++++– A ty? Nie jedziesz? Co z twoim koniem? – zmartwiła się Kasia.
++++++– Gdzieś go kiedyś pewnie znajdę. No już, już, zmykaj.
++++++Kasia pożegnała się z Gejraltem, wskoczyła na Pupkę i pognała w stronę Drzewa Widelców. Wejdźmin stał jeszcze chwilę, aż całkiem zniknęła mu z oczu. Był z siebie całkiem zadowolony. W końcu pomógł dwójce kochających się ludzi i uratował Kasię przed okrutnym losem, jaki czekałby ją na zamku. Doskonale wiedział jak trudno jest być sobą – szczególnie, jak jest się trochę innym. Przeskoczył przez mur, wytrzepał ręce o pośladki i odwrócił się. Mina szybko mu zrzedła. Bladolica Helena Bo Mam Katar Druga stała przed nim z zadartą głową i rękami splecionymi pod brzuchem.
++++++– Czekam na wyjaśnienia – rzekła.
++++++Wejdźmin spojrzał w bok na zniszczone rabatki i wypchnął językiem policzek.
++++++– On pierwszy puścił mi oczko – powiedział.
++++++– Ślub już za chwilę, a pan młody leży nieprzytomny w kwietniku. To jedno – podsumowała balonowa. – A gdzie jest Kasia? Widziałam, jak razem wychodziliście.
++++++Wejdźmin wzruszył ramionami.
++++++– Dobrze, nie odpowiadaj – balonowa odwróciła się. – Wiem, że pomogłeś jej uciec. Nie winię cię za to. Ostatnią rzeczą jakiej chciałabym dla Kasi to to, aby podzieliła mój nieszczęśliwy los – wyznała Helena, po czym dodała szybko – chociaż to nawet nie moje dziecko, bo Hendryk spłodził ją z jakąś kurtyzaną. Nawet nie jest do mnie podobna.
++++++– Może to i dobrze… – burknął wejdźmin.
++++++– Tak czy inaczej – balonowa odwróciła się i zadarła nos. – Ślub musi się odbyć dziś przed północą, w przeciwnym razie mąż naszej cioteczki stryjecznej, najgorszy ze wszystkich balonów, zły czarownik eunuch, zrzuci na nas kolejną klątwę. Nasze dzieci powinny wychodzić za mąż wedle liczebnika w przydomku. Kasia jest piąta, a Polenka siódma, więc i tak mamy już przechlapane. To tak w skrócie. I tak powiedziałam za dużo.
++++++Wejdźmin pokiwał głową.
++++++– Masakra, co tu się dzieje… – szepnął do siebie.

++++++Pana Młodego nie udało się ocucić. Odzyskał przytomność zaledwie na kilka sekund, wymamrotał coś o lodach czekoladowych i padł na ziemię uśmiechnięty od ucha do ucha. Helena zmierzyła Gejralta wzrokiem.
++++++– O nie nie nie – wejdźmin cofnął się. – Nawet o tym nie myśl.
++++++Balonowa uniosła brew.
++++++– Inaczej powiem mężowi, że pomogłeś uciec Katarzynie, a tego byśmy nie chcieli, prawda?
++++++– A ty mnie nie szantażuj, bo powiem wszystkim co robiłaś z lasodymaczem!
++++++Helena zacisnęła wąskie usta.
++++++– Dobrze, w takim razie zawrzyjmy rozejm – zaproponowała. – Nie będziemy się przecież licytować. Ale pan młody leży tu z twojej winy, więc z łaski swojej musisz go zastąpić, inaczej wszyscy spłoniemy żywcem. W najlepszym przypadku.
++++++– O rany boskie… – wyjęczał wejdźmin i pochylił się nad półnagim młodzieńcem podnosząc kawałki jego zbroi. – Ja nie umiem brać ślubu.
++++++– Po prostu rób to, co mówi ksiądz.
++++++– Mhm, już to kiedyś słyszałem.
++++++– Ja w tym czasie zajmę się panem młodym i nikt się nie zorientuje.
++++++– A panna młoda?
++++++– Panna młoda jest niewidoma od urodzenia.

++++++Goście weselni oczekiwali nadejścia przyszłej mężatki. Pastor dokonywał ostatnich poprawek na ołtarzu, flecista umilał czas zgromadzonych delikatna muzyką, a wejdźmin Gejralt stał na ślubnym kobiercu po zęby zapięty w zbroję, w której zmieściłyby się ze dwie osoby. Nie musiał nawet ściągać ubrań. Wreszcie drzwi otworzyły się. Panna młoda powoli kroczyła w stronę ołtarza, co drugi krok rozrzucając kwiaty ze swej kreacji na boki. Drogę tę ćwiczyła wiele razy i wiedziała, że musi się zatrzymać po czterdziestu sześciu krokach. Kiedy wreszcie dotknęła zbroi swego lubego, z jej kreacji prawie nic nie zostało. Ceremonia zaślubin przebiegała bez większych problemów, do momentu, kiedy kapłan wypowiedział następujące słowa:
++++++– A teraz, wedle tradycji, nowożeńcy udadzą się za Świętą Białą Kotarkę, aby skonsumować i zapieczętować swój nowo rozpoczęty związek. Zapraszam.
++++++– Co?… – spytał wejdźmin – ale Polenka Bo Mam Katar Siódma ruszyła z kopyta trzymając go pod ramię. Tę drogę też znała bardzo dobrze. Gejralt dokuśtykał do łoża, na które został pchnięty i zanim zdążył się ruszyć w niewygodnej zbroi, Polenka siedziała już na nim szukając dłońmi zaczepów blaszanego odzienia, które natychmiast usuwała.
++++++– Ale, no… – wystękał wejdźmin, próbując złapać jej nerwowe ręce. – Poczekaj przecież… Na pewno robiliśmy to już dużo razy, nie musimy akurat teraz, przy tych wszystkich ludziach. No weź przestań!
++++++Polenka przestała się ruszać.
++++++– O czym ty mówisz? Przecież czekaliśmy z tym aż do ślubu, tak jak chciałeś.
++++++– Naprawdę? O matko…
++++++– Masz jakiś dziwny głos.
++++++– Bo… Mam katar – wydusił wejdźmin i chcąc się wyrwać, zrzucił Polenkę z bioder, lecz nieprzyzwyczajony do sztywnej zbroi, zaciął się próbując wstać i przewrócił się z powrotem na łoże przygniatając ją własnym ciałem, co jeszcze bardziej ją rozochociło. Polenka chwyciła za sterczący pióropusz i zdjęła hełm z wejdźmina. Gejralt natychmiast rozłożył jej ręce na boki. Zamarł. Wiedział, że gdyby dotknęła jego twarzy, nie rozpoznałaby w niej swojego narzeczonego. Kątem oka spojrzał na osuwający się kosmyk swoich długich włosów, który zatrzymał się centymetr od jej nosa.
++++++– Jakoś inaczej pachniesz – stwierdziła. – Jakby… truskawkami?
++++++Śnieżnobiała kotara poruszyła się i rozchyliła nieznacznie. Helena Bo Mam Katar Druga wsunęła nos w szparę i przyłożyła palec do ust, a Gejralt przypomniał sobie, co na jej życzenie ukrył pod tym łóżkiem. Balonowa próbowała wciągnąć nieprzytomnego pana młodego na łoże w absolutnej ciszy, a wejdźmin, chcąc kupić jej trochę czasu, ładnie poprosił Polenkę, żeby się nie ruszała. Kazał jej obiecać, a kiedy obiecała, zdjął z siebie resztki zbroi opowiadając jej ulubioną historyjkę Mlaskra o sprośnym kurczaczku i sięgnął po czekoladowe trofeum, co nie spodobało się Helenie. Balonowa wypuściła z rąk Gruszkona, który runął na ziemię, rzuciła się wejdźminowi na plecy i próbując odzyskać trofeum, rozdarła mu koszulę. Polenka, która zorientowała się że coś jest nie tak, zaczęła krzyczeć, ku uciesze gości, którzy żywo kibicowali nowożeńcom. Helena uspokoiła ją, szepcząc: „Spokojnie! To ja, twoja nowa ciocia!”, a wejdźmin usiadł na niej, żeby nie uciekła i przerzucił lekką jak piórko Helenę do przodu. Nie chciał jej zrobić krzywdy, marzył tylko o tym, aby przestała go ciągnąć za włosy. W tej całej szarpaninie zdążył się już zmęczyć.
++++++Nagle kotara rozsunęła się z impetem. Balon Hendryk Bo mam Katar Drugi, który wyczuł, że coś tu śmierdzi, stanął jak wryty. Helena nie była w stanie zobaczyć męża, ponieważ jej suknia zadarła się i przykryła ją od pasa w górę. Gejralt siedział w rozkroku na dyszącej Polence przygniatając do niej biodrami ciężko oddychającą Helenę, której pośladki znajdowały się w miejscu, które zdecydowanie nie podobało się balonowi. Jeszcze bardziej nie podobał mu się czekoladowy odlew, który wejdźmin trzymał w ręce. Balon ryknął, zacisnął pięści i runął na łóżko przydeptując wcześniej pana młodego, o którego się potknął. Gejralt wyskoczył zza kotary jak poparzony i wylądował na sali weselnej, wprawiając gości w zdumienie. Chodź nie był Gruszkonem, i tak dostał gromkie brawa, bo wyglądał na nieźle sponiewieranego, a ta publika – jak każda inna – lubiła niespodziewane zwroty akcji. Rozejrzał się w poszukiwaniu najkrótszej drogi ucieczki, ale wszystkie wyjścia zablokowała straż. Balon Hendryk wyszedł mu na przeciw. Wejdźmin rozluźnił przygotowane do ucieczki mięśnie i wyprostował się.
++++++– Ty wstrętny, podły karaluchu! – rozdarł się balon, krocząc w jego stronę.
++++++– To wszystko totalnie nie było tak jak myślisz… – tłumaczył wejdźmin, cofając się powoli.
++++++– Zamknij się! Stawaj do walki, tchórzu!
++++++– No ale daj mi wyjaśnić…
++++++– WALCZ!
++++++– Nie będę się bił z balonem, zresztą nie ma o co.
++++++Strażnicy zacieśnili koło.
++++++– Na pięści, czy na miecze?! – nie ustępował balon.
++++++Wejdźmin uznał, że już woli na miecze i zaczął rozpinać spodnie.
++++++– Co ty robisz, zboczeńcu jeden?! Jeszcze ci mało?!
++++++– No na miecze, tak? – Gejralt rozłożył ręce.
++++++Balon poczerwieniał i ruszył na przeciwnika z zaciśniętymi pięściami. Rzucił się na niego i obydwoje wykonali parę fikołków. Wejdźmin zaliczył kilka twardych upadków, w przeciwieństwie do okrągłego balona, który odbijał się od ziemi niczym piłka. Obroty w końcu ustały i Hendryk wylądował na Gejralcie nadziewając się na coś w kieszeni jego eleganckich spodni. Obydwoje znieruchomieli. Balon rozszerzył oczy. Cichy świst i lekkie pryknięcie rozeszło się po sali. Gejralt sięgnął do kieszeni i wyjął z niej wykałaczkę, która przebiła nogawkę.
++++++– O cholera – powiedział.
++++++Balonowa Helena rozdarła białą kotarę i zdmuchnęła suknię z czoła. Z piskiem ruszyła na przód. Nim dobiegała, dostała flakiem Hendryka w twarz. Obróciła go kilka razy w dłoniach i zaczęła pompować męża przez wentyl umieszczony na końcu jednej z cieńszych kończyn. Wejdźmin wzdrygnął się na ten widok i chcąc uratować sytuację podgrzał balona ogniem, bo kiedyś widział coś podobnego i zapamiętał, że wtedy pomogło. Hendryk zaczął unosić się, aż zatrzymał się pod samym sufitem, próbując coś powiedzieć przepompowanymi ustami, ale nie dało się go zrozumieć. Helena wybałuszyła oczy na Gejralta i zaczęła go okładać czekoladowym trofeum z lasodymacza wrzeszcząc:
++++++– Wynocha! Skąd tyś się wziął w ogóle?!
++++++– Ja?! – pisknął Gejralt. – To wy tu jesteście wszyscy jacyś nienormalni!
++++++Wejdźmin bronił się rękami i nogami aż do samych drzwi, o które w końcu z impetem uderzył plecami. Jęknął.
++++++Zza kotarki wyszła Polenka.
++++++– Co to ma być!? – wrzasnęła. – Gdzie jest mój mąż!
++++++– Tu jestem, skarbie! – wymamrotał Gruszkon i chwiejnym krokiem minął Polenkę.
++++++Ktoś na sali począł się zastanawiać, ile jeszcze osób wyjdzie zza tej kotarki.
++++++– Stęskniłem się za tobą, misiaczku – powiedział Gruszkon miziając tu i tam już prawie wtopionego w drzwi, całkiem znieruchomiałego wejdźmina.
++++++– Nie – powiedział nagle zapatrzony gdzieś w nicość kapłan zrzucając z siebie święte szaty. – Unieważniam to małżeństwo – …i poszedł uderzyć się cegłą w głowę.
++++++Gejralt poczuł na sobie wzrok rozwścieczonych balonów i zsunął się po wypolerowanym drewnie aż do samego dołu.
++++++– A mogłem po prostu zostawić tego lasodymacza i napić się piwa z Zołmanem…

Opowiadanie XV – „Eliksir Sofokles”

Polanka tonęła w porannym słońcu jak podejrzana grzanka w kształcie serduszka w zupie pomidorowej Zołmana. Krasnolud spojrzał na Gejralta, który wpatrywał się w niego pełnym ekscytacji spojrzeniem i potupywał nogami.
++++++– Przecież widzę, że coś kombinujesz – powiedział. – Co mi tam wrzuciłeś?
++++++– Nic – odpowiedział Gejralt, zdecydowanie zbyt szybko, i uciekł. Krasnolud odstawił talerz.
Podrapał się po tyłku i wyjął z kieszeni Wa’fel, który nosił przy sobie na wypadek, gdyby kiedykolwiek Wejdźmin zbliżył się do jego jedzenia. Słynne suszone mięso produkcji Nimfów z Cukrowej Polanki zaspokajało apetyt na cały dzień i nigdy się nie psuło. Smakowało też, zdaniem Zołmana, jak dywan posmarowany pastą ze starej babci, ale lepsze to, niż ryzykować… cokolwiek, co mógłby kombinować Gejralt.
++++++Podrzucił sobie plasterek Wa’fla i otworzył usta, ale w locie porwało go dziwne stworzenie, które pożarło go i mlasnęło.
++++++– Kurwa – powiedział krasnolud.
++++++– Hi, hi – Mlaskier zaczął uciekać, ale potknął się o drewnianą skrzyneczkę stojącą na ziemi i zrobiwszy dwa fikołki wpadł w krzaki. Natychmiast wystawił z nich głowę i przyjrzał się przedmiotowi, który był przyczyną jego upadku.
++++++– Co to?
++++++– Przysięgam, że kiedyś Cię zabiję – powiedział Zołman patrząc na towarzysza ze skupioną determinacją.
++++++– Co to – powtórzył Mlaskier.
++++++– Nic dla ciebie. Zeżarłeś mi Wa’fel!
++++++– Co to.
++++++– Dlaczego? – krasnolud pytająco spojrzał w niebo.
++++++Minęło już południe i słońce, błyszcząc nieco tylko ciemniej niż najróżowszy cekin ze skarbca króla Fjutesta zaczęło powoli kierować się w stronę horyzontu. Gejralt wrócił do towarzyszy nie wiadomo skąd, niosąc rożek z gałką kolorowych lodów. Zastał Zołmana wpatrzonego w nieokreśloną dal, siedzącego na krześle i rytmicznie uderzającego głową w drzewo. Z krzaków wystawała głowa Mlaskra.
++++++– Zołmaaan. Co to? – powiedziała.
Pac. Pac. Pac.
++++++– Co to.
Pac. Pac.
++++++– Co to.
++++++– Mlaskier, nie znęcaj się nad Zołmanem – powiedział Gejralt oblizując lody. Wiewiórka siedząca z młodymi na pobliskim drzewie nie zdążyła zasłonić dzieciom oczu. Kilka lat później jedno z nich wstąpiło do gangu a dwa pozostałe popełniły samobójstwo.
++++++– Hi, hi – zarechotał Mlaskier, po czym wskazał palcem przedmiot wciąż spoczywający spokojnie w trawie. – Ale co to?
++++++– W tym pudełku jest, mój drogi, butelka z eliksirem “Sofokles”. Wystarczy jedna kropelka, a poziom inteligencji użytkownika podnosi się trzykrotnie.
++++++– O, u Mlaskra wynosiłby… – zamyslił się Zołman, którzy przysłuchiwał się rozmowie. – Mniej więcej trzy.
++++++– He, he – Wejdźmin oblizał lody. – Swoją drogą, to jest właśnie nasze nowe zlecenie. Wojewoda z Lodowej Tutki, znany filantrop, prosi nas o dostarczenie tego eliksiru do kolonii upośledzonych dzieci prowadzonej przez mnichów Kapucynów w okolicach Koxenfurtu. Jedna butelka mogłaby uleczyć setki takich niewinnych istotek.
++++++– Jak jest taki dobry, to mógł wysłać więcej – powiedział Zołman.
++++++– Nie ma “więcej”. Eliksir jest sporządzony z rosy zbieranej przez sierotki na szczycie góry przy świetle księżyca podczas koniunkcji Jowisza z Wenus – która zdarza się raz na osiemnaście tysięcy …
++++++– Bla, bla, bla – przerwał Zołman. – Przecież wiesz, jak to się skończy. Pewnie Mlaskier go wypije. Albo coś. O. Już go wypił.
Spojrzeli na grajka kucającego przy otwartym pudełku. Ten wstał, rozprostował się i spojrzał na nich przytomnym, skupionym spojrzeniem.
++++++– Proorientalizm Twojej inteligencji nie pozwala mi na wdawanie się w merytoryczną konwersację na temat bieżącej sytuacji – powiedział Mlaskier odkładając butelkę po eliksirze. – Stosujesz niewłaściwe paradygmaty poznawcze. Najlepiej będzie, jeśli po prostu uznamy fakt za dokonany.
++++++– Zaraz ci jebnę – mruknął Zołman. – No dobra – dodał westchnąwszy. – I tak było wiadomo, że tak będzie. Gejralt, co strasznego nam się w związku z tym stanie?
++++++– Niech pomyślę, mój ty misiu pysiu – Gejralt nieprzejęty lizał sobie lody. Zołman starał się na to nie patrzeć. – Pudełko z tak cenną zawartością na pewno było zabezpieczone magicznie. Znaczy, wojewoda już wie, że je otworzyliśmy. Pewnie będzie tu zaraz oddział wojska, żeby nas zabić.
++++++– Aha – powiedział Zołman. – No tak. To co robimy? Mlaskier, jak jesteś teraz genialny to może byś coś wymyślił? Mlaskier pisał coś na małej karteczce.
++++++– Hmm – powiedział pod nosem. – Tak. Taka kombinacja molekuł powinna leczyć raka i, jako skutek uboczny, prawdopodobnie także platfusa. Ale nie podoba mi się kolor roztworu… Ee, nudne.
Grajek pogniótł karteczkę i wyrzucił ją za siebie.
++++++– Co mówiliście? A tak, oddział wojska. No cóż, oceniając prędkość podróżowania impulsów magicznych oraz bieżącą sytuację geopolityczną regionu można z łatwością wywnioskować, że wojsko będzie tu za czterdzieści sekund.
++++++Zołman i Gejralt patrzyli na niego zastanawiając się, czy kiedykolwiek wcześniej ich towarzysz wypowiedział słowo składające się z więcej niż dwóch sylab. Pierwszy ocknął się Gejralt.
++++++– Mlaskier… – powiedział. – Ale ty jesteś seksowny z tym intelektem.
++++++– Nie schlebiając sobie, wiem – rzekł Mlaskier. Następnie podniósł z ziemi butelkę po wypitym eliksirze i przyjrzał się jej dokładnie. “Hmm, charakterystyczne kopce. Metalowe buty, stop żelaza i cynku, prawdopodobnie pokryte warstwą kurzu przy wietrze o prędkości… dziwny odcień trawy… Czyżby podziemny depozyt smoły? Tereny lęgowe… ” – mruczał pod nosem. W końcu wzruszył ramionami i rzucił ją na ziemię.
++++++– Wiecie co, musimy poważnie pomyśleć nad efektywnością zarzadzania naszymi zasobami czasu – powiedział drapiąc się po głowie. Drugą reką trzymaną w kieszeni skomponował na palcach sonatę na orkiestrę symfoniczną i trzydzieści pięć fortepianów.
++++++– Zamknij się! – krzynkął Zołman. – Zaraz będzie tu…
++++++Nie zdążył dokończyć, gdyż od północy wyłonił się zza drzew oddział uzbrojonych rycerzy. Jeden z nich, sądząc po stroju dowódca, podszedł bliżej i przyjrzał się im krytycznie. Rozejrzał się na boki, jakby nie był pewien czy to możliwe, że TO właśnie są poszukiwani przez niego delikwenci, ale nie znalazłszy w okolicy nikogo innego, odchrząknął i przemówił.
++++++– Jesteśmy tu w imieniu Smarkowida, najjaśniejszego wojewody … JEZUS MARIA! – rycerz zobaczył jak wpatrzony w niego Gejralt oblizuje loda. Kiedy dowódca doszedł do siebie chciał kontynuować ale Mlaskier uciszył go ręką.
++++++Grajek spojrzał na niebo i wymruczał do siebie: “Trzy… dwa…”.
++++++Promienie popołudniowego słońca odbiły się od zbroi rycerza w taki sposób że skupiły się w mały punkt na talerzu zupy pozostawionym wcześniej przez Zołmana. Podgrzana zupa zabulgotała tak intensywnie, że część gorącego płynu rozlała się i wsiąkła w ziemię.
Nie minęło kilka sekund, a w tym miejscu wypiętrzył się kopiec, z którego jak poparzony wygrzebał się kret, który zahaczył małym ogonkiem o gorące promienie wciąż skupiane przez zbroję rycerza.
++++++Podpalony rzucił się do ucieczki na oślep i wbiegł prosto do drewnianego pudełka po eliksirze “Sofokles”, gdzie zajęło się od ognia wyściełające wnętrze sianko. Próbując się wydostać zwierzę przeturlało pudełko w pobliże leżącego nieopodal papierka, który wcześniej wyrzucił mlaskier. Kret wylazł w końcu z pułapki i w panice wrył się w ziemię gasząc ogon i wydając odgłos ulgi. Wiatr, który zawiał od wschodu poniósł papierek tak, że ten uderzył w płonące wciąż pudełko, zajął się ogniem i wpadł prosto do dziury pozostawionej przez kreta.
++++++Mlaskier zrobił krok w tył, podczas gdy mały, podziemny depozyt naturalnej smoły eksplodował z hukiem i ochlapał zbroje osłupiałych rycerzy. Ten stojący najbliżej zatoczył się w szoku i przypadkiem kopnął butelkę po eliksirze leżącą na ziemi pod jedynym możliwym kątem który spowodowałby wydanie odgłosu odpowiadającego częstotliwości śpiewów godowych kurki wodnej, ptaka gniazdującego w tym regionie królestwa.
++++++Stado kurek wodnych wystrzeliło z okolic bajorka w pobliskim lesie i w ciągu kilkunastu sekund kupą obsiadło rycerzy. Ociekająca z nich woda ugasiła ogień ale wystraszywszy się czarnej smoły kurki pierzchły w koronę górującego nad nimi drzewa. Strąciły z niego kilka liści, z których wszystkie osiadły na głowach rycerzy.
Gejralt i Zołman oglądali widowisko z otwartymi ustami.
Mlaskier tupał niecierpliwie nogą.
++++++– No – powiedział. – To powinno was nauczyć.
Dowódca rycerzy, opierzony i z liściem na głowie, wytarł smołę z twarzy. Zacisnął mocno zęby.
++++++– Ostrzegano nas, że z wami może się stać coś takiego – wycedził bardzo powoli. – Dlatego przyszliśmy grupą. Eh. Przynoszę wiadomość. Wojewoda mówi, że zadanie – jedna z kurek wodnych siedzących gdzieś w drzewie nad nimi zrobiła na niego kupę – odwołane. Cygan Szwindel Szemrany Spod Ciemnej Gwiazdy, który sprzedał mu eliksir okazał się oszustem. W butelce była zwykła woda kolońska.
Rycerz wypluł kilka piór i zauważył, że rożek z lodem zbliża się do ust Gerjalta. Bez słowa odwrócił się i wraz z towarzyszami spiesznie podążył w kierunku wsi. Podobno został potem pustelnikiem i wyjechał medytować w świątyniach na górskich zboczach Bidetu.
++++++– Mlaskier – powiedział Zołman. – O kurwa, ale jak?! Wychodzi przecież na to, że nie było żadnego eliksiru.
Wejdźmin zastanowił się oblizując loda. Stado kurek wodnych pospiesznie opuściło swoje drzewo ćwierkając w panice.
++++++– On po prostu zapomniał, że jest głupi – stwierdził Gejralt. – Ale na pewno mu przejdzie i nie będzie będzie gadał o żadnych paradygmatach. Co nie, Mlaskier?
++++++– Co to – powiedział grajek.

Opowiadanie XIV – „Pietruszkowa tajemnica”

Wysoko w górach nad Koxenfurtem słońce powoli wypływało znad strzelistych szczytów, podobnie jak mała zielona żabka, która właśnie się obudziła, przeciągnęła udka i wzięła kąpiel w samym źródełku rzeki Niewarta. Skacząc wesoło w dół urwiska, raz po jednej, raz po drugiej stronie nabierającej kształtów rzeki, wydawała z siebie okropne dźwięki. Woda podskakiwała wraz z nią obijając się o skały, by w końcu dotrzeć do tonącej w soczystej zieleni rozległej doliny poszatkowanej licznymi polami obsadzonymi pietruszką, na której rolnik z pobliskiej wsi znalazł dziś trzy trupy.
++++++Pierwsze ciało należało do krasnoluda Zołmana, który leżał na plecach z jedną natką pietruszki wystającą z buzi i drugą z… ucha, z rozłożonymi na boki nogami. Drugie ciało było powyginane w przedziwne strony – to należało do Mlaskra. Trzecie, wejdźmińskie truchło, rozciągnięte było na całą swoją długość z twarzą do ziemi i rękami wzdłuż tułowia.
++++++– Myślita, że nie żyjo? – spytał właściciel tego konkretnego pola swoich towarzyszy.
++++++Stojąca nad ciałami grupa wieśniaków poczęła się nad tym tęgo zastanawiać. Jeden z nich, po ciężkich bojach myślowych stoczonych we własnej głowie wymyślił, że nim zakopią ciała trzeba je sprawdzić i szturchnął je grabiami. Chwilę potem stwierdził, że to trupy. Inny zaryzykował zakwestionować zdanie kolegi, gdyż krasnolud chrapał. Trzeci podrapał się po łysinie, przykucnął i przyjrzał się denatom.
++++++– Ten wąski, to chyba wejdźmin jest… – powiedział. – Taki wejdźmin to podobno strasny zabijaka. On by tak łatwo ducha nie wyzionął, i to jesce w scerym polu. Chyba, że twojej pietruski spróbował Witek, he he he!
++++++Wieśniacy roześmiali się. Witek założył ręce na piersi i szturchnął kolegę:
++++++– Dziadek, ty sprawdź cy on zyje – rozkazał. – Ty stary i głupi jesteś to cię nie będzie skoda.
++++++Dziadek, wysuszona zgarbiona postać z dużym okrągłym nosem i kępkami siwych włosów po bokach głowy, uniósł swoją krzywą laseczkę i…
++++++– Nie – powiedział.
++++++– To może by my se go okradli chocias? – zaproponował Zbyszek.
++++++– A co on tam ma! – krzyknął Witek. – Taki wejdźmak to biedny jest jak mysz kościelna!
++++++Mysz, na co dzień mieszkająca w kościele, która właśnie wybrała się na poranny spacer w swoim nowym kubraku ze złota, fuknęła, rozłożyła srebrną parasolkę i odeszła obrażona w druga stronę.
++++++– Ja to bym se moze chcocias te spodnie wziął, żonce bym dał – oznajmił Zbyszek, gładząc się po wklęśniętym brzuchu.
++++++– Żonce, ha ha! Na rękę może by se ino wciągnęła! Jedyna gruba baba we całej wsi! Nie licząc twojego synalka! Siostrze daj prędzej, bo sioscycke to ty mos akurat fojnom.
++++++– O właśnie! Grubą Kryche zawołajta! Baby nie rusy…
++++++– A skąd to niby wiesz, Witek, co? Taki mądry jesteś, to se po swoją zonke poślijcie!
++++++– Bo ja żem już kiedyś widział wejdźmaka jednego i wiem co on chłopom robi! I to może nawet tego samiuśkiego…
++++++– W łeb się puknij! Takiej paskudy jak ty, to by nawet ślepy dziad bez nogi nie tknął!
++++++– Panocki, a jak mówita, że to zabijaka jest, to może on by nam Wieśka utłukł, he?
++++++Zapanowała chwilowa cisza. Złożone procesy myślowe Witka, Zbyszka i Dziadka wymalowały się na ich rumianych twarzach.
++++++– Jak? Jak on nieżywy jest.
++++++– Sam niezywy jesteś, widział ja przeto jak się porusył. O! Znowu!
++++++– Za duza ryzykowność. Ja cytałem, że taki wejdźmok, to nie ma wyzutów sumienia, tnie wsysko co wystające. Nie wiadomo co mu do głowy strzeli, jak go siłą zbudzimy.
++++++– No to będziemy cekać, aż sam się ocknie. Tedy powiemy mu sybko, gdzie jest potwór, to moze za nim poleci, a nas oscędzi.
++++++Grono wieśniaków po burzliwych dyskusjach uradziło, że najlepiej będzie całą trójkę zapakować na taczkę i zawieźć do wsi. Jak postanowili, tak zrobili. Opieka nad nieprzytomnym krasnoludem przypadła Witkowi i jego szesnastu rozbrykanym dzieciom. Mlaskrem zajął się Dziadek, który posadził go w fotelu i wpatrywał się w niego żując liście pietruszki mimo, że Mlaskier nie robił absolutnie niczego, oprócz ślinienia się. Wejdźmin trafił do wieśniaka, który chciał go ograbić ze spodni. Wraz z synem położyli go na łóżku.
++++++– Tatuś? I co tera? – spytał młodzieniec, pulchny jak owieczka.
++++++– Nic, Boguś – powiedział Zbyszek. – Pocekamy, aż się obudzi. Odejdź, bo jesce ci co zrobi.
++++++– Ja tam się go nie boję, tatuś – odparł gładząc Gejralta po głowie. – Fajny jest.
++++++Boguś usiadł na łóżku koło wiotkiego wejdźmina i zaczął cierpliwie czekać.

++++++Mijały godziny, ale nic nie wskazywało na to, że którykolwiek z trójki przybyszy odzyska przytomność. Chłopi, którzy nie słynęli z cierpliwości, zdecydowali się wziąć sprawy w swoje ręce i w pierwszej kolejności obudzić wejdźmina, ponieważ ten wzniecał w nich największy lęk. Przynieśli pochodnie, widły i jeszcze gilotynę z głównego placu, tak na wszelki wypadek. Ustawili się w szyku bojowym nad łóżkiem i zaczęli żywiołowo debatować, który z nich szturchnie groźnego ludobójcę.
++++++Żądny krwi wejdźmin jęknął nie otwierając nawet oczu, przewrócił się na drugi bok zsuwając się z łóżka wprost na kolana, a następnie opadł do przodu natrafiając na uda Bogusia, które natychmiast utulił uśmiechając się z zadowoleniem. Pucołowata twarz chłopca rozpromieniła się.
++++++– Lubi mnie – powiedział nastolatek ze szczęściem w oczach.
++++++Chłopi zamilkli, otworzyli usta i unieśli brwi. Jednemu z nich zwiędły widły, inny przestał oddychać i zemdlał, a Dziadkowi wypadł ząb.
++++++– Eee… – sapnął Zbyszek blokując gilotynę. – Niepocebnie ześmy go brali….
++++++Wejdźmin poruszył się ponownie. Podniósł głowę, odgarnął włosy pozostawiając rękę na czole i zmrużył oczy marszcząc przy tym brwi, by przyjrzeć się niewyraźnym sylwetkom w kształcie ludzi, wideł i pochodni. Zmarszczona twarz wejdźmina nie wyglądała na zadowoloną. Wieśniacy pozostali chwilę bez ruchu, po czym wszyscy na raz zaczęli wskazywać kierunek palcami i krzyczeć:
++++++– TAM! POTWÓR! W TAMTĄ STRONĘ!
++++++– W JASKINI! POTWÓR!
++++++– PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM! TO MOJA WINA…! – lamentował ktoś inny.
++++++– NIE ZABIJAJ NAS! ZABIJ POTWORA!
++++++– RATUNKU!
++++++– Ciii… – szepnął Gejralt, co na chwilę uspokoiło zbiorową histerię. – Dajcie mi wody… To was nie pozabijam… Czy coś tam innego…
++++++– WODY! SZYBKO!
++++++– WODY MU DAJCIE!
++++++– NIE STÓJCIE TAK! SŁYSZELIŚCIE CHYBA! – darli się chłopi.
++++++Wieśniacy zaczęli biegać w panice w poszukiwaniu wody, obijając się o wszystko w pokoju i siebie nawzajem. W końcu jeden z nich znalazł wiadro wypełnione pożądaną cieczą i tak zapalił się do wykonania zadania, że potknął się przed Gejraltem i wylał na niego całą zawartość, gasząc przy okazji kilka pochodni. Wszyscy ponownie znieruchomieli i ze zgrozą spojrzeli na wejdźmina, zastanawiając się w jaki szał teraz wpadnie. Gejralt miał jednak zbyt dużego kaca, aby się zdenerwować.
++++++– Nie do końca o to mi chodziło… – powiedział tylko. – Gdzie ja jestem?
++++++– Na Cieńszym Końcu Pietruszkowa Dolnego – odparł uśmiechnięty Boguś, zadowolony z posiadania górnej części wejdźmina na swoich mokrych kolanach.
++++++– Pietruszka, pietruszka… – wymamrotał Gejralt. – Wszędzie pietruszka… Tak, coś sobie przypominam.

++++++Zupa z pietruszki parowała na suto zastawionym pietruszką stole. Pietruszka w sosie własnym, pietruszka nadziewana pietruszką, pietruszka z grilla, przecier z pietruszki, świeża pietruszka pokrojona w kostkę, w paski, w krążki, smażona, marynowana, suszona, pietruszka z sosem pietruszkowym, pietruszka z…
++++++– Może galaretkę pietruszkową? – zaproponowała gospodyni, żona Zbyszka i matka Bogusia, Krystyna.
++++++– Wy w ogóle jecie coś innego niż pietruszka? – spytał wejdźmin posypując zupę pietruszkową posiekaną natką pietruszki.
++++++– Ja poproszę – powiedział Mlaskier i wciumkał galaretę.

++++++Mlaskier, obudził się sam w obcym miejscu i szybko zorientował się, że w okolicy nie ma Gejralta, a jakiś stary psychopata przygląda mu się żując liście. Wpadł w chwilową traumę. Na szczęście chwilę później usłyszał wrzaski Zołmana z sąsiedniego domu, który obudził się związany na podłodze wśród szesnastu skaczących po nim dzieciach. W trzecim domu przemoczony wejdźmin przekonywał wieśniaków, że nie będzie odcinał im kończyn i robił niczego z ich członków pod warunkiem, że on i jego towarzysze dostaną coś do jedzenia. Kiedy zbiorowa panika ustała i chłopi przekonali się, że Gejralt nie jest zainteresowany masowym mordem całej wioski, wszyscy spokojnie usiedli do stołu.

++++++– Nienawidzę pietruszki – burknął Zołman.
++++++– Panie, my tu już nic innego nie mamy! – zawołał Witek, sąsiad z naprzeciwka. – Wszystko co najlepsze, na potwora idzie!
++++++– Tu w wysokich górach – wtrącił inny – to w ogóle mało co jest. A jeszcze jak się ma na karku bestię, to dla nas nic nie zostaje. Inaczej to było jak Wiesiek był sobą, ten to miał rękę do pietruszki…
++++++– A co to za bestia, ten wasz potwór? – spytał Gejralt.
++++++– Bykołak! Straszliwa Bestia z Gór!…
++++++– Nie ma czegoś takiego jak „bykołak straszliwa bestia z gór” – zauważył wejdźmin.
++++++– A właśnie że jest! I rogi ma!
++++++– I ogon jak u byka!
++++++– I kopyta bydlęce!
++++++– I kły jak u wilka!
++++++– I sierść w łaty na rzyci…! – wykrzykiwali chłopi kolejno przy stole.
++++++– I wszystkie owce nam weżarł! – dodał Dziadek unosząc palec i gubiąc kolejnego zęba, który wpadł mu do zupy.
++++++– Do tego spowity przez klątwę! Każe nam wszystko oddawać, bo mówi, że inaczej sam nas powyżera!
++++++– I co tydzień zabiera nam wszystkie pieniądze cośmy uciułali ze sprzedaży pietruszki, bo mówi, że pojedzie do najlepszego szamana w Vinogradzie, co by go z tej klątwy uleczył…! My już z czego żyć ni mamy!…
++++++– Opętana krowa z kłami – podsumował Gejralt i zachichotał. Mlaskier przystawił sobie dwa korzenie pietruszki do zębów i zaczął się wydurniać.
++++++– Panie, to nie je krowa! – oburzył się Witek. – To bykołak je! On mięso wcina jak szalony! Nic się przed nim nie ukryje! On wszystko wie, co się u nos dzieje!
++++++– A kto mu to jedzenie zanosi? – wypytywał wejdźmin.
++++++– Może jeszcze zupki? – zaproponowała Krystyna z uśmiechem.
++++++– No my! Ale Kryśka podchodzi najbliżej. Ona mu gotuje to i ona mu nosi, stąd wiemy, że jej nie zeżre, bo kto mu gotować będzie? On nie taki głupi jest!
++++++– A nikt wcześniej nie próbował zdjąć z niego tej klątwy? – dopytał wejdźmin, odmawiając Krystynie zjedzenia kolejnej porcji zupki.
++++++– Panie, nic nie pomaga! Dawaliśmy mu najznamienitsze jadło, trunki rozmaite, a on mówi, że nic nie czuje!
++++++– No trunki to macie mocne… – burknął Gejralt pod nosem. – Dawno się tak nie na…
++++++– Sąsiadów swoich to już nawet nie poznaje! – przerwał mu Zbyszek. – Czasami wcale nie przychodzi jak go wołamy, a innym razem udaje, że nas w ogóle nie widzi…!
++++++– To wy się znacie z tym waszym „bykołakiem”? – spytał wejdźmin sprawdzając, jak Zołman wyglądałby z pietruszkowymi rogami i dostał po łapkach.
++++++– Może czipsa pietruszkowego?… – próbowała Krysia.
++++++– No bo on to stąd jest! – krzyknął Witek. – To Wiesiek, sąsiad nasz. Mieszkał z ojcem i matką, ale ich weżarł dwa lata temu, jak się dowiedział, że skitraliśmy se udziec barani, zamiast jemu dać.
++++++– U nas jest umieralność ponad sto procent! – zakomunikował Dziadek.
++++++Wejdźmin zrobił pytającą minę.
++++++– Bo to było tak – zaczął Zbyszek. – Wiesiek pracował z nami w polu, aż tu nagle jednego dnia przyszła jakaś wieszczka w czarnej masce, caluśka na czarno też ubrana i chciała spróbować pietruszki. A że Wiesiek słynął ze swoich upraw na całą dolinę, to strzegł każdej natki jak oka we głowie. No i się nie zgodził. Tedy wieszczka rzuciła na niego te klątwę i jeszcze tego samego dnia w nocy Wiesiek zaczął wrzeszczeć jak opętany, zamienił się w bykołaka i pobiegł do jaskini, gdzie już całkiem mu odbiło. Najpierw kazał sobie znosić najlepsze jedzenie, żeby smak poczuć, bo za sprawą klątwy został mu odebrany. Wiecie, na pocątku, to my sami chcieli mu pomóc. Ale potem było coraz gozej. Klątwa postępowała, a Wiesiek miał coraz większe wymagania, aż w końcu zacął nam grozić. Raz nawet sami próbowaliśmy kupą rusyć na niego, ale my słabi jesteśmy… Na samej pietruszce to nam już ciężko łopatę utrzymać, a co dopiero z bykołakiem się szarpać.
++++++Chłopi tłumnie przyznali mu rację.
++++++– I tak o. Teraz Wiesiek na zmianę albo nie czuje smaku, nie widzi, nie słyszy albo nic nie pamięta… Sprowadziliśmy kilku znanych medyków, ale żaden znachor go ni przekonał. A nawet iżeli jakiś spróbował, to i tak dupa wyszła z tego. On każdego tak potrafi omotać, że głowa mała. Raz głuchy jest, raz ślepy… Co lekarz to co innego mówi. A jak człeka ze ślepoty wyleczysz, no jak?
++++++– No właśnie… – zgodził się Gejralt. – Jak dokładnie brzmi ta klątwa?
++++++Wszyscy spojrzeli na Zbyszka. Ten wstał i chrząknął.
++++++– Mówię klątwę – oznajmił w pełnym skupieniu. – „Obyś sczezła, ty stara mordo, straciła smak, pamięć, słuch i wzrok”.
++++++– Zbyszek, to nie tak szło – wtrąciła jego żona.
++++++Krystyna wyprostowała się, uniosła rękę w górę, zadarła głowę i zaczęła recytować:
++++++– „Oby pamięć cię skrewiła, ciemność i cisza aż dopadnie cię mogiła! Ino łajno w ustach poczujesz, i nic ci zdrowia nie przywróci, przeklinam cię ty sczeźnięta kupo śmieci”.
++++++– Aha – podsumował wejdźmin.
++++++Krystyna ukłoniła się i odeszła.
++++++– Panie, to jak? Pomożecie nam?

++++++Wejdźmin wyszedł na zewnątrz i zapalił cienkiego papierosa. Spojrzał na wydeptaną ścieżkę prowadzącą w góry, i powiódł po niej wzrokiem, aż dotarł do wnęki w skałach, mieniącej się blaskiem dogasającego ogniska. Gejralt zawiesił się na dobre piętnaście minut i ocknął się dopiero wtedy, gdy papierosowy żar dotarł do jego palców. Powtórzył słowa klątwy kilka razy i uniósł brwi, zupełnie jakby coś przyszło mu do głowy. Zaraz potem pokiwał przecząco i zapomniał o czym myślał. Coś mu tu jednak ostro śmierdziało. Po chwili zorientował się, że wdepnął w łajno. I wtedy wszystko nabrało kształtu. Wrócił do chaty i zakomunikował chłopom, że za pięć minut chce widzieć wszystkich na zewnątrz. Chłopi tłumnie zjawili się w wyznaczonym miejscu. Każdy miał przy sobie coś dla potwora. Miejscowi byli przerażeni, ze wejdźmin idzie z pustymi rękami, ale podążali za nim w górę, wprost do jaskini bykołaka. Po drodze każdy z nich co jakiś czas podchodził do niego, aby coś powiedzieć. Większość chciała, żeby wejdźmin „jednak nie ubijał Wieśka, ino klątwę zdjął, bo szkoda chłopa”. Inni trzęsącym się głosem życzyli mu szczęścia i żeby na siebie uważał. Wejdźmin zdawał się nie reagować.
++++++– Gejralt? Co ty tak idziesz sobie jak na spacer? – oburzył się Zołman. – To nie wycieczka krajobrazowa. Nawet nie wiesz co to jest ten bykołak. Masz jakiś plan?
++++++– Zrobię wszystko odwrotnie niż tamci ludzie – powiedział Gejralt.
++++++– Też mi nowość… – mruknął krasnolud, ale z zainteresowaniem spojrzał na przyjaciela.
++++++Wejdźmin wyjął z torebki dwa flakoniki z różowym płynem i podgrzał je w rękach, aż całkiem się zagotowały.
++++++– Trochę szkoda… – mruknął wejdźmin. – Malinowy, mój ulubiony. Ale przegotowany smakuje jak totalne gówno – Gejralt spojrzał na krasnoluda kiwając głową z przekonaniem. – Serio. Smakuje jakby się ktoś przed chwilą sfajdał.
++++++Wejdźmin zatrzymał wieśniaków w miejscu z dobrym widokiem na jaskinię. Od razu usłyszał od Dziadka, że jak bykołak będzie go wżerał, to nikt mu nie pomoże. Ktoś wszczął zbiorową panikę. Kilka osób chciało mu na siłę wcisnąć cokolwiek, żeby mógł to dać potworowi, ale Gejralt zapewnił ich, że nikt nikogo nie będzie dzisiaj „wżerał”. Następnie odwrócił się i poszedł w kierunku jaskini.
++++++– Wygląda jak dziewcyna, ale odwagi mu nie brak… – szepnął Zbyszek. – Do bykołaka bez podarunku rusył!
++++++– Olaboga..! – wyjęczał Dziadek chwytając się za głowę i wyrwał sobie ostatnie kępki włosów.
++++++
++++++Gejralt wyprostował się przed wejściem do jaskini i splótł ręce na pośladach chowając w nich eliksir (w rękach). Odczekał kilka minut, ale nic się nie wydarzyło.
++++++– Halo, ty paskudne krówsko! – zawołał. – Wyłaź, bo już mi się nie chce tu tak sterczeć przed tą jaskinią.
++++++Dziadek zemdlał. Zołman miał nadzieję, że Gejralt wie co robi. Mlaskier zdał sobie sprawę, że nie wie co robi i odłożył pietruszkę.
++++++– Wyyynooochaaa…! – rozległo się echo z wnętrza skały.
++++++– Wynocha, wynocha… – wymamrotał wejdźmin przewracając oczami. – Przyszedłem zdjąć tę twoją klątwę. Chodź, chodź, nie wstydź się, będzie fajnie.
++++++Bykołak wybiegł z jaskini, stanął na tylnych kopytach i zaryczał bijąc się w piersi. Wieśniacy zadrżeli.
++++++– No bardzo przerażające – przyznał Gejralt oglądając paznokcie, po czym zerknął przelotnie na dziwacznego stwora. Był dokładnie taki, jak opowiedzieli mu chłopi. Od pasa w dół był czymś na kształt krowy, reszta jego ciała przypominała człowieka z niewielkimi rogami i wstającymi kłami, z głową porośniętą wilczą sierścią.
++++++– Cośśś za jeden?! – wycharczał stwór.
++++++– Wejdźmin Gejralt, zaraz zdejmę z ciebie, hi hi, klątwę.
++++++Potwór wystawił dolne kły i skrzywił usta unosząc krzaczastą brew. Słuchał.
++++++– Zrobimy tak – kontynuował Gejralt. – Za każdym razem, jak uda mi się pomóc, dasz mi sto koron. Jeżeli mi się nie uda, oddam ci dwieście.
++++++Potwór zaśmiał się.
++++++– No ssskoro tak ssstawiasz sssprawę, to sssgoda – wysyczał, po czym odwrócił się bokiem i założył ręce.
++++++– Spróbuj tego – wejdźmin wyjął przypalony eliksir.
++++++Bestia spojrzała na wejdźmina, potem na flakonik, potem znów na wejdźmina i ponownie na eliksir. Parsknęła śmiechem i szybkim gestem capnęła buteleczkę. Wzięła łyka, wytrzeszczyła oczy i zaczęła szaleńczo pluć na wszystkie strony próbując wyczyścić sobie język rękami.
++++++– Łaaajno! – wrzeszczał bykołak. – Coś ty mi dał!
++++++– Jak to szło? – spytał wejdźmin. – „Ino łajno w ustach poczujesz”…? No to dałem ci coś o smaku łajna. Sto koron się należy, zanim stracisz pamięć.
++++++Potwór zapłacił, po czym spojrzał w dal i jeszcze szerzej rozwarł powieki.
++++++– Nic nie pamiętam… – wyszeptał.
++++++– Nic a nic? – upewnił się wejdźmin.
++++++– Nic… Kim jesteś!
++++++– Wejdźminem. To ci pomoże. Wypij – nakazał Gejralt podając mu kolejny flakonik.
++++++Bykołak wzdrygnął się na sam widok.
++++++– Przecież to to sssamo gówno co wcześśśniej!
++++++Wejdźmin wyciągnął otwartą dłoń.
++++++– Stówka dla mnie, bo najwyraźniej wróciła ci pamięć.
++++++Bestia warknęła, ale dotrzymała słowa. Nagle stanęła jak wryta i chwyciła się za szpiczaste uszy. Zaczęła na migi tłumaczyć, że nic nie słyszy. Gejralt odszedł w milczeniu i poprosił Mlaskra o kawałek papieru i ołówek. Nabazgrał coś, po czym podał list potworowi. Stwór odczytał notatkę i przecząco pokiwał głową z oburzeniem w oczach.
++++++– Na pewno?… – spytał wejdźmin, robiąc groźną minę. – Podobno ktoś cię widział, jak to robiłeś.
++++++Potwór ponownie pokiwał głową wydając stłumione „e, e”.
++++++– E, e? – powtórzył wejdźmin.
++++++– E! E! – ryknął bykołak.
++++++– E, e, e – podsumował Gejralt ponownie wystawiając rękę po swoją zapłatę.
++++++Zdezorientowany potwór wybałuszył oczy i nadymał wargi. Zapłacił. Stał w bezruchu wpatrując się w przybysza i zacisnął pięści uśmiechając się przy tym paskudnie.
++++++– Ośśślepłem! – krzyknął, uniósł ręce w górę i zaczął w szale biegać w kółko aż w końcu przewrócił się zahaczając kopytem o kamień. – Niccc nie widzę!
++++++– Rzeczywiście nic nie widzisz – wejdźmin przykucnął i pomachał ręką przed pyskiem bykołaka. – W takim razie nie mogę ci już pomóc, przykro mi.
++++++Tłum wieśniaków z Cieńszego Końca Pietruszkowa wydał z siebie okrzyk zawiedzenia.
++++++– No to płacisz dwieśśście koron! – wysyczał stwór.
++++++Gejralt sięgnął do kieszeni. Zbyszek nie wytrzymał, podbiegł do wejdźmina i zaczął go szarpać. Trochę się bał, że za to zginie, ale nie mógł pozostać obojętny.
++++++– Panie wejdźmin! No co pan! – zawołał. – To już ostatnia część klątwy…!
++++++– Przykro mi, ale nie da się uleczyć ślepoty – odparł spokojnie Gejralt i dał potworowi pieniądze.
++++++Zbyszek opuścił ręce. Wrócił do reszty i wzruszył ramionami. Wieśniacy posmutniali i zaczęli klepać się po plecach pocieszając się nawzajem. Wejdźmin odwrócił się tyłem do bykołaka i bardzo powoli ruszył w stronę chłopów.
++++++– Zaraz…! – warknął nagle stwór. – Tu jest tylko połowa…! Miało być dwieście, a nie sto!
++++++Gejralt uśmiechnął się szeroko mrużąc oczy.
++++++– Gratuluję całkowitego powrotu do zdrowia, panie „bykołaku” – powiedział. – A teraz zmykaj stąd zanim powiem im, co tu jest grane.
++++++Zebrani zaczęli wiwatować.
++++++Bykołak nadymał się cały aż pękła mu skóra w szwach i tupnął kopytem, które zaraz potem mu odpadło.
++++++– Niby co! – zaprotestował.
++++++– Po pierwsze – zaczął Gejralt – nie jesteś żadnym bykołakiem. To tylko przebranie, ale muszę przyznać, że bardzo efektowne i dobrze wykonane.
++++++– Dziękuję.
++++++– Po drugie, wcale nie pożarłeś swoich rodziców, bo od samego początku podglądają nas z tej twojej jaskini – Gejralt pomachał staruszkom, którzy natychmiast się schowali. – Po trzecie, masz romans z żoną Zbyszka Krystyną i syna Bogusia, który o niczym nie wie. Nie bez powodu Krysia i Boguś to jedyni pulchni ludzie w całej okolicy. Po czwarte, jaka wieszczka użyłaby w klątwie słowa „ino”? No błagam, zalatuje wiochą na kilometr. Po piąte, nawet mi przy tobie nie drgnął, popraw sobie ucho, medalion, i po ostatnie, miałeś najlepsze pole pietruszki i utrzymywałeś całą wioskę, co zaczęło cię denerwować. Wymyśliłeś to wszystko, żeby przestać dzielić się pieniędzmi z resztą i teraz żyjecie tu sobie jak pączki w maśle, podczas gdy twoi przyjaciele ledwo wiążą koniec z końcem. Bardzo nieładnie, Wiesławie – Gejralt ponownie wystawił rękę w oczekiwaniu na zapłatę. – No dalej, dalej, mamy tu dzisiaj sporą widownię. Wiesz, że ci ludzie trzymają w swoich domach gilotyny?
++++++Wiesiek wysypał mu z sakiewki kilka monet.
++++++Wejdźmin uniósł jedną brew.
++++++– To nawet nie połowa, ty niedobra krówko.

Opowiadanie XIII – „Biurokracja”

Marmurowy hol słynnego banku Fifaldich był wypełniony przepychem. Przepych był jedynym sposobem dotarcia do któregokolwiek z okrągłych okienek, za którymi siedzieli bankierzy. Przepychali się pracownicy, petenci i goście.
++++++– Jestem Sebastian, a ty? – powiedział jeden z pracowników do mocno już poddenerwowanego krasnoluda.
++++++– Urwij Pan Schnureck – przedstawił się szorstko petent. – Jestem tu dziewiąty raz. Przyszedłem wypłacić oszczędności.
++++++– Okienko 432 b – odparł młodzieniec w okularach. – Proszę upewnić się, że wypełnił pan żółty druk A-7. Dziękuję. Następny!
++++++– Byłem już tam! Tak samo jak w okienku 431 c i 529 z! I 2314-CHUJ! Powiedzieli mi, że mam przyjść tutaj. Nigdzie się, kurwa, stąd nie ruszam.
++++++– Proszę pana, upoważnienie B-12, które zapewne otrzymał pan w okienku 529 z obowiązuje tylko we wtorek. Dzisiaj jest środa. A zatem powinien pan udać się z nim do okienka 432 b celem certyfikacji, a następnie przynieść ją tu z pięczątką z okienka 202, wtedy będziemy mogli…
++++++– Masz! Jeszcze resztę pieniędzy co je mam w kieszeni! Gówno mnie to obchodzi! – wrzasnął krasnolud rzucając do okienka kilka złotych monet. – Gówno!

Młodzieniec zmarszczył brwi.
++++++– Naprawdę powinien pan się udać do okien… – powiedział.
++++++– Ble ble ble ble ble ble ble ble – wydarł się petent, którego oczy zdawały się teraz rozbiegać na boki. – Srututu tu tu tu!

Krasnolud wybiegł z holu.

Pewien wejdźmin, który cierpliwie czekał na swoją kolej na ławeczce przylegającej do ściany, ziewnął.
++++++– Mlaskier, już mi się nie chce czekać w tej kolejce – rzekł do swojego towarzysza, który zajęty był nauką gry na obgryzanych paznokciach.

Czekali już z górą dwie godziny, a jedyną ich rozrywką (z wyjątkiem gry na paznokciach) było obserwowanie perypetii próbujących załatwić proste sprawy klientów banku.
++++++– Zjadłem kozę – skomentował sytuację Mlaskier.
++++++– To bardzo nieładnie – odparł Gejralt obserwując jak Urwij Pan Schnureck próbuje otworzyć głową drzwi, które, o czym nie wiedział, otwierały się do środka.
++++++Wejdźmin został wywołany trzy dni później. Nie podszedł jednak do kasy, ponieważ pogrążony był we śnie, którego fabuły nie można opowiadać w godzinach dziennych. Zrobił to więc jego towarzysz.
++++++– Dzień dobry. Jestem Sebastian, a ty? – zapytał młodzieniec w okienku.
++++++– A ja nie – odpowiedział rzeczowo poeta.

Zapadła chwila milczenia.

++++++– Ee.. W jakiej sprawie? – odzyskał animusz kasjer.
++++++– Zjadłem kozę – powiedział Mlaskier patrząc tępo.
++++++– Chcielibyśmy pobrać nagrodę za pokonanie dwóch lasodymaczy i jednej foki – rzucił znad jego ramienia wejdźmin, który gdzieś w międzyczasie obudził się – Na ten czek.
++++++Wejdźmin wsunął mocno już pomięty druczek w dziurę okienka. Kasjer przyjrzał się świstkowi.
++++++– Nie ma tu nic o foce – stwierdził.
++++++– Foka była przypadkiem – wzruszył ramionami Wejdźmin. – Sam nie wiem, skąd się wzięła w środku lasu.

***
Foka siedziała na gałęzi i obserwowała ich złowrogo.
++++++– Jaka słodziutka!!! – zapiszczał Gejralt i natychmiast podbiegł ją pogłaskać.
Zwierzę patrzyło na jego rękę, aż ta zbliżyła się na odległość dotyku.
Wtedy zaatakowało.
++++++Na liście stu zwierząt, które najlepiej radzą sobie z rzucaniem się na wrogów z gałęzi w morderczych zamiarach, foki nie figurują na pierwszym miejscu. Foka spadła z gałęzi i wbiła się głową w grunt.
++++++– Hm – burknął wejdźmin patrząc na nią sceptycznie. – Moim zdaniem to nie jest foka.

***
++++++– W każdym razie – kontynuował. – Ten kwitek upoważnia nas do wypłacenia 300 wyrżnijmijskich koron i sześciu lizaków malinowych.
++++++– Hmm – zastanowił się Sebastian. – Mam związane ręce, chyba że macie czerwony druk A-9 powtierdzający ważność czeku. Okienko 403 A.
++++++– Mamy majtki – wtrącił Mlaskier. – W domu.
++++++– Niestety, potrzebny jest druk A-9 – obstawał przy swoim kasjer.
++++++– No dobrze – westchnął wejdźmin. – Zasłużył pan na buziaczka.
Niespodziewanie kasjer zastygł w bezruchu.
++++++– O boże! Mlaskier, on nie żyje!
++++++Oczy wejdźmina rozszerzały się geometrycznie. Po dramatycznych dwóch sekundach, wróciły do normalnego rozmiaru.
++++++Gejralt działał szybko. Założył na głowę specjalną czapkę z daszkami po obu stronach.
++++++– Mlaskierku – powiedział.- To jest zadanie dla detektywa Gejralta.
++++++– Wejdźminku – zauważył jego towarzysz. – Swędzi mnie taki pies, co go spotkaliśmy szesnaście lat temu, pamiętasz?
++++++– Nie – stwierdził wejdźmin. – Trzeba zbadać ciało.
++++++Wejdźmin był na szczęście tak chudy, że bez problemu wcisnął się do kabiny przez okrągłą dziurę okienka.

Pobieżne oględziny zwłok nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Podobnie płonne okazały się oględziny dokładniejsze, z użyciem kilku specjalnych
wejdźmińskich instrumentów i jedej gumowej rękawiczki.
++++++– Już mi się nie chce rozwiązywac tej zagadki – uznał detektyw zdejmując czapkę.
++++++– A ja już wiem co się stało – powiedział obojętnie Mlaskier.
++++++– Co?
++++++– Ten pies miał pchły. I teraz my je mamy.
++++++– No tak.
Wejdźmin zmarszczył czoło.
++++++– Pchły, pchły… – zamruczał pod nosem. – Mlasker, jesteś genialny!
++++++Poeta nie słyszał go, bo wydawało mu się, że odpadły mu uszy. Po chwili zmienił zdanie. Stwierdził, że jednak odpadły mu ręce.
++++++– Mówiłeś coś? – zapytał grajek.
++++++– Nie. Spójrz na tego trupa, co widzisz?
++++++– Odpadły mi oczy.
++++++– Rozumiem. W każdym razie, kiedy powiedziałeś o pchłach, zrozumiałem co się stało. Otóż pchły mają nóżki, tak? A co jeszcze ma nóżki?
++++++– Biedronki?
++++++– Tak. A co mają na skrzydełkach biedronki?
++++++– Kalesony?
++++++– Nie, Mlaskierku. Mają kropki. I, jak sam byś zobaczył, gdyby nie odpadły ci oczy, ten oto tutaj kasjer ma na policzku małą, czarną, kropkę. Wniosek może być tylko jeden. Nagle umarł na raka.
++++++Mlaskier zapomniał, że cokolwiek mu odpadło, przyjrzał się więc denatowi z bliska. Stwierdził przy tym, że mimo, że ten pozostaje kompletnie nieruchomy, jego otwarte oczy zdają się na zmianę podążać od niego do stojącego obok wejdźmina i z powrotem. Gdzieś w ich głębi czaił się błogi spokój. Chociaż lepszym określeniem byłoby “przerażenie”.
++++++– Gejraalt – powiedział poeta. – A on chyba tak nie do końca jest martwy.
++++++– Co? – sporzał na kasjera wejdźmin. – W takim razie może da się go jeszcze uratować! Potrzebny nam będzie duży ogórek i słój łoju. I gdzie jest ta rękawiczka… Hmm. Przysiągłbym że jej nie zdejmowałem. Może się zassała…?
Ciało, od czasu badania przewieszone przez poręcz krzesła zadygotało.
Mlaskier zbliżył do niego ucho.
++++++– On bardzo cichutko coś mówi – stwierdził dłubiąc w nosie. – Że absolutnie mamy go nie ratować. Ale mamy sobie wziąć pieniądze z kasetki. Lizaki wyszły, ale ma w kieszeni dwie krówki. I że mamy iść w … tego nie rozumiem. Chyba jest po niemiecku. Bis du?
Wejdźmin podrapał się po głowie i wzruszył ramionami.
– Nie będziemy nikogo ratować na siłę – ciało przestało dygotać. – No dobra. Bierz te krówki.

Kiedy czterdzieści osiem godzin później znak unieruchamiający przestał działać, Sebastian zwolnił się z pracy i został kucharzem. Tak, jak zawsze marzył.

Opowiadanie XII – „Legenda Staszka Fujarki”

Wejdźmin Gejralt od zawsze miał problem ze wstawaniem. Bez względu na to, czy było rano, popołudnie, środek nocy, czy spał długo – czy krótko; pierwsze otworzenie oczu było dla niego zawsze bolesnym doznaniem. Zimą zwykle budził się przemarznięty i szczelne owinięcie się kocem, Mlaskrem czy (wbrew protestom) Zołmanem sprawiało, że szybko zasypiał z powrotem i ani mu się śniło wynurzać choćby palca spod owego kocyka. Latem, kiedy tuż po otwarciu powiek oślepiało go słońce, przebudzał się cieplutki i na tyle wciąż rozespany, że nie miał ochoty ruszać się z cienia. Odkąd opuścił uczelniane mury wejdźmińskiej szkoły Homo Moher, problem ten zdawał się nasilać i nawet sam wejdźmin nie potrafił rozwikłać dlaczego.
++++++– Nie pij tyle – powiedział Zołman spoglądając na butelki z piwem.
++++++– Przecież nie pije. Loda jem – odparł Gejralt i popił przekąskę jasnobrązowym trunkiem w zielonej butelce z etykietką „PIWO”.

++++++Na terenie Vinogradu i w okolicach pięciu kilometrów poza murami miasta, spożywanie alkoholu było surowo zabronione. Owy zakaz wszedł w momencie, w którym zeszłoroczny festyn z okazji rozpoczęcia lata trwał aż do grudnia i metropolia nieco podupadła, ponieważ jej mieszkańcy nie byli zdolni do utrzymania młotka, rodziny czy pionu. Rekordzistą był człowiek imieniem Staszek Fujarka, który przez sześć miesięcy i cztery dni żywił się tylko i wyłącznie piwem, po czym spotkało go nieszczęście podczas którego stracił tylko jednego zęba i to tylko dzięki temu, że był kompletnie pijany. Pewnego dnia niechcący potknął się o krawężnik i spadł z dachu swojego domu na przelatującego sto metrów wyżej smoka – a przynajmniej tak twierdzi.
++++++Siedzący na tym samym krawężniku przy głównej arterii miasta wejdźmin wiedział o tym doskonale, toteż poczynił pewne kroki w celu zapobieżenia ewentualnej katastrofy finansowej w formie mandatu. Przytargany ze złomowiska mobilny automat do robienia lodów zdawał się być dobrą przykrywką. Na czujność władz miasta nie musiał długo czekać.
++++++– Będzie mandacik za spożywanie alkoholu na ulicy, proszę… pana?… – stróż miejski zawahał się.
++++++Wejdźmin przechylił butelkę i wlał sobie do gardła kolejną porcję trunku. Przełknął.
++++++– Pana, pana – wymamrotał. – Ale to nie jest piwo, panie władzo.
++++++Strażnik spojrzał na etykietkę, która wyraźnie określała rodzaj napoju.
++++++– Nie? A niby co? – zapytał.
++++++– Herbata.
++++++– Zaparzyliście sobie herbatę w butelce po piwie? – stróż pokiwał głową. – Pańska godność?
++++++– No niech pan sam spróbuje – upierał się Gejralt.
++++++Wejdźmin podał strażnikowi butelkę. Ten miał obowiązek sprawdzenia, czy jej zawartość jest rzeczywiście zabroniona, co czynił z wielką ochotą. Jego czerwony nos, giętka postawa i przekrwione oczy wskazywały na to, że sprawdzał to już dziś kilkanaście razy.
++++++– Rzeczywiście… – zdziwił się stróż. – Herbata.
++++++Zawiedziony rozejrzał się.
++++++– W takim razie będzie mandacik za nielegalny handel na ulicy, chyba że masz pan pozwolenie – oznajmił.
++++++– Ale ja niczym nie handluje, ja rozdaje – wyjaśnił wejdźmin. – Proszę.
++++++Gejralt przewrócił tabliczkę z ceną i podał strażnikowi mały kubeczek z wystającym drewnianym patyczkiem. Stróż zajrzał do środka.
++++++– Co to ma być? – spytał, wcześniej wąchając zmrożoną zawartość.
++++++– Lody.
++++++– Rozdajesz pan lody? Tak po prostu?
++++++– Noo – jęknął wejdźmin. – Czasami każę sobie za to płacić, ale nie dzisiaj. Proszę, niech pan weźmie jeszcze dla dzieci.
++++++Strażnik wzruszył ramionami, podziękował, ukłonił się i odszedł. Zaraz za nim pojawił się przechodzień.
++++++– Po ile te lody? – zapytał dłubiąc w uchu.
++++++– Dwie korony – odparł Gejralt na powrót ustawiając cenę.

++++++Krasnolud Zołman zachodził w głowę próbując zorientować się o co w tym wszystkim chodzi. O tym, że Gejralt lubi piwo, lody i herbatę wiedział doskonale, ale forma w jakiej znajdowały się poszczególne substancje nie dawała mu spokoju. Mlaskier siedział na automacie do lodów i przebierał nogami jakby oczekiwał czegoś z narastającym zniecierpliwieniem. Krasnolud spojrzał na wejdźmina, który jak zwykle niczego po sobie nie zdradzał. Zdawał się myśleć o niczym i nic nie robił sobie z ostentacyjnego łamania przepisów.
++++++– Gejralt, o co tu chodzi? – spytał wreszcie Zołman.
++++++– Sam spróbuj, Zołmanie – wejdźmin podał mu loda.
++++++– A to bezpieczne? – dopytał.
++++++– To zwykły lód.
++++++– Ale ty go robiłeś więc się pytam – krasnolud zastanowił się. – Ty w ogóle umiesz robić lody?
++++++Wejdźmin odpowiedział łobuzerskim uśmiechem.
++++++Zołman odchrząknął i spróbował podłużnej przekąski na patyku, która przykleiła mu się do języka.
++++++– Piwo?… – zawahał się. – Poczekaj, dałeś dzieciom tego strażnika lody o smaku piwa?
++++++– I truskawek, żeby im lepiej smakowały – sprostował wejdźmin.
++++++Zołman nie lubił zadawać pytań Gejraltowi, gdyż z doświadczenia wiedział, że zwykle nie przynosi to niczego dobrego, ale wiedział też, że Gejralt nie lubi niewygodnych sytuacji z których musi się tłumaczyć, i przeczuwał, że ta jest jedną z nich. Mylił się jednak. Wejdźmin z chęcią wytłumaczył krasnoludowi, że wczoraj w nocy znaleźli z Mlaskrem starą maszynę do robienia lodów. Kiedy już zdołał wyjaśnić mu na przykładzie o jakie lody chodzi uruchamiając ustrojstwo, kupił kilka butelek piwa i herbatę na wynos w małych kubeczkach, następnie przelał herbatę do butelek po piwie dla niepoznaki, a samo piwo wlał do kubeczków i zamroził.
++++++– I…? Po co to wszystko?… – dopytał krasnolud.
++++++– Jak widzisz moja dryw… dyrw… dywy…
++++++– Dywan! – krzyknął Mlaskier.
++++++– …dywanersja działa doskonale – dokończył Gejralt. – Można lizać alkohol nie wzbudzając podejrzeń władz Vinogradu. Poza tym, wydałem niecałe piętnaście koron, a zarobię co najmniej szesnaście.
++++++Krasnolud pokiwał głową.
++++++– Dywersja. Masz następnego klienta – skwitował.
++++++– Obsłuż go jak możesz – poprosił wejdźmin. – Ja idę zrobić Mlaskrowi specjalnego loda, bo mu obiecałem – oznajmił, puścił oczko i wstał.
++++++Umysł Zołmana przetworzył to zdanie i niestety nie udało mu się uniknąć obrazów, których nawet nie chciał sobie wyobrażać. Wziął głęboki oddech i podszedł do dziwnie zgarbionej postaci okrytej krowią skórą z czymś na kształt kaptura na głowie, który całkowicie zasłaniał twarz.
++++++– Loda? – zapytał i pacnął się w czoło.
++++++Nie usłyszał odpowiedzi. Usłyszał za to ochoczą reakcję wejdźmina.
++++++Zza obszernej łaciatej płachty wychyliło się jasnozielone, błyszczące oko z podłużną źrenicą i spojrzało na niego spod groźnie zmarszczonej brwi. Całkiem podobne oko wynurzyło się też z ciemnego wnętrza automatu.
++++++– Cholerny złom – warknął wejdźmin. – Mlaskier, będę potrzebował jakąś długą, giętką rurkę, inaczej nici z tego loda. Coś takiego jak to – Gejralt przykucnął i wyciągnął zepsutą część z maszyny pokazując ją poecie.
++++++– Aha – wymamlał Mlaskier i zapiął spodnie. – Takiej to nie mam.
++++++– Może Zołman coś znajdzie – wejdźmin odwrócił się w stronę krasnoluda. – Zołman, masz może… Zołman?

++++++Wysoko nad Vinogradem, niewielkich rozmiarów – jak na smoka – smok o zielonych oczach spojrzał nieprzychylnym wzrokiem na krasnoluda w różowej, niedopinającej się sukience i pokiwał głową. Zdecydowanie nie był zadowolony z osiągniętego efektu. Wciśnięty w kreację krasnolud czuł się podobnie. Smok dorzucił jeszcze spiczastą czapeczkę z welonem i błyszczące, szczupłe pantofelki, które Zołman zdołał założyć na dwa palce u stóp. Smok skrzyżował skrzydła na piersiach i fuknął z niezadowoleniem wypuszczając dym z nozdrzy. Nie widział zbyt wyraźnie, ale to z całą pewnością nie była księżniczka. Nerwowo tupał nogą, co jakiś czas zerkając na krasnoluda. Inne smoki, które przelatywały właśnie z piszczącymi ze strachu prawdziwymi księżniczkami, zwijały się ze śmiechu. Smok westchnął, opadł na swoje gniazdo i podparł brodę skrzydłami. Pociągnął nosem.

++++++– Uuu… niezła góra – skwitował wejdźmin zadzierając głowę przed piętrzącym się nad nim szczytem. – Główna trasa przelotowa smoków kradnących księżniczki sugeruje, że musimy się udać właśnie na nią, żeby uratować Zołmana.
++++++Mlaskier przydreptał ciągnąc za sobą swój ulubiony ostatnio automat i spojrzał na wzniesienie otwierając buzię.
++++++– Wejście na szczyt zajmie nam jakieś trzy tygodnie – kontynuował Gejralt. – Ponieważ plan „A” nie wchodzi w grę, bo Zołman w tym czasie umrze z głodu, proponuję skorzystać z planu „Ą”, który różni się od planu „A” małym ogonkiem na dole.
++++++Stojąca obok staruszka z wybałuszonymi oczami pokiwała głową.
++++++– Gdzie znajdę tego człowieka, co umie spadać w górę? – spytał wejdźmin.
++++++Babinka wskazała mu drogę.

++++++W pobliskiej karczmie było gwarno, ciasno i duszno. Od czasów zakazu spożywania alkoholu gdzie popadnie, właściciele tego typu przybytków ostro zacierali ręce. Wejdźmin przepychał się obmacując wszystkich po kolei, aż w końcu jęknął, odgarnął włosy z twarzy i wlazł na stół, ku uciesze kilku pijanych chłopów oczekujących na zapowiadający się striptiz.
++++++Wejdźmin miał jednak coś ważniejszego na głowie. Zmrużył oczy i wyostrzył umysł nasłuchując poszczególnych rozmów. Gwizdy i okrzyki mężczyzn pod jego nogami znacznie mu to utrudniały, toteż dla świętego spokoju wykonał ich prośby i opuścił leginsy w panterkę natychmiast pozbywając się wszystkich wielbicieli płci męskiej. Skupiając się na powrót, zaczął filtrować poszczególne zdania, by w końcu usłyszeć to najważniejsze i niecierpiące zwłoki sformułowanie, na które…
++++++– Gejralt, chce mi się siku – powiedział Mlaskier.
++++++Wejdźmin opuścił gardę i zlokalizował toaletę.
++++++Kiedy przyglądał się drzwiom z symbolem nagiego mężczyzny, za którymi zniknął jego przyjaciel, do jego uszu dotarły słowa na które wcześniej czekał.
++++++– Panie… słuchaj mnie pan! I ja żem spadł z tego krawężnika prosto na swój dom, a potem… – bełkotał pijak – …pacze, a tam smok leci nade mno… I ja żem na tego smoka też spadł!
++++++– To on – szepnął wejdźmin stojąc w kolejce do damskiej.
++++++Nie zważając na rozmówcę pijaka, wsunął się pomiędzy mężczyzn. Tamten, i tak już zmęczony rozmową, natychmiast dał nogę.
++++++– Staszek Fujarka? – zapytał wejdźmin.
++++++– Zależy kto pyta – powiedział pijak. – Ale jak pyta taka piękna pani, to… Zaraz, ja cię znam chyba. To tyś jest ten wejdźmin, co go kiedyś taki krasnolud z toporem ganiał wokół naszego pięknego, vinogradzkiego muru?
++++++– Ja właśnie w sprawie tego krasnoluda.
++++++Gejralt objaśnił Staszkowi plan „Ą”, który – w gruncie rzeczy – zakładał lot na nim na szczyt góry pełnej smoków celem oswobodzenia Zołmana z różowej sukienki.
++++++– Ale panie! – ryknął Staszek Fujarka. – Nie ma mowy! Ja muszę być chędogo pijany, żeby w górę spadać!
++++++– A to jeszcze pan nie jesteś?
++++++– Chybaś pan z konia spadł, dopiero czternaste pije.
++++++Wejdźmin spojrzał na ceny piwa, poklepał się po biodrach i pośladkach w poszukiwaniu kieszeni, które okazały się być całkiem puste, ponieważ w leginsach wcale ich nie było. Zrobił dzióbek z ust.
++++++Zapadła chwilowa cisza.
++++++– Jadłeś pan kiedyś piwne lody? – spytał Gejralt.
++++++– Nie – odparł Staszek. – Ale chętnie spróbuję.

++++++Zaczynało zmierzchać. Na szczęście sporządzona przez wejdźmina polewa z zagęszczonego miodem eliksiru „Coś Fajnego” znacznie przyśpieszyła pożądany efekt upojenia alkoholowego Staszka Fujarki, który zaczął się solidnie kołysać już po ósmym lodzie.
++++++– Mocny zawodnik – zauważył Mlaskier żując korzeń niemiłogrzebiu.
++++++– Mhm – potwierdził wejdźmin. – Nawet ja bym tego nie wypił. No dobrze, dobrze, wypiłbym. Ale panu chyba już wystarczy, co? – ocenił Gejralt zwracając się do Staszka. – To teraz proszę się o coś potknąć.
++++++– Aleee… o so?… – wybełkotał Fujarka.
++++++– No nie wiem, o cokolwiek.
++++++– A dzie je sto sokolwiek?… – rzekł i potknął się o własną nogę.
++++++Upadając nie dotknął jednak ziemi.
++++++– To działa! – wrzasnął Gejralt. – Masz! Jedz pan więcej!

++++++Staszek Fujarka pogryzł kolejnego kapiącego od polewy sopla i zaczął unosić się coraz wyżej. Po jedenastym z rzędu smakołyku był w stanie utrzymać się nad ziemią razem z wejdźminem, a po sześciu następnych – co prawda – stracił przytomność, ale równomiernie wzbijał się w powietrze również z przyczepionym do nogi Gejralta Mlaskrem. Wciąż karmiony, poniekąd na siłę, zaczął przyspieszać swoją pionową lewitację. Gejralt, po kilku wzlotach i upadkach, opanował sztukę pilotażu Staszkiem Fujarką i począł wzbijać się na szczyt ruchem okrężnym. Pociągając go za surdut – raz to z lewej, raz z prawej strony – zgrabnie wylądował na płaskim czubku góry. Mlaskier, który zeskoczył na grunt jako pierwszy, zrobił kilka fikołków i wyhamował brodą pod stopami zdumionego smoka.
++++++– Natychmiast zostaw mojego ukochanego!… – zawołał Gejralt wyciągając swój miecz. – To mnie tak naprawdę chcesz, nie jego!
++++++Smok zrobił groźną minę i zgiął chudą szyję chcąc przyjrzeć się wołającej do niego postaci. Takie sytuacje to była dla niego codzienność. No może nie konkretnie dla niego, bo on z racji krótkowzroczności jeszcze nigdy nie porwał prawdziwej księżniczki, ale wiedział jak to się odbywa: po prawidłowym uprowadzeniu niewiasty z zamku, do jej ojca – zazwyczaj jakiegoś króla – zgłasza się śmiały rycerz, który obiecuje zwrócić mu córkę w zamian za jej rękę. Król oczywiście się na to godzi i w końcu owy rycerz dociera na miejsce domniemanej zbrodni, gdzie znajduje swoją umiłowaną królewnę i co za tym idzie – smoka. A smok, jak to smok, musi królewny bronić. „W zasadzie to nie wiem czemu” – zastanowił się smok. Zmierzył wejdźmina wzrokiem i po chwili uniósł brwi. „Ni to rycerz… Ale z drugiej strony – pomyślał gad spoglądając na krasnoluda – Ni to księżniczka”. Smok zebrał resztki swojej reputacji z ziemi, gestem nakazał wejdźminowi schować miecz i zasiadł do okrągłego stołu zrobionego z poprzedniej księżniczki, która okazała się być kołem od wozu. Pomimo szalejącego medalionu na piersi, Gejralt po raz kolejny tego dnia wciągnął leginsy i zajął miejsce na przeciwko gada.

++++++Zołman, który od kilku godzin nie mógł poruszać niczym z wyjątkiem gałek ocznych, przyglądał się całej sytuacji. Smok gestykulował teatralnie wskazując raz to na niego, raz na wejdźmina. Wejdźmin z kolei zgadzał się z grubsza na wszystko, o czym mówił smok, tak na wszelki wypadek. Krasnolud niewiele z tego rozumiał, w przeciwieństwie do wrażliwego na każdy przejaw sztuki Mlaskra.
++++++– Tak! – podskoczył poeta. – To będzie ballada o rycerzu, który ratuje księżniczkę z opresji!
++++++– Jakoś to nie tak… – mruknął wejdźmin. – Powinno być dwóch rycerzy, bez księżniczki. O, albo nawet trzech.
++++++Smok wsadził sobie palce pod dolne powieki i rozciągnął je aż zahaczył pazurami o nozdrza, by w rezultacie koniec jego facjaty chlasnął go w pysk. Krasnoludowi nakazał odziać się w rycerską zbroję, którą zdjął ze szkieletu rycerza znalezionego przez przypadek na bagnach i która do tej pory służyła mu za obiekt chwały i przestrogę dla potencjalnych prawdziwych rycerzy – a tak naprawdę była na pokaz przed innymi smokami, by nie wychodził na całkowitego nieudacznika. Straciwszy cierpliwość do wejdźmina, który kręcił nosem na niewyprasowane rękawy różowej sukienki, chwycił pod pachę i sam go ubrał. Pasowała jak ulał. Gejralt, koniec końców, poczuł się dobrze w swojej roli, poprawił koronki i machnął błyszczącą czupryną, aż jego długie srebrne włosy z różowym pasemkiem pośrodku delikatnie opadły na ramiona. Smok wyprostował się i oparł ręce na biodrach z aprobatą kiwając głową. Księżniczka była pierwsza klasa.

++++++Dalej poszło już gładko. Mlaskier wyreżyserował całe przedstawienie w iście „miszczowskim” stylu. Na podniebnej trasie przelotowej smoków stworzył się korek. Gady skumulowały się nad górą i kibicowały przedstawicielowi swojego gatunku, który zgodnie z umową przez większość przedstawienia starał się nie trafić ogniem w uciekającego krasnoludzkiego rycerza; i choć ilość oraz stężenie ognia skutecznie dezorientowały widownię i mało kto co widział, to całość prezentowała się spektakularnie. Mlaskier, udający kamień dla niepoznaki, wydawał z siebie przerażające wrzaski, na które wiszące pod smokami porwane królewny reagowały w sposób na księżniczki nieprzystający. Gejralt stał w środku szamotaniny z założonymi rękami na bufiastych, niewyprasowanych koronkach w miejscu, gdzie powinny być piersi. Miał stać i ładnie wyglądać, co zresztą czynił przez większość swojego życia. Ziewnął więc, jak na zblazowaną królewnę przystało, i wyciągnął wachlarzyk, który spłonął przy którejś z kolei próbie nietrafienia ogniem w Zołmana.
++++++Dwie godziny później niebo zaszło gwiazdami, a podniebna sala opustoszała. Doszło do tego, ponieważ reżyser zbyt mocno wczuł się w swoja rolę i zasnął jak kamień. Podobnie jak smok, który dostał zadyszki od ziania płonącym powietrzem i zemdlał. Wejdźminowi od tego całego patrzenia na tę bieganinę zaczęło kręcić się w głowie, usiadł więc po turecku i wyjął loda.
++++++– Zołman – zawołał. – Już cię nic nie goni.
++++++Krasnolud nie przestawał biegać.
++++++– Rycerzu, ja tu marznę w tych koronkach.
++++++Stopy Zołmana wciąż przebierały.
++++++– Fajnie ci się tyłek dymi – próbował Gejralt. – Zołmanie, no chodź się napić.
++++++– Co?… – krasnolud zatrzymał się w miejscu wśród otaczającej go absolutnej ciszy (pomijając chrapiącego na umór smoka). Doczłapał do Gejralta i opadł na suchą ziemię.
++++++– Masz – powiedział wejdźmin.
++++++– Co to jest? – wydyszał Zołman.
++++++– To zwykły lód, ale mogę ci zrobić specjalnego, jak chcesz.
++++++– Spierdalaj.
++++++– Masaż?
++++++– Nie.
++++++– A nie za gorąco ci w tym żelastwie?

++++++Następnego ranka wejdźmin nie miał problemu ze wstaniem, gdyż w ogóle nie zmrużył oka, a Staszek Fujarka czuł się wspaniale zajmując miejsce z najlepszym widokiem na zaistniałą sytuację. Szybując już niecały kilometr ponad ziemią, bawił się lepiej niż przed laty, obserwując smukłą białowłosą uciekającą przed siermiężnym kawalerem. Wcale nie dziwił się królewnie, że ucieka. Na szczęście chwilę później szwadron żołnierzy powstrzymał napalonego furiata z toporem, a królewna nie pozostała im dłużna. I w tym miejscu najbezpieczniej będzie postawić kropkę.

Opowiadanie XI – „Zakon Świętego Nosa”

Twarze kapłanek, które patrzyły na Zołmana przez kraty nie wyrażały żadnej emocji, o ile obojętności nie można nazwać emocją. Stały w białych togach z narzuconymi na głowy kapturami i milczały. Krasnoluda doprowadzało to do szału. Przez trzy dni, które spędził w lochu tego dziwnego klasztoru napatrzył się na te dwie, nieruchome postaci chyba więcej, niż Gejralt napatrzył się na jego tyłek w czasie całej ich znajomości.
++++++Na początku wmawiał sobie jeszcze, że kuszące kształty jego strażniczek odznaczające się pod białym materiałem tunik stanowiły pewną rozrywkę; teraz już to też go denerwowało.
++++++Kopał w kraty, próbował zrobić podkop, stanął na głowie a nawet w geście protestu wysikał na ściane napis “ZŁO” ale nawet to nie wzruszyło stojących za drzwiami celi towarzyszek. Musiał się pogodzić z tym, że był w kompletnym potrzasku.
++++++Wydłubał sobie z nosa kozę, którą palcami uciamciał w kulkę i strzelił nią w jedną ze strażniczek. Żadnej reakcji.
Machnął ręką mrucząc pod nosem siarczyste przekleństwo i usiadł na kamiennej podłodze, żałując, że jego piersiówka została skonfiskowana razem z bronią i właściwie wszystkim, co miał przy sobie nie licząc spodni. “I ukrytej niespodzianki” – pomyślał.

++++++Bez żadnego uprzedzenia, dwie kapłanki zrobiły krok do tyłu i odsunęły się na bok. Zołman zerwał się na nogi, ale nic nie powiedział, ponieważ gdzieś z korytarza usłyszał zbliżające się kroki.
++++++Nie minęła minuta a stanęła przed nim kolejna zakapturzona postać. Jej strój wyróżniał się jednak złotym sznurem zawiązanym w pasie. Kapłanka odsłoniła głowę.
Była to kobieta w średnim wieku, nieprzeciętnej, acz egzotycznej urody. Miała świdrujące spojrzenie.
++++++– A więc to jest ten więzień – powiedziała szorstko. – Więźniu. Jak się nazywa?
++++++– Wypuśćcie mnie! – odwarknął Zołman. – Tak się właśnie nazywam. Nazywam się Wypuśćcie Mnie Głupie Baby, bo się zdenerwuję!
++++++– Hm – podniosła jedną brew kobieta. – Jak dla nas, może nazywać się Zamknij Się W Końcu. To już niedługo nie będzie miało znaczenia.
++++++– Domagam się wyjaśnień! – wrzasnął Zołman. – I wódki!

***

++++++Dyrdymał mieszał w kotle substancję, która wyglądała jak tęcza zjedzona przez jednorożca. Jednorożec musiał jednak cierpieć na spektakularne rozwolnienie, bo kolor wywaru z każdą sekundą nabierał coraz bardziej zielonkawego, brzydkiego odcienia.
++++++– Pospiesz się! – ponaglił go Gejralt. – Kto wie, jak długo biedny Zołmanek tam wytrzyma!
++++++– Cicho! – odparł czarodziej. – Czar teleportujący wymaga chirurgicznej precyzji.

++++++Wejdźmin ucichł, ale dreptał w miejscu niecierpliwie miętosząc w rękach skrawek swojej cekinowej kolczugi.
++++++– Dobra – czarodziej odsunął się od kotła i swoją podłużną łyżką wyskrobał okrąg na ziemi. – Kiedy klasnę, Zołman powinien pojawić się w tym kółku. Aha, mam nadzieję, że nie kazałeś Mlaskrowi zbierać składników?

***

++++++– Niech nie marudzi. Jest więźniem Zakonu Świętego Nosa – mówiła kapłanka. – Dzisiaj o północy zostanie, w związku z tym, złożony w ofierze.
++++++– Niech nos będzie z tobą! – odezwały się po raz pierwszy stojące z boku strażniczki.
++++++– Jakiego nosa? Jakiej ofierze?! – Zołman zbladł. – Nie obchodzą mnie żadne nosy!
++++++– To niedługo zaczną obchodzić. Dość gadania. Księżyc już wysoko. Jola, Ola, skujcie go.

Dwie strażniczki, podeszły do drzwi celi. Jedna z nich otworzyła je kluczem. Zołman jednym ruchem wyciągnął z nogawki schowany tam nóż, po czym przywarł do ściany plecami i uniósł go groźnie.
++++++– Nie zbliżać się! – krzyknął. – Moi przyjaciele na pewno już mnie na pewno namierzyli i jeśli nie pozwolicie mi odejść, pożałujecie!
++++++Kapłanki zawahały się. Być może było to spowodowane nagłym pojawieniem się broni w ręku więźnia, a może tym, że powietrze powoli zafalowało od magii. A może tym, że z blaskiem i głośnym “plop!” broń ta nagle zniknęła.
++++++Krasnolud obejrzał swoją pustą dłoń.
++++++– Mlaskier pewnie zbierał składniki – mruknął pod nosem.
++++++– Na co czekacie? – powiedziała główna kapłanka. – Brać go! O tym, jak żeście go przeszukały porozmawiamy później. Ale widać, że będzie walczył. Zastosujcie lekarstwo!
++++++– Tak jest, matko! – odkrzyknęły jednym głosem podopieczne. Jedna z nich wykręciła mu ręce. Miała zaskakująco dużo siły, jak na wątłą, mimo wszystko, dziewczynę. Druga wyjęła z kieszeni habitu pudełko, z którego wygrzebała niebieską pigułkę o dziwnym kształcie. Już nawet nie bronił się, kiedy wepchnięto mu ją do ust.

***

++++++Nóż leżał na ziemi parując jeszcze lekko od spowijających go resztek magii. Gejralt i Dyrdymał przyglądali się mu.
++++++– To nie jest Zołman – zauważył wejdźmin. Oboje odwrócili się i spojrzeli na Mlaskra, który nieopodal siedział sobie na ziemi i tłumaczył coś stonce chodzącej po wypłowiałym chwaście.
++++++– Ech. W takim razie trzeba będzie uratować go ręcznie – powiedział w końcu czarodziej. – Latałeś kiedyś na lotni?
++++++– Eee – zastanowił się Gejralt. – Ja tam nie wiem, ale Mlaskier chyba na tym gra.
++++++– Mlaskier już lepiej niech nie pomaga. Przynieś mi kilka długich patyków, a ja wyczaruję płótno. Mam tylko nadzieję, że za dużo nie piłeś.

***

++++++Kapłanki prowadziły więźnia przez dziedziniec klasztoru Świętego Nosa. Właściwie nie mógł narzekać na widoki. Mijali siedzące na ławeczkach członkinie zakonu, których było znacznie więcej, niż zakrywających ich ciała strojów. Przyglądały się im z zainteresowaniem.
Niektóre z nich siedziały sobie na kolanach. Inne grały na harfie. Jedna intensywnie nacierała się balsamem. Zołman przełknął ślinę.
++++++Kiedy przeszli przez łaźnię, potrzebował dobrych kilku minut na odzyskanie mowy.
++++++– Wiecie co, zamiast mnie składać w ofierze, może
mnie tu zatrudnicie. Tak dla towarzystwa – zagaił.

++++++Na zewnątrz po niebie przemknął trójkątny cień.
++++++
++++++– Zostanie złożony w ofierze! – odrzekła przełożona klasztoru. – No, nie gada tylko idzie!
++++++– Akurat dość trudno mi się idzie – powiedział krasnolud rozglądając się energicznie. – To chyba przez to wasze lekarstwo. Chociaż w sumie nie. Ech, jak umierać, to chyba nienajgorsze miejsce.

++++++Od strony jednej ze ścian dał się słyszeć huk. Brzmiał zupełnie jakby coś z drugiej strony uderzyło w nią obok okna i osunęło się na ziemię.

++++++– Umierać? – odpowiedziała Matka Przełożona, upewniwszy się, że dziwny odgłos nie niósł za sobą żadnych konsekwencji. – Jeszcze nie umierać, nie dramatyzować. Zabraniam umierać dopóki nie zostanie złożony w ofierze!
++++++– Psia mać, czego wy ode mnie chcecie? – krasnolud na chwilę zapomniał o otaczających go górzystych krajobrazach.
++++++– Zostanie przywiązany do ołtarza. A następnie każda z sióstr odbędzie z nim rytułał Ciumcia-Rumcia. A potem niech se idzie gdzie chce.
++++++– Ciumcia… rumcia? – powtórzył powoli.

***

Kiedy Gejralt pozbierał się z ziemi, roztarł obolałe kości.
++++++– Nie dam rady – pomyślał. – Biedny Zołmanek…
++++++Obok niego piętrzyły się szczątki szczątki zbudowanej wraz z Dyrdymałem lotni. Połamane patyki przykryte przerwanym na pół białym płótnem.
++++++– Hmm. Jaki ładny materiał – rzekł do siebie.

***

++++++Zołman leżał na miękkim, czerwonym ołtarzu otoczony kręgiem sióstr. Wszystkie chichrały się, ponieważ opowiedział im właśnie bardzo zabawny dowcip.
++++++– Bo… bo… – rzekł zaśmiewając się. – Ona nie zrozumiała do czego to służy!
Kapłanki znów zaśmiały się zarumienione.
++++++– Pani pozwoli, sam to zrobię – powiedział kurtuazyjnie, kiedy jedna z nich zbliżyła się, aby zapiąć na jego ręce kajdany. – Jestem gotów do złożenia się w ofierze!
++++++– Bardzo dobrze! – powiedziała w ciszy, która zapadła siostra przełożona. – Odsłońcie to, co w naszym starożytnym języku zwie się Świętym Nosem!
++++++Rozpięto mu spodnie.
++++++– Ha, ha! Trzeba było tak od razu! – mówił uradowany Zołman. – Ależ bym sobie wydmuchał, he he he, nos!
++++++Stojąca naprzeciwko niego kapłanka bez słowa opuściła swój habit. Nie miała nic pod spodem. Krasnolud pisnął z radości.
++++++Po chwili zrobiła to jej sąsiadka. I następna. Kiedy połowa habitów leżała już na ziemi, część z nich na polecenie siostry przełożonej rozpoczęła przygotowania do rytułału, czy też “rozgrzewkę” bo tak dokładnie brzmiał rozkaz. Rozgrzewkę, zgodnie z regułą zakonu, wykonywało się parami.
++++++Krasnolud wytrzeszczył oczy. Powoli otworzył usta w szerokim uśmiechu. I zemdlał.
++++++Kiedy tracił przytomność przez ułamek sekundy dostrzegł, jak jedna z kapłanek przy końcu okręgu nie wygląda tak jak wszystkie inne. Tak jak one nie miała nic pod habitem. A właściwie, w przeciwieństwie do innych, coś miała. Jej włosy wydawały się osobliwie srebrne.

++++++Zołman obudził się wciąż związany. Tyle, że tym razem siedział plecami do drzewa, a jego ciało oplatał sznur.
++++++– Noo, kochany Zołmanku, nie wiem jak ty się nam odwdzięczysz – powiedział znajomy głos. Twarz Gejralta znajdowała się zdecydowanie zbyt blisko jego własnej.
++++++– Eee.. Co? – krasnolud wciąż był lekko zdezorientowany.
++++++– Jesteś bezpieczny – odparł wzruszając ramionami Dyrdymał, który mieszał coś w kotle wiszącym nad ogniskiem. – Ale musieliśmy cię związać bo żeś się rzucał i coś majaczył o nosach.
++++++– Nie… nie! – wrzasnął Zołman. – Nie! Święty nos! Będzie z tobą! Natychmiast mnie tam z powrotem uwięźcie!!!
++++++– Cichutko, cichutko – szepnął wejdźmin. – Przecież cieszyłeś się, że przyszedłem ci na ratunek. Aż nie mogliśmy ci dopiąć spodni.

Opowiadanie X – „Pop i Pum”

++++++– Ja – zaczął Mlaskier – chce to takie co robi: Pop! Pop! Pop!
++++++– Idź stąd – burknął Zołman.
++++++– Noo… – jęknął poeta i nie przejmując się zbytnio kontynuował. – Może też trochę pum. Z czego pop jest wesołe, a pum jest takie bardziej smutne. Pop! Pop! Pum, pum, pop! Pum.
++++++– Nie ma czegoś takiego – stwierdził Zołman.
++++++– Jest.
++++++– Nie ma.
++++++– Jest.
++++++– No to nie wiem co tak robi.
++++++– Daj mi.
++++++– Nie mam tego! – warknął krasnolud. – Cokolwiek to jest.
++++++– Gejralt by miał.
++++++– Ale jego też tu nie ma!
++++++– To gdzie jest?
++++++– Nie wiem!
++++++Mlaskier nie ustępował. Z wielką koncentracją naśladował pożądaną przez siebie rzecz. Kucał i skakał wokół krasnoluda, co rusz wydając z siebie dźwięki „pop” i „pum” w nadziei, że Zołman powie mu czym jest ta rzecz, której on tak bardzo chce. Ten jednak patrzył na swoje zamoczone w jeziorze nogi i rozmyślał, czy nie lepiej byłoby teraz wsadzić jakąś głowę pod wodę. Zaczął nawet tęsknić za wejdźminem. Krasnolud wstał powoli i ubrał buty. Podniósł sporej wielkości kamień z brzegu i zacisnął go w dłoni patrząc na denerwującego grajka. Jednym ruchem mógłby… ale nie. Nie mógł. Przełknął ślinę.
++++++– Masz – powiedział.
++++++Poeta odebrał kamień z zadowoleniem i polizał go.
++++++– To nie to – powiedział. – Za słodkie. I nie robi: Pop!

++++++Z tafli jeziora wyłonił się niewielkich rozmiarów czarny dym w meloniku i uśmiechnął się szeroko.
++++++– Dzień dobry – powiedział, po czym zmrużył oczy i chuchnął w Zołmana. Strużki czarnego dymu zaczęły plątać jego kończyny, aż w końcu dotarły do szyi, z której zdążyło wydobyć się potężne: „GEEEJRAAALT…!”. Krzyk rozszedł się echem wśród koron drzew płosząc ptaki. Krasnolud zastygł w pozycji przypominającej jaskółkę, tyle że z ręką uniesioną w górę.
++++++– No dobrze – powiedział czarny, wykrzywiony w szelmowskim uśmiechu dym. Lubił swoją pracę.
++++++Mlaskier patrzył na niego tępo.
++++++– Nazywam się Wiktor i znam wszystkie zagadki na świecie – rzekł poprawiając dymny wąsik. – Twój kolega został przez ciebie zazagadkowany. Żeby go odzazagadkować musisz odgadnąć dwie z trzech zagadek, a twojemu koledze pozostaje wierzyć, że jego życie jest w tej chwili w możliwie najlepszych rękach. Gotowy?
++++++Mlaskier dłubał w nosie. Żałował, że nie ma teraz tego, co chciał mieć.
++++++Zołman wydał z siebie przeciągły, wysoki pisk, przypominający łkanie.
++++++Dym spojrzał w bok, oczekując odpowiedzi. Zrobiło się niezręcznie. Wiktor chrząknął.
++++++– Moja profesja wymaga, abym mówił wierszem – oznajmił i wyrecytował: – Pierwsza zagadka jest bardzo prosta, w lewo czy w prawo? To nie jedyna opcja.
++++++Mlaskier bardzo powoli wyciągnął palec z nosa.
++++++– To się w ogóle nie rymuje – powiedział.
++++++Wiktor zdębiał. Jeszcze nigdy nie znalazł się w podobnej sytuacji. Nie odgadnięcie pierwszej zagadki to jedno, ale wytykanie błędów w jego skrzętnie wykonywanym fachu to już gruby nietakt. Etykieta i higiena pracy wymagały jednak, aby pozostać profesjonalnym.
++++++– Druga zagadka – zaczął. – Rodzi się w locie, leży gdy żyje, znikając umiera, słońce go…
++++++– E tam takie – Mlaskier machnął ręką i wyciągnął małą książeczkę z kieszeni. – Masz, poczytaj sobie prawdziwe wiersze. Moje – dodał i podszedł do nieruchomego Zołmana.
++++++Zaczął go ciągnąć za mankiet.

++++++Wiktor czuł się zdruzgotany. Nikt nie traktował go w ten sposób. Zazwyczaj budził strach, respekt, był źródłem stresu i świadkiem upadków ludzkiego istnienia i wszelkiej wiary – nie lekceważenia. Z trudem przyznawał się we własnych myślach, że kiedyś został złamany przez jedną osobę, ale to był ktoś potężny, przebiegły i mógł go zabić, a zamiast tego znalazł mu zagadkową dziewczynę – której zresztą nigdy nie rozwiązał – a nie ktoś, kto dłubie w nosie. Dym skrzywił się, a potem nastawił ucha, gdyż jak mu się zdawało, usłyszał zagadkę.
++++++– Zoołmaan… – męczył Mlaskier szarpiąc krasnoludem. – Ja chce to takie coś, co robi: Pop! Pop! Pop!
++++++Dymna postać natychmiast znalazła się nad głową Zołmana.
++++++– Coś, co robi „pop, pop, pop”? – zainteresował się stwór.
++++++– I jeszcze czasami: Pum, pum – wytłumaczył Mlaskier.
++++++– Coś co robi „pop” i jednocześnie „pum”? – myślał dym, przeskakując raz to z lewej, raz z prawej strony głowy Zołmana.
++++++– No taaak. I „pop” jest takie wesołe, a „pum” takie bardziej smutne.
++++++– Coś co robi wesołe „pop” i smutne „pum”… – zastanawiał się dym chodząc w tę i z powrotem, lekko pochylony z rękami założonymi na plecach.
++++++– Pum, pum. Pop! Pum – naśladował grajek.
++++++– No to najpierw robi „pum”, czy „pop”? – zirytował się stwór.
++++++– Różnie – zakomunikował Mlaskier. – Ale zawsze na końcu robi tak szybko: Pop! Pop! Pop! Pop! Pop! I potem PUM! I jest.
++++++Wiktor uniósł głowę ukazując ogromne szafirowe oczy, których dolne powieki obwisły. Właśnie dotarła do niego rzecz najstraszniejsza ze wszystkich strasznych rzeczy jakie mogą się przytrafić komuś takiemu jak on.
++++++– Nie znam rozwiązania tej zagadki – powiedział przerażony. – Zwyczajnie nie wiem, co to jest.
++++++– On by wiedział… – stwierdził Mlaskier rysując patykiem podobiznę Gejralta pośród małych, smutnych chmurek.

++++++Dymne oblicze Wiktora przybrało gęsty, smolisty wygląd. Umysłem sięgnął aż do dnia swoich narodzin, a potem reszta życia stanęła mu przed oczami. Trud, jaki włożyli jego rodzice w jego wychowanie i staranne wykształcenie, pachnące złem ciasteczka babci Zosi, pierwsza jedynka w szkole, wszystkie te przepracowane w upalnym biurze lata, tony papieru, złamanych rysików, potu, zarwane noce na księgowaniu każdej zasłyszanej zagadki, miliony zapamiętanych rymowanek, wszystko to na nic i wszystko dlatego, że istniała osoba, która znała odpowiedź na zagadkę, o której on nigdy nawet nie słyszał?
++++++– To koniec – stwierdził Wiktor. – Skoro nie umiem odpowiedzieć na twoją zagadkę, to znaczy że… O nie! – wrzasnął łapiąc się za melonik. – Zostałem zazagadkowany!
++++++Dym upadł na kolana, których nie miał. Rozpłynął się za plecami Mlaskra zupełnie niezauważony. Zdaniem poety pisakowe dzieło wymagało, aby dorysować jeszcze trzy chmurki. Zdaniem Gejralta również.

++++++Wejdźmin wyłonił się z krzaków w doskonałym nastroju i przeciągnął się ziewając.
++++++– Ale pospałem – powiedział. – Zołmanie, wołałeś mnie?
++++++– Tak – powiedział krasnolud i opadł na ziemię ze wzrokiem wlepionym w nicość.
++++++– Geeejraaalttt – zawołał Mlaskier podbiegając do wejdźmina. – Ja chce to takie co robi: Pop! Pop! Pop!
++++++– „Pop, pop, pop”, Mlaskruś? – zapytał wejdźmin, drapiąc się po plecach.
++++++– Taaak – przytaknął poeta. – I też trochę pum. Z czego pop jest wesołe, a to pum to jest takie bardziej smutne. Pop! Pop! Pum, pum, pum pop! Pop! Pum.
++++++– Pop, pop, pum, pum – Gejralt zamyślił się. – Hm.
++++++– Pum, pum – dodał Mlaskier. – Pop! Pum.
++++++– Pop!
++++++– Pum, pum. Pop! Pop!
++++++– Pum.
++++++– I potem takie szybkie – Mlaskier uniósł ręce w górę i zaczął podskakiwać – Pop! Pop! Pop! A potem PUM! I jest – powiedział opadając na ziemię. – Nie to – dodał, unosząc kamień, który wcześniej dał mu Zołman. – Za słodkie.
++++++Zołman zaczął szukać wokół siebie czegoś, czym można by się zabić, a Gejralt zamyślił się. Zanurzył się w świat dźwięków, które kiedykolwiek usłyszał i które z racji bycia wejdźminem słyszał bardzo wyraźnie, po czym wnikliwie przefiltrował każdy z nich wybierając tylko spośród tych rzeczy, których mógł chcieć Mlaskier. Pomyślał o małych kolorowych dzwoneczkach powiewających na wietrze i w zwolnionym tempie ujrzał, jak dzyndzelek we wnętrzu uderza w ściankę dzwonka, ale to nie było „pop” czy „pum”, tylko raczej „ding” i „dong”. Bąbelki w wodzie robiły bardziej „bly, bly” kiedy pękały, podobnie bańki mydlane – tylko że te robiły raczej „pyk” niż „pop”. Stadko żółtych pisklaków to „pi, pi, pi”, szyszka… Szyszka jest szyszką i o dziwo nie wydaje żadnego dźwięku, rozpalana zapałka robi: „Fszyt!” a potem: „Sss”, a odkorkowywany szampan robi co prawda „pop”, ale bez „pum”.
++++++– Ach! – wykrzyknął nagle, kiedy oczami wyobraźni ujrzał wielki gar z podskakującą pokrywką. – W sumie też mam ochotę na popcorn. Zołmanie? – zwrócił się do krasnoluda. – Idziesz?
++++++Krasnoluda okrył jednak czarny dym.
++++++Wejdźmiński medalion zawibrował stawiając Gejralta na baczność wobec materializującej się chmury czarnego kłębu.
++++++– Wiktor? – spytał wejdźmin mrużąc oczy. – A ty skąd się tu wziąłeś?
++++++Wiktor obejrzał swoje wonne ciało, okręcając się kilka razy wokół własnej osi.
++++++– Ja żyje! Ha, ha! – zaświergotał wzbijając się wyżej niż kiedykolwiek wcześniej. – Odzazagadkowałeś mnie!
++++++– Możliwe – rzekł Gejralt, którego poziom zadowolenia spadł drastycznie po spojrzeniu na zaklętego Zołmana.
++++++Wejdźmin założył ręce i zmarszczył brwi.
++++++Czarny dym zmniejszył się zdejmując z główki melonik, który zaczął miętosić w rękach.
++++++– Przepraszam najmocniej, panie wejdźminie – powiedział cieniutko. – Nie wiedziałem. Zaraz to naprawię…
++++++– Chociaż, wiesz co? – Gejralt zastanowił się. – Poczekaj chwilę – powiedział wejdźmin i ruszył w stronę Zołmana zdejmując koszulkę. – Zawsze chciałem sprawdzić jak wyglądałby w różowym.