Opowieść Wyrżnijmijna ~ Część II

Mlaskier był zbyt zajęty, aby zwrócić swoją nieprzeciętną uwagę na coś innego, niż Dyrdymałowy ślimak. Miział go po skorupce i mięsistym ciałku, co jakiś czas wydając z siebie głoskę „Ooo…”. Dyrdymał machał zaciśniętymi w pięści oczami na czułkach i z nerwów w nadmiarze produkował obślizgłą substancję, która bardzo podobała się poecie. Już miał użyć jej do sklejenia swojego ostatniego poematu o muchach, kiedy głośne „PUK!” odbijającego się od szklanej bańki Ducha Minionych Świąt wyrwało go ze skupienia.

– Tere fere ku ku – powiedział Gejralt. – Może i jest pan sobie duchem, ale to jest specjalny Pałkołap nieprzepuszczający żadnej zjawy.
Duch Minionych Świąt zastukał palcem w magiczne szkło i skonfundowany spojrzał na wejdźmina.
– Próbowałem być dla pana miły, ale jak nie, to nie – podsumował Gejralt zakładając ręce.
– Jestem Duchem Przeszłych Świąt!… – zagrzmiało widmo, ale jego i tak już z natury spowite pogłosem słowa niosły się w przestrzeni jako potrójne echo wydobywające się z wnętrza słoika. – Mnie nie można tak po prostu zamykać!…
Wejdźmin, pomimo znakomitego słuchu, zmarszczył czoło.
– Co pan mówi? Że przeszedł panu świąd i moszna w nosie znikła?…
Duch wybałuszył oczy i znieruchomiał. On albowiem słyszał wszystko doskonale. Wejdźmin odczekał chwilę, ale duch zamilkł. Wolał już nic nie mówić.
– Udam, że tego nie słyszałem – Gejralt zastanowił się chwilę i zwrócił się w stronę towarzyszy. – Pozostaje tylko problem przetransportowania tej szklanej kuli do pałacu Fjutesta. Jakiś pomysł, Dyrdymale?
Czarodziej schował się w skorupce.
– W takim razie – wejdźmin uniósł palec i spojrzał w górę – będziemy turlać.

Odczepienie szklanej bańki od rusztowania przy jednoczesnym zachowaniu jej magicznych właściwości było nie lada wyzwaniem. Kiedy mieniąca się aparatura wreszcie spoczęła na ziemi, krasnolud oparł na niej dłonie, zaparł się na nogach pochylając się do przodu i zrobił pierwszy, mozolny krok. Wejdźmin natychmiast znalazł się nad nim, jak gdyby nigdy nic.
– No dobra, to pchamy – powiedział.
Mlaskier przypatrywał się temu przedsięwzięciu przechylając głowę na bok.
– Gejraaalt?… – zagadnął poeta. – A ślimak?
– Mlaskruś, nie teraz… – zadyszał wejdźmin. – Albo dobra – dodał po chwili namysłu. – Na ślimaka zawsze jest czas.

***

Król Fjutest prężył swoje (jak mu się zdawało) mięśnie przed lustrem w samych majteczkach i ubolewał nad losem wszystkich ludzi, którzy nie wyglądali tak jak on. Szybko jednak zmienił zdanie, kiedy do jego komnaty wtargnął znajomy mu wejdźmin.
– Hm – stęknął król i ponownie spojrzał na swoje odbicie. – Gejralt, do mnie. Stań tu obok mnie przed lustrem.
– Wykonałem twoje zlecenie – wydyszał wejdźmin, oparł się plecami o zaśnieżoną kulę i zjechał po niej aż znalazł się na podłodze. Mlaskier położył mu zimnego ślimaka na czole.
– Gejraltku, proszę cię, nie umieraj… – powiedział.
– Nie, nie, Mlaskruś. Nie umieram. Muszę… Tylko… Chwilę… Odpocząć.
Zołman padł obok dysząc głośno. Nie chcąc mieć Dyrdymała na czole od razu powiedział, że też nie umiera.

Wypity przez niego eliksir „Ach, Koza” co prawda zaczął działać i spanikowany krasnolud myśląc, że ujeżdża antylopę gonioną przez stado hipopotamów, znacznie przyśpieszył transport kuli, niestety mikstura działała tylko przez kwadrans, toteż przez resztę drogi – coraz cięższą, bo oblepioną coraz grubszą warstwą śniegu kulę – trzeba było pchać własnymi siłami. Jakby tego było mało, pałac Fjutesta wzniesiony był na wysokiej górze nad Wyrżnijmą. Po drodze mijali biedne domostwa, bo mimo reprezentacyjnego wyglądu miasta (na które Fjutest nie szczędził środków płynących z wysokich podatków) ludziom żyło się tu dość skromnie. I chociaż czasu do Wigilii było mało, w świątecznym ferworze znalazło się kilku mieszkańców, którzy pomagali pchać kule śniegu na różnych odcinkach drogi.

– Do mnie, natychmiast! – ponownie rozkazał Gejraltowi Fjutest. – Mam tu teraz coś ważniejszego na głowie, niż jakieś twoje obsrane duchy.
Wejdźmin wziął oddech i na czworakach doczłapał do króla.
– Wstań – wydał polecenie Fjutest. – Albo nie. Zniż się, żebyś był niższy niż ja.
– Fjutest, mam tego ducha co chciałeś w Pałocapie… – wtrącił Gejralt.
– Cicho bądź. Ugnij kolana. I zgarb się. I zrób brzydką minę.
Zadowolony król wyprostował pierś i spojrzał na odbicie swoje i wejdźmina, i z przerażeniem stwierdził, że Gejralt w dalszym ciągu wygląda lepiej niż on. Fuknął.
– To gdzie ten duch, co go chciałem mieć? – zmienił temat.
– W tej magicznej bańce – wyjaśnił wejdźmin.
– Jakoś ja tu tylko widzę kulę śniegu, która paskudzi mi podłogę.
– A – mruknął Gejralt. – Rozpalę w kominku żeby śnieg szybciej się stopił…
– NIE KURWA! Tylko nie w kominku! – huknął Fjutest, po czym odchrząknął. – Nie będziesz palił w żadnym kominku w mym pałacu, ponieważ czekam dzisiaj na wyjątkowego jegomościa. Niech się samo stopi.
– No dobra, to czekaj… – wejdźmin, ostatkiem sił, puścił strumień ognia roztapiając śnieg w mgnieniu oka. – Proszę bardzo. Duch Minionych Świąt.
Fjutest zarechotał.
– I co teraz, cwaniaczku! – pogroził mu palcem. – Nie będziesz mnie zmieniał ty obleśny staruchu. Ja jestem idealny. Zaraz, co to ma być?
Duch był przyklejony do ścianki kuli, a że ta akurat znalazła się do góry nogami, to jego luźne odzienie ulegając sile grawitacji, obnażyło jego nagie pośladki. Fjutest uznał to za zniewagę majestatu, a następnie nakazał służącym przenieść szklana kulę do głównej sali balowej dokładnie w tej samej pozycji, aby mógł ją podziwiać w trakcie kolacji i kazał się wszystkim wynosić.
– Zaraz, zaraz – wtrącił Zołman. – Gejralt za pracę w święta liczy sobie podwójnie.
– Naprawdę?… – zdziwił się wejdźmin.
– Co? – jeszcze bardziej zdziwił się król.
– Wykonał zlecenie, należy się zapłata – ciągnął krasnolud. – Podwójna.
– No dobrze, to dwa cukierki… Niech stracę…
W międzyczasie do króla podbiegł księgowy prosić o podpis pod rachunkiem opiewającym na siedem tysięcy koron za nową dostawę pozłacanych stringów na specjalne zamówienie. Fjutest podpisał dokument bez mrugnięcia okiem.
Wejdźmin wziął cukierki, ale wyraźnie pogardził taką formą zapłaty.
– A niech mnie! – warknął król. – Dobra, kurwa, niech stracę! Zapraszam was na Świąteczną Ucztę Wyrżniminijną. Co prawda miałem do niej przystąpić całkiem sam, ale niech wam będzie.

Długi na osiemdziesiąt metrów stół ułożony w olbrzymią literę „F” był suto zastawiony jedzeniem. Była na nim chyba każda potrawa, jaką można było sobie wyobrazić. Wszystko pachniało tak wspaniale, że nawet wejdźmińskie kiszki zaczęły grać marsza. Gejralt zwrócił uwagę królowi, że wykarmiłby tym całe miasto i oberwał w łeb za głupie pomysły. Fjutest wzruszył ramionami. W końcu na królewskim stole nie mogło być pusto w święta, nawet jeśli spędzał je sam.
– A co ta choinka taka dziwna? – spytał Mlaskier.
Choinka Fjutesta stała na samym środku owej wystawnej, gigantycznej sali. Wysoka na ponad dziesięć metrów robiłaby wrażenie, gdyby nie to, że gałęzie zaczynały się mniej więcej od jej połowy. Król kazał odciąć dolne pędy, aby zrobić więcej miejsca na prezenty. Specjalny gość na którego czekał, powinien być tu lada chwila. Fjutest wysłał mu nawet imienne zaproszenie na dzisiaj na dwudziestą drugą pod groźbą wysadzenia go w powietrze dnia następnego, jeżeli nie przyjdzie.

Długa wskazówka zegara przeskoczyła na dwunastkę poganiając tym samym swoją mniejszą koleżankę na godzinę dziesiątą. Zegar rozpoczął wybijanie dzwonów, a w kominku zaczął kotłować się pył. Fjutest zacisnął pięści i wyszczerzył zęby. Czarny proszek zaczął sypać się coraz silniej, aż w końcu z rozciągniętym na całą długość komina i coraz głośniejszym dźwiękiem „Aaa…!” buchnął mu w twarz. Spod opadającego popiołu wyłonił się wielki czerwony zadek z dwoma krótkimi nóżkami przyczepionymi do jego końca. Tajemniczy jegomość podniósł się stękając, otrzepał ubranie i rozejrzał się szybko lokalizując gospodarza w żenująco wielkiej koronie.
– Dziękuję za urocze zaproszenie, królu – gość ukłonił się nisko.
– Ha ha! – ryknął Fjutest podskakując z podniecenia. – Widzicie jaki szacunek mam?! Od dzisiaj wy też będziecie mi się kłaniać do samej ziemi! Wszyscy będą!
Mlaskier splótł ręce pod brodą i wlepił swoje wielkie błyszczące oczy w przybysza.
– Święty Mikołaj… – wyszeptał. – Widzisz Gejralt, mówiłem ci, że on istnieje.
Wejdźmin nieco się zawstydził.
– Dzień dobry – powiedział Zołman, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.
– Oczywiście, że istnieje – potwierdził Mikołaj spoglądając na wejdźmina.
– Dobra! – warknął Fjutest. – Dosyć tej bezsensownej paplaniny! Dawaj prezenty, spaślaku!
Mikołaj odwrócił się rzucając cień na króla.
– Przebyłem długą drogę, aby tu dotrzeć. Nie poczęstujesz mnie nawet ciasteczkami?
– Jakimi znowu, kurwa, ciasteczkami!
Wejdźmin sięgnął do kieszeni i oddał Mikołajowi dwa cukierki.
– Ja mam tylko to z rzeczy do jedzenia – powiedział.
– Dziękuję – odparł Mikołaj. – A więc zaczynamy. Kto pierwszy?
Fjutest złapał się pod boki i popłakał ze śmiechu.
– Oczywiście, że ja – oznajmił.
– A zatem – rzekł Mikołaj i wręczył mu ładnie zapakowany prezent.
Fjutest wyszarpał mu go z ręki, przegryzł wstążeczkę, porwał papier na strzępy i uniósł swój prezent.
– Ha! – zawołał, by po chwili zdębieć. – A co to jest za patyk? – spytał. – Jakiś magiczny?
– Nic z tych rzeczy – odpowiedział Święty Mikołaj. – To zwykły patyk. Tak zwana rózga.
– RÓZGA?!! Jak śmiesz! To ja cię ugaszczam w moim pałacu, a ty mi zwykłą rózgę przywozisz?!
– Każdy dostaje to, na co zasłużył.
– Ja nie mogę, jak ty mnie wnerwiasz, dziadu! – zapiszczał król. – To przynajmniej spełnij moje życzenie! Nakazuję ci żebyś sprawił, żebym wyglądał tak jak on – Fjutest wskazał palcem na wejdźmina.
– Nie mogę tego zrobić – odparł Mikołaj. – Każdy jest inny i każdy jest wyjątkowy. I tak ma zostać.

Fjutest zaczął tupać nogą. Kiedy skończył robić „bla, bla, bla”, wywrzeszczał w całkowitym szale, że nienawidzi świąt i Świętego Mikołaja. Jakby tego było mało, dodał, że nienawidzi również wszystkich świąt jakie kiedykolwiek były i będą. A tych nienawidzi najbardziej.
W tym momencie stało się coś nieoczekiwanego. Duch Minionych Świąt rozświetlił się z ogromną siłą. Szklana kula wyglądała zupełnie jak słońce. Pełne nienawiści do świąt słowa Fjutesta przywołały jeszcze nigdy nieużywanych do tej pory Duchów – Teraźniejszych i Przyszłych Świąt. Zjawa złączyła się w jedność i powiększyła swą postać kilkakrotnie, rozbijając magiczną bańkę w drobny mak. Duch podfrunął do Fjutesta i pochylając się nad nim zbliżył swoją ogromną i ogromnie wściekłą trój-twarz do czoła króla. Zaryczał:
– ŚWIĘTA SĄ FAJNE, KUMASZ?!
– Tak tak tak tak tak – wymamrotał blady jak ściana Fjutest i zemdlał.

Święty Mikołaj poprawił pasek na swym dorodnym brzuchu i zwrócił się do pozostałych:
– Straszne z niego skąpiradło. Kto następny po prezent?
– Ja! Ja! Wybierz mnie! Mnie wybierz! – cieszył się Mlaskier.
Dostał przepiękną, błyszczącą lutnię i lalkę Barbie przypominającą mu pewną bliską osobę i wydał z siebie najdłuższe „o” jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się wyśpiewać. Zołman otrzymał nowiuśki topór obwiązany czerwoną kokardą.
– Ja pier… dziele! Skąd wiedziałeś, że kocham topory?! – wykrzyknął uradowany krasnolud.
– Po prostu wiedziałem – oznajmił Mikołaj. – Tak samo jak wiem to, że nigdy ich nie używasz.

Święty Mikołaj bowiem posiadał magiczną moc wyczuwania i rozpoznawania każdej żyjącej istoty, dlatego też czarodziej Dyrdymał dostał świeżutką główkę sałaty. Wykrzywił się szeroko w bezzębnym uśmiechu i z błogością wymalowaną na ślimaczych oczkach wciamkał kawałek zielonego liścia. Jego policzki zamieniły się w dwie małe kuleczki, na co wejdźmin zareagował wdzięcznym uśmiechem.

– Gejralcie – zwrócił się do niego Mikołaj. – Dla ciebie też coś mam. Zbliż się.
– Dla mnie?…
– No idź – dodał mu otuchy Mlaskier.
Wejdźmin niepewnie podszedł do Mikołaja. Na jego prośbę wyciągnął zamkniętą dłoń. Kiedy ją otworzył, zobaczył małą, mieniącą się figurkę.
– Co to takiego? – zapytał.
– Mały ptaszek – odparł Mikołaj puszczając mu oczko i zachichotał psotliwie. – Żartowałem – dodał. – No może nie do końca. To jedyny w swoim rodzaju kolorowy ptak z rozpostartymi skrzydłami. Jest inny niż wszystkie i może pofrunąć gdzie tylko zechce. Niesie ze sobą radość, wszędzie tam gdzie się pojawi i trzepnie włosami… SKRZYDŁAMI, znaczy się.
Gejralt przyglądał się figurce z rozchylonymi ustami i mrużąc oczy obracał ją delikatnie zmieniając kąt padania światła na przedmiot, który mienił się we wszystkich kolorach tęczy, i za każdym razem w zupełnie inny, niezwykły sposób.
– Podoba mi się – przyznał.

Święty Mikołaj skinął głową. Spojrzał na zadowolone twarze i rozpromienił się unosząc w górę rumiane policzki. Ogłosił, że na niego już pora. Miał przed sobą jeszcze kawał drogi i miliony prezentów do rozdania. W końcu wszystkie dzieci – te duże i te małe – czekały na niego z niecierpliwością.
– Święty Mikołaju?… – zaczął wejdźmin spoglądając na swój prezent. – Czy mógłbyś w tym roku odwiedzić jeszcze Homo Moher? Tam też jest sporo dzieci.
– Homo Moher…? – zdziwił się Mikołaj. – Nigdy nie słyszałem o takim miejscu.
– Wiem.
Mikołaj spojrzał na wejdźmina, który uśmiechnął się lekko i spuścił wzrok.
– Teraz już wiem, dlaczego we mnie nie wierzyłeś – powiedział. – A więc w drogę! – zahuczał i klaskając w ręce przywołał swoje sanie.

Magiczny rydwan ciągnięty przez dostojne renifery wparował z łomotem otwierając wrota do komnaty balowej i spowił żółtym światłem całe pomieszczenie. Wszystkie tysiąc świec na stole zapłonęło w jednym momencie, w kominku wreszcie pojawił się ogień, a choinka rozbłysnęła magicznym blaskiem. I dobrze się stało, że Fjutest kazał przyciąć dolne gałęzie, bo przerwa ta w zaczarowany sposób wypełniła się górą prezentów. Święty Mikołaj zrobił jeszcze kilka kółek rozniecając wszędzie złocisty pył, a kiedy w końcu udało mu się skierować renifery w stronę wyjścia, roześmiał się, pomachał i strzelił lejcami.
– Wiecie co robić!… – zawołał jeszcze i pognał swój orszak.

Zapadła cisza, chociaż wydawać by się mogło, że wszystko w koło wydaje z siebie delikatny dźwięk obijających się o siebie mieniących się magicznych drobinek. Mlaskier wpatrywał się w to wszystko jak zaklęty z szeroko otwartymi oczami i ustami. Zabrakło mu tchu, żeby wydać z siebie jakiekolwiek „o”. Zołman wyprostował się, oparł ręce na biodrach i spojrzał na Gejralta. Ten podrapał się po karku.
– Tyle jedzenia! – zawołał nagle rozkładając ręce. – Przecież to się nie może zmarnować. Mlaskier, sprawdź czy przy każdym krześle są talerze. Za chwilę będziemy mieć tu dużo gości! Masz Zołmanie – wejdźmin podał flakonik krasnoludowi. – Wpij jeszcze jeden eliksir „Ach, Koza” i przebiegnij się po mieście.
Wejdźmin wyglądał na niezwykle zadowolonego.
– Ten jeden raz mogę to zrobić. I to z przyjemnością – krasnolud wyciągnął korek i spojrzał na buteleczkę. – Tylko się upewnię, że to na pewno to.
Gejralt przewrócił oczami…

Opowieść Wyrżnijmijna ~ Część I

Specjalny dzyndzelek zahaczył o zębatkę i uruchomił system mechanizmów, który, pociągając za łańcuch zdzielił Zołmana po głowie deską. To był siódmy raz tego wieczoru.
– Nie no, ja cię po prostu zabiję – powiedział krasnolud i podniósł leżący w kącie topór.
Rzucił nim w czarodzieja, który przyglądał się zbudowanej przez siebie aparaturze. W locie broń złapał wejdźmin i użył jej by odkroić czarne końcówki trzymanego w ręku banana.
– Nie kłócić się, robaczki – powiedział. – Dyrdymale, twój Chudopał chyba nie działa tak jak należy.
– Duchołap, kurwa – stęknął Dyrdymał osłaniając się magiczną tarczą przed cegłą, która poszybowała w jego stronę. – Jakby krasnolud się nie ruszał, tak jak mówiłem, tylko spokojnie trzymał rusztowanie, dopóki klej nie wyschnie, to byśmy już dawno skończyli.

Maszyna zajmowała większość miejsca w ciemnej piwnicy jednej z Wyrżnijmijskich kamienic. Jej centralny punkt stanowiła szklana bania wielkości dorosłego człowieka, którą, dla lepszego efektu opatrzono napisem “bardzo niebsbxlsf”. Dyrdymał nie był mistrzem ortografii. Czarodziej wskazał ją palcem, kiedy już upewnił się, że Zołman nie ma pod ręką żadnych więcej nadających się do rzucania przedmiotów.
– Teraz powinno działać – powiedział. – Tylko trzeba wyjąć stamtąd jego. Wewnątrz bani ze smutną miną stał bezradnie Mlaskier.
– Wejdę go pocieszyć – powiedział Wejdźmin.
– NIE! – krzyknęli jednocześnie Zołman i Dyrdymał, którzy natychmiast zauważyli, że przezroczysty pojemnik pozwalałby dokładnie widzieć, co dzieje się w środku.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Jak chcecie. Niech ktoś pociągnie za sznurek otwierania. Może sam wyjdzie.
– Dobra! – powiedział stojący jakby nigdy nic przy panelu obsługi Mlaskier i pociągnął za sznurek.

Bania podniosła się, ale ponieważ nikogo już tam nie było, nie przyniosło to żadnych pożytecznych konsekwencji. Po chwili powoli opadła na swoje miejsce.
– Właśnie mi się przypomniało – stwierdził czarodziej – dlaczego najczęściej wam nie pomagam. Spadam stąd, i to już!
Wykonał kilka skomplikowanych ruchów rękami. Było to zaklęcie zmieniające go w sokoła wędrownego – najszybszego ptaka świata. W międzyczasie jednak Zołman lekko trącił go ręką, i po głośnym “puf” na podłodze, w miejscu, gdzie przed chwilą stał mag, pojawił się ślimak. Zwierzątko zlustrowało się umieszczonymi na czułkach oczami, spojrzało z wyrzutem na krasnoluda i zaczęło przemieszczać się w stronę schodów prowadzących do wyjścia.
– He, he, he – zarechotał Zołman. – Uważaj na rogu Alei Wichru i Ulicy Błyskawicznej, podobno straż pałacowa łapie tam dyliżansy za nadmierną prędkość!
Ślimak był już o 2 milimetry dalej niż wcześniej.

***

Gwiazdkowy Duch Minionych Świąt był bardzo stary. W tym roku skończył rok. Duchy jednak nie starzeją się w taki sam sposób, jak ludzie. Właściwie wcale się nie starzeją. Ich wygląd, wbrew obiegowej opinii, nie zależy jednak od tego, jak wyglądały w chwili śmierci; w przeciwnym wypadku wyrżnijmnijski Dom Publiczny Pani Flut dla Emerytów i Rencistów (Sp. Z. O. O.) byłby źródłem dużej ilości szeroko uśmiechniętych zjaw. Co jasno stwierdza Wejdźmiński Bestiariusz z Misiem na Okładce, Duchy wyglądają po prostu tak jak powinny. Ten konkretny powinien wyglądać jak ubrany w szlafmycę i białą togę, przygarbiony starzec.

Duch Minionych Świąt siedział na fotelu w swoim niewidzialnym domku, w niewidzialnym królestwie duchów i palił niewidzialną fajkę.
– Gówno – stwierdził spoglądając w stronę niewidzialnej rury odpływowej swojej niewidzialnej toalety, w której błąd inżynieryjny sprawiał, że zalegająca w niej zawartość była akurat całkowicie widzialna.

Duch nie lubił świąt. Nie lubił ich, ponieważ w zasadzie niczego nie lubił. Więc świąt też. Raz stwierdził, że jest coś, co lubi. Narzekać. Ale po krótkiej chwili ta myśl mu zbrzydła. Spojrzał niechętnie na niewidzialny, duchowy dzwonek, który, jak co roku, czyli jeszcze nigdy, pojawił się na niewidzialnym stoliku stojącym w kącie chatki. Zadaniem tego dzwonka było powiadamianie Ducha o tym, że jest potrzebny. To był jego cel: przekonać jakąś gburowatą personę, że święta to radosny czas, który powinien upływać na czynieniu dobra i brataniu się z ludźmi.

Wcześniej liczył na wsparcie: po sąsiedzku stały chatki przeznaczone dla Duchów Teraźniejszych i Przyszłych świąt. Tego pierwszego jednak nikt nie potrzebował, bowiem przedstawianie ludziom tego, co dzieje się przed ich oczami właśnie teraz nie miało wiele sensu, a drugi przełożył swoje zadanie na nieokreśloną przyszłość i poszedł się upić popularnym w tamtych okolicach Spirytualitusem Strong Długo Ważonym. Więc Duch Minionych Świąt siać radość na świecie miał sam.

Niezależnie od chęci, jedynym celem istnienia wszystkich duchów jest wypełnianie powierzonego im zdania, Duch wciągnął więc smarki głębiej do nosa, połknął je, i czekał.

***

Do, zdaniem niektórych, zbyt dużych, uszu króla Fjutesta docierały ostatnio legendy o tym, że u wyjątkowo negatywnie nastawionych, majętnych gburów w okresie świąt dzieją się niewytłumaczalne zjawiska. Ludzie się zmieniali, podobno pod wpływem magicznych zjaw, które coś tam im pokazywały. Fjutest, zdaniem niektórych (zwłaszcza tych, którzy wcześniej mówili o dużych uszach, a do których wkrótce potem zawitała pałacowa straż) był idealny, i nie życzył sobie, aby ktoś go zmieniał.

Oczywiście były rzeczy, które król lubił, jak mu się pokazywało; wśród nich próżno jednak szukać świątecznych bombek. A jeśli już ktoś by ich szukał, to stanowczo nie byłyby świąteczne. Wolał więc dmuchać na zimne. Prawie zamarzł i nabawił się zapalenia płuc, zanim ktoś mu wytłumaczył, że to powiedzenie to tylko przenośnia. Posłał więc po profesjonalistę, który z pomocą jakiegoś mądrego czarodzieja miał upewnić się, że jego różowy zamek (Fjutest wolał określenie Pałac, przy czym, jak zwykł mawiać “c” było nieme) nie padnie ofiarą niezapowiedzianej wizyty nieznanego gościa.

***

– Wszystko jest – powiedział Gejralt. – Smutne i mroczne pomieszczenie, pułapka, święta… Jeszcze tylko trochę, i będziemy mogli wykonać zadanie i spokojnie iść ubierać choinkę. Choinkę… – zamyślił się na chwilę – Właśnie stwierdziłem, że U jest fajniejsze, niż O. A teraz Zołmanie…
– Nie – odparł szybko krasnolud.
– O, bawimy się w powtarzanie końcówek – ucieszył się Mlaskier.
– Zołmanku, to nie jest czas na przedrzeźnianie.
– Nie – powtórzył krasnolud.
– Hihihi – Mlaskier zaklaskał w dłonie. – Ja też, ja też. Nie.
– Będzie nam potrzebny najważniejszy rekwizyt, który sprawi, że zwabi się tu zjawa. Czyli ktoś, kto jest gburowaty i nie lubi świąt. Naturalnie nie może tu być mowy o mnie.
– Nie – Mlaskier zaklaskał.
– Ale wydaje mi się, chociaż w głębi duszy jesteś zupełnie inny, ty najlepiej odegrasz taką rolę.
– Ę.
– Gejralt, wiesz jak to się kończy, jak mnie wystawiasz na jakiekolwiek potencjalne niebezpieczeństwo, to ono natychmiast przestaje być potencjalne.
– Ależ Zołmanku. Tym razem jedyne, co może ci się stać, to, że zostanie ci ukazane, dlaczego święta są fajne.
– A są?
– Ą.
– Już i tak nie masz wyjścia – puścił do niego oczko Gejralt. – Gdyż jak tak się w ciebie wpatruję, to jednocześnie hipnotyzuję cię znakiem.
– M – powiedział Mlaskier, ale najwidoczniej znudziła mu się zabawa, ponieważ umilkł i zaczął dłubać w nosie patykiem.
– Ha, ha, ha – zadudnił Zołman. – Otóż mój drogi Gejralcie, spodziewałem się tego, i przed chwilą wypiłem eliksir Anty-hipnoza. Był w twojej torbie. Możesz mi naskoczyć.
– Bardzo chętnie. Ale nie ma takiego eliksiru.
– Co?
Zołmanowi życie stanęło przed oczami. Zrezygnowany wyjął z kieszeni butelkę i wręczył Gejraltowi. Ten przeczytał nieco zdartą już etykietkę. “Anty … hip… oza”
– To jest eliksir Antylo-Hipopoto-Koza – stwierdził. – W skrócie eliksir „Ach, Koza”. Sprawia, że przez dwie godziny wydaje ci się, że jedziesz po urwisku na rozpędzonej kozie, która myśli, że jest antylopą. I że goni was hipopotam. Ale skoncentruj się, Zołmanku. Po prostu skłam, że nie lubisz świąt ani swoich przyjaciół.
– Ech, dobra – powiedział Zołman. – Nie wiem jak się zdobędę na takie kłamstwo. Ale jak nie dasz mi antidotum zanim to zacznie działać, to sam się mniej więcej tak zaraz poczujesz.

***

Nadzieja, że dzwonek nie zadzwoni prysnęła razem z chęcią kichnięcia, którą ten przerwał Duchowi. Wygrywał melodyjkę w rytm słynnej ballady Miszcza Mlaskra “Idę równo, wdepnę w błoto (tytuł roboczy)” w wyjątkowo upierdliwy, zdaniem Ducha, sposób, bowiem był to dzwonek polifoniczny. Duch wiedział, że muzyczka nie ustanie, dopóki nie wykona swojego zadania, podniósł się więc, zaklął pod nosem i udał się w stronę portalu do krainy śmiertelników. Czyli zszedł po schodach.

***

– Jak ja nie luuubięęę świąąt – jęczał teatralnie Zołman. Siedział na fotelu podpierając głowę ręką i przewracał oczami. – Jestem zgnuśniaały, smuutnyy i śmieerdzęę…
Gejralt kiwał głową z aprobatą. Mlaskier się nudził, więc dla zabawy przestawił wciąż zmierzającego w stronę drzwi Dyrdymało-ślimaka w to samo miejsce, z którego wyruszył.

Nagle przygasły światła.

Zołman zerwał się z fotela i wskoczył za niego, przygotowując topór. Wejdźmin przyglądał się ciekawie szklanej bani. W środku pojawił się święcący na niebiesko dym, a kiedy opadł, ich oczom ukazała się półprzezroczysta postać przygarbionego starca.
Duch rozejrzał się spod krzaczastych brwi.
– Co.. Kurwa.. – wybąkał pod nosem. – Ekhm… JESTEM DUCHEM MINIOONYCH ŚWIĄĄĄT. POKAŻĘĘ CI TWOJĄ… Nie no, co tu się od… Kim wy jesteście? Przyszedłem do jakiegoś.. Ee.. – Duch podrapał się po głowie. – Załamana.
– Jest za fotelem – powiedział Mlaskier.
Zza fotela dobiegł odgłos, jakby ktoś pacnął się w czoło.
– Panie duchu – zwrócił się do zjawy Gejralt. – Złapaliśmy pana w Chudopał. W zasadzie mieliśmy pana przekonać, że nie można tak nachodzić ludzi. Ale pan się jakiś taki smutny wydaje. Wypuszczę pana, i porozmawiamy o tym, co pana trapi, tak?
– Sam se wyjdę. Jestem duchem – burknął duch, przechodząc przez szklaną ścianę Duchołapu.

Rozdział XIII – „Okres burz”, Część II (ostatnia)

***
Fjutest był niepocieszony.

Co prawda jego piwną karykaturę zastąpiła wyrżnięta w podłodze dziura, a kawałek deski z podobizną króla został spalony na popiół, który Fjutest wdeptał w ziemię w całkowitym amoku, a czterech chłopów odbywało tymczasową karę tańcząc od pięciu godzin pod jego nowo zawieszonym portretem w różowej ramie, to król wciąż czuł pewnego rodzaju niedosyt. Nawet zabicie stadka dziwnych stworzeń i oddanie ich twardych skór do zbrojmistrza, który od razu zabrał się za wykonywanie rękojeści do mieczy, tylko na chwilę poprawiło mu humor.
Król wciąż czuł się niezaspokojony i nie mógł tego znieść. Wrócił na miejsce piwnej zbrodni, stanął na środku w rozkroku i – swoim zwyczajem – oparł ręce na biodrach wysuwając miednicę. Rozejrzał się i pokręcił nosem.

– To za mało – rzekł. – Żądam natychmiastowej zemsty za to upokorzenie, co je dziś przeżyłem! – wygłosił.
Barman schował się pod ladą, zwracając jego uwagę.
– Ty! – warknął na niego Fjutest. – Do mnie! Kto rozlał to piwo?!
Karczmarz potulnie zbliżył się do króla.
– Nie wiem, panie – odpowiedział, patrząc w podłogę.
Fjutest zawo