Opowiadanie IX – „Zło, ta rybka”

Mlaskier zmarszczył brwi, kiedy czarodziej Napastchwast po raz kolejny wziął go za fraki i odstawił na podłogę.
Mag ewidentnie nie przepadał za tym, kiedy ktoś próbuje wetknąć mu kwiatek w czubek kapelusza.
Odchrząknął.
++++++– Jak mówiłem, drogi Gejralcie, nie ma już na świecie dżinów – to znaczy jeden jest, ale po tym, co żeście zrobili, chodzą słuchy, że porzucił wszelkie związki z magią i jest teraz pasterzem kóz gdzieś na wschodnich rubieżach Dupaju.
++++++– To niemożliwe – zafrasował się wejdźmin. – To koniec. Potrzebny mi błyszczyk truskawkowy! Jeśli nie ma dżina, to mogę o nim zapomnieć. I co mi pozostanie? Pasanie kóz?
++++++– Gejralcie – zastanowił się czarodziej, groźnie spoglądając na Mlaskra, który siedział teraz jakby trochę bliżej niego. – Wybacz kolokwializm, ale takie coś to pewnie sprzedaje każda baba straganna na każdym rogu każdej zapyziałej dziury w tym zapyziałym królestwie.
++++++– Baba! – teatralnie zajęczał Gejralt. – Taka baba to nie odróżnia fuksji od fucksji – A posmarowanie miecza nawet niewłaściwym odcieniem tego ostatniego to już wielkie faux paux!

Czarodziej zamyślił się chwilę. Już miał coś powiedzieć, kiedy zauważył, że Mlaskier zniknął, a z pod stołu dobiega stłumione chichotanie. Zdjął kapelusz. Na jego czubku dyndała stokrotka. Poszukał wzrokiem pomocy u wejdźmina.
++++++– Musisz go czymś przekupić – wzruszył ramionami Gejralt. – Inaczej się nie odczepi. Masz na czole narysowanego pieska.

Czarodziej pstryknięciem sprawił, że stół zniknął. Skulony pod nim poeta wyglądał na zaskoczonego.
Napastchwast wstał i podszedł do stojącego pod ścianą regału, a następnie zdjął z niego jakiś przedmiot. Potem skinął na poetę.
++++++– Masz, to dla ciebie. Jest to tajemniczy artefakt z zupełnie innego czasu i wymiaru. Wyczarował się wczoraj. I tak nie bardzo wiedziałem jak się go szybko pozb… to znaczy kto byłby godzien tak wspaniałego daru.
++++++Mlaskier wyrwał czarodziejowi z rąk dość ciężką, metalową rzecz i zataszczył ją do kąta celem inspekcji.

Napastchwast przewrócił oczami.
++++++– Dobra – powiedział. – Jak powiem wam, że teoretycznie jest jeszcze jeden sposób na magiczne spełnienie życzeń, to w końcu sobie pójdziecie?
++++++– Taaaaak? – Wejdźmin zrobił minę godną małego pieska na widok wielkiego talerza pełnego kiełbasy. Albo wejdźmina na widok jednej kiełbasy.
++++++– Powiem dwa słowa: Złota Rybka. Do tej pory jej nie złapał, więc powinna być jeszcze dobra.
++++++– Nosz trzeba było tak od razu. Gdzie ją znajdziemy? – Gejralt jeszcze przed chwilą siedział po turecku na podłodze. Czarodziej nie miał pojęcia kiedy wejdźmin znalazł się tak blisko jego twarzy że teraz ich nosy prawie się stykały.
++++++– No, mam tu gdzieś współrzędne. Sam miałem kiedyś jej poszukać. Mam kilka spektakularnych marzeń. Ale to, żebyście stąd poszli jest warte więcej.
++++++– Ha! – wyruszamy natychmiast. – Ucieszył się wejdźmin. Zołman na pewno będzie zachwycony. Mlaskierku! Pakuj swoje szyszki!

***

++++++– Mam tego dość. Skąd w ogóle wniosek, że ta rybka nie będzie nas zwyczajnie miała w dupie? – powiedział Zołman. Nie spodziewał się rzeczowej odpowiedzi. – Powinniśmy się położyć – spojrzał na wejdźmina – Osobno.
++++++– A mamy śpiworki? – zamrugał rzęsami Gejralt.
++++++– Myślałem, że tego rodzaju zaawansowany sprzęt spakowaliście na drogę.

++++++Łódź kołysała się spokojnie na oceanie. Dobiegał wieczór, a pomarańczowe słońce opadało z sił i zmierzało w stronę horyzontu. Istnieje możliwość, że po prostu nie chciało przebywać w widocznym dla wejdźmina miejscu podczas nocy. Kiedy Gejralt ponownie zatrzepotał rzęsami, trochę jakby przyspieszyło.
++++++– Ależ Zołmanku, chyba nie przypuszczałeś, że o was zapomniałem? Wziąłem ze sobą piękny trzyosobowy śpiworek – wejdźmin zgrabnie zeskoczył z burty, na której siedział, i zniknął pod niskim pokładem. Wyłonił się stamtąd po chwili prezentując coś, co przypominało uszytą na drutach prezerwatywę wielkości dorosłego człowieka.
++++++– Gejralt, po pierwsze, nie ma czegoś takiego jak trzyosobowy śpiwór, a po drugie wewnątrz tego… czegoś nawet ty sam ledwo byś się zmieścił. A po trzecie nawet gdybyśmy mieli trzyosob…
++++++– Zmieścimy się – Gejralt powiedział powoli i z naciskiem. Nie uśmiechał się.
Zołman zbladł.
++++++– Rób co chcesz – wzdrygnął się w końcu. – Ja kładę się tu i teraz.

++++++Wejdźmin westchnął przeciągle i począł wciskać się do środka “śpiworka”, co przywodziło na myśl scenę rzucania skóry przez węża oglądaną wspak. Księżyc wychynął już znad horyzontu, ale ujrzawszy Gejralta podczas tej osobliwej czynności natychmiast schował się z powrotem. Kiedy większość wejdźmina była już wewnątrz ‘pokrowca na patyk’, jak w myślach nazywał tę rzecz Zołman (aczkolwiek szybko się za to skarcił), Gejralt z zadowoleniem stwierdził, że w środku jest już Mlaskier. Grajek trzymał w rękach rzecz, którą dostał od Napastchwasta.
Teraz wejdźmin mógł przyjrzeć jej się lepiej. Przedmiot był dość spory, pękaty, wykonany z metalu przypominającego żelazo i opatrzony napisem w nieznanym języku. Napis ten głosił “Use extreme caution. Atomic Bomb.”
++++++Nie było to wielce interesujące, zatem Gejralt pogilał poetę pod paszkami. Potem Mlaskier pogilał Gejralta. Potem ekran spiesznie przeniósł się na śpiącego na pokładzie krasnoluda.

++++++Zołman obudził się. “No tak” – burknął do siebie. – “Ale żaden nie pomyślał, że trzeba trzymać wartę”.
Przez chwilę rozważał zajrzenie do “śpiworka” i zakomunikowanie swoich przemyśleń przyjaciołom, ponieważ jednak z wewnątrz legowiska dobiegały coraz dziwniejsze dźwięki, krasnolud wykoncypował, że najlepiej, najbezpieczniej i najmniej traumatycznie będzie samemu stanąć na warcie, i do tego się napić.

Ku jego zdziwieniu, ze śpiworka wytoczył się jakiś przedmiot. Był żelazny i kulisty, a na boku opatrzony był napisem w nieznanym języku. Dodatkowo przywykłe do ciemności oczy Zołmana dostrzegły, że na czubku tajemniczego przedmiotu znajdowała się jakby szklana płytka, pod którą co rusz zmieniały się świetliste symbole.
++++++“30…” “29…” “28…” “27…” “26…” – przemieniał się napis, który wygłaszały.
Symbole te nic krasnoludowi nie mówiły.
++++++Tajemniczy przedmiot powoli doturlał się do krawędzi łodzi i, chwilę później, przy mocniejszym zakołysaniu na falach, wypadł za burtę.
++++++Zapadła cisza morska. W tej ciszy można było niemalże usłyszeć szelest skrzydełek świetlików unoszących się nieopodal stadem nad taflą gładkiej wody. To znaczy, można by było usłyszeć, gdyby nie zagłuszały go odgłosy śpiworka, te jednak mózg krasnoluda przywykł odfiltrowywać w stu procentach. Było więc idealnie cicho.

Eksplozja nie była spektakularna.

++++++Powiedzieć o niej, że była spektakularna, to tak jak powiedzieć o Biblijnym Potopie, że “trochę pokropiło”.
Niebo rozświetliło się szalejącymi gromami, ryk rozbryzgujących się mas wody przypominał wzmocniony po tysiąckroć łoskot wyrżnijmnijskiego wodospadu Nieogara a sama woda zabłysnęła rażącym zielono-różowym kolorem.
++++++Medytujący w milczeniu od czterech tysięcy lat na szczycie odległej o setki tysięcy mil Góry Spokoju mnich umarł nagle na zawał serca.
++++++Dwa wulkany szykujące się do erupcji w okolicznym archipelagu wysp Hajaje popadły w kompleksy i postanowiły zostać zwykłymi górami. Za to ich mniejszy sąsiad, Gejzer Łukasz, z radości wytrysnął gorącą wodą na niespotykaną dotąd wysokość.
++++++Czterej Jeźdźcy Apokalipsy odwołali koniec świata. Po prostu nie było sensu.
++++++Niebo zakryły naelektryzowane chmury.

++++++– Gejralt! Gejralt! – usłyszał nad sobą głos Mlaskra. Powoli otworzył oczy.
++++++– Mówiłem ci! – ucieszył się Grajek. – Że żyje! Wisisz mi wiesz-co!
++++++Wejdźmin powoli podniósł głowę. Rozejrzał się.
Na brzegu jaskini, miotane rozbijającymi się o niego falami, leżały nieliczne kawałki łodzi. Nad nim stał, nieco poobijany, ale wciąż kompletny jeden jego przyjaciel, a drugi siedział na ziemi nieopodal; z tym tylko, że temu ostatniemu czegoś brakowało. Były to końce włosów, brody i wąsów, które były teraz dość krótkie i osmolone.
++++++Wejdźmin gwałtownie pomacał końcówki swoich własnych włosów. Ku jego uldze, były jednak na miejscu.
++++++– Co się…
++++++– Był sztorm! – wyjaśnił dramatycznie Grajek. – I się rozbiliśmy!
++++++– Ten “sztorm”, to może mógł mieć coś wspólnego z tą waszą zabawką, co? – powiedział krasnolud. – Zaraz po tym jak wpadła do wody…
++++++– Skąd wiesz o zabawce? – zdziwili się jednocześnie Gejralt i Mlaskier.
Krasnolud zmarszczył brwi.
++++++– Nie, zabawka jest wciąż. Tam – zachichotał Mlaskier.
++++++– He, he, he, he ,he – zawtórował mu Wejdźmin pokasłując.
++++++– Dobra, nieważne – przewrócił oczami krasnolud. – Idę sprawdzić czy głębiej w tej jaskini nie ma czegoś z czego moglibyśmy zbudować tratwę. Albo coś.
++++++Zołman zniknął w ciemności. Nie było go długo.
++++++Kiedy w końcu wrócił, usiadł na swoim poprzednim miejscu.
++++++– No i? – podniósł jedną brew wejdźmin.
++++++– Nie ma. W każdym razie nic pożytecznego.
++++++– A co jest?
++++++– Ciemno. I śmierdzi.
++++++– Hmm… no to być może spędzimy ze sobą tutaj resztę naszego życia… – zamyślił się Gejralt.
++++++– Jesteśmy w dupie – załamał ręce Zołman. – I to bez alkoholu!
++++++– Taak – odpowiedział ktoś.
++++++– No tak, kurwa, tak – zajęczał krasnolud, zanim uświadomił sobie, że głos nie należał do żadnego z jego przyjaciół. – Zaraz, słyszeliście to?
++++++– Taaak – odpowiedział głos.
++++++Zołman poderwał się na nogi i pobiegł do ciemnego zakamarka, z którego dobiegał głos. Kiedy stamtąd wyszedł, miał pod pachą rybę.
++++++– Dzieeń doobry – powiedziała ryba przeciągle. Wyglądała jak karp.
++++++– Dzień dobry – powiedział Mlaskier. – Rybo.

Gejralta zmrużył oczy.
++++++– Gadająca rybo, czy to przypadek, że jesteś tutaj akurat tu i teraz?
++++++– Gdyybym się tuu nie schowaał to bym juuż nie żyył… – powiedział karp. – Wypuśćcie mniee do woodyy…
++++++Zołman wzruszył ramionami i zrobił krok w stronę wyjścia jaskini, ale Gejralt powstrzymał go znaczącym spojrzeniem.
++++++– Nie rozumiesz? – podszedł i szepnął mu do ucha. – To jest Złota Rybka.
++++++– Skąd wiesz? Nie jest szczególnie… złota – odszeptał krasnolud. – Da się to jakoś sprawdzić?
++++++– Tak – szepnął wejdźmin. – Pani rybo. To znaczy panie rybo. Czy jest pan Złotą Rybką? Tylko szczerze.
++++++Karp milczał przez chwilę.
++++++– Taak – odparł w końcu ze zrezygnowaniem i przewrócił oczami, co wyglądało osobliwie, ponieważ był rybą. – Ech. No doooobra. Jak mnie wypuściiicieee, to speełnięęę waszee żyyyczeeeniee.
Gejralt uśmiechnał się szeroko.
++++++– Ha! Już nigdy nie zabraknie nam błyszczyka!
++++++– Nawet o tym nie myśl – zmarszczył czoło Zołman. – Sam żeś nas w to wpakował, to teraz ładnie zażyczysz sobie, żebyśmy teleportowali się do domu.
Gejralt podrapał się po głowie.
++++++– No, ee, zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce – powiedział. – Zołmanie, wypuść rybkę.
++++++Zołman, którego pacha była dość już mokra i klejąca od trzymanej pod nią ryby, podszedł do krawędzi jaskini. Zamiast jednak wypuścić stworzenie na wolność, zamarł.
++++++– Gejralt?
++++++– Tak?
++++++– Jakby to powiedzieć. Coś płynie prosto na nas.
++++++Mlaskier i Wejdźmin podbiegli do krasnoluda. Ujrzeli coś bardzo niecodziennego, nawet według ich standardów.
++++++W niedalekiej odległości pośród fal widoczna była wyspa. Wyspa ta wydawała się niewielka i piaszczysta, a na jej środku rosła palma. Ale nie to było najdziwniejsze. Wyspa bowiem dość szybko płynęła prosto na nich.

***

Plusk fal rozbijających się o piaszczystą plażę był już wyraźnie słyszalny. Stanęli mocniej na nogach, ale i tak wszyscy prawie się poprzewracali, kiedy wyspa uderzyła w brzeg jaskini.
++++++Towarzysze spojrzeli na siebie. Bez słów zapadła decyzja, że jakikolwiek ląd to i tak awans w porównaniu do spędzenia życia w jaskini. Pierwszy przeskoczył na wyspę Mlaskier, ponieważ zauważył tam rosnące na palmie kokosy. Za nim przeskoczył Gejralt. Następnie zrobił to Zołman. Karp, którego trzymał pod pachą wyślizgnął mu się i spadł na piasek. Szybko jednak przeteleptał się do wody i wystawił z niej głowę.
Gejralt postanowił nie tracić czasu.
++++++– Panie rybo! – krzyknął. – Skoro już jest pan wypuszczony, to czy nie pora na nasze życzenie?
++++++– He he – zaśmiał się karp. – Frajerzy. Ja stąd spadam! A wy sobie siedźcie na tej pięknej wysepce!
++++++– To.. Nie jest pan Złotą Rybką?
++++++– He he he he – zarechotała znowu ryba. – Ty tak serio?
++++++Ryba zniknęła pod wodą. Spod powierzchni jeszcze przez chwilę dobiegało stłumiony rechot.
++++++
++++++– Widzisz, Zołmanku – powiedział smutno Gejralt. – Nici z błyszczyka.
++++++– Błyszczyka?! – rzekł krasnolud. – Umrzemy tu z głodu! Jak powiesz teraz coś na temat, że przecież znaleźliśmy suchy ląd to…
++++++– Gejraalt – zagaił Mlaskier.
++++++– No?
++++++– A ja znalazłem złotą rybkę.

Wejdźmin odwrócił się w stronę przyjaciela i podążył wzrokiem za jego spojrzeniem. Dopiero teraz zobaczył w pełnej krasie wejście do jaskini, w której wcześniej się znajdowali. Wyglądało na to, że to nie wyspa dryfowała po oceanie, ale oni. O plażę oparty był obiekt. Wyglądał jak tył wielkich rozmiarów ryby. Właściwie ryba była znacznie większa niż wyspa. Jego powierzchnia pokryta była złotymi łuskami. Na samym środku znajdował się pewien otwór.
++++++Zołman otworzył usta i zamarł w takiej pozycji na dobre kilka minut. I bez słowa poszedł się wykąpać.
++++++– No – powiedział, kiedy już się umył. – To ona już chyba nie spełni żadnych życzeń. Eksplozja musiała ją zwyczajnie zapierdolić.
++++++Gejralt westchnął.
++++++– Oj, Gejralt – poklepał go krasnolud spoglądając na kilkanaście ton martwej Złotej Rybki. – Patrz na jasne strony. Z głodu to my tu jednak nie umrzemy.

Opowiadanie VIII – „W pajęczej sieci”

++++++Gdyby zebrać w jedną całość wszystkie chwile, kiedy wejdźmin mógł odpocząć pod dachem w cieple domowego ogniska, nie uzbierałby się nawet tydzień. Czasami udawało mu się spędzić dzień lub dwa w komnacie Fjutesta, jednak nie dłużej, gdyż król i tak nie dawał mu się wyspać. Łóżka w przydrożnych karczmach i miejskich tawernach z reguły były za drogie, a rzadko który właściciel zgadzał się na inną formę zapłaty. Niektórzy, w wyrazie wdzięczności za okazaną pomoc przy pozbyciu się potwora, proponowali jedzenie lub nocleg, ale z tego drugiego wejdźmin zazwyczaj rezygnował, gdyż często w nocy żona bądź córka gospodarza również chciała odwdzięczyć się w zgoła inny sposób. Zdarzają się jednak okazje, kiedy wejdźmin na swym szlaku znajduje kawałek bezpiecznego schronienia. I to za darmo.
++++++Dźwięk trzaskającego drwa w kominku dawał uczucie odprężenia, a mieniący się ogień przyjemne, ciepłe światło. Gejralt siedział wygodnie w wielkim fotelu i czytał książkę z nogami przewieszonymi przez boczne oparcie. Co jakiś czas zerkał na Zołmana, który pieczołowicie polerował trzonek swojego topora znalezionym gdzieś na strychu preparatem do drewna. Ciężko mu było się w tej sytuacji skupić, ale bardzo chciał dowiedzieć się czy Jaś i Małgosia wydostaną się z piernikowej chatki złej czarownicy, toteż robił co mógł i czytał, przykładając książkę niemalże do czoła (choć i tak co chwilę znad niej wyglądał…)
++++++Na dworze było zimno. Bo była zima, jak słusznie zauważył Mlaskier po wyjściu na zewnątrz, i który zażywał kąpieli w śniegu obok opuszczonej drewnianej chaty, w której wejdźmin i krasnolud próbowali sobie nawzajem nie przeszkadzać. Kiedy całkiem przemarzł na kość, wrócił do środka i udał się do pokoju kąpielnego, celem urządzenia sobie kąpieli ciepłej, tak dla odmiany. Po chwili jednak dołączył do reszty. Oczy miał duże i przerażone.
++++++– Co się stało, Mlaskruś? – zapytał wejdźmin unosząc głowę znad czytadła.
++++++– W wannie jest pająk. I nie mogę się umyć.
++++++– Ojej – powiedział Gejralt i wstał.
++++++Po drodze spytał Zołmana, czy nie boli go już ręka.
++++++W wannie rzeczywiście był pająk. Wejdźmin podniósł za nóżkę małą, czarną kuleczkę i wyniósł ją na zewnątrz, po czym wrócił do Mlaskra i ucałował go w nosek, z którego zwisały sopelki lodu.
++++++– Już – powiedział. – Idź się ogrzej, jesteś cały skostniały.
++++++Mlaskier poszedł, po czym znowu wrócił.
++++++– W wannie dalej jest pająk – powiedział.
++++++Gejralt ponownie odłożył książkę i powtórzył czynność, ale pająk znów powrócił. Za trzecim razem wejdźmin obiecał Mlaskrowi, że zostanie z nim podczas całej kąpieli. Bardzo krótką chwilę później obiecał mu także, że zaraz go rozgrzeje.

++++++Do uszu krasnoluda docierało zdecydowanie za dużo pluskania.
++++++Zołman zaklął.
++++++– Ciszej tam! – wrzasnął i wyjął ze swojej torby nauszniki z króliczego futra. Usłyszał, że może się przyłączyć. Westchnął. Zaczął energiczniej pocierać trzonek pastą. Przyglądając się coraz ładniej błyszczącemu się drewnu zorientował się, że nauszniki nie sprawdzają się w stu procentach. Natychmiast odłożył szmatkę i wstał biorąc ze sobą topór.
++++++– Zabije ich, kurwa, jak matkę kocham… – burknął.
++++++Drogę przeciął mu pająk. Zołman mógłby przysiąc, że macha do niego dwiema przednimi kończynami. Krasnolud zignorował go, ponieważ miał w planach coś większego do zabicia, ale ośmionóg znów stanął mu na drodze. Tym razem machał i podskakiwał. Krasnolud wzdrygnął się.
++++++– Gejralt! – wrzasnął, nie spuszczając robaka z oczu. – Wyłaź stamtąd! Ten pająk chyba czegoś od nas chce.

++++++Mlaskier kulił się na kanapie szczelnie owinięty ręcznikiem i z daleka przyglądał się przyjaciołom, którzy próbowali znaleźć wspólny język z przedstawicielem pewnego gatunku, za którym poeta akurat niespecjalnie przepadał.
++++++– No dobrze panie pająku – zaczął wejdźmin. – Podniesiona jedna nóżka będzie znaczyła tak, a jeśli podniesie pan dwie, powie pan nie. Zrozumiałe? – spytał Gejralt zakładając ręce.
++++++Pająk podniósł jedną nogę i zamrugał. Wejdźmin zachichotał.
++++++– Matko, jakie to urocze. No dobrze. Zacznijmy od początku. Co się stało, kim pan jest i dlaczego jest pan rozumnym pająkiem?
++++++Pająk rozejrzał się.
++++++– Jedna nóżka na tak, dwie na nie – przypomniał wejdźmin unosząc palec.
++++++Zołman pokiwał głową burcząc coś pod nosem i spojrzał w sufit. Zwrócił uwagę przyjacielowi, że na te pytania nie da się odpowiedzieć w umówiony sposób. Wejdźmin zastanowił się i przyznał mu rację.
++++++– Co pan tu robi? – zadał kolejne pytanie. – Nie, też nie. Czy jest pan człowiekiem?
++++++Pająk uniósł jedną nóżkę.
++++++– A nie prawda, bo jest pan pająkiem – jak słusznie według Mlaskra zauważył Gejralt. – Ale pewnie pomyślał pan że pytam, czy wcześniej pan był. Bo chyba nie chce mnie pan okłamać, czyż nie?
++++++Pająk spojrzał w bok i po chwili ponownie uniósł nogę, trochę mniej pewnie niż poprzednio.
++++++– Ja mam na imię Gejralt, jestem wejdźminem i pewnie umiałbym panu pomóc, ale nie wiem o co panu chodzi z tym byciem pająkiem.
++++++Pająk wzruszył kilkoma nogami na raz i odszedł na bok. Wszedł na odkorkowaną butelkę, spuścił się po nitce pajęczyny do środka i napił się wina.
++++++Wejdźmin spojrzał na połyskującą nić i zmarszczył się.
++++++– Umie pan wyplatać litery? – zapytał.

++++++Kilka kwadransów później starannie wyhawtowane znaki ozdobiły ścianę. Okazało się, że zaklęty w pająka jegomość ma na imię Jurek i niegdyś mieszkał w tym domu. Pewnego razu spotkał tajemniczą czarodziejkę, która obiecała spełnić trzy jego życzenia. Uradowany mężczyzna zażyczył sobie bogactwa, pięknej niewiasty z dużymi oczami oraz pałacu. Kiedy wieszczka zaprotestowała, przyszło mu być pająkiem. Owa czarodziejka mieszkała na krańcu lasu.

++++++– Jak dokładnie brzmiały jej słowa?
++++++Wejdźmin czekał cierpliwie aż Jurek wyplecie kolejne zdanie. Literka po literce przed jego oczami ukazała się treść.
++++++Gejralt odczytał ją na głos.
++++++– „Nigdzie nie będziesz mile widziany, twoją podłogą zostaną ściany, ludzie na twój widok będą krzyczeć, a ty lepiej uciekaj, jeśli chcesz zachować życie”
++++++Wejdźmin skrzywił usta.
++++++– To nie żadna klątwa, tylko słowa zaklęcia. Oszukała cię, Juruś. I to nie była żadna czarodziejka, tylko Wejdźma Pająkowa – wyjaśnił. – Do tego początkująca, bo musiała powiedzieć zaklęcie na głos.
++++++– Kto taki? – spytał Zołman.
++++++– Wejdźma Pająkowa – powtórzył Gejralt. – Taka jakby niedorobiona czarodziejka, co nie umie nic innego, tylko zamieniać w pająki.
++++++Krasnolud nie rozumiał, toteż wejdźmin tłumaczył dalej:
++++++– No te wejdźmy, Zołmanie, to są takie jakby „odpady” z Łoża Czarodziejek. Nie wszystkie dziewczyny się nadają. Te, które nie mogą się niczego więcej nauczyć, są wyrzucane ze szkoły. Zaszywają się wtedy w opuszczonych chatkach, na drzewach, w jaskiniach, na bagnach albo innym odludziu i nazywają siebie wejdźmami. Używają tego jednego zaklęcia, którego się nauczyły, żeby poprawić sobie humor. Są różne wejdźmy. Pająkowa, Kamieniowa, Czosnkowa…
++++++– Po co uczą je takich bzdur?! – wzburzył się Zołman.
++++++– Czarodziejki zaczynają naukę od najprostszych rzeczy. Jak któraś ledwo radzi sobie z zamienianiem jednej rzeczy w drugą, to znaczy, że czarodziejki z niej nie będzie. Tak samo jest z wejdźminami. Myślisz, że od razu umiałem wyczarować ogień? Na początku ledwo wychodziła mi iskierka i to do tego zimna. Nazwałem ją „Zimny ogień”. A wiesz, ile się musiałem nacałować, żeby nauczyć się wpływać na czyjąś wole? Masakra.
++++++– Tak jeszcze tylko spytam… – Zołman podrapał się po głowie. – W Homo Moher nie ma żadnych kobiet? I nie było?
++++++– Nie, a co?
++++++– Nic…

++++++Pająk Jurek zastukał piąstką w butelkę wina, aby zwrócić na siebie uwagę. Pytająco rozłożył przednie kończyny.
++++++– Racja – przyznał wejdźmin. – Nim wyruszymy, powinniśmy się napić.

++++++Droga na kraniec lasu była kręta, stroma i niewprawionego tropiciela mogłaby wyprowadzić na manowce. Wiła się niemal niezauważalnie pośród skrzypiących drzew i wystających ze śniegu gałęzi. Pająk Jurek jednak dobrze pamiętał tę drogę. Przemierzał ją wiele razy w snach, w których był człowiekiem trzymającym błyszczący i bardzo ostry miecz, którego końcówka wbita była w drewnianą ścianę. Pomiędzy jego ręką trzymającą ostrze, a ścianą, w które było wbite, była wejdźma.
++++++– Jureeek – zagaił Gejralt. – Weź chodź na chwilę i pokaż Mlaskrowi, że jesteś miły.
++++++Poeta tak bardzo bał się Jurka, że wejdźmin całą drogę niósł go na plecach. Pająk zatrzymał się nagle i podbiegł do niego. Zaczął podskakiwać i wskazywać kierunek. Mlaskier się popłakał.
++++++– O – powiedział Gejralt. – Jest chatka wejdźmy. Eee… – jęknął po chwili. – Myślałem, że będzie chociaż z piernika. Jak w tej książce.
++++++– Z… z piernika…? – wyłkał Mlaskier przez łzy.

++++++Chata wejdźmy w żadnym wypadku nie była jadalna. Ale była malutka, jak na przyzwoite lokum wejdźmy przystało. Zapadający się dach z krzywym kominem i połatane ściany porośnięte czarnym bluszczem sugerowały zachowanie ostrożności. Kiedy w końcu udało się odczepić zęby Mlaskra od sparciałego parapetu, Gejralt delikatnie zapukał w małe drzwiczki.
++++++– Przecież to się zaraz wszystko rozleci… – powiedział, kiedy jego oczom ukazała się wejdźma.
++++++Miała jakieś sto dziewięćdziesiąt lat i tak też wyglądała. Przypominała swój rozpadający się dom, tyle że zamiast bluszczem, była porośnięta głębokimi zmarszczkami i kępkami włosów w losowych miejscach na twarzy. Niektóre z tych kępek podnosiły się i przenosiły w inne miejsca na ośmiu szybkich nogach.
++++++– Dzień dobry – przywitał się Gejralt, który tym razem nie poczuł się zawiedziony. To była Wejdźma Pająkowa z prawdziwego zdarzenia.
++++++Sucha zgarbiona starucha wyjęła sobie jedno oko i przyjrzała się zadowolonej twarzy przybysza. Następnie rzuciła okiem w jego towarzyszy.
++++++– Czego tu? – wyrwała.
++++++Wejdźmin uśmiechnął się ukazując sznurek zębów.
++++++– Jaaa, patrzcie jaka fajna! – zwrócił się do przyjaciół odwracając głowę. – No aż normalnie nie mogę. Można?
++++++Mlaskier zemdlał. Wejdźma zostawiła otwarte drzwi i weszła do środka.
++++++– Jeszcze takich debili to nie widziałam… – mruknęła do siebie i rozpaliła ogień pod kotłem.

++++++Pająk Jurek wszedł na taboret i machając nóżkami spokojnie czekał aż wejdźmin załatwi sprawę. Póki co, niewiele na to wskazywało. Gejralt, jak gdyby nigdy nic, oglądał wnętrze chatki i przyznał jej właścicielce, że lepiej sobie tego nie wyobrażał. Pierwszy raz spotkał wejdźmę. Wejdźma z kolei przyglądała się Zołmanowi mrucząc coś pod nosem i doprawiała bulion, co jakiś czas mieszając wywar drewnianą chochlą. Krasnolud w końcu ocucił Mlaskra, ale kazał mu nie otwierać oczu. Gejralt uspokoił go Znakiem i dał mu szyszkę do pociumkania. Zniecierpliwiony Jurek w końcu pociągnął wejdźmina za nogawkę.
++++++– A tak, bo właśnie – zaczął wejdźmin. – Mam taką prośbę. Kiedyś zamieniłaś pewnego poczciwego człowieka w pająka.
++++++– I to nie jednego – skwitowała wejdźma, zanosząc się skrzeczącym rechotem.
++++++Gejraltowi się to nie spodobało.
++++++– Nie możesz tak po prostu zamieniać ludzi w pająki – powiedział.
++++++– Mogę – odrzekła wejdźma i skinęła dwa razy palcem.
++++++Stojący obok Gejralta Zołman i Mlaskier natychmiast się skurczyli. Mlaskier tak się siebie wystraszył, że zaczął przed sobą uciekać. Zaplątał się w swoją własną sieć. Zołman poszedł mu pomóc, ale na niewiele się to zdało, bo sam też był pająkiem. Jurek złapał się za głowę. Gejralt znieruchomiał. Wejdźma schwytała Zołmana w szklankę i razem z tą szklanką wrzuciła go do kotła. Następnie go odczarowała. Krasnolud stał do połowy w podgrzewającym się bulionie. Próbował się ruszyć, ale w kotle było zbyt ciasno. Wlepił wzrok w Gejralta.
++++++– A ty kochasiu – rzekła wejdźma do wejdźmina zacierając ręce – posłużysz mi do czegoś innego.
++++++– Do…? Czego?… – Gejralt cofnął się o krok.
++++++– Z twoich błyszczących żółtych oczu zrobię sobie kolczyki, z twoich perłowych ząbków naszyjnik, a z twoich gęstych, srebrnych włosów szalik na drutach – zamyśliła się. – Zawsze chciałam mieć srebrny szal – powiedziała, po czym wróciła do złowieszczego tonu:
++++++– Ale zacznę od tego, co masz między nogami – wejdźma uśmiechnęła się paskudnie.
++++++Wejdźmin zrobił kolejny krok w tył.
++++++– I…? Co to będzie? Też szalik? – zagadywał, cofając się w stronę okna. Siedzący na parapecie czarny kocur zasyczał wystawiając kły. Gejralt bardzo powoli wziął go na ręce. – Czyli mnie akurat nie chcesz zamienić w pająka?
++++++– Oczywiście, że nie – odparła zalotnie, ukazując jedyną pozostałość sugerującą niegdyś posiadane uzębienie.
++++++– A w kota trafisz? – rzekł tuląc zwierzę. – Czy to już za trudne dla nieprawdziwej czarodziejki?
++++++Wejdźma zmarszczyła się szpetnie. Burknęła coś w złości i buchnęła zaklęciem w stronę kocura. Wejdźmin natychmiast wypuścił futrzaka z rąk. Wiązka czerwonego światła mknęła tnąc powietrze. Swą drogę skończyła na wejdźminie. Gejralt upadł na osiem czarnych nóg i wmieszał się w tłum podobnych sobie.
++++++Wejdźma złapała się za głowę. Próbowała nie zgubić go z oczu – w końcu miała co do niego ściśle określone plany – jednak mieszające się ze sobą pajęczaki wyglądały dokładnie tak samo. Zorientowała się, że teraz już nie wie który jest który. Zaczęła strzelać zaklęciami, ale ciągle nie mogła trafić w tego, w którego chciała. Przypadkiem odczarowała Mlaskra, który na widok tylu pająków, zaczął piszczeć bardzo wysokim jednostajnym dźwiękiem. Jej chata z zewnątrz pobłyskiwała łunami światła wydobywającymi się przez brudne okna, a z jej wnętrza co rusz wybiegali przypadkowi ludzie. Zestresowana wejdźma zaczęła mylić zaklęcie odczarowania z zaczarowaniem. Mlaskier piszczał coraz wyżej, tworząc pęknięcia na szklanych przedmiotach. Zołman zdołał przewrócić kocioł, w którym się znajdował, i wyturlał się z chatki taranując drzwi i połowę ściany. Ucieszył się, ale szybko spostrzegł stromy minus tego czynu. Mina mu zrzedła.
++++++Wejdźma wrzeszczała goniąc swoje ulubione zatyczki do uszu, które schowały się pod łóżkiem wraz ze świecznikiem, szklaną rybą i parą kalesonów. Do środka z hukiem runął komin.
++++++– Nie! – powtarzała próbując odczarowywać rozbiegające się pająki. Nagle spostrzegła, że jeden z nich w ogóle się nie rusza. Strzeliła w niego zaklęciem i uradowana uniosła ręce w górę. Gejralt błyskawicznie chwycił Mlaskra i wyskoczył z nim przez okno, wprost na zaspę śniegu, która stłumiła pisk nie do wytrzymania.
++++++– Geeejraaalt…!!! – darł się Zołman, który toczył się w dół powoli zamieniając się w pierwszą część bałwana.
++++++Wejdźmin zatrzymał go Znakiem – dało mu to jakieś pięć minut czasu. Wrócił do środka. Wejdźma natychmiast wskoczyła mu na plecy.
++++++– Jurek! Gdzie ty jesteś?! – zawołał, próbując zrzucić z siebie staruchę. Na szczęście miała tylko metr dwadzieścia wzrostu i była lekka jak spróchniałe drewno, więc zbytnio mu nie przeszkadzała.
++++++Jeden z pająków zaczął znajomo podskakiwać. Gejralt wypowiedział słowa zaklęcia i wycelował w niego ręką wejdźmy, a właściwie trzymanym w niej drutem, z zaczętym już srebrnym szalikiem.
++++++– Nosz! – zdziwił się Gejralt. – Jak?! Kiedy?!
++++++Mężczyzna podniósł się z ziemi i z niedowierzaniem spojrzał na swoje starcze dłonie. Wejdźmin przerzucił szydełkującą wejdźmę przez plecy wprost na łóżko, które złamało się na pół.
++++++– Krystyna?… – usłyszał.
++++++Starszy, zgarbiony pan stojący na środku tego, co pozostało z chatki wejdźmy, wpatrywał się w nią z niedowierzaniem.
++++++– Jurek?… – odparła wejdźma.
++++++Wejdźmin oparł ręce na biodrach.
++++++– Ktoś mi wyjaśni, co tu się do jasnej ciasnej dzieje? – zapytał.
++++++– To Krystyna… – wyszeptał Jurek. – Jako pająk widziałem bardzo niewyraźnie… Teraz widzę… Tyle lat…! Krysiu…! – krzyknął starzec i wpadł w objęcia wejdźmy. – Moja pierwsza miłości!

++++++Okazało się, że wtedy przed laty, kiedy wejdźma Krystyna podająca się za czarodziejkę spotkała Jurka, ten nie rozpoznał w niej swej pierwszej młodzieńczej miłości, gdyż nie miał na to najmniejszych szans. Zamaskowana wejdźma, rozzłoszczona jego ignorancją, postanowiła się zemścić. Pod przykrywką trzech życzeń chciała poznać to, czego mężczyzna pragnie najbardziej. Ponieważ żadne z marzeń nie dotyczyło jej samej, zamieniła go w pająka.
++++++Wejdźmin pomyślał, że to strasznie bzdurna historia miłosna i wyszedł na dwór wykopać Mlaskra spod zaspy śniegu. Jak się okazało po jego wyciągnięciu, poeta wciąż piszczał i choć Gejralt robił już absolutnie wszystko, żaden ze sposobów zatkania mu buzi nie pomagał.
++++++– Dobra, trudno – powiedział w końcu i ustawił go w pozycji klęczącej.
++++++Już miał odwołać się do ostateczności, kiedy chatka wejdźmy zadrżała w posadach i runęła na ich tle.
++++++Mlaskier zamilkł.
++++++Wejdźmin przygryzł wargę. Postanowił nie mówić poecie, że w środku byli ludzie.
++++++– Mlaskier? – zapytał. – A gdzie jest Zołman?
++++++Kiedy wejdźmin Gejralt przypomniał sobie ostatni raz kiedy widział krasnoluda i natychmiast pobiegł go ratować, spod opadającego pyłu na stosie cegieł, wyłoniła się nóżka, a zaraz potem siedem kolejnych. Nóżki te wciągnęły na szczyt gruzowiska kolejne osiem kończyn. Właściciel pierwszych nóg zaczął na nich podskakiwać, a właścicielka drugiego zestawu sprytnych kończyn opleciona była pięknym, srebrnym szalem zrobionym z własnej, pajęczej sieci.

KONIEC

Opowiadanie VII – „Tajemnica zaczarowanej mandarynki”

Pan Żupan sam już nie pamiętał, jak miał naprawdę na imię. Wszyscy nazywali go tak od czasu, kiedy jako mały chłopiec potknął się o grabie i wpadł do pojemnika na kompost. Nikt nie wiedział, co to ma ze sobą wspólnego. Pan Żupan zatem pogodził się ze swoim przydomkiem i zwykł reagować na niego jak na swoje prawdziwe nazwisko, a nawet umieszczać go na różnego rodzaju oficjalnych dokumentach. Pan Żupan mieszkał w zwykłej kamienicy w niewyróżniającej się mieścinie na obrzeżach królestwa Króla Fjutesta i poza tajemniczym pseudonimem nie było w nim nic nadzwyczajnego.
++++++Codziennie rano Pan Żupan kupował pieczywo na miejskim straganie, wracał do domu i jadł jajecznicę z czterech jajek i wszystkiego, co zostawało w lodówce po ostatniej kolacji. Mieszkał sam, mimo niespełna czterdziestu lat nigdy się nie ożenił. Imał się różnych zajęć: a to pracował jako ogrodnik w podmiejskich rezydencjach należących do tych, którym poszczęściło się bardziej, a to, za drobne opłaty, świadczył usługi polegające na czyszczeniu podków koni przejeżdżających przez miasto dyliżansów.
++++++Pan Żupan z charakteru był dość nudny, a jego życie obfitowało jedynie w monotonię i codzienny zastrzyk czarno-białej i podręcznikowo nieciekawej rutyny. Pan Żupan był z tej sytuacji niezwykle zadowolony. A jednak, jak to jednak bywa z różnymi rzeczami, także i ta miała się kiedyś zmienić.
++++++– Bułki wyszły – powiedział właściciel straganu.

++++++Sprzedawca, którego Pan Żupan nie kojarzył z widzenia, ubrany był w długi, brązowy płaszcz z postawionym kołnierzem, nisko naciągnięty kapelusz i grube okulary. Jego nos i wąsy wyglądały dość dziwnie, jakby były przyczepione do okularów za pomocą dwóch małych klipsów. Rozglądał się nerwowo. Pan Żupan spojrzał na niego uważnie. Brak pieczywa w każdym wzbudziłby wątpliwości co do uczciwości i rzetelności kontrahenta.
++++++– A co jest? – zapytał ostrożnie.
++++++– Wtorek – odparł sprzedawca. – I mandarynka.
++++++– Mandarynka?
++++++– Tak jest. Egzotyczny owoc z najdzikszych zakątków Afri-ki-ki. Polecam, jedyna taka na rynku.
++++++Pan Żupan powstrzymał się od wypowiedzenia na głos myśli, że na tym konkretnym rynku były tylko trzy stragany. Ten sprzedawał artykuły spożywcze, drugi garnki, a trzeci handlował kiedyś pamiątkami, ale został zamknięty, bo sprzedawcy szkoda było się rozstawać ze swoimi artykułami. W końcu to pamiątki.
++++++– A bułki? – Pan Żupan podniósł jedną brew przyglądając się z bliska egzotycznemu owocowi, który sprzedawca położył na ladzie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział. Straganiarz skoncentrował na nim swój rozbiegany wzrok.
++++++– Nie ma. Jest mandarynka. Bierze pan, czy nie? – przez chwilę wydał się podirytowany, ale po chwili na jego twarzy pojawił się na powrót nieco wymuszony uśmiech. – Wie pan. Podobno ma magiczne właściwości.
++++++– Ale ja tylko chcę zjeść śniadanie… Proszę mi powiedzieć, czy ta ‘mandarynka’ nadaje się na śniadanie? Jakie właściwości?
++++++– To tajemnica. Ale na pewno będzie pan zadowolony. Odstąpię ją panu za pół ceny.

++++++Żupan przez chwilę zastanawiał się, dlaczego jego poranek postanowił zrobić mu taką nieprzyjemność, jak nieprzewidziana zmiana w jadłospisie. Niezależnie jednak od tego jaka będzie jego zawartość, mógł jeszcze uratować normalność swojego niezmiennego porządku dnia, i zjeść w końcu to cholerne śniadanie.
++++++– No dobrze – burknął. Ile płacę?
++++++– No, ee… Niech stracę – z jakiegoś powodu właściciel straganu uśmiechał się teraz od ucha do ucha. – Tak zdecydowanemu klientowi ten wspaniały frykas należy się za darmo.

++++++Owoc leżący na stole w niczym nie przypominał standardowych plonów szeroko dostępnych u licznych rolników królestwa. Pokryta pomarańczową skórką kulka wydzielała osobliwy, kwaśno-słodki zapach. Pan Żupan nie miał ochoty na więcej niepotrzebnych odstępstw od swoich codziennych rytułałów, i dlatego uznał, że tak samo jak cebulę, ziemniak, buraka czy jajko, swój nowy nabytek najlepiej będzie pokroić a następnie usmażyć na patelni okraszonej dużą ilością smalcu. Kiedy jednak zbliżył się do owocu z nożem gotowym do siekania i ćwiartowania, w głowie zadźwięczały mu słowa sprzedawcy “ma magiczne właściwości.”
++++++Zamarł w miejscu. Panu Żupanu, człowiekowi odpowiedzialnemu i praktycznemu, nie uśmiechało się uwalnianie bogowie-wiedzą-jakich ‘magicznych’ skutków dotykania egzotycznego owocu zbyt pochopnie. Sprzedawca obiecał, że będzie zadowolony, ale co to właściwie znaczy? Mama czytała mu w dzieciństwie wypożyczone z biblioteki zwoje z Baśniami Tysiąca i Dwóch Kocy. Magiczne przedmioty czasem dawały właścicielom wspaniałe przymioty: bogactwo, nadnaturalną siłę albo życie wieczne. Znacznie częściej jednak skutki kontaktów z nimi były opłakane. Mógłby o tym zaświadczyć chłopiec, który najpierw postanowił założyć tylko jeden siedmiomilowy but, albo ksiżniczka co zaszła w ciążę z tyczką-wędrowniczką, która następnie dała nogę i nikt jej więcej nie widział.
++++++Prywatny protokół postępowania w nieprzewidzianych sytuacjach Pana Żupana przewidywał w takim wypadku tylko jedno: konsultację z niezaangażowaną osobą trzecią, która potrafi dostarczyć obiektywnej analizy zaistaniałego wydarzenia w postaci werbalnej. Mówiąc krótko, Pan Żupan wykoncypował, że bezpieczniej będzie zapytać o zdanie sąsiada.

++++++– Tak to jest – powiedział pan Niesioł autorytatywnie. – Jak się nie dokonuje świadomych zakupów. Komu jak komu, Panu Żupanu, ale panu to powinno się więcej oleju w głowie jawić. Dobrze, żeś chociaż pan tego nie zjadł.
++++++– No to jak sąsiad myśli – odparł świeżo upieczony właściciel mandarynki. – Co z tym zrobić? Kroić strach, bo nie wiadomo co to za czary w środku czyhają, zjeść tym bardziej, bo kto wie jak to się skończy, trzymać w domu tak bez sensu, to bez sensu… wyrzucić może?
++++++– Absolutnie nie wyrzucać! Jeszcze jakaś klątwa za to na dom spadnie. Ja, panie, sąsiad powiem tak – powiedział sąsiad. – Igrać z czarami sensu nie ma. Słyszałeś pan o tej wieszczce co to przewidziała naszej Kasieńce, że trzy dni i trzy noce później na placu defiladowym spotkać miała miłość swojego życia?
++++++– Ale to się akurat sprawdziło. Kasieńka szczęśliwie mężata przecież.
++++++– Tak, ale ponoć dwa tygodnie później ta wieszczka wpadła pod pędzący dyliżans. Mówię panu, igrać z magią to strach, zabobon i choroba.
++++++– To co robić?
++++++– Może jest pewien sposób. Znam ja takiego księgowego, co ma taką szwagierkę, co jej męża na trakcie do Vinogradu uratował pewien wejdźmin. Czarownik ponoć, na klątwach, urokach i różnych nieznajomych lichach zna się wyśmienicie. Mogę pana, panie sąsiad, jakoś z nim skontaktować.
++++++Pan Żupan westchnął przeciągle. To miał być całkowicie zwyczajny dzień. Pomyślał jednak, że jak cieknie rura w wannie, to wzywa się hydraulika. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Wizyta czarownika potraktować można podobnie. I życie wróci do normy. Przytaknął powoli, podziękował panu Niesiołowi, i, nie zbliżając się więcej na wszelki wypadek do tajemniczego obiektu, poszedł do pracy.

++++++Tego samego wieczoru, kiedy Żupan, ubrany w swój ulubiony szlafrok w romby i zygzaki, szykował się już do snu, od strony drzwi jego mieszkania dobiegło pukanie. Brzmiało zupełnie, jak rytm biesiadnej melodii skomponowanej przez słynnego trubadura, Miszcza Mlaskra, pod tytułem “Idę równo, wdepnę w błoto”. Pan Żupan, przykładny obywatel, rozważał przez chwilę udawanie, że nie ma go w domu, tak jak zwykł to robić kiedy spodziewał się wizyt poborców podatkowych, domokrążców lub swojej mamy, ale w końcu udał się powolnym krokiem do wejścia i otworzył klapkę pozwalającą zobaczyć, kto jest po drugiej stronie.
++++++Przez chwilę wydawało mu się, że pomylił pory dnia, i na niebie wciąż świeci pełne słońce, ale, kiedy jego źrenice zmniejszyły się do rozmiarów ziarenek maku, zorientował się, że to tylko blask lamp ulicznych odbijających się w wysadzanej cekinami, wypolerowanej perfekcyjnie kolczudze przybysza. Pan Żupan chciałby zapytać, kto go odwiedził, ale ten zamiar udaremniła ręka, która wsunęła się przez klapkę od zewnątrz i potargała go za nos.
++++++– A kto to sobie tak tutaj wygląda? – powiedział pieszczotliwie głos. – Hi, hi. Podobno jest tutaj zadanie dla wejdźmina? Straszna klątwa? Morderczy potwór?
++++++– W zasade do ne do kodca wadomo – Pan Żupan próbował jednocześnie odpowiedzieć i oswobodzić nos. – Prope popekać, zaraz bana wbuszcze.
++++++Kiedy wejdźmin zabrał w końcu rękę z jego twarzy, Żupan otworzył drzwi, ale te zatrzymał zabezpieczający łańcuszek. Odhaczenie nie było jednak konieczne, bo chudy wejdźmin po prostu wszedł do środka przez uchyloną szparę.

++++++– Nie wiem co to jest – powiedział Gejralt po krótkich oględzinach tajemniczej mandarynki i odwrócił się na pięcie, idąc w stronę wyjścia z obojętną miną.
++++++– Zaraz, panie wejdźmin – zatrzymał go Żupan. – Ja nie mam do kogo z tym pójść. Jak teraz spać w jednej chałupie z tym… czymś? Sąsiedzi już gadają, klątwa na człowieku ciąży nie wiadomo jaka, dotknąć to to strach…
Wejdźmin przystanął.
++++++– Ja to zawsze dam się przekonać facetowi w szlafroku – powiedział do siebie.
++++++– No dobrze – dodał głośno. – Ale będę potrzebował patyk i dwa małe kamienie.
++++++– Do odprawienia egzorcyzmu?
++++++– Do zabawy. Z czarami poradzę sobie bez rekwizytów.

++++++Po dokładniejszych oględzinach, Gejralt doszedł do wniosku, że magia zawarta w tajemniczym owocu musiała być stworzona przez nie byle jakiego czarodzieja. Nie dawała bowiem żadnych standardowych symptomów: medalion z serduszkiem ani drgnął, owoc nie świecił w ciemności, a wypity przez wedjźmina eliksir Dziobak tylko sprawiał, że użytkownik znosi jajko, więc także nie okazał się pomocny.
++++++– Nic… – mruknął trzymając głowę tuż przed leżącą na stole mandarynką. Pan Żupan również przyglądał się owocowi z bliska.
++++++– Może nie jest taka niebezpieczna? – zasugerował. – Na razie nic złego mi nie zrobiła.
++++++– Może – odparł wejdźmin po namyśle. – Ale ryzyko jest duże. Nieznajome czary bywają trudne do wykrycia. Możliwe też, że jest to przykład magii naturalnej, która po prostu jest obecna w niektórych bardzo rzadkich roślinach, a w takim przypadku skutki i prewencja mogą być niemożliwe do określenia.
Już mieli zakończyć obserwację, kiedy rozległ się przeciągle niski, dziwny odgłos.
++++++– Przepraszam – Gejralt uśmiechnął się nieśmiało. – Jadłem fasolę na śniadanie.

++++++Pan Żupan uznał, że robotę najlepiej pozostawić specjaliście, więc oznajmił, że idzie spać. Obejrzał się jeszcze za siebie pełnym wątpliwości wzrokiem i zniknął w sypialni.
Wejdźmin zaniósł mandarynkę do salonu, na wszelki wypadek trzymając ją przez specjalną szmatkę nasączoną anty-magicznymi wywarami i pachnidełkiem fiołkowym. Następnie położył przedmiot na stole, usiadł w fotelu i czekał.
++++++– Szkoda, że nie ma ze mną Mlaskra – powiedział do owocu. – On by po prostu cię zjadł i byłoby po problemie. Ale ja nie zaryzykuję. Możesz być pełna zaklęć takich jak “Zła fryzura do końca życia” albo “Brudne paznokcie codziennie”. Nie ma mowy. I nie patrz tak na mnie.

Mandarynka nie odpowiedziała.

Wejdźmin odczekał jeszcze jakiś czas, ale nie zaobserwowawszy żadnych niepokojących wydarzeń podniósł się z fotela.
++++++– Ach, ale chce mi się spać. No trudno, nic więcej dzisiaj nie mogę zrobić – rzekł głośno i teatralnie. – Jakiekolwiek duchy zaklęte są w tym zaczarowanym owocu, są ponad moje siły. Idę sobie i absolutnie nic nie poradzę.
++++++Poszedł w stronę wyjścia, i kiedy już miał, niby od niechcenia, nacisnąć klamkę, odwrócił się gwałtownie i skoncentrował wszystkie swoje siły na stworzeniu potężnego magicznego znaku. Stanął na jednej nodze, zarzucił włosami i podniósł ręce w powietrze.
++++++– Fay- Foo – Ss! – krzyknął.
++++++Pomieszczenie rozświetliło się niebieskim blaskiem tak jasnym, że w kilku sąsiednich królestwach powstały nowe religie. Rozległ się przeraźliwy dźwięk trąb bojowych a księżyc odwrócił się do ziemi drugą stroną i już tak został, co spowodowało duże zamieszanie w kręgach akademickich Fjutesckiej Akademii Nałóg, oraz kilka katastrofalnych powodzi.
Kilka sekund później blask ustał, a wejdźmin poprawił sobie włosy. Poczekał jeszcze, aż zacznie cokolwiek słyszeć. Podszedł do leżącej na stole mandarynki i pomachał przed nią swoim medalionem z serduszkiem.
++++++– Nic – stwierdził. – Uparta jesteś. Trzeba będzie sięgnąć bo bardziej skomplikowane metody.

++++++Kiedy Pan Żupan o poranku wyszedł ze swojej sypialni, nie do końca wiedział, gdzie się znajduje. Cały salon jego niewielkiego mieszkania pomalowany był na czarno. Ściany pokrywały liczne wypisane kolorową kredą symbole magiczne. Zniknęły gdzieś wszystkie meble, z wyjątkiem stolika, na którym wciąż leżała mandarynka i małej poduszki, na której w pozycji lotosu siedział wejdźmin i medytował. Na czubku jego głowy stała zapalona świeczka, a w ustach trzymał coś, co wyglądało jak połączenie starożytnego totemu i zwykłego patyka. Wszystkie okna zostały zamurowane a zamiast żyrandola na suficie zwisał strach na wróble. Z kuchni wyjrzała na niego małpa, która z głośnym piskiem schowała się i zatrzasnęła drzwi.
++++++Żupan wydał z siebie cichutkie “Ee…”, co zwróciło na niego uwagę wejdźmina. Ten wypluł dziwny przedmiot i zgasił poślinionymi palcami zdobiącą jego głowę świecę.
++++++– No niech się tak nie wytrzeszcza – powiedział. – Ważne jest to, czy zadziało.
++++++– A… zadziałało? – wydusił z siebie Żupan po dłuższym milczeniu.
++++++– Zasadniczo… nie – odparł wejdźmin. – Ja to już nie wiem. Albo ta mandarynka jest aż tak bardzo magiczna, że nawet ja nie potrafię nic z tym zrobić, albo to jest kwestia przeznaczenia.
++++++– AAAAA!!! – wydarł się Pan Żupan bez widocznego powodu.
++++++– No już cichutko – pocieszył go Gejralt. – Możemy jeszcze spróbować starożytnego rytuału Abra-Barabra, ale będziemy potrzebować żywego słonia i czterdziestu siedmiu kulawych chomików…
++++++– Nie! Nie ma mowy. Ja to zjem po prostu! Zjem i jak mi wyrośnie trzecia noga to już i tak lepsze niż… to! Jem to!
++++++Wejdźmin zagrodził mu drogę.
++++++– Proszę pamiętać o ryzyku. Jeśli ukryte jest w tym owocu jakieś złe zaklęcie, trzecia noga to akurat najlepsze co mogłoby pana spotkać.
++++++Pan Żupan opadł na podłogę pod ścianą i schował twarz w dłoniach. Wejdźmin usiadł obok niego.
++++++– No i co ja teraz zrobię? – powiedział żałośnie.
++++++– Spokojnie, ja też nie mam pojęcia, co dalej – pocieszył go Gejralt.
++++++Siedzieli tak jeszcze przez trzy kwadranse. Owoc złowrogo był sobie na stole i się nie ruszał. Wejdźmin podniósł w końcu głowę jakby nad czymś myślał, podrapał się po niej i wstał.

++++++Pani Halina była zwykłą kobietą mieszkającą w całkowicie zwyczajnym mieście. Tego dnia na targu zamierzała kupić dwa kilo mąki i galon mleka. Zawsze kiedy odwiedzali ją wnukowie robiła przepyszne naleśniki z jagodami i dżemem truskawkowym. Zwykła kupować potrzebne jej składniki na jedynym stojącym tam straganie, który oferował artykuły spożywcze, jednak w świetle bieżącej gospodarki oraz swojej własnej, skromnej emerytury wolała sprawdzić, czy nowy, czwarty stragan, który właśnie zauważyła nie przedstawia korzystniejszej oferty. ++++++Sprzedawca uśmiechnął się szeroko.
++++++– Dzień dobry – powiedział. Robił dość sympatyczne wrażenie, a jego srebrne włosy z różowym pasemkiem nie mogły nie intrygować.
++++++– Czy mąka i mleko są? – zapytała Helena marszcząc brwi.
++++++– Nie ma – pokręcił głową sprzedawca.
++++++– A co jest?
++++++– Mandarynka. Wie pani, podobno ma magiczne właściwości…

Opowiadanie VI – „Codzienność”

Niski, łysy mężczyzna o groźnej minie spoglądał na wejdźmina spode łba i z założonymi rękami kręcił głową.
++++++– Poza tym, jest wykształcony muzycznie – przekonywał Gejralt. – Potrafi grać na siedmiu instrumentach i bardzo ładnie śpiewa.
++++++Mężczyzna odchylił się lekko w bok, by spojrzeć na zachwalany towar, który za plecami wejdźmina jadł błoto. Błoto to powstało zaraz po tym, kiedy pracownik sklepu rybnego wylał wiadro wody po oczyszczeniu świeżej partii ryb.
Gejralt nadymał usta.
++++++– Artyści tak mają – wytłumaczył. – Poza tym, to poeta. Pisze pięknościowe wiersze i ballady. Potrafi wszystko ubrać w odpowiednie słowa. Wystarczy dać mu lutnię.
++++++– O – rzekł Mlaskier, który znalazł coś w błocie i… – Robal – …zjadł dżdżownicę.
++++++– Najlepiej występuje grubo po północy, jak już wszyscy klienci są dobrze wstawieni – poradził Gejralt.
++++++– Wynoście się stąd – powiedział w końcu łysy mężczyzna. – Szukam prawdziwych muzyków. Nie zatrudnię Flamastra, czy jak mu tam, na występy w mojej karczmie dziś wieczorem. Ani w ogóle nigdy. Do widzenia się z panią.

Wejdźmin położył rękę na swoich grających marsza kiszkach. Sam jako taki był przyzwyczajony do uczucia głodu i mylenia go z kobietą, jednak jego towarzysze nie mieli tego komfortu. Od kilku dni nie znalazł żadnego zlecenia. Trzeba było nawet sprzedać lutnię Mlaskra i dać pod zastaw wejdźmińskie miecze w zamian za kilka groszy. Upał doskwierał im coraz silniej. Zołman podejmował się wszelkich prac fizycznych, a wejdźmin rozważał nawet zostanie kurtyzaną. Niestety odpadał z każdego castingu w jakim brał udział, ze względu na „brak wymaganych części ciała, a nawet o jedną za dużo”.
Gejralt przetarł czoło.
++++++– Mlaskier, wypluj tę dżdżownicę… – westchnął.
++++++– Jestem głodny – oznajmił poeta grzebiąc w błocie.
++++++– Zaraz coś wymyślę, chodź. Najpierw umyjemy rączki.

Gejralt odkręcił kurek jednego z miejskich źródełek, którego wnętrze z wielkim trudem opuściła jedna kropelka wody.
++++++– Pssseprasssam najmocccniej – rozległ się nieznajomy głos należący do dziwnie długiej i chudej postaci w czarnym płaszczu, która pojawiła się znikąd. – Niechcącccy usssłyszałem pańssską rozmowę sss karcccmazzzem. Czy na ten psssykład, nie wie pan psssypadkiem, która jest obecccnie godzina?
++++++– Co?… – zdziwił się Gejralt i chcąc podzielić się tym zdziwieniem z przyjacielem spojrzał w jego kierunku.
++++++Ku jego większemu zaskoczeniu, Mlaskra nie było przy źródełku. Na ziemi leżał jego beret z piórkiem z tylnej części pawiokołaka. Wejdźmin ponowie okręcił się, ale tajemniczy jegomość również rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając po sobie jedynie czarny płaszcz. Ludzie na ulicach zachowywali się jak dotychczas i nic nie wyglądało inaczej niż wcześniej.
++++++Wejdźmin podniósł nakrycie głowy przyjaciela, zajrzał pod spód i przetarł oślepione gorącym słońcem oczy.
++++++– Mlaskier, jesteś ty tam?

Drzwiczki buchającego żarem pieca otworzyły się skrzypiąc. Parujący ogień rozżarzonych do czerwoności węgli zasyczał. Do środka wsunęły się wielkie, żeliwne szczypce. Na ich drugim końcu znajdował się Zołman. Krasnolud wyłowił kawałek rozgrzanego żelaza i umieścił go na kowadle. Zamachnął się potężnym młotem.
++++++– Zołmanie! – wrzasnął Gejralt, wyprowadzając krasnoluda z równowagi. Młot runął na kowadło, wystrzeliwując żarzący się odłamek w kierunku wejdźmina.
Ten zdążył się uchylić.
++++++– Boże Święty, uważaj trochę – rzekł.
Krasnolud opanował nerwy i spojrzał na przyjaciela.
++++++– Zołmanie, Mlaskier zniknął – zaczął wejdźmin.
++++++– Jak to „zniknął”?
++++++– Spuściłem go z oczu zaledwie na moment. Przyszedł jakiś pan w długim czarnym płaszczu do samej ziemi i zapytał która godzina, a potem…
++++++– W czarnym płaszczu – przerwał mu Zołman. – Gejralt, jest czterdzieści stopni w cieniu.
++++++– No ale…

Wejdźmin przetwarzał argumenty Zołmana sącząc napój, który od niego dostał, i przyglądał mu się w ciszy. Według krasnoluda sprawa była prosta, a Mlaskier miał zrobić to co zwykle i pobiec za czymś, co zwróciło jego uwagę.
++++++– Idź na niego poczekaj gdzieś w cieniu, bo jak wróci i cię nie będzie, to się wystraszy – krasnolud ponownie uderzył młotem w kowadło, tym razem celnie. – A teraz wynoś mi się stąd, ja tu pracuje, chyba jako jedyny.
++++++– No muszę przyznać, Zołmanie, że praca fizyczna ci służy – skomentował Gejralt.
++++++– Spierdalaj stąd powiedziałem.
++++++Gejralt stał dalej i podziwiał krzepkie, zlane potem ciało krasnoluda. Ten z kolei chwycił drewniany trzonek i wycelował nim w wejdźmina.
++++++– Przestań się na mnie gapić – huknął – bo zaraz ci to w rzyć wsadzę!
++++++– Obiecanki cacanki – jęknął Gejralt i wyszedł.

Za radą Zołmana postanowił wykorzystać czas i bezchmurne niebo i począł się opalać. Godzinę później usłyszał zarzut publicznego obnażania się, że sznurek pomiędzy pośladkami to nie żadne ubranie i że gdyby była noc, to co innego.
++++++W podziemiach głównej komendy straży miejskiej było przynajmniej chłodno. Szczególnie zimne były kraty w oknach, przy których wejdźmin doczekał wieczora w towarzystwie trzech innych skazańców.
++++++Zołman odnalazł miejsce pobytu przyjaciela dopiero następnego ranka i po wpłaceniu kaucji – całego zarobku z pracy u kowala – wyswobodził go z kajdan. Gejralt, widząc jego morderczy wzrok, początkowo wolał zostać w areszcie. Ci trzej panowie, z którymi zmuszony był przebywać, okazali się być bowiem całkiem w porządku.
++++++Zołman wszedł do celi celem chwycenia go za fraki, ale zaślepiony złością nie zauważył, że – prócz stringów – nie bardzo ma za co chwycić. W akcie desperacji i całkowitej ostateczności dosięgł końcówki srebrnych włosów i wywlókł zgiętego w pół wejdźmina na zewnątrz.
++++++– Ałć, Zołmanie. Zazdrosny?… – skrzywił się Gejralt. – W innych okolicznościach to by mi się nawet podobało, ale…
++++++– Zamknij się.
++++++– …muszę się gdzieś umyć. Nie masz czasem jakichś drobnych? Skoczylibyśmy do łaźni popluskać się trochę.
++++++Krasnolud wyrobił w sobie pewien rodzaj cierpliwości, której poziom Gejralt zwykł nieustannie przekraczać. Bez słowa cisnął w przyjaciela jego ciuchami i poszedł się uspokoić. Zupełnie niepotrzebnie.
++++++– Chyba jestem chory – rzekł wejdźmin dobiegając do krasnoluda.
++++++– A to to ja wiem – fuknął krasnolud, podążając przed siebie.
++++++– To niemożliwe, ale chyba się tam przeziębiłem w tym więzieniu – ciągnął Gejralt. – Wydaje mi się, że mam gorączkę…
++++++– Syfilis chyba.
++++++– No sam dotknij, jakie mam gorące pośladki.
++++++Krasnolud zamknął oczy i wziął oddech. Odwrócił się bardzo powoli.
++++++– To trzeba było gołego tyłka nie opalać w samo południe, na samym środku placu, w sercu miasta! – warknął cedząc słowa. – Poza tym, gorączkę mierzy się gdzie indziej.
++++++– Mhm. Bo ty się tam akurat znasz na wejdźminach… Jak kura na pieprzeniu.
++++++– Na pieprzu.
++++++– Chyba ty.
++++++– Jak kura na pieprzu! Się mówi!
++++++– Kura, kura. Akurat.
++++++Zołman zrezygnował z dalszej rozmowy z Gejraltem i usiadł w cieniu wyschniętej fontanny z rzeźbą, która była podobna zupełnie do niczego.
++++++– Znalazłeś Mlaskra? – zapytał wejdźmin, ale Zołman kazał natychmiast zejść mu z oczu.

Plac targowy, na którym stała owa niczego nie przedstawiająca rzeźba, obfitował w rozmaite towary. Można tu było kupić wszystko czego dusza zapragnie, o ile dusza posiadała pieniądze. W labiryncie spalonych słońcem szmacianych dachów stoisk targowych, można było znaleźć nawet jednego wejdźmina. Ten, powiedzmy, nie był na sprzedaż, ale towar miał niezły.
++++++– Gejralt, kurwa, co to jest – powiedział Zołman na widok przyjaciela, który wyłonił się z alejki targowej.
++++++– To jest jamniczek, Zołmanie – odparł wejdźmin, całkiem z siebie zadowolony. – Pomoże nam wytropić Mlaskra. No patrz jakiego ma słodkiego malutkiego ogonka – Gejralt uniósł pieska ukazując jego różowy brzuszek i uśmiechnął się uroczo.
Piesek zaszczekał, polizał wejdźmina po twarzy i zapomniał schować język.
Zołmanowi krew odpłynęła z mózgu.
++++++– Chcesz powiedzieć, że miałeś jakieś pieniądze i kupiłeś JAMNICZKA?
++++++– Tam jest! To on! – rozgrzmiał wrzask kupca, a zaraz po nim dwóch strażników krzyknęło „STAĆ!”
++++++– No może nie do końca go kupiłem – odparł wejdźmin.

Pościg nie trwał długo, bo Gejralt zauważył kukurydzę na jednym ze straganów i odruchowo puścił w nią wiązkę ognia, co zawsze sprawiało mu radość. Nie wiedział, że przy okazji zamienił targowisko w kupkę popiołu zwieńczoną popcornem, bo był już daleko poza miastem.
++++++Nowy kompan wejdźmina podskakiwał na czterech małych łapkach próbując dostrzec coś sponad wysokiej wyschniętej trawy. Nie bardzo kwapił się do śledzenia Mlaskra po zapachu jego czapki. Dużo bardziej zainteresowany był frędzelkami wokół bioder wejdźmina, które bujały się w rytm jego kroków.
++++++– Nazwę go… – rozmyślał Gejralt, zakładając na głowę beret poety – …kurka wodna, zawsze mam problem z imionami – skwitował popijając eliksir „Nie wiem”. – Mlaskier na pewno by coś wymyślił. A ty? – zwrócił się do Zołmana. – Masz jakiś pomysł?
Krasnolud snuł się z tyłu i przyglądał się szczeniakowi.
++++++– Tak – odparł. – Zjedzmy go.
++++++Imię, które zaraz potem nadał pieskowi Gejralt, wystarczająco zniechęciło Zołmana do konsumpcji jego i pewnego owocu przez resztę życia.

Podczas dalszej wędrówki Zołman dowiedział się, dlaczego wciąż jest zdrowy i że nigdy niczym nie zarazi się od wejdźmina, toteż może spokojnie wejść z nim teraz do sadzawki, pić z tych samych butelek i spać z nim w jednym łóżku bardzo blisko siebie. Opowiadając o swoim zdrowym ciele, wejdźmin nagle zamilkł i zatrzymał towarzysza rozkładając ręce. Nie ważne ile dni nie jadł, co akurat mówił, robił czy wypił Gejralt – kiedy zastygał w bezruchu bez wyraźnego powodu, lepiej było się zatrzymać.
++++++– Wyczuwam magiczne siły – powiedział wejdźmin.
++++++– Co?! – wrzasnął krasnolud.
++++++Nadprzyrodzone moce zawsze go przerażały.
++++++– Ciii… – Gejralt przyłożył palec do ust Zołmana.
++++++– Ale tu nikogo nie ma – zauważył krasnolud, strzepując już całą rękę wejdźmina głaszczącą go po twarzy.
++++++– Cichutko, cichutko… – wyszeptał Gejralt. – Magii najczęściej nie widać ani nie słychać. I w zasadzie vice-versa. W sensie, że zwykła nienależąca do nikogo magiczna siła też nie wie, że tu jesteśmy.
++++++– To czego szepczesz?
++++++– Ja krzyczę tylko w jednej pozycji, Zołmanie.
++++++– Chciałeś chyba powiedzieć sytuacji.
++++++– Zołmanku, wiem co mówię – Gejralt puścił mu oczko i przytulił pieska. – Poza tym jak wrzeszczysz to mój mały przyjaciel się boi.
++++++– Przestań odwracać kota ogonem! – syknął rozdrażniony krasnolud. – Co… co ty robisz?…
++++++– To jest pies, Zołmanie, nie kot – powiedział wejdźmin i odwrócił jamniczka przodem. – Gejfrutek też to czuje.

Jamniczek Gejfrut patrzył przed siebie w skupieniu. Zaraz potem zapomniał na co. Symbol serca z wyrytym w kamieniu „G+Z”, gdzie „Z” było skreślone, a obok dopisano „Dż”, połyskiwał magicznym różowym blaskiem pośród niezliczonej ilości pustych eliksirów porozrzucanych wokół niego.
++++++– Znam to miejsce… – wejdźmin zamyślił się, będąc starannie lizanym przez Gejfrutka po policzku. – No przecież! – wykrzyknął. – To mój stary warsztat!

Sekretna jaskinia Gejralta była zadbana i urządzona. Oświetlona blaskiem świec, przypominała ciepły domek w górach z kominkiem, do póki Gejralt nie zaczął pokazywać, co tutaj trzyma. Zołman przyglądał się dziwnym przedmiotom, które wejdźmin co rusz wygrzebywał z rozmaitych schowków, do momentu kiedy ujrzał rozkładany album z krasnoudami.
++++++– Znajdź lepiej coś do picia, bo mi się chce… – zaczął.
++++++– Mi też się chce. To co? Tu z boku jest całkiem wygodne łóż…
++++++– Pić, kurwa, mi się chce.
++++++– A. A jak bardzo chce ci się pić?
++++++Krasnolud przeanalizował to zwykłe na pierwszy rzut oka pytanie.
++++++– Nie aż tak bardzo, żeby wypić eliksir – odpowiedział.
++++++– Nooo, Zołmanie – ucieszył się wejdźmin wygrzebując coś ze skrzynki z pobrzękującym szkłem. – Ale tego musisz spróbować! Zupełnie o nim zapomniałem! To jeszcze z czasów w Homo Moher.
++++++– Ehe, to na pewno spróbuję – krasnolud założył ręce.
++++++Wejdźmin pokazał mu flakonik.
++++++– Eliksir „Flet” – odczytał Zołman. – I co? Po wypiciu umiesz grać na flecie?
++++++– No, nie zupełnie na flecie. Ale był przydatny na… – wejdźmin zastanowił się – …zaliczeniach. Sam go wymyśliłem, spróbuj.
++++++Krasnolud zmarszczył czoło.
++++++– Nie – odparł.

Jamniczek szczekał radośnie, bawiąc się leżącą na puszystym dywaniku czapką Mlaskra z piórkiem. Albo raczej: z czapką Mlaskra – jak zdawało się wydawać.
++++++Fioletowe nakrycie głowy poety poruszało się raz w lewo, raz w prawo, wprawiając pieska w skory do zabawy nastrój. Poirytowany minionym dniem Zołman, burknął coś o szczurach, chwycił coś przypominającego gruby kij obity skórą z węża i zamachnął się nim niczym kowalskim młotem.
++++++Wejdźminowi rozszerzyły się źrenice.
++++++– No masz! – zawołał rzucając się na krasnoluda, którego pokłady cierpliwości właśnie w tej chwili dobiegły końca. – Przepraszam Gejfrutku, że wątpiłem w twoje umiejętności tropicielskie!
++++++Popiskujący od uderzeń, niczym gumowa kaczuszka wąż, bardzo podobał się jamniczkowi. Osłaniając czapkę – ale przede wszystkim siebie od ciosów – Gejralt, zrobił dzióbek z ust i powiedział:
++++++– Trochę niżej, Zołmanie, po tyłeczku.

Na te słowa Zołman zastygł w bezruchu z rękami uniesionymi w górze, albowiem właśnie zdał sobie sprawę z czegoś, co nie dawało mu spokoju, a o czym nawet nie wiedział. Tylko dzisiaj, ciągnął go za włosy, chciał mu wsadzić drewniany trzonek w rzyć, a teraz, po raz pierwszy w życiu, okładał go kijem i po raz pierwszy w życiu dotarło do niego, że chyba nie ma na świecie takiej rzeczy, którą byłby w stanie zrobić, aby sprawić Gejraltowi coś innego, niż przyjemność.
++++++Zołman opadł na zakurzony fotel wzbijając pył w powietrze i wlepił wzrok w nieruchomy punkt.
++++++Wejdźmin wstał ostrożnie podnosząc z ziemi czapkę poety.
++++++– No już dobrze, Zołmanku. Później ci opowiem po co mi był ten gumowy wąż, a teraz patrz – Gejralt wyciągnął z czapki maleńką postać unosząc ją za kubraczek i pisnął cichutko na jej widok. – Mlaskiereczku, wszystko będzie dobrze.
Dolna powieka Zołmana zaczęła drgać.
Wejdźmin położył sobie poetę na ręce i ustawił ją na linii wzroku krasnoluda.
++++++– Ugryzł mnie wąż – powiedział cieniutko Mlaskier, obnażając pośladki. – O tu.

Stowarzyszenie Zmniejszających Węży, jak wyjaśniał wejdźmin, to bardzo haniebna instytucja. Na szczęście ich jad jest tymczasowy, więc wystarczyło poczekać dzień lub dwa, aby Mlaskier powrócił do swojego rozmiaru, co zdaniem Gejralta miało swoje plusy i minusy.
++++++– Mogłem się domyślić po tym syczącym sposobie wypowiedzi wąskiego pana w czarnym płaszczu, o którym ci mówiłem, Zołmanie – podsumował Gejralt, układając Mlaskra do snu w pudełeczku po zapałkach. – Ale ty mnie nigdy nie słuchasz, w przeciwieństwie do mnie. Proszę – wejdźmin podał krasnoludowi butelkę. – Chciałeś coś do picia. Malinowy, ale mocny, pij powoli.

Kolejna świeczka przygasała. Krasnolud wypił na raz całą zawartość.
++++++– Ojej… – uśmiechnął się wejdźmin biorąc swój napój. – Chyba nie to ci dałem.
Zołman odwrócił buteleczkę, podświetlił etykietkę świeczką i zobaczył napis „Eliksir Flet”.
++++++– Kurwa mać – powiedział.
Spojrzał na smacznie śpiącego, rozciągniętego na kocyku pieska.
++++++– Fajny ten jamniczek. Taki podłużny – Zołman pokiwał głową z uznaniem. – Gejralt, ale ty masz ładne nogi – ciągnął, mierząc go wzrokiem. – Takie długie.
++++++Gejralt uśmiechnął się mrużąc oczy.
++++++– Pomiędzy nogami też… – zaczął.
++++++– Kurwa mać! Co mi się stało?! – przerwał mu Zołman.
++++++– Nic ci się nie stało Zołmanie, spokojnie – powiedział Gejralt podrzucając miednicą. –  Po prostu rób to, na co masz ochotę – poradził wejdźmin i…
++++++Zdmuchnął ostatnią świeczkę.

Opowiadanie V – „Żubu żuż”

++++++Rogata istota wpatrywała się w ogień. Jej dom, dziwny wymiar pomiędzy rzeczywistościami, pełen był płomieni, które nigdy nie gasły. Istota, nawet po tysiącleciach obserwowania jak trawią wypaloną już doszczętnie ziemię wciąż była nimi zafascynowana. Nie było to jednak jej jedyne zajęcie. Często udawała się do innego świata, pełnego zieleni, gdzie niebo było niebieskie. Czasem ograniczała swoją działalność do spraw błahych, takich jak przesunięcie czyjejś nogi zbyt blisko krawędzi mebla, tak aby mały palec uderzył w nią z impetem. Czasem pomogła wywołać wojnę. Czasem kusiła dzieci aby zbliżyły się do krawędzi urwiska. Czasem podpisywała umowy.
++++++Nieszczęśnicy, którzy za cenę kilku ziemskich przyjemności zaprzedali się kiedyś Istocie przemierzali teraz jej świat, wypaleni i smutni w płonnej nadziei na ratunek, który nigdy nie miał nadejść.
++++++Istota odwróciła się i spojrzała w głąb stojącej na czarnym głazie kryształowej kuli. O ile drobne nieprzyjemności mogły spotkać każdego, prawdziwe, satysfakcjonujące kuszenie wymagało nieprzeciętnego materiału. Najlepiej nieprzeciętnie głupiego. Kryształowa kula pokazywała coraz to inne osoby. Piekarz, który marzył o karierze presidigitatora. Dziewczynka, którą skrycie ciekawiło czego właściwie chcą od niej ci dziwni panowie w płaszczach, oferując jej cukierka. Nuda, pomyślała Istota. I wtedy coś ją zainteresowało.

++++++Mlaskier i Wejdźmin siedzieli sobie nad brzegiem jeziorka mocząc nogi w mieniącej się wodzie. Coś zakotłowało się za nimi. Kiedy się odwrócili, stwierdzili, że patrzą na osobliwego jegomościa. Z grubsza wyglądał dość ludzko, ale jego oczy były nieskończenie głębokie i czarne, miał ogon, który, zaostrzony, poruszał się złowrogo na boki, a zamiast stóp miał kopyta. Z jego głowy wystawały dwa niewielkie rogi. Ubrany był w eleganckie, czarne szaty.
Przybysz przyjrzał się im i ukłonił się nisko z paskudnym uśmiechem.

++++++– Witajcie przyjaciele. Różnie mnie zwą. Ja jednak preferuję być nazywany prosto. Moi drodzy, wierzcie w to lub nie, ale stoicie właśnie twarzą w twarz z Diabłem – rzekł przedziwnym głosem i zrobił dramatyczną pauzę. Wejdźmin i Mlaskier patrzyli na niego nierozumiejąco. Diabeł poczekał jeszcze chwilę ale wyglądało na to, że nie zrobił wielkiego wrażenia.
++++++– Ekhm. Spotkała was właśnie nie lada okazja. Powiedzcie mi czego chcecie, a będzie to spełnione. Możecie swe najskrytsze…
++++++– Żubu żuż!
++++++– Co? – Diabeł spojrzał na Mlaskra.
++++++– Chcę żubu żuż. Bez musztardy.

++++++Diabeł spojrzał pytająco na Wejdźmina ale ten tylko uśmiechnął się i zamrugał rzęsami. Zwrócił się na powrót do grajka, który wpatrywał się w niego z wyczekującym uśmiechem. Diabeł podniósł jedną brew. W końcu dał za wygraną.
++++++– Co to jest? – zapytał powoli.
++++++– Taki jakby keczup, tylko brązowy i śmierdzi – powiedział Mlaskier.
++++++– To drugie. Na ży.
++++++– Nie wiem. Ale bardzo bym to chciał.
++++++– Boże święty – powiedział Diabeł.

Na niebie nad nimi pojawił się rozstęp w chmurach, przez który zaświeciło słońce.
++++++– NO? – rozległ się grzmiący głos.
Diabeł złapał się powoli za nasadę nosa.
++++++– Nic, tak tylko se powiedziałem.
Światło zniknęło.

++++++– Dobra. Słuchajcie – powiedział, porzucając swój dramatyczny głos i mówiąc normalnie. – Możecie zażyczyć sobie czego chcecie, co istnieje.
++++++Diabeł wyjął zza pazuchy piękny, obły kamień. Jego powierzchnia mieniła się wszystkimi kolorami tęczy a powietrze wokół niego falowało magią. Położył go przed nimi z namaszczeniem.
++++++– To jest na przykład kamień filozoficzny. Można za jego pomocą zamienić nawet najpodlejszy metal w czyste złoto. Możecie też chcieć sławy, bogactwa, zdrow…
++++++– Żubu żuż – wymamrotał niepocieszony grajek.
++++++– A ja w sumie mam życzenie – powiedział Wejdźmin.
++++++– Dobrze. Ty się w tym czasie zastanowisz – mruknął półgłosem Diabeł do Mlaskra. – A zatem, Wejdźminie Gejralcie. Wypowiedz swe życzenie, ale waż słowa bo nigdy nie wiadomo jakie konsekwencje przynieść może to, czego pragniemy.
++++++– Chcę to co Mlaskier.
++++++Diabeł przez chwilę poważnie rozważał karierę bibliotekarza. Postanowił spróbować innej taktyki. Wyjął z kieszeni urwane ucho od kubka.
++++++– Macie. To jest żubu żuż – powiedział ostrożnie.
++++++– O w mordę! – krzyknął Mlaskier i zaklaskał. – Panie diaboł, zrobię dla pana wszystko.
++++++– Możemy zapłacić w naturze – puścił do niego oczko wejdźmin.
++++++– Co… co? – Diabeł nie był pewny czy zrozumiał. – Nie. Co? Nie. Podpiszecie cyrograf.
++++++– Co to – powiedział Mlaskier.

++++++Po licznych wyjaśnieniach i trzech cyrografach zjedzonych przez jednego z nich, Diabeł przedstawił im ostateczną wersję umowy.
++++++– … czyli mamy ci oddać nasze dusze w zamian za to – powiedział kpiącym tonem Wejdźmin wskazując palcem żubu żuż. – Ta umowa wydaje się trochę niesprawiedliwa.
++++++– No… – odparł Diabeł. – Cóż, mogę dorzucić jeszcze…
++++++– W zasadzie – przerwał mu Gejralt. – Jak chcesz. Nie będziemy wnikać czemu dajesz się tak wycyckać. Umowa stoi.
Diabeł zaniemówił na chwilę.
++++++– A zatem wszystko w porządku – uśmiechnął się szeroko. – Podpisujcie.
++++++– Zaraz – powiedział Mlaskier. – Co jak nam się skończy?
++++++– Co?
++++++– No żubu żuż. Co jak nam się skończy. Chcemy nowego żubu żuż co miesiąc.
++++++Diabeł przypomniał sobie dzieciństwo. Było takie beztroskie. Pstryknął palcami a tekst na umowie zmienił się aby spełnić nową wersję życzenia jego rozmówców.
++++++– Masz rację, Mlaskier – powiedział Wejdźmin. – Nie pomyślałem o tym. Skoro tak, to chcemy jeszcze…

++++++AAA!!!- wydarł się Diabeł i wskoczył do jeziora, goniąc swój kamień filozoficzny, za pomocą którego Mlaskier właśnie puścił kaczkę. Po dwudziestu minutach nurkowania wylazł, ociekając wodą i mamrocząc coś o rybach i mule. Kamienia nie znalazł.
++++++– Jak mówiłem – ciągnął Wejdźmin. – Chcemy jeszcze gwarancji, że będzie bez musztardy.

Diabeł przewrócił oczami i pstryknął.
++++++– Macie.
++++++– Za to płacimy dwie dusze.
++++++– Tak.
++++++– Na pewno?
++++++– Tak.
++++++– To jakoś podejrzanie tanio.
++++++– Tak. Nie! Jest tak jak chcieliście.
++++++– Czyli dwie dusze, nasze.
++++++– Tak.
++++++– Czyli dwie dusze w zamian za jedno żubu żuż z gwarancją bez musztardy. Proszę jeszcze dopisać że reklamacji nie uznajemy.

Diabeł pstryknął. Tekst na umowie zmienił się.

++++++– Dwie dusze i kamień.
++++++– Tak.

Diabeł pstryknął.

++++++– A nie, to pan miał kamień.
++++++– Tak. Co? – Diabeł patrzył to na Wejdźmina, to na Mlaskra. – A, tak! To ja, nie wy.

Pstryk.
++++++– Czyli dwie dusze i żubu żuż, w zamian za kamień.

Pstryk.

++++++– Kamień, dwie dusze i żubu żuż, to wszystko dla nas. Może być bez kamienia i bez musztardy.

Pstryk.
++++++– Bez musztardy ani keczupu – dodał Mlaskier. – Ale może być sos.
Pstryk.
++++++– Sos z keczupem bez musztardy ale z kamieniem nie wchodzi na przykład w grę – pokiwał głową Wejdźmin.
Pstryk.
++++++– Butelka. Chcemy żeby pan siedział w butelce.
Pstryk.
++++++– Skończcie wreszcie to gadanie! – wydarł się Diabeł.

++++++Wejdźmin wzruszył ramionami i podpisał umowę. Diabeł jeszcze przez chwilę wodził oczami od Gejralta do Mlaskra. Potem coś sobie uświadomił.
++++++
++++++Gejralt pieczołowicie wykaligrafował na etykietce napis “Eliksir Diaboł w Butelce”. Nie bardzo wiedzieli o co chodziło temu dziwnemu przybyszowi, a umowa, którą z nimi zawarł wydawała się osobliwa. Nie byli jednak z typu tych, co szukają dziury w całym. Przynajmniej nie w metaforycznym sensie. Wejdźmin włożył skończony flakonik do torby, pomiędzy “Coś fajnego” i “Ja Pierdolę”. I siedzieli sobie dalej.

Opowiadanie IV – „Złego dobre początki”

++++++ Pewne zwyczaje ludowe sięgają lat tak dawnych, że dziś już nikt nie pamięta, skąd się właściwie wzięły. Są też tacy, którzy nawet ich nie znają, albowiem nigdy nie mieli okazji się z nimi zapoznać. Należy do nich na przykład taki wejdźmin. Wejdźmin zna się na różnych rzeczach, ale na tym akurat nie zna się wcale.
++++++ Gejralt siedział właśnie na płocie przed karczmą i próbował zrozumieć jeden z nich. Znalazł się w tym miejscu, albowiem przypadkiem zasłyszał, iż w niejakim Patykowie chłopi zamierzają spalić a potem utopić pewną Marzannę, aby przegonić zimno. Gejralt szybko połączył fakty i uznał, że znęcanie się nad niewinną dziewczyną aby zdjąć, jak sądził, klątwę, jest wysoce nieakceptowalne.
++++++ Na miejsce dotarł na czas i zabronił chłopom wykonania obrzędu, w wyjątkowo obsceniczny sposób informując ich, że muszą być nienormalni, co zaskutkowało tym, że jego też wpierw chcieli spalić, a potem utopić. Kiedy okazało się, że nie ma żadnej klątwy a owa Marzanna to słomiana kukła, postanowił uciec i odreagować w karczmie, cztery wsi dalej – tak na wszelki wypadek.
++++++ – Masz – rzekł Zołman przynosząc mu kufel piwa. – Gdybym wiedział, że idziesz na ratunek Marzannie…
++++++ Gejralt przyglądał się w ciszy kolejnemu pochodowi zmierzającemu w stronę rzeki z płonącą lalką na czele.
++++++ – Dziękuję – odparł. – W Homo Moher nie topiliśmy Marzanny. Tam były inne zabawy.
++++++ Zołman wdrapał się na płot i usiadł obok Gejralta.
++++++ – Nawet nie zapytam jakie – rzekł.
++++++ – Co prawda raz spaliliśmy podobiznę Wazelina na głównym placu – ciągnął wejdźmin – ale nie pamiętam dlaczego. Przedawkowałem wtedy eliksiry. Za to dobrze pamiętam co było potem jako kara.
++++++ – Uważaj żebyś piwa nie przedawkował, bo po nim zawsze ganiasz dzieci.
++++++ – Dzieci, dzieci. Ja nigdy nie będę miał dzieci.
++++++ – A nie mów hop! Jeszcze cię kiedyś jakaś dziewka spije, zaprowadzi na sianko za stodołą i wychędoży! Ha ha!
++++++ – Ona mnie? Czym? – spytał wejdźmin całkiem poważnie.
++++++ – Noo… – przeciągnął krasnolud. – Normalnie.
++++++ – Ciebie kiedyś jakaś wychędożyła?
++++++ Zołman nie chciał powiedzieć, ale Gejralt nie dawał mu spokoju.
++++++ – Noo… Tak – odparł krasnolud.
++++++ Wejdźmin ponownie zastanowił się.
++++++ – Czym? – spytał.
++++++ – Noo… niczym. Po prostu mnie… wychędożyła.
++++++ – Czym?
++++++ Krasnolud zaczął żałować, że wdał się w tę dyskusję.
++++++ – Przecież one tam nic nie mają – stwierdził wejdźmin.

++++++ Zołman westchnął i wziął łyk piwa. Uznał, że jego przyjaciel nie poderwałby nawet kozy. Gejralt zdziwił się, że Zołman wie o kozach, toteż szybko zmienił temat i powiedział mu, że wyjątkowo ładnie dziś wygląda. Krasnolud nauczył się nie reagować na zaloty Gejralta. Gejralt z kolei nie zwracał uwagi na zaloty kobiet, które zdarzały się rzadko, ale zdarzały się kobiety, których niecodzienna uroda i wygląd wejdźmina budziły zainteresowanie.
++++++ – Podobasz się tamtej dziewczynie – powiedział w końcu Zołman, a wejdźmin powiódł za jego wzrokiem.
++++++ – Skąd wiesz? – zapytał.
++++++ – Bo gapi się na ciebie odkąd tu siedzimy.
++++++ Gejralt spojrzał na krótkowłosą postać w spodniach.
++++++ – To nie jest dziewczyna tylko chłopak.
++++++ – Kurwa, jak ty nic o kobietach nie wiesz. Widziałeś kiedyś chłopca z takimi cyckami?
++++++ Wejdźmin zaprzeczył i przyznał, że nie zwrócił na nie uwagi.

++++++ Coraz dłuższe spojrzenia w jej stronę i dyskusja pomiędzy nimi ośmieliły ją. Uznała to za zaproszenie. Dziewczyna ruszyła naprzód poruszając się w rytm Mlaskrowej lutni, który zabawiał miejscowych pod karczmą prezentując swoją nową kompozycję rozpoczynającą się od słów „Frędzelki są fajne, jadę na koniu”. Zarobił już nawet pół korony, pomidorem i jajkiem, bo zapomniał co było dalej.
++++++ – Cześć – powiedziała, stając przed Gejraltem, który tak się odchylił, że prawie spadł z płota. – Fajne spodnie – stwierdziła. – Drapieżne takie.
++++++ – Tak… – odparł wejdźmin gładząc swoje chude nogi odziane w leginsy w panterkę. – Ty masz fajne… – spojrzał na biust dziewczyny, który znalazł się na wysokości jego oczu. – Zz… zęby. Takie duże i… po… za… okrąglane.
++++++ – He he he he he he… – krasnolud zaśmiał się. – Zaraz dostaniesz w mordę.
++++++ – Może twój kolega zostawiłby nas na chwilę samych? – zaproponowała, wymownie spoglądając na krasnoluda.
++++++ – Już mnie nie ma! – zawołał Zołman i zeskoczył z płota.
++++++ – Zołmanie… Zołman… Z… – próbował powstrzymać go wejdźmin, ale na próżno.
++++++ Gejralt wciągnął policzki.
++++++ Dziewczyna zajęła miejsce krasnoluda i wodziła oczami po obiekcie swego zainteresowania. Ten spojrzał na nią ukradkiem i wziął potężny łyk piwa przez słomkę.
++++++ – Ładny wisiorek – zagadała. – Nie widziałam takiego wcześniej. Co to takiego?
++++++ – To? – zapytał, pokazując medalion. – To jest serce.
++++++ Dziewczyna roześmiała się.
++++++ – Zabawny jesteś. Pewnie w środku nosisz portret swojej dziewczyny – kontynuowała. – Mogę dotknąć? – spytała, wciąż wpatrzona w niego jak w obrazek. – Tego twojego serca?
++++++ – No dobra… Możesz… O matko…! – zaświergotał wejdźmin. – To nie jest serce.
++++++ – Wiem – dziewczyna uśmiechnęła się i wyjęła rękę spomiędzy nóg Gejralta. – Postawisz mi drinka? Może ja tobie też potem coś po…
++++++ Wejdźmin zakrztusił się piwem i zaczął kaszleć.
++++++ – Tam u góry, na antresoli w tawernie, jest takie fajne miejsce – ciągnęła. – Moglibyśmy tam pójść, pogadać…
++++++ – O czym? – zapytał szybko.
++++++ Dziewczyna roześmiała się ponownie uznając, że jest uroczy. Zerwała się i pociągnęła go za rękę.

++++++ Wejdźmin był przestraszony. Nie miał nic przeciwko rozmowie, ale w tym przypadku czuł, że nie o rozmowę tu chodzi. Serce waliło mu w piersiach, w rytm drżącego medalionu. Spojrzał na okno prowadzące na strych.
++++++ – Ty pierwszy – powiedziała wskazując na drabinę.
++++++ – Nie, nie. Ty idź, a ja… Za chwilę przyjdę.
++++++ – Obiecujesz?
++++++ Wejdźmin mruknął nieprzekonująco zmuszając się do uśmiechu.
++++++ – Pójdę tylko po to piwo. Chciałaś piwo?… – zapytał.
++++++ – Może być.
++++++ – O, no to fajnie. To ja idę.
++++++ Gejralt oddalił się szybkim krokiem. Zlokalizował niezwykle rzadki uśmiech Zołmana i ruszył w jego stronę.
++++++ – Zołmanie, uciekamy stąd – powiedział.
++++++ Uśmiech zszedł z twarzy krasnoluda.
++++++ – Teraz – postulował wejdźmin.
++++++ – Dlaczego?
++++++ – Miałeś rację z tą dziewczyną. Ona chce żebym z nią poszedł na pięterko. Już tam czeka.
++++++ Krasnolud zaśmiał się.
++++++ – No to idź do niej! – zawołał.
++++++ – A w życiu.
++++++ – Czego się boisz? To tylko dziewczyna. Przecież cię nie zje.

++++++ Wejdźmin spojrzał na poddasze. Dziewczyna wyglądała przez małe okienko w szczycie i machała mu z uśmiechem. Gejralt spojrzał na krasnoluda. Ten westchnął.
++++++ – No to idź jej chociaż powiedz, że nici z tego. Nie uciekaj, ona tam czeka – poradził Zołman. – I nie denerwuj się tak.
++++++ Gejralt przytaknął, wziął głęboki oddech i wpierw skierował się do baru po to, co obiecał.
++++++ – Ja pierdolę… Co za baran… – jęknął krasnolud, kiedy wejdźmin odszedł.
++++++ – Słyszałem – zawołał Gejralt wychylając głowę ze środka tawerny.

++++++ Antresola, na którą wdrapał się z dwoma kuflami piwa, była przyjemnie urządzona. Blask świec rozłożonych wśród koców i poduszek dawał przyjemne, uspokajające światło. W dole grono roztańczonych ludzi podskakiwało w rytm muzyki wydobywającej się ze skrzypiec, bębnów i fletów. Przytłumione dźwięki dudniły im w uszach.
++++++ – Masz bardzo nietypowy kolor włosów… – westchnęła dziewczyna gładząc miękki kosmyk Gejralta. – Podobasz mi się.
++++++ Wejdźmin patrzył na nią całkiem zesztywniały.
++++++ – Jak masz na imię? – ciągnęła, czując się coraz swobodniej wśród jego czupryny.
++++++ – Gejralt.
++++++ – Gej-ralt? – zaakcentowała.
++++++ – Tak. No właśnie, bo widzisz – zaczął, odtrącając jej rękę. – To nie takie proste. Chociaż w zasadzie proste.
++++++ Odgarnął włosy z pola jej zasięgu i złapał oddech.
++++++ Dziewczyna przysunęła się bliżej.
++++++ – Tak, Gejralcie?… – szepnęła mu na ucho.
++++++ Wejdźmin przestał oddychać.
++++++ – Chciałbyś mi coś powiedzieć…? – ciągnęła, błądząc palcami po tygrysich centkach.
++++++ – No właśnie nie – przerwał jej, odsuwając się. – Chociaż w sumie tak.
++++++ – Nie, tak, nie, tak! – zdenerwowała się. – Co jest z tobą nie tak?!
++++++ Dziewczyna pchnęła go, wejdźmin znalazł się na plecach.
++++++ – Rety, ile ty masz siły… – zauważył.
++++++ – A może to ze mną jest coś nie tak? Nie podobam ci się?! – wrzasnęła niższym o kilka tonów głosem.
++++++ – Co…? Nieee… wiem… – dokończył. – Ja po prostu…
++++++ Dziewczyna wyszczerzyła zęby. Jej jasna skóra przybrała zgniło-zielonkawy odcień i oblepiła wyschnięte ciało, ukazując wszystkie kości.
++++++ – NIE PODOBAM CI SIĘ?! – zaryczała.

++++++ Wyglądała jak zwłoki.

++++++ Gejralt nie odpowiedział. Odwrócił się na brzuch chcąc wstać, ta jednak chwyciła go za obie kostki i przyciągnęła do siebie. Wejdźmin porysował deski podłogowe paznokciami.
++++++ – O Jezu… – jęknął.
++++++ Potworzyca przekręciła go z powrotem na plecy i przyszpiliła do podłogi szczerząc niepełne uzębienie kilka centymetrów przed jego nosem. Z jej brzucha wysunęła się trzecia ręka, która zabrała się za usuwanie dolnej części ubioru wejdźmina.
++++++ – Jesteś bardzo ładna!… – krzyknął Gejralt.
++++++ Potworzyca mruknęła zastygając.
++++++ – No mówię ci! To znaczy, wcześniej byłaś, bo teraz to tak średnio… Jeszcze ta dodatkowa ręka, Jezus Maria.
++++++ Jej twarz zmarszczyła się w złości, a dodatkowa ręka zaczęła na powrót odpinać zaczepy w spodniach. Wejdźmin uniósł głowę, aby sprawdzić co się dzieję i na widok wijącej się oblepionej ociekającymi flakami trzeciej ręki w jego bardzo cennych okolicach rozszerzył oczy.
++++++ – No sama przyznasz, że nie wygląda to najlepiej – powiedział.
++++++ Truposzka rozwarła spierzchnięte usta i wydała z siebie długi syk.
++++++ – O matko… – wyjęczał wejdźmin. – Byłaś taka piękna, no co zrobiłaś?!…
++++++ Potworzyca sapnęła z zainteresowaniem.
++++++ – Ty teżżż jesteśśś łaaadny – wycharczała, opluwając go nieco.
++++++ Wejdźmin udał, że tego nie zauważył.
++++++ – No to widzisz, pasujemy do siebie – przekonywał. – Musisz tylko z powrotem zamienić się w tą ładną dziewczynę, która ma dwie ręce, dwie nogi, dwie zęby i nie pluje.
++++++ Potworzyca przekrzywiła głowę jakby czekała na coś więcej.
++++++ – Yyy… – stęknął Gejralt, próbując myśleć. – Jak się zamienisz, to sam ściągnę spodnie, bo coś ci nie idzie tym upośledzonym kikutem. Obiecuję. Obiecałem przynieść piwo i przyniosłem. Lubię się rozbierać jak nie wiem co. Albo wiem! – krzyknął nagle. – Lubię ściągać spodnie tak samo jak lubię piwo. A potem będziesz sobie tam robiła co będziesz chciała. Co ty na to?
++++++ Potworzyca zmrużyła powieki i odczekała chwilę, po czym owiła się kłębami zielonego dymu i przybrała ludzką postać. Wejdźmin rozluźnił wszystkie kończyny rozrzucając je na boki. Odetchnął choć wiedział, że to jeszcze nie koniec.
++++++ – No i? – zapytała.
++++++ – Teraz jest dużo lepiej – zauważył przytakując, po czym wstał jednym susem i przeskoczył przez barierkę antresoli wpadając gdzieś pomiędzy roztańczonych gości.
++++++ Usłyszał za sobą rozwścieczony ryk. Potworzyca podążyła za nim, tyle że lądując przeleciała przez drewniany strop i wpadła do piwnicy. Bywalcy tawerny zaczęli uciekać. Gejralt wykorzystał sytuację i też wybiegł na zewnątrz. Wiedział, że nie ma wiele czasu. Szybko rozeznał się w sytuacji.
++++++ – Mlaskier! – wrzasnął. – Leżeć! – albowiem wiedział, że poeta najszybciej reaguje na proste komendy, takie jak: siad, do mnie, ściągnij, ciągnij i tym podobne.
++++++ Zdziwiony grajek przerwał swój najnowszy utwór, zarzucił lutnię na plecy, rozejrzał się i spoglądając na przyjaciela zrozumiał, że tym razem to nie żadne sypialniane żarty.
++++++ Potworzyca przeskoczyła przez okno rozbijając je w drobny mak i wylądowała tuż za Mlaskrem. Gdyby nie to, że padł na ziemię, byłoby już po nim. Uniosła się na powykrzywianych nogach i zaryczała w niekontrolowanej złości.
++++++ Wejdźmin wiedział, że bestia musi podzielić losy Marzanny. Wyprostował ręce i buchnął w nią żywym ogniem. Łuna srebrnoniebieskiego światła splątała potworzycę. Jej męki były przerażające dla ucha, ale wejdźmin wiedział, że nie może teraz przerwać, że to dla jej dobra, a ludzki głos to tylko płacz nieszczęśliwej niegdyś dziewczyny. Szarpiąc się i krzycząc zwykłym kobiecym głosem, spłonęła zamieniając się w czarny miał. Gejralt podszedł do wciąż rozżarzonego prochu i zebrał go dokładnie w rzucony gdzieś pusty kufel. Na wierzchu położył kwiatka. Wraz z towarzyszami udał się na pobliski cmentarz i odnalazł rozkopany grób, gdzie złożył jej prochy.
++++++ – Kurwa mać, co to było – spytał Zołman, wciąż blady jak kartka papieru.
++++++ – Paskudnica – odparł wejdźmin.
++++++ Paskudnice to bestie, które mogą powstać, kiedy niewiasta przez całe swoje życie próbuje zwrócić na siebie uwagę wymarzonego mężczyzny, ale ukochany odrzuca jej zaloty. Kiedy ona sama umiera z miłości przy jednoczesnej nienawiści do niego, powstaje paskudnica. Bestia ta wygrzebuje się z grobu nieszczęśnicy i przybiera postać pięknej dziewki, która bałamuci młodych mężczyzn. Jest natomiast wybredna i jej wybranek musi się jej naprawdę podobać – podobnie jak ten, za jej życia. Kiedy udaje się jej zdobyć nieświadomego niebezpieczeństwa mężczyznę, pożera go w całości w momencie kiedy ten decyduje się spędzić z nią noc. W ten sposób mści się na całym rodzaju męskim za tego jedynego, który nie chciał jej za życia. Wejdźmin wytłumaczył to Zołmanowi.
++++++ – Ja pierdolę… – podsumował krasnolud.
++++++ – No widzisz? A mówiłeś, że mnie nie zje – zażartował Gejralt, a wieczorem sprawdził, czy na pewno ma wszystko na swoim miejscu.

Opowiadanie III – „Detektyw Gejralt”

++++++Pod drzewami, nieopodal miasta, leżał trup. Jego podgniłe, zielone ciało wydzielało zapach, który nieco gryzł się ze smrodem fiołków porastających okolicę. Obok trupa leżało kilka butelek po eliksirach o osobliwych nazwach. Obok butelek i trupa, leżał na trawie jeden, nieco już wstawiony, wejdźmin.
++++++– … i wtedy powiedziałem, ale skąd wiesz, że to nie do tego służy? – zakończył Gejralt i zaśmiał się głośno z anegdotki, którą opowiedział.
Trup leżał. Wejdźmin nie ustawał.
++++++– Rozumiesz? Bo miało na końcu taką kulkę i…
++++++– Pozwól, że ci przerwę. – powiedziały w końcu zwłoki, ukazując nieliczne, czarne zęby. – Jak rozumiem, referujesz do dwuznaczności semantycznej, która mogłaby wynikać z braku precyzyjnie określonych norm zastosowań urządzenia, o którym wspomniałeś wcześniej. Pojmuję komizm wynikający z kontrastu pomiędzy skrajnie odmiennymi interpretacjami jego przeznaczenia, ale w tej konkretnie sytuacji wydawać by się mogło, że nieporozumienie było uzasadnione?
++++++– Ee, tak. Obojętnie – powiedział wejdźmin. – To na pewno się nie napijesz?
++++++– Mój przyjacielu – zwłoki zastanowiły się chwilę. – Używki nie stanowią bruku pokrywającego usiane perturbacjami fragmenty gościńca, po którym zmierzamy do naszych celów. Ulegają im umysły słabe, bowiem są one redundantną odskocznią od banału naszego jestestwa, który całkowicie zanegować może jedynie śmierć. Jak kiedyś umrzesz, to też to zrozumiesz.
++++++– No to napijesz się, czy nie?
++++++– Tak. Poproszę. – powiedział trup.

++++++Zombie to specyficzny potwór, chyba najbardziej zróżnicowany pod względem właściwości ze wszystkich gatunków, które Gejralt spotkał na swej drodze. Trafiały się wśród zombie osobniki agresywne, które egzystowały wyłącznie w celu gryzienia, szarpania i zjadania mózgów i innych organów wewnętrznych i zewnętrznych, ale zdarzały się też takie, które były całkiem w porządku. Zwłoki Balona von Devolaille, zdaniem Gejralta, były w porządku. Nawet można było się z nimi napić.

++++++– Jesteś w porządku, Devolau eu iel. El. – powiedział Gejralt nieco bełkocząc.
++++++– Wracając do kwestii naszego wspólnego interesu, Gejralt – mówił Balon, podczas gdy przelatująca koło jego ust mucha umarła dotknąwszy jego oddechu. – Twoje zlecenie jest takie: Musisz odkryć, kto mnie zamordował.
++++++– Spoko – powiedział Gejralt wyciągając z kieszeni cienkiego papierosa. – Ale czekaj. Ja zabijam potwory. Czasem nabijam się z nich. I inne takie. Różne. Ale detektywem nie jestem.
++++++– Na zachętę dla Ciebie powinienem wspomnieć o zapłacie. – Zwłoki puściły do Gejratla oczko, ale powieka przykleiła się, więc samo oko pozostało zamknięte. – Jeśli odniesiesz sukces, dam ci przepis na eliksir “Mordo Ty Moja”. Wiesz, co to jest.

++++++Detektyw Gejralt stał przed drzwiami rezydencji Devolaille wraz ze swoim przyjacielem, doktorem Zołmanem, i przyglądał się kołatce.
++++++– No nie wiem, Gejralt – powiedział Zołman. – Ta cała sprawa jest jakaś dziwna. Nie wolałbyś, po staremu, pójść ubić Bazieliżka, albo coś takiego?
++++++– Bazieliżka, bazieliżka. To jest kwestia honoru, mój drogi przyjacielu, doktorze Zołmanie.
++++++– Honoru? Nagrody raczej. Przyznaj się lepiej co ci obiecali i jak moją brodatą babcię kocham, Gejralt, lepiej żeby to nie było mydło.
++++++– Nic – Gejralt powiedział bardzo szybko i bardzo stanowczo.
++++++– W balona to ty możesz robić Balona. I przestań już z tym doktorem.
++++++– Przecież lubisz jak się w niego bawimy.
++++++– Sam lubisz! I nie bawimy się! Ech. – krasnolud dał za wygraną – Co my tu właściwie chcemy osiągnąć?
++++++– Doktorze Zołmanie. Mamy dowiedzieć się, kto zamordował Balona von Devolaille. W budynku mieszka wciąż kilku domowników: ochroniarz Ugabuga, który jest ogrem, ogrodnik Drapichrust, księgowy Waldemar i narzeczona Balona, Renatka. Któreś z nich wypchnęło go przez okno, i naszym zdaniem jest wykud…
++++++– Co?
++++++– Wykadud…
++++++– Gejralt, na litość boską.
++++++– Wykudodad…
++++++– WYDEDUKOWAĆ?
++++++– Nie. Wcale nie. Chciałem powiedzieć coś innego – wejdźmin dumnie zadarł nos.
++++++– Dobrze – krasnolud wskazał otwartą dłonią drzwi. – Wal.
++++++Zołman zignorował klapsa, którego dostał, jak i pełen radości uśmiech na wpatrzonej w niego twarzy Gejralta. Bez słowa wziął głęboki, uspokajający oddech i zapukał kołatką. Drzwi otworzyły się i stanął w nich brzydki ogr ubrany w nienagannie uprasowany surdut.
++++++– Czego. Tu. – rzekł patrząc na nich posępnie.
++++++– Wejdźmin Gejralt oraz mój przyjaciel, doktor Zołman, przybyliśmy aby rozwiązać zagadkę śmierci Balona De… – Gejralt zamyślił się na chwilę. – Już mi się nie chce rozwiązywać tej zagadki. Idę – powiedział, odwrócił się na pięcie i odszedł przeskakując z nóżki na nóżkę.
++++++– Kurwa mać – burknął krasnolud, i pobiegł za wejdźminem aby przyciągnąć go z powrotem.
++++++Wnętrze rezydencji Devolaille pełne było przepychu, ale też swojego rodzaju atmosfery starości. Przywodziło na myśl bardzo dobrze utrzymany, luksusowy strych.
++++++Najpierw należało ustalić, od czego zacząć dochodzenie. Gejralt co prawda nigdy wcześniej nie rozwiązywał jeszcze zagadki kryminalnej, ale, jak poinformował Zołmana, no i co z tego.
++++++– Chyba powinniśmy przesłuchać świadków? – zagaił krasnolud.
++++++– Wyśmienity pomysł! – ucieszył się wejdźmin. – Jak ja na to wpadłem?
++++++Lepsza propozycja nie pojawiła się, więc należało zabrać się za przesłuchania. To znaczy, była jedna propozycja Gejralta, która nie dotyczyła przestępstwa, ale stojącego w kącie wypchanego nosorożca oraz Zołmana. Krasnolud, nie wiedzieć czemu, zignorował ją, stanęło więc na tym, że Gejralt poprowadzi rozmowy, a Zołman, jako zdecydowanie silniejszy z nich obojga, będzie przyprowadzał świadków.
++++++Pierwszy na fotelu w gabinecie, który wybrali sobie jako pokój przesłuchań nie pytając nikogo o zgodę, zasiadł starszy, łysawy pan o wrednym wyglądzie.
++++++– No? – burknął Waldemar. – Mnie przepytywać będą na stare lata wejdźminy jakieś? Tacyście mądrzy?
++++++Gejralt uśmiechnął się i odchrząknął.
++++++– Takim. Oto mała demonstracja. – powiedział, nabrał dużo powietrza w płuca i kontynuował na jednym wydechu – Brud za paznokciami twoich palców jest beżowo-różowy, z czego wnioskuję, że najczęściej występującymi kwiatami w ogrodzie pana Devolaille jest rzadki gatunek róż Koulec N’Patyku wydzielających żywicę o tym specyficznym kolorze, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym. Zajmowałeś się nimi nie wcześniej niż dzisiaj rano, w przeciwnym wypadku pyłek w różkach twoich paznokci zdążyłyby już zaschnąć. Mieszkasz na stałe w wiosce, która znajduje się na południe stąd. To wywnioskowałem z minimalnie głębszych zmarszczek na lewej połowie twojej twarzy. Słońce, jak wiadomo, pogarsza kondycję cery, a to właśnie jego promienie oświetlają twoją twarz od wschodu rano, kiedy zmierzasz do pracy w ogrodzie rezydencji, ale nie późnym popołudniem, kiedy wracasz do wioski. Mam kontynuować?
++++++– Nie – powiedział księgowy Waldemar. – Po pierwsze pomyliłeś mnie z ogrodnikiem. Po drugie, mieszkam w kanciapie na parterze. A za paznokciami to mam resztki skórki z pomarańczy, co se ją właśnie obieram.
++++++Wejdźmin spojrzał na owoc trzymany w ręku przez Waldemara i zmarszczył brwi.
++++++– To będzie trudniejsze niż myślałem – powiedział cicho do Zołmana, obserwowany obojętnie przez siedzącego na fotelu Waldemara. – Potrzebna będzie nam pomoc, Zołmanie. Tylko czyja?

++++++– Gejralt! Kopę lat! – Mlaskier uwiesił się Gejraltowi na szyi. Wciąż miał na sobie długie spodnie, ale kapelusz z wypchanym ptakiem na jego głowie świadczył, że grajek powoli wracał do swojego normalnego* sposobu bycia.
++++++– Widzieliśmy się dwie godziny temu – przypomniał wejdźmin. – Tuż przed tym, jak poszedłem spotkać się z trupem. Ale wiś sobie.
Mlaskier skorzystał z propozycji i sobie wisiał.
++++++– Co się dzieje? – zapytał.
++++++– Szukamy mordercy naszego zleceniodawcy. Pomyślałem, że przydałaby nam się pomoc.
++++++– Mlaskier ochoczo pokiwał głową. Robimy tak jak zawsze?
++++++– Jasne.
++++++Gejralt odczepił sobie z szyi Mlaskra i postawił go na podłodze.
++++++– Gotowy? – zapytał grajka.
++++++– Gotowy! – zasalutował Mlaskier.
++++++– No to uwaga… Mlaskier! Szukaj!
++++++– Tak, tak! – uśmiechnął się szeroko grajek i podskoczył. – Szukam! Czego szukam?!
++++++– Szukaj wskazówek!
++++++– Szukam!
++++++Mlaskier wywiesił język, wrzasnął z ekscytacji i wymachując rękami wybiegł z pokoju przez drzwi. Niestety nie zauważył, że były zamknięte, uderzył w nie i stracił przytomność.
++++++– Trudniejsze niż myślałem… – powtórzył do siebie Gejralt, filozoficznie drapiąc się po brodzie.
++++++Przesłuchania pozostałych domowników również nie przyniosły zadowalających rezultatów. Ogrodnik Drapichrust nie okazał się zbyt pomocny, zwłaszcza, że umarł trzy lata wcześniej, ogr Ugabuga umiał powiedzieć tylko dwa słowa (”Czego.” Oraz “Tu.”) a narzeczona Balona, Renatka, była zdecydowanie zbyt wątłej postury, żeby kogokolwiek skądkolwiek wypchnąć. Jak na dziewięciolatkę była za to dość wygadana, więc powiedziała na odchodne “pieprzcie się” i zamknęła się w pokoju.
++++++Gejralt, Mlaskier i Zołman siedzieli w gabinecie nie bardzo wiedząc, co dalej. Zołman chodził w kółko przyglądając się bogato zdobionym meblom, Gejralt golił nogi i rozmyślał, a Mlaskier od godziny w skupieniu układał puzzle z kwiatkiem, które dostał kiedyś od swojej jedynej dziewczyny. Składały się z sześciu elementów, ale cztery już dawno się zgubiły, więc zadanie nie było takie łatwe. ++++++Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że, o czym Mlaskier nie wiedział, jeden z dwóch pozostałych kawałków leżał obrazkiem do dołu.
++++++– I to by było na tyle – westchnął w końcu wejdźmin. – Powinniśmy byli poprzestać na Bazieliżkach.
++++++– Mówiłem, że to bez sensu – powiedział Zołman. – Mnie się na ten przykład już chce do wychodka. A ta zdobiona szafka wygląda podejrzanie jak jakiś, no nie wiem, barek.
++++++Wszyscy spojrzeli na szafkę, którą właśnie otwierał krasnolud. Ich oczom ukazał się schowek zawierający niezliczoną ilość naczyń i butelek pełnych najbardziej egzotycznych trunków. Towarzysze wyraźnie się rozpromienili.
++++++– To co, będzie się lepiej myślało? – powiedział Zołman czytając etykietki. – Balon już raczej się nie obrazi?
++++++Mlaskier porzucił puzzle i ochoczo podbiegł do szafki. Wyjął z niej trzy duże kielichy. Wybrał też jedną małą butelkę.
++++++– Ta nie. Ta miała brzydki kolor – powiedział wyrzucając ją przez okno. – Ale te inne…
++++++
++++++– I wtedy mówię mu… ale skąd wiesz, że to nie do tego służy? – zakończył opowiadać anegdotkę Gejralt, jakiś czas później.
++++++Zołman i Mlaskier ryknęli śmiechem, aż kilkadziesiąt pustych butelek zatrzęsło się na stole. Gejralt jednak nagle posmutniał.
++++++– Nie będzie z nas detektywów – powiedział. – Zagadka Balona pozostanie nierozwiązana.
++++++Drzwi pomieszczenia otworzyły się skrzypiąc. Do środka głowę włożył księgowy Waldemar i odchrząknął.
++++++– Bo tak to właśnie jest. Tyle dobrych chęci – ciągnął monolog wejdźmin. – Ale może nasz los jest już z góry zapisany w gwiazdach…
++++++– Przepraszam – powiedział Waldemar. – Ja już tak dalej nie mogę. Nie wytrzymam tej presji.
++++++– Człowiek ćwiczy, trenuje, zdobywa doświadczenie… – zamyślił się Gejralt. – A wszystko to tylko w jednym celu.
++++++– To ja zabiłem Balona. – powiedział księgowy opuszczając głowę. – To ja. Wypchnąłem go z zazdrości o Renatkę. Zróbcie ze mną co chcecie.
++++++– Zabijam potwory. Zabijam, zabijam. I co? – Wejdźmin zadumał się na poważnie. – Czy ktoś w ogóle to docenia?
++++++– Gejraaalt, przecież wiesz, że cię doceniamy – pocieszał go Zołman.
++++++– Zabiłem Balona! – zniecierpliwił się Waldemar. – Wypchnąłem go z pieprzonego okna. Rękami. Tego właśnie tu! Okna.
++++++– Ja tam nie wiem nic o żadnych potworach – dodał Mlaskier. – Poza tym, znowu zgubiłem puzzel.
++++++Waldemar przeszedł przez cały gabinet omijając wciętych towarzyszy, otworzył okno i stanął na parapecie. – Stał tu! – krzyknął. – A ja go popchnąłem i spadł!
++++++– Życie, życie. My, wejdźmini sami sobie zgotowaliśmy ten los! – lamentował głośno Gejralt.
Waldemar patrzył na niego ale zabrakło mu słów.
++++++– Gejralt! Trzeba żyć pełnią życia! – wrzasnął nagle Mlaskier wymachując pustą butelką. – Tak jak ja! Korzystam z życia, nie przejmuję się. Jak mi się coś nie podoba, to to wyrzucam! – grajek nie patrząc celnie wyrzucił butelkę przez okno aby zilustrować swoją tezę. Na drodze stanął jej jednak Waldemar, który zachwiał się i wypadł. – Pełnią życia! Gejralt. Pełnią życia!
++++++Świtało już, kiedy Gejralt, Mlaskier i Zołman obudzili się wciąż siedząc w fotelach gabinetu wśród dżungli butelek. Mieli potwornego kaca. Gejralt podrapał się po głowie i nagle jego oczy rozszerzyły się.
++++++– Mlaskier! Zołman! Zgromadźcie wszystkich natychmiast w salonie! – krzyknął. – Już wszystko wiem!++++++Godzinę później jego towarzysze zwlekli się z foteli i wyszli z gabinetu powłócząc nogami i marudząc pod nosami.
++++++Renatka, ogr Ugabuga, księgowy Waldemar, z ręką na temblaku, Zołman i Mlaskier siedzieli na kanapach, które ustawione były przy ścianach obszernego salonu. Na środku pokoju stał Gejralt, chwiejąc się nieco i spoglądając na wszystkich triumfalnie.
++++++– Rozwiązałem zagadkę śmierci Balona Devolaille’a! – ogłosił. – A zatem, nie przedłużając, ujawnię, kto jest mordercą.
Wszyscy czekali w skupieniu.
++++++– Jest nim… Zołman! – wykrzyknął Gejralt wskazując palcem oskarżycielsko na krasnoluda.
++++++– Gejralt. Skoncentruj się – odparł spokojnie krasnolud.
++++++– A tak. To nie mógł być Zołman – powiedział pod nosem wejdźmin. – W takim razie nie wiem.
++++++Połowa obecnych na sali pacnęła się w czoło. Druga połowa skryła głowy w dłoniach.
++++++– To ja – powiedział znudzonym głosem Waldemar patrząc w sufit.
++++++– Albo w zasadzie wiem! – podekscytował się Gejralt na nowo. – To ja to zrobiłem! Zagadka rozwiązana. Idę po nagrodę.
++++++Gejralt, zadowolony z siebie, zaczął zmierzać w stronę wyjścia. Coś jednak przyszło mu do głowy i zatrzymał się. ++++++– Zaraz, zaraz – powiedział. – To nie mogłem być ja. Ja w tym czasie byłem zdecydowanie gdzieś indziej. Ale przypomniał mi się pewien szczegół. Renatko! Jakiego koloru jest dywan w gabinecie Balona?
++++++– Pomarańczowy – odparła Renatka przewracając oczami.
++++++– Pomarańczowy! – triumfalnie zakrzyknął Gejralt. – A kto z obecnych tutaj najbardziej lubi pomarańcze?
Gejralt zrobił pauzę dla lepszego efektu.
++++++– WALDEMAR! – wejdźmin wskazał palcem księgowego. – To musiał być on! Nikt oprócz mnie nie mógł tego zauważyć, ale moje wejdźmińskie zmysły pozwoliły mi dostrzec jeszcze jedną rzecz. Ręka na temblaku! Musiał ją złamać wypychając Balona! Jakoś. No, Waldemar, teraz to już się nie wywiniesz.
++++++– Tak, to ja – westchnął Waldemar. – Dość mam już tego. Karty na stół. Tak naprawdę Waldemar zaginął dawno temu.
++++++Księgowy wykonał dziwny gest przy swojej twarzy, jakby coś odczepiał. Następnie ściągnął skórę, która okazała się misternie wykonaną maską, ukazując zupełnie inną twarz.
++++++– Drapichrust! Ty żyjesz! – krzyknął ogr Ugabuga. – Ale dlaczego? Przez te wszystkie lata udawałeś Waldemara?
++++++– Zawsze wydawało mi się, że Renatka leci na Waldemara – przyznał ogrodnik. Więc kiedy zniknął, postanowiłem upozorować własną śmierć i zająć jego miejsce. Ale zaraz, Ugabuga, od kiedy ty umiesz mówić?
Wszyscy spojrzeli na ogra.
++++++Ogr westchnął, i ociągając się, zdjął zębatą, brzydką maskę ze swojej twarzy.
++++++– Waldemar! – krzyknęli wszyscy, ujrzawszy twarz, która kryła się pod spodem.
++++++– Tak. To ja – odpowiedział księgowy – Dawno temu upozorowałem swoje zniknięcie, a potem zatrudniłem się tu w przebraniu ochroniarza. Wiecie. Mniej stresu, własna budka przy bramie…
Wszyscy spojrzeli na Renatkę.
++++++– Odwalcie się. Ja jestem prawdziwa – powiedziała marszcząc brwi.
++++++– Co tu się, kurwa, dzieje? – szepnął Zołman nienaturalnie wysokim głosem.
++++++– To chyba nie ma sensu. – rzekł powoli Drapichrust, jeszcze przed chwilą będący Waldemarem. – Sytuacja i tak wymknęła się spod kontroli.
++++++Drapichrust, będący wcześniej Waldemarem, sięgnął do twarzy i zdjął kolejną maskę. Zielona twarz zombie, która ukazała się pod spodem cuchnęła stęchlizną.
++++++– Balon von Devolaille! – krzyknęli chórem wszyscy, z wyjątkiem Mlaskra, który tylko ziewnął.
++++++– Nie no, zajebiście – przewróciła oczami Renatka.++++++– Tak. To ja – powiedział Balon. – No cóż. Niedługo po tym, jak zaręczyłem się z Renatką pojawiły się słuchy, że moja narzeczona leci na Waldemara, a dla mnie chłodna była jak cegła. Ten jednak niespodziewanie zniknął, co było mi na rękę. Wtedy zobaczyłem w tym wszystkim szansę. Chciałem zatem upozorować własną śmierć, ale przypadkiem zabiłem się naprawdę. Wróciłem tu później w przebraniu księgowego aby chociaż przez jakiś czas przebywać w otoczeniu Renatki. Zżerały mnie jednak wyrzuty sumienia, a i Renatka zrobiła się już wtedy trochę, prawdę mówiąc, za stara. Postanowiłem, że naślę na Waldemara, który był mną, wejdźmina, który zrzuci na niego winę za moją śmierć, Renatka się wkurzy i w ten sposób księgowy zostanie na zawsze wyeliminowany z naszego życia a ja osiągnę spokój sumienia i przestanę być zombie. Czułem się przy tym wszystkim dość niezręcznie szargając pamięć starego przyjaciela, więc uznałem że może lepiej będzie przekonać wszystkich, że zrobił to Drapichrust w przebraniu Waldemara, który…
++++++– Ja pierdolę! – wrzasnął Zołman. – Zamknij się!
++++++Gejralt, Mlaskier i Zołman siodłali konie. Postanowili, że nie będą więcej ingerować w sprawy rezydencji Devolaille. Swoją robotę wykonali, a to, co później zrobiła z wszystkimi innymi domownikami Renatka długo jeszcze będą opiewać najznamienitsze podręczniki dla operatorów maszyn oblężniczych.
++++++– Wiesz, Zołmanie – powiedział Gejralt. – Chyba miałeś rację. Chodźmy sobie lepiej upolować jakiegoś Bazieliżka.
++++++– Wiem, że miałem. – odparł krasnolud, pomagając Mlaskrowi zapiąć naszyjnik. – A dostałeś chociaż tę nagrodę?
++++++– Dostałem. – Rozpromienił się wejdźmin. – Zagadka została przecież rozwiązana. Taki tam eliksir.
++++++– Jaki? – zapytał ostrożnie krasnolud.
++++++– Taki tam. Spróbuj. Mordo ty moja.

Miłość na patyku

– Zołmaaan… – powiedział Gejralt uśmiechając się łobuzersko. – A zobacz, co to tutaj jest?
Wejdźmin szturchnął krasnoluda patykiem w kolano, do którego końca przyczepiony był kwiatek. Zołman rzucił na niego okiem i odsunął się od Gejralta.
– Oj Zołmanie, nie wstydź się – ciągnął wejdźmin, cały czas tykając przyjaciela. – To tylko kwiatek, na Walentynki.
Kiedy wejdźmin zorientował się, że to nie działa, zaczął trącać go kolanem.
– Kurwa – powiedział wreszcie krasnolud biorąc łyk wina. – Daj ten kwiatek i spierdalaj.

milosc_na_patyku

Opowiadanie II – „Artysta”

– Kto to jest, tatusiu? – zapytał chłopiec dłubiąc w nosie.
– To jest Gejralt, synku – rzekł właściciel głosu, gładząc go po główce. – Gejralt jest wejdźminem.
– A ten drugi? – zapytał chłopiec.
– To jest jego przyjaciel, bodajże poeta.
– A to?
– A to jest potwór, mój mały.
– A dlaczego trzymamy ich wszystkich w klatkach?
– Bo wieczorem, mój synku, wejdźmin zmierzy się z potworem na arenie, a my weźmiemy za to dużo pieniędzy – wyjaśnił mężczyzna spoglądając w błyszczące oczy skrytego w cieniu, sapiącego potwora. Zaniósł się upiornym śmiechem.

Mistrz areny, Emmanuel De Von X, znany szerzej w artystycznym światku jako Pan X, przeglądał się w lustrze w swojej gwiazdorskiej garderobie. Nabrał żel do włosów na ręce i przygładził nim czarne, równo przystrzyżone acz niesforne kosmyki, aby – jego zdaniem – ładnie błyszczały w świetle reflektorów. Jak zwykle przesadził.
Gwary dochodzące z głównej areny dodawały mu animuszu. De Von X błysnął śnieżnobiałym uśmiechem i uniósł jedną brew. Nie spodobało mu się to, co ujrzał w lustrze. Małym grzebykiem uczesał brwi, chrząknął, wyprostował się i spróbował jeszcze raz. Tym razem spojrzał na swoją wyćwiczoną minę z aprobatą. Wyrazu twarzy nie zmienił, dopóki nie przeszedł przez czerwoną kotarę i nie znalazł się na środku areny.
Wrzawa ponownie dodała mu skrzydeł. Pan X spojrzał na wiwatujących ludzi, którzy w jego oczach zamienili się w sakiewki pełne pobrzękujących monet. Mistrz ukłonił się nisko i fantazyjnym gestem wstrzymał brawa. Kazał skierować na siebie światło.

– Proszę państwa, przed wami jedyny taki pokaz! – wygłosił, skręcając w palcach swój wymyślny wąsik. – Za chwilę ujrzycie rzeczy nieprawdopodobne, które zostały przygotowane specjalnie na ten jedyny w swoim rodzaju wieczór, który sam wymyśliłem!

De Von X podszedł do płonącej donicy i podpalił pochodnię, którą wykonał kilka mających wywołać wrażenie ruchów. Odczekał chwilę na brawa, ale do jego uszu dotarł tylko dźwięk cykających świerszczy.
Odchrząknął, poprawił surdut w biało-niebieskie paski i przyłożył płomień do wąskiego kamiennego koryta wypełnionego naftą. Kiedy się pochylił, pękły mu spodnie.
Ogień natychmiast ruszył kamiennym labiryntem tworząc płonący okrąg, który oświetlił arenę. Widownia zawyła na widok zgromadzonego nań sprzętu.
De Von X zorientował się, że zapomniał najpierw wyjść z okręgu zanim go podpalił, ale jako znany artysta sceniczny zdołał zachować spokój i tylko lekko popuścił w portki.

– Mlaskier… Zgaś to światło… – usłyszał za sobą.
Wejdźmin przewrócił się na drugi bok i zaczął szukać swojego ulubionego kocyka w małe kotki, aby się nakryć. Zamiast niego wyczuł zimne wąskie pręty, układające się w kratkę. Otworzył jedno oko rozrywając powiekami śpiochy. Rozejrzał się.
– Mlaskier, coś mi się wydaje, że się jednak wczoraj sprzedaliśmy – powiedział.
Mlaskier siedział w klatce obok, która wcześniej musiała należeć do szympansa. Wisiał sobie na gałęzi i zajadał banana. Podobał mu się świat „do góry nogami”.
– No – rzekł poeta. – Tylko nie pamiętam co chcieliśmy za siebie kupić.
– Ja też nie – mruknął Gejralt. – Ale chyba to kupiliśmy, bo mam strasznego kaca… – wydedukował.
– Ale kupił nas ktoś fajny, bo jesteśmy w cyrku! – ucieszył się Mlaskier.
– Tak – potwierdził wejdźmin. – Tylko że chyba jako główna atrakcja.
– Zamknąć się! – zasyczał De Von X. – Psujecie mi występ!

Konferansjer wykonał kilka dziwnych ruchów, zaśpiewał „mi, mi, mi” uderzając się w grdykę i uniósł dłoń prostując klatkę piersiową.
– Jak już mówiłem, przed wami widowisko jakiego nie spotkacie nigdzie indziej na świecie! Obecny tu mój osobisty najprawdziwszy wejdźmin, będzie musiał pokonać ten oto wysublimowany tor przeszkód mojego autorstwa, który sam wymyśliłem i omówię go teraz pokrótce. Najpierw będzie musiał…
– Musiał i musiał. Sam se muś… – wymamrotał Gejralt i naburmuszony przesunął się w kąt. Nie lubił być w klatce.
Pan X zignorował go.
– …przejść po linie omijając rozhuśtane maczugi, by następnie przepłynąć basen z moimi piraniami. Po wyjściu napotka drogę wybrukowaną zatrutymi kolcami i mojego znakomitego pomocnika, który będzie w niego rzucał moimi tasakami. Tę część nazwałem „wirujące tasaki”, ha ha, bardzo mi się to udało. Następnie będzie musiał przepchnąć głaz blokujący wejście do jaskini, w której czeka na niego stado wygłodniałych węży. Jeśli jeszcze go ujrzymy, to wspinającego się po linie, którą osobiście podpalę w trakcie! Na jej końcu, jak państwo widzą, znajdują się jego miecze, które bardzo mu się przydadzą do wykonania ostatniego zadania. I teraz najlepsze – De Von X omal zadławił się z podniecenia. – Wejdźmin będzie musiał uwinąć się przed potworem, który po otwarciu klatki uda się jedyną możliwą drogą, która to prowadzi do tego oto nieszczęśnika… – prezenter spojrzał na Mlaskra i przerwał na moment. – …do tego nieszczęśnika, który… Czy on w ogóle wie, że zaraz może zginąć? – zapytał jednego z pomocników, który popukał w klatkę z Mlaskrem i pogroził mu palcem. Mlaskier odłożył banana. Pomocnik wzruszył ramionami.
– Tak czy inaczej… na czym to ja byłem… – zamyślił się, drapiąc się po głowie. – Potwór!

De Von X udał się do przykrytej czarną kotarą klatki i wygiął się przybierając prezencyjną pozę. Siedzący w cieniu starzec ocknął się i zaczął uderzać w werbel. Mistrz areny szarpnął za kotarę. Bębniarz zakończył uderzając pałką w talerz. Nic się nie stało, bo materiał zaczepił się o jeden z prętów. Szarpnął drugi raz, trzeci, za czwartym razem zaparł się nogami o klatkę i zawisł w powietrzu. Kotara w końcu odpuściła. Mlaskier zachichotał i spadł z gałęzi. Pan X też upadł. Wejdźmin wstał chcąc dojrzeć potwora i parsknął śmiechem.
De Von X próbował w szale wydostać się spod czarnego materiału i prawie się przy tym popłakał. Kiedy mu się w końcu udało, usłyszał werbel.
Wziął kilka głębszych oddechów, wykrzywił się w swoim scenicznym uśmiechu numer jeden i kontynuował:
– Jak widzicie, klatka wejdźmina jest dla utrudnienia obwiązana łańcuchem. Jeśli wejdźmin zdąży się z niej wydostać, a następnie pomyślnie ukończy tor przeszkód, który, przypominam, sam wymyśliłem, zmierzy się z tym oto straszliwym potworem, aby…
– Mogę coś powiedzieć? – przerwał mu Gejralt podnosząc rękę.
– Czego! – wrzasnął De Von X.
– To jest lasodymacz.
– Dobrze, a zatem – westchnął. – Wejdźmin zmierzy się z tym oto lasodymaczem…
– Nie nie nie – ponownie wszedł mu w zdanie. – LASODYMACZ – powtórzył dobitniej.
De Von X rozłożył ręce.
Gejralt przewrócił oczami stękając „ojej, no”, po czym otworzył górną pokrywę klatki i wyskoczył na zewnątrz.
Pan X wytrzeszczył oczy.

Wejdźmin spalił latające maczugi, uśpił nożownika Znakiem, spokojnie wskoczył do basenu z piraniami (wiedział, że zaatakują tylko jeśli poczują krew – a on ranny nie był) i zdziwił się, że woda sięga mu zaledwie do kolan. Machając ręką z cichym „sio sio sio, rybki” nacisnął ukryty w baseniku czerwony guzik by schować zatrute kolce, po czym otworzył klatkę z potworem. Do jaskini nawet nie wchodził.
Widownia zawyła z przerażenia.
– Spokojnie – powiedział wejdźmin. – Lasodymacze nie są groźne, kiedy się boją. A ten jest przerażony.
Gejralt pstryknął paznokciami i uspokoił potwora. Lasodymacz przewrócił się na plecy, a wejdźmin pogłaskał go po brzuszku. Po widowni rozszedł się pomruk śmiechu.
– Co to ma być! – grzmiał De Von X. – Dałem za niego tysiąc koron na targu! Zrób coś z nim! To potwór! Niech robi co do niego należy!
– Noo… – jęknął Gejralt spoglądając na pęknięte spodnie Pana X. – Lepiej nie.

Mistrz areny poczerwieniał ze złości. Zszedł z podwyższenia i obszedł klatkę z potworem. Zezłościł się. Kopnął w nią. Wypchnął Gejralta, nazwał go patałachem amatorem i sam wszedł do środka. Potwór zdziwił się wstrzymując oddech. Zamruczał.
Wejdźmin też mruknął, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Założył ręce i zmrużył oczy uśmiechając się lekko.
Spod brzuszka lasodymacza wysunęło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Oprócz wejdźmina oczywiście – i Mlaskra, który zaopatrzył się w kolejnego banana.
Niektórzy się śmiali, inni uznali to za obrzydliwe i wyszli. Pan X darł się wniebogłosy, ale potem jakby trochę mniej.
Wejdźmin podniósł kotarkę z ziemi i założył ją na klatkę, zapewniając zakochanym odrobinę prywatności. Ukłonił się i pomachał wiwatującej widowni.
– Chodź Mlaskier – powiedział uwalniając przyjaciela. – Chyba nauczyłem się czegoś nowego od tego lasodymacza.

Opowiadanie I – „Wejdźmin i księżniczka Zosia”

Gdyby rzodkiewka umiała pisać, i miałaby zamieścić dziś w swoim pamiętniczku nowy wpis, jedna z rzeczy, których na pewno nie napisałaby to “Dzień jest piękny. Jednak czegoś mi brakuje. Może to chłop z łopatą?”.
Chłop z łopatą metodycznie wykopywał wystające z ziemi rośliny. Odwrócił się i zauważył, że swoimi brudnymi buciorami wdeptał w ziemię cały rząd pieczołowicie wykopanych wcześniej bulw. Zaklął pod nosem i oparł się o swoje narzędzie pracy. Podłubałby w nosie, ale zauważył trzy osobliwe postaci zbliżające się do niego niespiesznie od strony ścieżki.
– Juhuu! – krzyknęła jedna z nich i pomachała do niego ręką.

Kiedy nieznajomi zbliżyli się na odległość rozmowy, chłop pożałował, że nikt jeszcze nie wynalazł okularów przeciwsłonecznych. Na słońce podczas zaćmienia nie powinno się patrzeć gołym okiem. Na cekinową kolczugę Gejralta w słoneczny dzień nie powinno się patrzeć nawet z zamkniętymi oczami.
– Dzień dobry, panie tubylcu – powiedział wejdźmin. – Przemierzyliśmy pół świata aby dowiedzieć się, co to jest.
Wejdźmin wskazał na widoczną w pewnej odległości budowlę. Była to wieża o okragłej podstawie ze znajdującą się na czubku nieco szerszą nadbudówką. Wieża górowała nad okolicą, a teren u jej podnóża był otoczony przysłoniętym nieco przez drzewa wysokim murem.
– Jak się o tym dowiedzieliśmy, po prostu musieliśmy przemierzyć te pół świata aby przyjrzeć się z bliska. Bardzo fajne, podłużne i pionowe – wyjaśnił wejdźmin.
Krasnolud, który mu towarzyszył westchnął.
– Panowie to z dala faktycznie musieli przybyć – powiedział chłop, odpalając papierosa. – Sądząc po tych pstrokatych strojach. To skąd są, jeśli wiedzieć można?
– Będzie z pół godziny drogi – powiedział Mlaskier. – Z jedną przerwą na kupę i jedną na drugie śniadanie. Zdążyłem wymyślić pół fajnego rymu. “Kiwi -”. Drugiej połowy jeszcze nie mam.
– No dobra – zignorował towarzysza Zołman. – Panie. Co z tą wieżą?
– Wieża jak wieża. To dla księżniczki.
– Księżniczki?
– Bo widzicie, tu panuje taki król, co to nigdy nie chciał mieć córki. Marzył se o męskim potomku, który zyskałby chwałę i odziedziczył tron, ale takowego nie doczekał się. Jedyne jego potomstwo nie tylko zinteresowanie sprawami polityki ma nikłe, ale w dodatku nie może dziedziczyć. Bo jest babą.
– Dyskryminacja!Już mamy dość tych tych represji! Żądamy równouprawnienia!
– Mlaskier, zamknij się. Ty nie jesteś kobietą – uciszył kompana Zołman.
– Jak to? – zdziwił się grajek.
– Ech. No a wieża?
– Król kochał swoją Zosię tak że aż ja p… nie mogę, i, choć brakowało jej pewnych wystających części ciała (ale miała inne, he he) chciał dla niej jak najlepiej. Kiedy królewna skończyła lat trzynaście, czyli, jak mówi obyczaj, była pełnoletnia, za radą kilku pijanych czarodziejów postanowił zafundować jej coś możliwie bliskiego bitewnej chwały: legendę – chłop zrobił dramatyczną przerwę. – Królewska córka została zamknięta w pałacowej wieży, a za żonę pojąłby ją taki śmiałek, który wbrew przeciwnościom zdołałby ją oswobodzić. Tydzień później uwolnił ją dworski kucharz, który przekupił strażnika za pomocą ciasteczka, co podobno było z makiem. Sprawę szybko zamieciono pod dywan, kucharz został cichcem poćwiartowany a zabezpieczenia przemyślano. Potrzebna była wieża, do której dostałby się tylko jakiś bohater. No to budowali. Kilka lat już minęło, wieża stoi, a księżniczka dobiega lat szesnastu i grozi jej staropanieństwo.
– Stoi? – zainteresował się Gejralt.
– A jak. Przywieziono nawet jakiegoś smoka, czy coś. Połyko-Rwą zwane. I to pilnuje tego ogrodu, co otacza budowlę. Tylko że jest problem. Tam są pułapki, potwór na wolności, w zasadzie wejść to się nie da. No to nie wiadomo jak tam wsadzić Zosię. Było ogłoszenie na śmiałka, którego zadaniem będzie nie ratunek, ale zamknięcie jej w wieży. Tylko, że to głupie. A bohaterowie przecie głupi nie są.

Król podrapał się po nosie i westchnął ciężko. Nie lubił poniedziałków. Szczególnie od czasu, kiedy problemy z wieżą księżniczki zaczęły piętrzyć się lawinowo. Tydzień wcześniej trzech budowniczych straciło życie montując wahadło śmierci. “Uwaga, leci!”, jak się okazało, krzyczane z ostrym zapaleniem gardła nie jest słyszalne z odległości kilku metrów. Później jakiś idiota postanowił łowić syreny w otaczającej budowlę fosie. Rękoma. Kłopotów było co niemiara, ale z jakiegoś powodu pierwszy dzień tygodnia przyciągał je jak magnes.
Swoim zwyczajem, założył ręce za plecy i jął spacerować nerwowo po pustej sali tronowej, przeklinając przy tym pod nosem.
Myślał tak intensywnie, że dopiero po chwili zauważył, że nie może dalej się przechadzać, ponieważ jego nos styka się z jakimś innym nosem. Co więcej, ten drugi nos był do góry nogami, a do niego przyczepiona była reszta postaci, która wisiała głową w dół na żyrandolu.
AAAAAA!!! – odskoczył, kiedy do jego mózgu dotarła informacja, że się wystraszył.
– Szanowna wysokość wybaczy – powiedział głos krasnoluda, który stał u wejścia sali tronowej. – Mlaskier, złaź z tej lampy!
– Eee? – wybełkotał król.
– To taki nasz kolega. Czasem jest trochę dziwny, ale proszę się nie, złaź z lampy powiedziałem, obawiać, to nie z nim będzie trzeba rozmawiać o zleceniu.
Karsnolud odsunął się na bok, bo do sali na jednokołowym rowerku wjechał srebrnowłosy wejdźmin, żonglując dwoma bananami i chomikiem. Wyglądało na to, że nie panuje nad trajektorią jazdy, bo po krótkim zygzakowaniu między kolumnami wpadł z impetem w regał z porcelaną stojący w kącie. Z kawałków regału i bardzo drogich naczyń wysunęła się jego uśmiechnięta twarz.
– Widzieliście? – powiedziała. – Bez siodełka.
– Straż – pisnął cichutko król.

Ryszart Dwa Jeże, prawowity władca królestwa Tamsaint bębnił palcami o stół.
– Znacie swoje zadanie. Chociaż jak tak na was patrzę, głodnych, przerażonych…
– Eee, on jest po prostu chudy – powiedział Zołman zjadając całe udko z kurczaka, łącznie z kością. – A Mlaskier to ma zwyczajnie duże oczy.
– No dobrze, dobrze. Co do nagrody, dogadamy się później. Ale ręka księżniczki nie wchodzi w grę. Nie po to tu jesteście.
Gejralt i Mlaskier zahihotali, ale król wolał nie pytać.
– Idziemy tam z księżniczką i zamykamy ją w wieży – podsumował Gejralt. – Pupka z masłem. Ale będzie nam potrzebne więcej informacji.
– Pytajcie o co chcecie.
– No, na ten przykład, czysto teoretycznie, gdyby tak się zdarzyło, że ta cała Połykorwa zjadłaby nam księżniczkę, to co wtedy?
– Wtedy na deser zje was. Po kawałku. Mam nadzieję, że się rozumiemy.
– Aha – powiedział Wejdźmin. – Ale gdyby została chociaż ręka, to w sumie…
– Nikt nikogo nie zje. To jest właśnie wasza misja. Jeśli nie jesteście w stanie jej wykonać, możemy się pożegnać tu i teraz.
Uśmiechnięta dziewczynka o włosach koloru blond w podskokach podeszła do stołu. Wyglądała niewinnie. Miała na sobie strój podróżny i plecaczek.
– A to jest właśnie Zosia.

Żelazne wrota do ogrodu otworzyli kluczem, który dostali od króla Ryszarta. Przestąpili próg.
Zołman w gotowości bojowej rozglądał się powoli trzymając w rękach topór. Wejdźmin przeciągnął się i zapalił papierosa. Mlaskier wyskubywał coś z włosów księżniczki, która chichotała wesoło.
– Pamiętajcie – pouczył ich Gejralt. – Połykorwa wygląda dość przerażająco, ale bardziej boi się ludzi, niż wy jej. Jeśli nie czuje strachu, nie powinna się nawet do nas zbliżyć. Istnieje duża szansa, że nawet jej nie…
Nagle zrobiło się jakoś ciemniej. Zupełnie tak, jakby cień jakiegoś krwiożerczego potwora zakrył słońce. Chwilę później wyjątkowo brzydka maszkara z hukiem opadła na ziemię. Potwór spojrzał na Zosię, i zanim ktokolwiek zdążył zareagować zjadł ją z głośnym “chaps!” i odfrunął.
Mlaskier sprawdził, czy ma wszystkie palce.
– O kurwa – przerwał ciszę Zołman.
Patrzyli na oddalający się na niebie punkcik. Z jego kierunku dobiegło ledwo słyszalne beknięcie.
– Potrzebujemy nowego planu – oznajmił Wejdźmin. Wszyscy powoli, krok za krokiem, zbliżali się z powrotem do wrót.

Ptaki ćwierkały melodie niecenzuralnych piosenek, których w wolnych chwilach Mlaskier uczył je, podśpiewując przy karmniku. Wcześniej zwykł pijać eliksir “Mały Ptaszek”, aby lepiej rozumieć swoich skrzydlatych przyjaciół. Wejdźmin, z jakiegoś powodu, nie lubił kiedy jego druh znajdował się pod wpływem tej mikstury.
Szałas, w którym siedzieli zamaskowali gałęziami i mchem, ale wprawny tropiciel mógłby rozpoznać go po kolorowych wstążkach, lampkach choinkowych i transparencie z napisem “Przytulanie za darmo” powieszonym nad wejściem.
– W zasadzie – mówił krasnolud. – Dopóki ktoś nie spróbuje jej uratować, możemy powiedzieć, że siedzi w wieży. Jak niby sprawdzą, czy to prawda? Co wy tam robicie pod kocem?
– Nic – powiedział bardzo szybko Gejralt. – Spokojnie, Zołmanie. Przygotowałem już 47 zapasowych planów działania. Niestety żaden z nich nie ma nic wspólnego z naszą sytuacją.
– Gejralt. Jak ktokolwiek dowie się, co się tu stało, to nawet na końcu świata nie ukryjemy się przed królewską strażą. Widziałeś ich? Umięśnione chłopy, pewnie każdego dnia trenują te swoje naprężone muskuły… przestań się uśmiechać. Idę siku. Nie, nie możesz popatrzeć.
Zołman wyszedł. Wrócił po kilku sekundach, blady jak ściana. To, co zobaczył sprawiło, że zbladł jeszcze bardziej, wrzasnął i wybiegł z powrotem.
– Nie było mnie tylko chwilę! – usłyszeli z zewnątrz. – Nogi nie wyginają się w takie strony! Zresztą, kurwa, ubierać się!
Światła widoczne w oddali wyglądały jak zbliżające się oddziały wojska. Tętent kopyt też brzmiał jak galopujące konie bojowe. Chorągwie z herbem sugerowały, że to mogli być królewscy rycerze. Transparent, który wieźli przedstawiał coś, co przypominało podobizny Gejralta i jego towarzyszy, z dorysowanym czymś, co wyglądało zupełnie jak szubienice. Koniec końców, uprawnione było przypuszczenie, że zbliżający się tabun nie był dostawcą pizzy.
Nie zastanawiali się długo. Piesza ucieczka przed konnymi miała tylko jedną wadę: była niemożliwa. Rzucili się więc pędem w stronę ogrodu, a kiedy tam dotarli, zatrzasnęli za sobą wrota.
Usłyszeli, jak kilka bełtów odbija się od drugiej strony bramy.
– Świetnie! Cudownie! – grzmiał Zołman. – Przecież mają klucz. Już po nas.
Gejalt wskazał na górującą nad ogrodem wieżę.
– Możemy się schować o tam. I tak chciałem dotknąć.
Mlaskier wykopał dołek rękami i zakopał go z powrotem. Wyglądał na zadowolonego. Po drugiej stronie bramy dało się usłyszeć głosy. Wrota drgnęły.
– Biegiem! – krzyknął Zołman i zorientował się, że jest sam, bo obaj towarzysze zdążyli się już oddalić. Krasnolud też rzucił się do sprintu.
Biegli. Gejralt zahaczył nogą o jakiś sznurek. Ostre jak brzydwa wahadło wystrzeliło spomiędzy drzew lecąc prosto na jego głowę. Wejdźmin uznał to za miły aspekt sytuacji. Zarzucił włosami i przyciął rozdwojone końcówki. Prawie wpadł też do stawu z zabójczymi syrenami. Potwory o postaciach pięknych kobiet kusiły go pieśniami i swoimi ponętnymi kształtami. Przebiegł po ich głowach i zeskoczył na drugi brzeg.
Zołman pędził zygzakiem omijając zapadające się na jego drodze doły z kolcami.
Mlaskier jechał na chwilę na tygrysie, który rzucił się na niego z kępy krzaków. Kiedy zwierzę zorientowało się, że coś jest nie tak, zahamowało z piskiem, a grajek pofrunął dalej zjadając kulki z trującym gazem, które strzelały w jego stronę ze szczelin w kamieniach.
W końcu dobiegli.
1654 schodów później patrzyli z okna ciemnej komnaty na czubku wieży jak żołnierze powoli przedzierają się przez liczne pułapki.
– Teraz możemy się zrelaksować – powiedział Gejralt i przeciągnął się powoli. – Długo im to zajmie, a po drodze zje ich smok.
– Gejraalt? – zagaił Mlaskier.
– No?
– A gdzie właściwie jest ten smok?
– Właśnie – dodał krasnolud. – Gdzie właściwie…

Coś popukało go po ramieniu.

Krasnolud bardzo, bardzo powoli odwrócił się. Para świecących w ciemności oczu rozszerzyła się.
Wszyscy, łącznie z potworem wrzasnęli. Stwór zrobił krok w ich stronę, wychodząc z cienia. Jego zęby ociekały czarnym szlamem.
Gejralt bardzo, bardzo powoli sięgnął za plecy. Miał tam schowany eye-liner. Nie chciał umierać nieumalowany.
Połykorwa zbliżała się do nich warcząc. I nagle padła na pysk.
Coś ruszało się pod jej ogonem. Wychynął stamtąd mały palec, potem ręka, a potem wygramoliła się stamtąd czarna jak smoła księżniczka.
– O jezu, jak śmierdzi – powiedziała. – Chyba zepsułam smoka. Ojciec zawsze mówił, że jestem ciężkostrawna.

Trębacze odegrali hymn królestwa Tamsaint. Trójka bohaterów stała dumnie przed majestatem jego królewskiej mości.
– Wejdźminie, niezłego nam żeście napędzili stracha – mówił władca. – Kiedy doszły nas słuchy, że Zosia została zjedzona przez potwora byliśmy gotowi was ubić na kogel-mogel. Ha, ha.
Zaśmiali się nerwowo.
– A tu nagle okazuje się, że ona cała i zdrowa, a zadanie wykonane. Nawet nie wnikam, jak żeście to zrobili. Co do nagrody, mości wejdźminie, mieliśmy się dogadać. A zatem postanowiłem.
Król zrobił uroczystą pauzę. Odwrócił się do zasiadającej w ławach publiczności.
– Ogłaszam wszem i wobec, że, choć nie taki był początkowo plan, wejdźmin Gejralt wykazał się odwagą, skutecznością w działaniu oraz odpowiedzialnością. Dlatego to właśnie jemu oddaję rękę księżniczki Zosi. Spłodzą nam mnóstwo…
Stojący obok kasztelan popukał króla po ramieniu, by ten się odwrócił. Po Gejralcie i jego towarzyszach nie było śladu.

Do szałasu, w którym się ukrywali dla lepszego kamuflażu dodali jeszcze transparent z napisem “Tu nas nie ma”.
– He he, Gejralt – zagaił Zołman. – No tym razem to byś normalnie księciem został. – Ale potomstwa to by się oni raczej nie doczekali, he, he.
Wejdźmin rozmyślał o wszystkim, co ich spotkało. O księżniczkach, smokach i władcach, którzy o wszystkim decydują.
– Wiecie – odparł po dłuższej chwili. – Co mnie przeraża?
– No?
– Robale. Fuj – powiedział, wypstrykując chodzącą po jego ręce stonkę na zewnątrz szałasu.