Opowieść Wyrżnijmijna ~ Część II

Mlaskier był zbyt zajęty, aby zwrócić swoją nieprzeciętną uwagę na coś innego, niż Dyrdymałowy ślimak. Miział go po skorupce i mięsistym ciałku, co jakiś czas wydając z siebie głoskę „Ooo…”. Dyrdymał machał zaciśniętymi w pięści oczami na czułkach i z nerwów w nadmiarze produkował obślizgłą substancję, która bardzo podobała się poecie. Już miał użyć jej do sklejenia swojego ostatniego poematu o muchach, kiedy głośne „PUK!” odbijającego się od szklanej bańki Ducha Minionych Świąt wyrwało go ze skupienia.

– Tere fere ku ku – powiedział Gejralt. – Może i jest pan sobie duchem, ale to jest specjalny Pałkołap nieprzepuszczający żadnej zjawy.
Duch Minionych Świąt zastukał palcem w magiczne szkło i skonfundowany spojrzał na wejdźmina.
– Próbowałem być dla pana miły, ale jak nie, to nie – podsumował Gejralt zakładając ręce.
– Jestem Duchem Przeszłych Świąt!… – zagrzmiało widmo, ale jego i tak już z natury spowite pogłosem słowa niosły się w przestrzeni jako potrójne echo wydobywające się z wnętrza słoika. – Mnie nie można tak po prostu zamykać!…
Wejdźmin, pomimo znakomitego słuchu, zmarszczył czoło.
– Co pan mówi? Że przeszedł panu świąd i moszna w nosie znikła?…
Duch wybałuszył oczy i znieruchomiał. On albowiem słyszał wszystko doskonale. Wejdźmin odczekał chwilę, ale duch zamilkł. Wolał już nic nie mówić.
– Udam, że tego nie słyszałem – Gejralt zastanowił się chwilę i zwrócił się w stronę towarzyszy. – Pozostaje tylko problem przetransportowania tej szklanej kuli do pałacu Fjutesta. Jakiś pomysł, Dyrdymale?
Czarodziej schował się w skorupce.
– W takim razie – wejdźmin uniósł palec i spojrzał w górę – będziemy turlać.

Odczepienie szklanej bańki od rusztowania przy jednoczesnym zachowaniu jej magicznych właściwości było nie lada wyzwaniem. Kiedy mieniąca się aparatura wreszcie spoczęła na ziemi, krasnolud oparł na niej dłonie, zaparł się na nogach pochylając się do przodu i zrobił pierwszy, mozolny krok. Wejdźmin natychmiast znalazł się nad nim, jak gdyby nigdy nic.
– No dobra, to pchamy – powiedział.
Mlaskier przypatrywał się temu przedsięwzięciu przechylając głowę na bok.
– Gejraaalt?… – zagadnął poeta. – A ślimak?
– Mlaskruś, nie teraz… – zadyszał wejdźmin. – Albo dobra – dodał po chwili namysłu. – Na ślimaka zawsze jest czas.

***

Król Fjutest prężył swoje (jak mu się zdawało) mięśnie przed lustrem w samych majteczkach i ubolewał nad losem wszystkich ludzi, którzy nie wyglądali tak jak on. Szybko jednak zmienił zdanie, kiedy do jego komnaty wtargnął znajomy mu wejdźmin.
– Hm – stęknął król i ponownie spojrzał na swoje odbicie. – Gejralt, do mnie. Stań tu obok mnie przed lustrem.
– Wykonałem twoje zlecenie – wydyszał wejdźmin, oparł się plecami o zaśnieżoną kulę i zjechał po niej aż znalazł się na podłodze. Mlaskier położył mu zimnego ślimaka na czole.
– Gejraltku, proszę cię, nie umieraj… – powiedział.
– Nie, nie, Mlaskruś. Nie umieram. Muszę… Tylko… Chwilę… Odpocząć.
Zołman padł obok dysząc głośno. Nie chcąc mieć Dyrdymała na czole od razu powiedział, że też nie umiera.

Wypity przez niego eliksir „Ach, Koza” co prawda zaczął działać i spanikowany krasnolud myśląc, że ujeżdża antylopę gonioną przez stado hipopotamów, znacznie przyśpieszył transport kuli, niestety mikstura działała tylko przez kwadrans, toteż przez resztę drogi – coraz cięższą, bo oblepioną coraz grubszą warstwą śniegu kulę – trzeba było pchać własnymi siłami. Jakby tego było mało, pałac Fjutesta wzniesiony był na wysokiej górze nad Wyrżnijmą. Po drodze mijali biedne domostwa, bo mimo reprezentacyjnego wyglądu miasta (na które Fjutest nie szczędził środków płynących z wysokich podatków) ludziom żyło się tu dość skromnie. I chociaż czasu do Wigilii było mało, w świątecznym ferworze znalazło się kilku mieszkańców, którzy pomagali pchać kule śniegu na różnych odcinkach drogi.

– Do mnie, natychmiast! – ponownie rozkazał Gejraltowi Fjutest. – Mam tu teraz coś ważniejszego na głowie, niż jakieś twoje obsrane duchy.
Wejdźmin wziął oddech i na czworakach doczłapał do króla.
– Wstań – wydał polecenie Fjutest. – Albo nie. Zniż się, żebyś był niższy niż ja.
– Fjutest, mam tego ducha co chciałeś w Pałocapie… – wtrącił Gejralt.
– Cicho bądź. Ugnij kolana. I zgarb się. I zrób brzydką minę.
Zadowolony król wyprostował pierś i spojrzał na odbicie swoje i wejdźmina, i z przerażeniem stwierdził, że Gejralt w dalszym ciągu wygląda lepiej niż on. Fuknął.
– To gdzie ten duch, co go chciałem mieć? – zmienił temat.
– W tej magicznej bańce – wyjaśnił wejdźmin.
– Jakoś ja tu tylko widzę kulę śniegu, która paskudzi mi podłogę.
– A – mruknął Gejralt. – Rozpalę w kominku żeby śnieg szybciej się stopił…
– NIE KURWA! Tylko nie w kominku! – huknął Fjutest, po czym odchrząknął. – Nie będziesz palił w żadnym kominku w mym pałacu, ponieważ czekam dzisiaj na wyjątkowego jegomościa. Niech się samo stopi.
– No dobra, to czekaj… – wejdźmin, ostatkiem sił, puścił strumień ognia roztapiając śnieg w mgnieniu oka. – Proszę bardzo. Duch Minionych Świąt.
Fjutest zarechotał.
– I co teraz, cwaniaczku! – pogroził mu palcem. – Nie będziesz mnie zmieniał ty obleśny staruchu. Ja jestem idealny. Zaraz, co to ma być?
Duch był przyklejony do ścianki kuli, a że ta akurat znalazła się do góry nogami, to jego luźne odzienie ulegając sile grawitacji, obnażyło jego nagie pośladki. Fjutest uznał to za zniewagę majestatu, a następnie nakazał służącym przenieść szklana kulę do głównej sali balowej dokładnie w tej samej pozycji, aby mógł ją podziwiać w trakcie kolacji i kazał się wszystkim wynosić.
– Zaraz, zaraz – wtrącił Zołman. – Gejralt za pracę w święta liczy sobie podwójnie.
– Naprawdę?… – zdziwił się wejdźmin.
– Co? – jeszcze bardziej zdziwił się król.
– Wykonał zlecenie, należy się zapłata – ciągnął krasnolud. – Podwójna.
– No dobrze, to dwa cukierki… Niech stracę…
W międzyczasie do króla podbiegł księgowy prosić o podpis pod rachunkiem opiewającym na siedem tysięcy koron za nową dostawę pozłacanych stringów na specjalne zamówienie. Fjutest podpisał dokument bez mrugnięcia okiem.
Wejdźmin wziął cukierki, ale wyraźnie pogardził taką formą zapłaty.
– A niech mnie! – warknął król. – Dobra, kurwa, niech stracę! Zapraszam was na Świąteczną Ucztę Wyrżniminijną. Co prawda miałem do niej przystąpić całkiem sam, ale niech wam będzie.

Długi na osiemdziesiąt metrów stół ułożony w olbrzymią literę „F” był suto zastawiony jedzeniem. Była na nim chyba każda potrawa, jaką można było sobie wyobrazić. Wszystko pachniało tak wspaniale, że nawet wejdźmińskie kiszki zaczęły grać marsza. Gejralt zwrócił uwagę królowi, że wykarmiłby tym całe miasto i oberwał w łeb za głupie pomysły. Fjutest wzruszył ramionami. W końcu na królewskim stole nie mogło być pusto w święta, nawet jeśli spędzał je sam.
– A co ta choinka taka dziwna? – spytał Mlaskier.
Choinka Fjutesta stała na samym środku owej wystawnej, gigantycznej sali. Wysoka na ponad dziesięć metrów robiłaby wrażenie, gdyby nie to, że gałęzie zaczynały się mniej więcej od jej połowy. Król kazał odciąć dolne pędy, aby zrobić więcej miejsca na prezenty. Specjalny gość na którego czekał, powinien być tu lada chwila. Fjutest wysłał mu nawet imienne zaproszenie na dzisiaj na dwudziestą drugą pod groźbą wysadzenia go w powietrze dnia następnego, jeżeli nie przyjdzie.

Długa wskazówka zegara przeskoczyła na dwunastkę poganiając tym samym swoją mniejszą koleżankę na godzinę dziesiątą. Zegar rozpoczął wybijanie dzwonów, a w kominku zaczął kotłować się pył. Fjutest zacisnął pięści i wyszczerzył zęby. Czarny proszek zaczął sypać się coraz silniej, aż w końcu z rozciągniętym na całą długość komina i coraz głośniejszym dźwiękiem „Aaa…!” buchnął mu w twarz. Spod opadającego popiołu wyłonił się wielki czerwony zadek z dwoma krótkimi nóżkami przyczepionymi do jego końca. Tajemniczy jegomość podniósł się stękając, otrzepał ubranie i rozejrzał się szybko lokalizując gospodarza w żenująco wielkiej koronie.
– Dziękuję za urocze zaproszenie, królu – gość ukłonił się nisko.
– Ha ha! – ryknął Fjutest podskakując z podniecenia. – Widzicie jaki szacunek mam?! Od dzisiaj wy też będziecie mi się kłaniać do samej ziemi! Wszyscy będą!
Mlaskier splótł ręce pod brodą i wlepił swoje wielkie błyszczące oczy w przybysza.
– Święty Mikołaj… – wyszeptał. – Widzisz Gejralt, mówiłem ci, że on istnieje.
Wejdźmin nieco się zawstydził.
– Dzień dobry – powiedział Zołman, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.
– Oczywiście, że istnieje – potwierdził Mikołaj spoglądając na wejdźmina.
– Dobra! – warknął Fjutest. – Dosyć tej bezsensownej paplaniny! Dawaj prezenty, spaślaku!
Mikołaj odwrócił się rzucając cień na króla.
– Przebyłem długą drogę, aby tu dotrzeć. Nie poczęstujesz mnie nawet ciasteczkami?
– Jakimi znowu, kurwa, ciasteczkami!
Wejdźmin sięgnął do kieszeni i oddał Mikołajowi dwa cukierki.
– Ja mam tylko to z rzeczy do jedzenia – powiedział.
– Dziękuję – odparł Mikołaj. – A więc zaczynamy. Kto pierwszy?
Fjutest złapał się pod boki i popłakał ze śmiechu.
– Oczywiście, że ja – oznajmił.
– A zatem – rzekł Mikołaj i wręczył mu ładnie zapakowany prezent.
Fjutest wyszarpał mu go z ręki, przegryzł wstążeczkę, porwał papier na strzępy i uniósł swój prezent.
– Ha! – zawołał, by po chwili zdębieć. – A co to jest za patyk? – spytał. – Jakiś magiczny?
– Nic z tych rzeczy – odpowiedział Święty Mikołaj. – To zwykły patyk. Tak zwana rózga.
– RÓZGA?!! Jak śmiesz! To ja cię ugaszczam w moim pałacu, a ty mi zwykłą rózgę przywozisz?!
– Każdy dostaje to, na co zasłużył.
– Ja nie mogę, jak ty mnie wnerwiasz, dziadu! – zapiszczał król. – To przynajmniej spełnij moje życzenie! Nakazuję ci żebyś sprawił, żebym wyglądał tak jak on – Fjutest wskazał palcem na wejdźmina.
– Nie mogę tego zrobić – odparł Mikołaj. – Każdy jest inny i każdy jest wyjątkowy. I tak ma zostać.

Fjutest zaczął tupać nogą. Kiedy skończył robić „bla, bla, bla”, wywrzeszczał w całkowitym szale, że nienawidzi świąt i Świętego Mikołaja. Jakby tego było mało, dodał, że nienawidzi również wszystkich świąt jakie kiedykolwiek były i będą. A tych nienawidzi najbardziej.
W tym momencie stało się coś nieoczekiwanego. Duch Minionych Świąt rozświetlił się z ogromną siłą. Szklana kula wyglądała zupełnie jak słońce. Pełne nienawiści do świąt słowa Fjutesta przywołały jeszcze nigdy nieużywanych do tej pory Duchów – Teraźniejszych i Przyszłych Świąt. Zjawa złączyła się w jedność i powiększyła swą postać kilkakrotnie, rozbijając magiczną bańkę w drobny mak. Duch podfrunął do Fjutesta i pochylając się nad nim zbliżył swoją ogromną i ogromnie wściekłą trój-twarz do czoła króla. Zaryczał:
– ŚWIĘTA SĄ FAJNE, KUMASZ?!
– Tak tak tak tak tak – wymamrotał blady jak ściana Fjutest i zemdlał.

Święty Mikołaj poprawił pasek na swym dorodnym brzuchu i zwrócił się do pozostałych:
– Straszne z niego skąpiradło. Kto następny po prezent?
– Ja! Ja! Wybierz mnie! Mnie wybierz! – cieszył się Mlaskier.
Dostał przepiękną, błyszczącą lutnię i lalkę Barbie przypominającą mu pewną bliską osobę i wydał z siebie najdłuższe „o” jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się wyśpiewać. Zołman otrzymał nowiuśki topór obwiązany czerwoną kokardą.
– Ja pier… dziele! Skąd wiedziałeś, że kocham topory?! – wykrzyknął uradowany krasnolud.
– Po prostu wiedziałem – oznajmił Mikołaj. – Tak samo jak wiem to, że nigdy ich nie używasz.

Święty Mikołaj bowiem posiadał magiczną moc wyczuwania i rozpoznawania każdej żyjącej istoty, dlatego też czarodziej Dyrdymał dostał świeżutką główkę sałaty. Wykrzywił się szeroko w bezzębnym uśmiechu i z błogością wymalowaną na ślimaczych oczkach wciamkał kawałek zielonego liścia. Jego policzki zamieniły się w dwie małe kuleczki, na co wejdźmin zareagował wdzięcznym uśmiechem.

– Gejralcie – zwrócił się do niego Mikołaj. – Dla ciebie też coś mam. Zbliż się.
– Dla mnie?…
– No idź – dodał mu otuchy Mlaskier.
Wejdźmin niepewnie podszedł do Mikołaja. Na jego prośbę wyciągnął zamkniętą dłoń. Kiedy ją otworzył, zobaczył małą, mieniącą się figurkę.
– Co to takiego? – zapytał.
– Mały ptaszek – odparł Mikołaj puszczając mu oczko i zachichotał psotliwie. – Żartowałem – dodał. – No może nie do końca. To jedyny w swoim rodzaju kolorowy ptak z rozpostartymi skrzydłami. Jest inny niż wszystkie i może pofrunąć gdzie tylko zechce. Niesie ze sobą radość, wszędzie tam gdzie się pojawi i trzepnie włosami… SKRZYDŁAMI, znaczy się.
Gejralt przyglądał się figurce z rozchylonymi ustami i mrużąc oczy obracał ją delikatnie zmieniając kąt padania światła na przedmiot, który mienił się we wszystkich kolorach tęczy, i za każdym razem w zupełnie inny, niezwykły sposób.
– Podoba mi się – przyznał.

Święty Mikołaj skinął głową. Spojrzał na zadowolone twarze i rozpromienił się unosząc w górę rumiane policzki. Ogłosił, że na niego już pora. Miał przed sobą jeszcze kawał drogi i miliony prezentów do rozdania. W końcu wszystkie dzieci – te duże i te małe – czekały na niego z niecierpliwością.
– Święty Mikołaju?… – zaczął wejdźmin spoglądając na swój prezent. – Czy mógłbyś w tym roku odwiedzić jeszcze Homo Moher? Tam też jest sporo dzieci.
– Homo Moher…? – zdziwił się Mikołaj. – Nigdy nie słyszałem o takim miejscu.
– Wiem.
Mikołaj spojrzał na wejdźmina, który uśmiechnął się lekko i spuścił wzrok.
– Teraz już wiem, dlaczego we mnie nie wierzyłeś – powiedział. – A więc w drogę! – zahuczał i klaskając w ręce przywołał swoje sanie.

Magiczny rydwan ciągnięty przez dostojne renifery wparował z łomotem otwierając wrota do komnaty balowej i spowił żółtym światłem całe pomieszczenie. Wszystkie tysiąc świec na stole zapłonęło w jednym momencie, w kominku wreszcie pojawił się ogień, a choinka rozbłysnęła magicznym blaskiem. I dobrze się stało, że Fjutest kazał przyciąć dolne gałęzie, bo przerwa ta w zaczarowany sposób wypełniła się górą prezentów. Święty Mikołaj zrobił jeszcze kilka kółek rozniecając wszędzie złocisty pył, a kiedy w końcu udało mu się skierować renifery w stronę wyjścia, roześmiał się, pomachał i strzelił lejcami.
– Wiecie co robić!… – zawołał jeszcze i pognał swój orszak.

Zapadła cisza, chociaż wydawać by się mogło, że wszystko w koło wydaje z siebie delikatny dźwięk obijających się o siebie mieniących się magicznych drobinek. Mlaskier wpatrywał się w to wszystko jak zaklęty z szeroko otwartymi oczami i ustami. Zabrakło mu tchu, żeby wydać z siebie jakiekolwiek „o”. Zołman wyprostował się, oparł ręce na biodrach i spojrzał na Gejralta. Ten podrapał się po karku.
– Tyle jedzenia! – zawołał nagle rozkładając ręce. – Przecież to się nie może zmarnować. Mlaskier, sprawdź czy przy każdym krześle są talerze. Za chwilę będziemy mieć tu dużo gości! Masz Zołmanie – wejdźmin podał flakonik krasnoludowi. – Wpij jeszcze jeden eliksir „Ach, Koza” i przebiegnij się po mieście.
Wejdźmin wyglądał na niezwykle zadowolonego.
– Ten jeden raz mogę to zrobić. I to z przyjemnością – krasnolud wyciągnął korek i spojrzał na buteleczkę. – Tylko się upewnię, że to na pewno to.
Gejralt przewrócił oczami…

Opowieść Wyrżnijmijna ~ Część I

Specjalny dzyndzelek zahaczył o zębatkę i uruchomił system mechanizmów, który, pociągając za łańcuch zdzielił Zołmana po głowie deską. To był siódmy raz tego wieczoru.
– Nie no, ja cię po prostu zabiję – powiedział krasnolud i podniósł leżący w kącie topór.
Rzucił nim w czarodzieja, który przyglądał się zbudowanej przez siebie aparaturze. W locie broń złapał wejdźmin i użył jej by odkroić czarne końcówki trzymanego w ręku banana.
– Nie kłócić się, robaczki – powiedział. – Dyrdymale, twój Chudopał chyba nie działa tak jak należy.
– Duchołap, kurwa – stęknął Dyrdymał osłaniając się magiczną tarczą przed cegłą, która poszybowała w jego stronę. – Jakby krasnolud się nie ruszał, tak jak mówiłem, tylko spokojnie trzymał rusztowanie, dopóki klej nie wyschnie, to byśmy już dawno skończyli.

Maszyna zajmowała większość miejsca w ciemnej piwnicy jednej z Wyrżnijmijskich kamienic. Jej centralny punkt stanowiła szklana bania wielkości dorosłego człowieka, którą, dla lepszego efektu opatrzono napisem “bardzo niebsbxlsf”. Dyrdymał nie był mistrzem ortografii. Czarodziej wskazał ją palcem, kiedy już upewnił się, że Zołman nie ma pod ręką żadnych więcej nadających się do rzucania przedmiotów.
– Teraz powinno działać – powiedział. – Tylko trzeba wyjąć stamtąd jego. Wewnątrz bani ze smutną miną stał bezradnie Mlaskier.
– Wejdę go pocieszyć – powiedział Wejdźmin.
– NIE! – krzyknęli jednocześnie Zołman i Dyrdymał, którzy natychmiast zauważyli, że przezroczysty pojemnik pozwalałby dokładnie widzieć, co dzieje się w środku.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Jak chcecie. Niech ktoś pociągnie za sznurek otwierania. Może sam wyjdzie.
– Dobra! – powiedział stojący jakby nigdy nic przy panelu obsługi Mlaskier i pociągnął za sznurek.

Bania podniosła się, ale ponieważ nikogo już tam nie było, nie przyniosło to żadnych pożytecznych konsekwencji. Po chwili powoli opadła na swoje miejsce.
– Właśnie mi się przypomniało – stwierdził czarodziej – dlaczego najczęściej wam nie pomagam. Spadam stąd, i to już!
Wykonał kilka skomplikowanych ruchów rękami. Było to zaklęcie zmieniające go w sokoła wędrownego – najszybszego ptaka świata. W międzyczasie jednak Zołman lekko trącił go ręką, i po głośnym “puf” na podłodze, w miejscu, gdzie przed chwilą stał mag, pojawił się ślimak. Zwierzątko zlustrowało się umieszczonymi na czułkach oczami, spojrzało z wyrzutem na krasnoluda i zaczęło przemieszczać się w stronę schodów prowadzących do wyjścia.
– He, he, he – zarechotał Zołman. – Uważaj na rogu Alei Wichru i Ulicy Błyskawicznej, podobno straż pałacowa łapie tam dyliżansy za nadmierną prędkość!
Ślimak był już o 2 milimetry dalej niż wcześniej.

***

Gwiazdkowy Duch Minionych Świąt był bardzo stary. W tym roku skończył rok. Duchy jednak nie starzeją się w taki sam sposób, jak ludzie. Właściwie wcale się nie starzeją. Ich wygląd, wbrew obiegowej opinii, nie zależy jednak od tego, jak wyglądały w chwili śmierci; w przeciwnym wypadku wyrżnijmnijski Dom Publiczny Pani Flut dla Emerytów i Rencistów (Sp. Z. O. O.) byłby źródłem dużej ilości szeroko uśmiechniętych zjaw. Co jasno stwierdza Wejdźmiński Bestiariusz z Misiem na Okładce, Duchy wyglądają po prostu tak jak powinny. Ten konkretny powinien wyglądać jak ubrany w szlafmycę i białą togę, przygarbiony starzec.

Duch Minionych Świąt siedział na fotelu w swoim niewidzialnym domku, w niewidzialnym królestwie duchów i palił niewidzialną fajkę.
– Gówno – stwierdził spoglądając w stronę niewidzialnej rury odpływowej swojej niewidzialnej toalety, w której błąd inżynieryjny sprawiał, że zalegająca w niej zawartość była akurat całkowicie widzialna.

Duch nie lubił świąt. Nie lubił ich, ponieważ w zasadzie niczego nie lubił. Więc świąt też. Raz stwierdził, że jest coś, co lubi. Narzekać. Ale po krótkiej chwili ta myśl mu zbrzydła. Spojrzał niechętnie na niewidzialny, duchowy dzwonek, który, jak co roku, czyli jeszcze nigdy, pojawił się na niewidzialnym stoliku stojącym w kącie chatki. Zadaniem tego dzwonka było powiadamianie Ducha o tym, że jest potrzebny. To był jego cel: przekonać jakąś gburowatą personę, że święta to radosny czas, który powinien upływać na czynieniu dobra i brataniu się z ludźmi.

Wcześniej liczył na wsparcie: po sąsiedzku stały chatki przeznaczone dla Duchów Teraźniejszych i Przyszłych świąt. Tego pierwszego jednak nikt nie potrzebował, bowiem przedstawianie ludziom tego, co dzieje się przed ich oczami właśnie teraz nie miało wiele sensu, a drugi przełożył swoje zadanie na nieokreśloną przyszłość i poszedł się upić popularnym w tamtych okolicach Spirytualitusem Strong Długo Ważonym. Więc Duch Minionych Świąt siać radość na świecie miał sam.

Niezależnie od chęci, jedynym celem istnienia wszystkich duchów jest wypełnianie powierzonego im zdania, Duch wciągnął więc smarki głębiej do nosa, połknął je, i czekał.

***

Do, zdaniem niektórych, zbyt dużych, uszu króla Fjutesta docierały ostatnio legendy o tym, że u wyjątkowo negatywnie nastawionych, majętnych gburów w okresie świąt dzieją się niewytłumaczalne zjawiska. Ludzie się zmieniali, podobno pod wpływem magicznych zjaw, które coś tam im pokazywały. Fjutest, zdaniem niektórych (zwłaszcza tych, którzy wcześniej mówili o dużych uszach, a do których wkrótce potem zawitała pałacowa straż) był idealny, i nie życzył sobie, aby ktoś go zmieniał.

Oczywiście były rzeczy, które król lubił, jak mu się pokazywało; wśród nich próżno jednak szukać świątecznych bombek. A jeśli już ktoś by ich szukał, to stanowczo nie byłyby świąteczne. Wolał więc dmuchać na zimne. Prawie zamarzł i nabawił się zapalenia płuc, zanim ktoś mu wytłumaczył, że to powiedzenie to tylko przenośnia. Posłał więc po profesjonalistę, który z pomocą jakiegoś mądrego czarodzieja miał upewnić się, że jego różowy zamek (Fjutest wolał określenie Pałac, przy czym, jak zwykł mawiać “c” było nieme) nie padnie ofiarą niezapowiedzianej wizyty nieznanego gościa.

***

– Wszystko jest – powiedział Gejralt. – Smutne i mroczne pomieszczenie, pułapka, święta… Jeszcze tylko trochę, i będziemy mogli wykonać zadanie i spokojnie iść ubierać choinkę. Choinkę… – zamyślił się na chwilę – Właśnie stwierdziłem, że U jest fajniejsze, niż O. A teraz Zołmanie…
– Nie – odparł szybko krasnolud.
– O, bawimy się w powtarzanie końcówek – ucieszył się Mlaskier.
– Zołmanku, to nie jest czas na przedrzeźnianie.
– Nie – powtórzył krasnolud.
– Hihihi – Mlaskier zaklaskał w dłonie. – Ja też, ja też. Nie.
– Będzie nam potrzebny najważniejszy rekwizyt, który sprawi, że zwabi się tu zjawa. Czyli ktoś, kto jest gburowaty i nie lubi świąt. Naturalnie nie może tu być mowy o mnie.
– Nie – Mlaskier zaklaskał.
– Ale wydaje mi się, chociaż w głębi duszy jesteś zupełnie inny, ty najlepiej odegrasz taką rolę.
– Ę.
– Gejralt, wiesz jak to się kończy, jak mnie wystawiasz na jakiekolwiek potencjalne niebezpieczeństwo, to ono natychmiast przestaje być potencjalne.
– Ależ Zołmanku. Tym razem jedyne, co może ci się stać, to, że zostanie ci ukazane, dlaczego święta są fajne.
– A są?
– Ą.
– Już i tak nie masz wyjścia – puścił do niego oczko Gejralt. – Gdyż jak tak się w ciebie wpatruję, to jednocześnie hipnotyzuję cię znakiem.
– M – powiedział Mlaskier, ale najwidoczniej znudziła mu się zabawa, ponieważ umilkł i zaczął dłubać w nosie patykiem.
– Ha, ha, ha – zadudnił Zołman. – Otóż mój drogi Gejralcie, spodziewałem się tego, i przed chwilą wypiłem eliksir Anty-hipnoza. Był w twojej torbie. Możesz mi naskoczyć.
– Bardzo chętnie. Ale nie ma takiego eliksiru.
– Co?
Zołmanowi życie stanęło przed oczami. Zrezygnowany wyjął z kieszeni butelkę i wręczył Gejraltowi. Ten przeczytał nieco zdartą już etykietkę. “Anty … hip… oza”
– To jest eliksir Antylo-Hipopoto-Koza – stwierdził. – W skrócie eliksir „Ach, Koza”. Sprawia, że przez dwie godziny wydaje ci się, że jedziesz po urwisku na rozpędzonej kozie, która myśli, że jest antylopą. I że goni was hipopotam. Ale skoncentruj się, Zołmanku. Po prostu skłam, że nie lubisz świąt ani swoich przyjaciół.
– Ech, dobra – powiedział Zołman. – Nie wiem jak się zdobędę na takie kłamstwo. Ale jak nie dasz mi antidotum zanim to zacznie działać, to sam się mniej więcej tak zaraz poczujesz.

***

Nadzieja, że dzwonek nie zadzwoni prysnęła razem z chęcią kichnięcia, którą ten przerwał Duchowi. Wygrywał melodyjkę w rytm słynnej ballady Miszcza Mlaskra “Idę równo, wdepnę w błoto (tytuł roboczy)” w wyjątkowo upierdliwy, zdaniem Ducha, sposób, bowiem był to dzwonek polifoniczny. Duch wiedział, że muzyczka nie ustanie, dopóki nie wykona swojego zadania, podniósł się więc, zaklął pod nosem i udał się w stronę portalu do krainy śmiertelników. Czyli zszedł po schodach.

***

– Jak ja nie luuubięęę świąąt – jęczał teatralnie Zołman. Siedział na fotelu podpierając głowę ręką i przewracał oczami. – Jestem zgnuśniaały, smuutnyy i śmieerdzęę…
Gejralt kiwał głową z aprobatą. Mlaskier się nudził, więc dla zabawy przestawił wciąż zmierzającego w stronę drzwi Dyrdymało-ślimaka w to samo miejsce, z którego wyruszył.

Nagle przygasły światła.

Zołman zerwał się z fotela i wskoczył za niego, przygotowując topór. Wejdźmin przyglądał się ciekawie szklanej bani. W środku pojawił się święcący na niebiesko dym, a kiedy opadł, ich oczom ukazała się półprzezroczysta postać przygarbionego starca.
Duch rozejrzał się spod krzaczastych brwi.
– Co.. Kurwa.. – wybąkał pod nosem. – Ekhm… JESTEM DUCHEM MINIOONYCH ŚWIĄĄĄT. POKAŻĘĘ CI TWOJĄ… Nie no, co tu się od… Kim wy jesteście? Przyszedłem do jakiegoś.. Ee.. – Duch podrapał się po głowie. – Załamana.
– Jest za fotelem – powiedział Mlaskier.
Zza fotela dobiegł odgłos, jakby ktoś pacnął się w czoło.
– Panie duchu – zwrócił się do zjawy Gejralt. – Złapaliśmy pana w Chudopał. W zasadzie mieliśmy pana przekonać, że nie można tak nachodzić ludzi. Ale pan się jakiś taki smutny wydaje. Wypuszczę pana, i porozmawiamy o tym, co pana trapi, tak?
– Sam se wyjdę. Jestem duchem – burknął duch, przechodząc przez szklaną ścianę Duchołapu.

Rozdział XIII – „Okres burz”, Część II (ostatnia)

***
Fjutest był niepocieszony.

Co prawda jego piwną karykaturę zastąpiła wyrżnięta w podłodze dziura, a kawałek deski z podobizną króla został spalony na popiół, który Fjutest wdeptał w ziemię w całkowitym amoku, a czterech chłopów odbywało tymczasową karę tańcząc od pięciu godzin pod jego nowo zawieszonym portretem w różowej ramie, to król wciąż czuł pewnego rodzaju niedosyt. Nawet zabicie stadka dziwnych stworzeń i oddanie ich twardych skór do zbrojmistrza, który od razu zabrał się za wykonywanie rękojeści do mieczy, tylko na chwilę poprawiło mu humor.
Król wciąż czuł się niezaspokojony i nie mógł tego znieść. Wrócił na miejsce piwnej zbrodni, stanął na środku w rozkroku i – swoim zwyczajem – oparł ręce na biodrach wysuwając miednicę. Rozejrzał się i pokręcił nosem.

– To za mało – rzekł. – Żądam natychmiastowej zemsty za to upokorzenie, co je dziś przeżyłem! – wygłosił.
Barman schował się pod ladą, zwracając jego uwagę.
– Ty! – warknął na niego Fjutest. – Do mnie! Kto rozlał to piwo?!
Karczmarz potulnie zbliżył się do króla.
– Nie wiem, panie – odpowiedział, patrząc w podłogę.
Fjutest zawołał straż. Dwóch strażników w lśniących od cekinów zbrojach zaczęło łaskotać barmana.
– Gadaj, bo zawołam trzeciego! – groził król. Każdy jego ruch owocował deszczem brokatu. Karczmarz nie wytrzymał. Fjutest uniósł rękę i zadarł nos.
– Przysięgam panie, że nie wiem kto rozlał to piwo – zaczął karczmarz wciąż chichocząc. – Miałem tu wczoraj spory ruch. Był nawet jeden wejdźmin z jakimś bardzo sceptycznym nieludziem. Natomiast nie dalej jak trzy dni temu napotkała mnie przedziwna sytuacja.
– Jaka.
– To było tak. Poranek jak co dzień, nic szczególnego. Jak zwykle stałem sobie za barem i obsługiwałem gości. Spodziewałem się rekordowego utargu pod wieczór. Pewnie bym go wyrobił, gdyby nie oni.
– Kto! – niecierpliwił się Fjutest.
– Już mówię, panie. Około północy znikąd wyrosło przede mną czterech rycerzy. Przyłbice mieli pozamykane i w ogóle się nie poruszali. Zadawali mi dziwne pytania odnośnie naszego pięknego miasta, które najjaśniejszy pan dla nas stworzył, i niestety króla wyśmiali.
– Nie! – Fjutest tupnął nogą.
– To nie wszystko – kontynuował karczmarz. – Kiedy zmęczyli się śmianiem, powiedzieli, że szukają trójki zbiegów, którzy podobno wzięli w niewolę jednego z nich i, cytuję, zjedli łamiąc tym samym święty kodeks ich księstwa. Nie umiałem im pomóc, więc orzekli, że mam im dać najsmaczniejszy alkohol jaki posiadam, inaczej wezmą mnie w niewolę i skażą na natychmiastowe stracenie poprzez łamanie kręgosłupa kołem. Przyznaję panie, że nie powinienem, ale dałem im beczkę przeterminowanego cydru, mówiąc, że to drogie wino z winnic pod Bobekłem. Kazali mi polewać sobie nim głowy, co też uczyniłem. Strasznie przy tym bulgotali. Potem jeden z nich padł jak martwy. Pozostała trójka wydała z siebie okrzyk przerażenia i nawet nie wiem, kiedy zniknęła. Wszyscy klienci wybiegli z lokalu i tyle miałem, o, z mojego utargu. Zdumiewające jednak było me odkrycie, kiedy próbowałem uprzątnąć bałagan i ocucić rycerza, który wciąż nieruchomo leżał na podłodze. Ku memu zdziwieniu, zbroja była całkowicie pusta, a w odłamkach szkła leżała ledwo zipiąca ryba, która przemówiła do mnie tymi oto słowami: „Morderca, cydr, śmierć”, a potem wyzionęła ducha.
– Najjaśniejszy Panie – jeden ze strażników zwrócił się do drapiącego się po głowie Fjutesta. – To mogli być rycerze królestwa O’koń.
Fjutest zmarszczył brwi.
– Cała straż do mnie! – wrzasnął. – Natychmiast! W sensie teraz, rozkazuje, że jedziemy ich wytropić i spuścić im lanie wszechczasów!… Co to są rycerze królestwa okoń? – dopytał szeptem.

***

– Mlaskier, teraz! Głaskaj go! – krzyknął wejdźmin. – Nie bój się, jestem za tobą.
Gejralt objął go mocno. Mlaskier zamknął jedno oko i krzywiąc się wyciągnął rękę przed siebie. Dyrdymał pokręcił głową. Dżemmefer złapała się za serce i spojrzała na Gejralta wzdychając. Zołman zwykł odwracać głowę, kiedy Gejralt stał za Mlaskrem. Romek telepał się w kącie, a Ruch Anna i Mundo na chwilę przestali się kłócić. Niedowierz uniósł brew.
Ryczywół ucichł na chwilę. Przystawił wielkie nozdrze do otworu w ziemi i delikatnie nim poruszając, zaczął węszyć. Kiedy trafił na znajomy zapach poety, wielkie nozdrze znieruchomiało. Gejralt bardzo powoli wykonał krok w przód. Otwarta dłoń Mlaskra dotknęła potwora. Bestia wypuściła powietrze z płuc, jak gdyby chciała odetchnąć. Nagle uniosła się na tylnych łapach i zaryczała z bólu. Kolejne kawałki sufitu posypały się, poszerzając otwór.

– Co się dzieje!? – wrzasnęła Dżemmefer. – Dlaczego nie podziałało!?
Dźwięk dudniących kopyt ryczywoła oddalał się od nich. Wejdźmin wyjrzał na zewnątrz. Konny oddział Fjutesta, z nim samym na czele, biegł wprost na potwora, strzelając do niego z kusz. To samo robił rycerzom królestwa O’koń – tyle, że ci się nie poruszali.

– Nie podziałało – zaczął Dyrdymał – bo Gejralt dwa miesiące temu zbagatelizował moje ostrzeżenie i wylał piwo! Debile! Nic nie zrozumieliście! Gdybyś go nie wylał, panie „wszystko-wiem-najlepiej”, nie byłoby paskudnej podobizny Fjutesta, ten nie wyruszyłby na polowanie i nie zabił całej rodziny ryczywoła! – grzmiał czarodziej. – Teraz ryczywół mści się na ludziach, rycerze księstwa O’koń chcą nas zabić, a my siedzimy w lochu i już nic nie da się zrobić!
Wejdźmin wrócił do środka i opadł na zwalony blok kamienny. W oddali słyszał odgłosy bitwy i szalejący ryk potwora. Wszyscy to słyszeli. Na najbardziej przerażonych wyglądały ryby w kulistych akwariach, które ze strachu nie mogły jeść pokarmu, mimo usilnych prób Mlaskra. Wejdźmin powiódł wzrokiem po przyjaciołach. Milczeli, wpatrując się w niego.
– Sam rozlałem to piwo, to sam muszę je wypić – rzekł w końcu.

W pomieszczeniu rozległo się ciche „pssst…”. Gejralt wychylił na raz butelkę wyrżnijmijskiego jasnego podwójnie chmielonego i spojrzał na niedowierza wciągając policzki.
– Wcale nie wypiłem tego piwa – oświadczył, bekając.
Niedowierz spojrzał z zaciekawieniem.
– Tylko udawałem – ciągnął wejdźmin.
Niedowierz zerknął na butelkę i przechylił głowę z niedowierzaniem.
– Wiem, że jest pusta, ale to nie dlatego, że wypiłem zawartość. Tam od początku nic nie było. Kupiłem puste piwo – kontynuował Gejralt patrząc na zdziwionego potworka. Ten cały czas słuchał, niedowierzając własnym uszom.
– Nooo nie wiem – zasiał wątpliwość i zamienił się w wiaderko.

Wszystko ucichło.

Gejralt podskoczył unosząc ręce w górę i z radosnym okrzykiem wrzucił butelkę do wiaderka. Udało mu się kupić trochę czasu. Wytłumaczył towarzyszom, jak to działa – póki niedowierz był zaczarowany, całe pomieszczenie znajdowało się w innej rzeczywistości. Najwięcej pytań miał Romek, który – jak uznał wejdźmin nazywając go niegrzecznym chłopcem – musiał opuścić kilka wykładów z potworologii. Już miał się zabrać za wyznaczenie mu kary, ale przeszkodził mu w tym Zołman.
Krasnolud spędził kilka kolejnych minut tłumacząc Gejraltowi, że nie powstrzymał go dlatego, iż jest zazdrosny. Wejdźmin mu nie uwierzył. Dyrdymał gapił się w jeden punkt, którym był Mlaskier rysujący na ścianie jabłuszka. Mundo w dalszym ciągu nie rozumiał, co się stało. Ruch Anna próbowała go kopnąć, a potem ugryźć, ale kajdany skutecznie jej w tym przeszkadzały.
– Niedowierz być wiaderko – rzekł Murzyn.

Czar prysł.

***

Dziewczynka układała tulipany na zniszczonej, kamiennej płycie z zanikającymi napisami. Robiła to tak, jak lubiła mama. Wyższe kwiaty w środku, mniejsze na zewnątrz. Miała ich dzisiaj wyjątkowo dużo. Wyjęła zapałki i zapaliła świeczkę. Czasami znajdowała jeszcze takie, które dało się zapalić, chociaż na chwilę. Usiadła na kawałku drewnianej belki i zamknęła oczy. Poczuła się senna. Świat pod jej powiekami był dużo ładniejszy niż ten, który znała na co dzień.
Ziemia zadudniła. Wazon przewrócił się i rozbił, wyrywając ją z sennych marzeń. Dziewczynka stanęła na równe nogi. Spojrzała na wodę rozlewającą się po kamiennym wieku, które pod jej wpływem zaczęło ciemnieć. Na horyzoncie ujrzała wijące się tumany piachu. Po chwili do jej uszu dotarł przeraźliwy, znajomy ryk, a na wzgórzu za miastem oślepiający kulisty blask zakuł ją w oczy.

***

Ogromna magiczna sfera zmaterializowała się tuż nad ziemią. Jako pierwszy ukazał się Czarodziej Michał, a zaraz po nim grupa wejdźminów z Homo Moher.
– No, to esteśmy, chłopsy… – zaczął Wazelin, chwiejąc się na nogach. – Pszeciesz mówieem, sze zafsze moszna na nas… liszyć…
Kilku wejdźminom stojącym za nim odbiło się, a jeden zwymiotował. Ktoś w tle się przewrócił.
– To so ma.. my robiś?… – ciągnął Wazelin. – O fmorrrde… – dodał, kiedy spostrzegł ryczywoła. – A to szeszywiście tro-che… pszejebane. Sze tak pofiem. O. Romek. Zaapaeś te ryby?
Romek, Gejralt, Mlaskier, Zołman, Dżemmefer i Dyrdymał wyszli z podziemi. Dołączył do nich Fjutest, który uciekł z pola bitwy.
– Miasto! – wyjęczał idąc na kolanach. – Miasto! Ratujcie moje miasto!…
Ryczywół szalał w dolinie rozrzucając na boki wycofujących się żołnierzy. Zbliżał się do Wyrżnijmy.
– Bo myś… my se siedzieli nad tą rzeką, o tam, potem była ma-a kąpiel, co nie chłopsy…? – Wazelin mrugnął okiem. – A jak żeśmy wyszli z tej wody, tam o, to nooormalnie… zaczeo nam się kręsić w głofach jakby… nie pamiętam so by-o dalej.
Czarodziej Michał wzruszył ramionami.
– Kazaliście ich sprowadzić, to są – rzekł, wskazując na wejdźminów. – I twój koń, Gejralt.
Wejdźmin pochylił się i zajrzał zwierzęciu między nogi.
– To nie jest mój koń – oświadczył i odszedł.
– Cicho! – wtrącił Dyrdymał, po raz pierwszy w swoim życiu zrzucając swój półtora metrowy kapelusz z głowy przy innych. – Teraz jest nas trzech czarodziejów, jeden zupełnie nieprzydatny krasnolud, poeta, który napisze o was balladę jak wszyscy zaraz polegniecie, szesnastu zalanych w trupa wejdźminów i jeden po piwie. I Fjutest. Musimy mieć plan!
– A gdzie jest Gejralt? – spytał Mlaskier.

Wejdźmin siedział na krańcu wzgórza i patrzył w dal. Nie odzywał się. Do jego zmysłów dochodziły złowrogie bodźce. Medalion z serduszkiem drżał coraz mocniej. Ogarniające go uczucie niepokoju nie dawało mu spokoju. Czuł coś ważnego, ale nie umiał tego nazwać. Wyostrzył wszystkie zmysły. Odfiltrował głosy towarzyszy, zamęt walki, szum traw, oślepiający blask zachodzącego słońca, zapach powietrza i wszystko inne, co niepotrzebnie rozmydlało jego uwagę, aż pozostała tylko czysta, niczym niezmącona teraźniejszość. I wtedy ją ujrzał.
– Porzeczka… – wyszeptał.

Bestia zionęła ogniem odganiając się od raniących ją ludzi. Ciężkimi krokami kierowała się w stronę wyrżnijmijskiego cmentarza. Z kopyt wyrosły jej pazury, a jej ciało zaczęło pokrywać się czarnymi kolcami. Gejralt wiedział co się święci. Potwór był już zbyt wypełniony złymi emocjami, aby dotyk kogoś niewinnego mógł go uspokoić. Stężenie złych emocji sięgało zenitu. Ryczywół musiał pożreć Porzeczkę, aby fala spokoju mogła zalać go od środka. I potwór o tym wiedział.
Mlaskier spojrzał na wejdźmina załzawionymi oczami.
– Gejralt… – rzekł Zołman. – Nie możesz poświęcić tego dziecka…
Wejdźmin spojrzał na Mlaskra.
– Wiem… – powiedział cicho.
– To co teraz?
– Nie oddamy mu jej.
Gejralt podniósł się z ziemi i wyprostował się na tle zachodzącego słońca. Widok ze wzgórza był oszałamiający. Dolina tonęła w pomarańczowo różowym blasku, którego promienie mieniły się w przeplatającej pagórki rzece.
– No… gdyby nie te tumany kuszu… frzaski ludzi i ogień, byłoby sałkiem pszyjemnie… – wybełkotał Wazelin, który pojawił się obok Gejralta.
Wejdźmin wyprostował palec i unieruchomił go znakiem.
– Powiedziałem, że jej nie oddamy – powtórzył. – Zaopiekuj się Mlaskrem, dobrze? Powiedz mu, że za każdym razem jak zobaczy spadającą z nieba gwiazdę, to będę ja. Ty też o tym pamiętaj, Zołmanie – wejdźmin uśmiechnął się smutno.
– Gejralt… Co ty… – szepnął krasnolud.
– Michał, na mój znak. Trzymamy się planu – zwrócił się do pozostałych zrzucając z siebie miecze. – No, z jedna małą zmianą… – mruknął. Skinął głową.
Michał oplótł go magiczną wstęgą. Wejdźmin rozświetlił się i powoli stawał się coraz bardziej przeźroczysty, aż w końcu zniknął całkowicie. Do ostatniej chwili patrzył na przyjaciół.

Pojawił się nagle w samym środku bitwy spadając z kilku metrów. Wrzaski, huki, kotłujący się pył i świszczące strzały na chwilę odebrały mu panowanie nad sytuacją. Wejdźmin zaklął, a konkretnie wypowiedział słowa: nosz Jezus Maria. Upadł. Cudem uniknął stratowania przez przepełnionych strachem żołnierzy i panikujących mieszkańców Wyrżnijmy, uciekających z miasta. Wymanewrował wśród nich i stanął na nogi. Próbował zwrócić uwagę potwora.
Odbiegł od bestii, by ta mogła go zauważyć. Krzyczał i rzucał w nią czym popadnie. Wiedział, że nie powinien. Jego medalion rozgrzał się do czerwoności. Gejralt chwycił go, i choć ten rozżarzony był niczym węgiel, jemu nie sprawiał żadnego bólu. Wejdźmin zacisnął go w dłoni, po czym cisnął nim w powietrze. Mieniący się medalion pofrunął wysoko i dotknął celu. Potwór ryknął i zamotał się jak szalony. Był rozjuszony, silny i porażająco wielki. Ale miał jedną wadę.
Był wolny.
– Co on robi?! Odbiło mu? – zmartwiła się Dżemmefer.
– Freszcie srosumiał… – Wazelin uronił łezkę. – Widziaeem to fjego oczach…
– Co? – spytał Zołman, tuląc Mlaskra, który tulił Fjutesta.
– Snam… tego… chopaka… od maeego. Ot takieo bszdąca, o, takiego, o. Zafsze szukał kompromisóf. I fszystko, fszystko robił na opak. Teras… freszcie srosumiał.
– Co zrozumiał?! – wrzasnął krasnolud.
– Że czasami, to fszystko, tszeba poświęcić…
– Gejralt! – Dżemmefer zerwała się, ale Wazelin chwycił ją mocno.
– Jusz sa póśno… – rzekł.

Potwór spostrzegł w nim wejdźmina. Zaczął ociężale odwracać swe cielsko w jego stronę. Gejralt otworzył usta i opuścił ręce, a drżąca od ruchów bestii ziemia niemal zwaliła go z nóg. Ogrom ociekającego śliną monstrum sparaliżował go. Bydle opadło sapiąc i trzepnęło łbem ukazując poczerniałe kły. Wejdźmin odzyskał przytomność umysłu, kiedy koński łeb szturchnął go w plecy. Bez zastanowienia wskoczył mu na grzbiet i pognał go w stronę rzeki. Pupka dawała z siebie wszystko galopując coraz szybciej. Bestia, widząc oddalającego się wroga, ruszyła z kopyta, zakopując się w ziemi. Runęła. To dało mu chwilę czasu, by się od niej oddalić. Wiedział, że jeżeli dostatecznie rozpędzi potwora, szanse wzrosną.

Woda w rzece zaczęła się spiętrzać. Czarodzieje na znak Michała połączyli swoje zaklęcia i unieśli taflę rzeki niemalże do pionu. Ryczywół pędził tnąc grunt pazurami. Zbliżał się nieubłaganie. Nagle odbił się od ziemi i wzbił się w powietrze. Niebieski płomień pokrył jego czarną skórę. Rozpalił się, szybując. Otworzył paszczę z przerażającym rykiem.
Leciał wprost na niego.
– Trzymaj się Pupka – wyszeptał wejdźmin, czując na skórze wilgoć piętrzącej się rzeki i żar płonącego potwora.
Pociągnął lejce do siebie z całej siły. Koń zarżał, ślizgając się; kopytami rył ziemię, wzburzając tumany gęstego pyłu. Ryczywół przeleciał nad wejdźminem z wciąż rozwartym pyskiem. Ryknął z przeszywającym skórę dreszczem i zderzył się ze ścianą wody z nieludzką siłą. Jego tląca się skóra buchnęła żywym ogniem, doprowadzając do zapłonu resztę wody. Ognista rzeka rozprysnęła się na wszystkie strony wzmacniając przeraźliwy huk, który odbił się echem po całej okolicy.

Czas jakby na chwilę zatrzymał się.

Gejralt ocknął się leżąc na brzuchu. Poczuł palące krople na plecach. Wsparł się na rękach i obejrzał za siebie. Zobaczył opadające strugi płonącej wody.
– Dżemmefer… – wyszeptał ostatkiem sił.
Zacisnął oczy i odwrócił głowę napinając wszystkie mięśnie.

Nie miał najmniejszych szans.

Nadpalony medalion Gejralta zdążył już ostygnąć. Mlaskier siedział ze spuszczoną głową i ściskał go mocno. Starał się nie słuchać Zołmana, który przykucnął przed nim i próbował mu wytłumaczyć co się stało, najdelikatniej jak to na krasnoluda możliwe. Słońce już prawie zaszło za horyzont, a w powietrzu dało się wyczuć coś jakby zapach przypalonego jabłecznika. Fjutest zemdlał gdzieś w połowie całego zamieszania, więc wejdźmińscy bracia, którzy zdążyli już wytrzeźwieć, próbowali go ocucić na różne sposoby. Wyjątkiem był Romek, który siedział niedaleko Wazelina i obydwoje patrzyli w ziemię.
Dyrdymał obserwował zdarzenia w dolinie. Ryczywół leżał, nieprzytomny i wielki niczym okręt. Mieszkańcy okolicznych wsi schodzili się wokół niego, a żołnierze, którzy zdołali zachować życie pomagali rannym kompanom stanąć na nogi. Czarodziej mógłby przysiąc, że mała dziewczynka siedzi na grzbiecie potwora i że jeszcze przed chwilą jej tam nie było. Pokiwał głową i przetarł zmęczone oczy. Wszedł na głaz, wyciągnął zwój papieru zapisany tekstem, który przygotował już wcześniej na tę konkretną okazję, odchrząknął i zaczął:
– Za niezliczonych, mężnych żołnierzy miasta Wyrżnijma oraz za dzielnych rycerzy księstwa O’koń, którzy polegli…
– Cicho bądź – fuknął Zołman.
Wazelin westchnął.
– Wszystko robił od tyłu, wszystko… – westchnął ponownie. – Zawsze zaczynał od dupy strony. Nie dało się nad nim w żaden sposób zapanować. Ja mówię salto w przód, a on salto w tył. Ja mówię siadaj z przodu, on siada z tyłu. Nawet konia nauczył się cofać. Ale tym się właśnie wyróżniał wśród innych uczniów. Bo choć na wszystko miał swoje własne pomysły, te zawsze były znakomite. Nikt nigdy nie wiedział, co zamierza.
– Zapuszczam włosy! Na cześć Srebrnego Wilka!… – ogłosił wszem i wobec Romek, na co reszta wejdźminów wszczęła wiwat.
– No no, już. Ani mi się ważcie – pogroził im Wazelin. – Przez siedemnaście lat ganiałem tego nicponia z nożyczkami po całym Homo Moher tłumacząc, że długie włosy będą mu przeszkadzać w walce. I zaledwie raz udało mi się odciąć tylko kawałek jego czupryny. Szybki był skubaniec jak piorun.
– Mi też będzie brakować jego włosów – zachlipał Fjutest. – Miał ładny tyłek. Będę potrzebował nowego wejdźmina – król spojrzał na pochylających się nad nim rekrutów, ale nie spostrzegł nikogo, kto choćby przypominał urodą i aparycją Gejralta. Załamał się.
– A wiecie jaka była jego ulubiona sentencja z kodeksu wejdźmińskiego? – ciągnął Wazelin. – Nie?… Coś tam, coś tam, „…a jeślisz spotkasz na swej drodze niewinną istotę, będziesz jej bronił niczym wilk broniący swych pociech…”
„…i każdy kto drogi ci jest, zanim zaśnie, powinien wiedzieć, że jesteś z nim zawsze.” – dokończył Romek.
– Ciekawy ten wasz kodeks – rozgrzmiał kobiecy głos znikąd, a zaraz potem z portalu wyskoczyła Dżemmefer. – Szczególnie, że z „nim”, a nie z „nią”.
Portal nie zniknął, jak to zazwyczaj bywa. Zanim to zrobił, wypluł z siebie jeszcze jedną, do nikogo nie podobną osobę. Czarna postać jęknęła podnosząc się z ziemi i opatuliła się szczelniej grubym brązowym paltem z niedźwiedziej skóry.
Spod obszernego kaptura wysunął się różowy kosmyk.
– Jejku, jak mi zimno – oznajmił Gejralt podnosząc głowę, albowiem częsta teleportacja znacznie wychładza organizm.
Mlaskier rzucił się na niego, przewracając ich obydwu.

Zmarznięte dłonie wejdźmina ogrzewał przyjemny żar. Ognisko iskrzyło się pośrodku zebranych wokół niego przyjaciół. Mlaskier zawiesił się na szyi Gejralta i ku zdenerwowaniu Dżemmefer, nie chciał do niego dopuścić nikogo innego. Zdarzyło mu się nawet zawarczeć.

– Nie rozumiem – powiedział Dyrdymał. – Według mojego Wróżbixa 2000, to się miało skończyć inaczej. Nie żebym się nie cieszył, że żyjesz, Gejralt.
– Tfój „wróżbiks” najfidoczniej nie pszewidział cfanej natury Gejralta – skwitował Wazelin, który z okazji wytrzeźwienia postanowił się napić.
– Będę musiał oddać ten złom do sklepu. I tak już miałem do pogadania ze Złomanem – burknął Dyrdymał.
– Ach… – jęknęła Dżemmefer podpierając brodę pięściami. – W ostatniej chwili swojego życia wypowiedziałeś moje imię…
Gejralt zerknął na nią wymownie.
– Nikt inny nie zlokalizowałby mnie tak szybko – rzekł, całując Mlaskra w czółko.
Czarodziejka naburmuszyła się.
– Gerjalt…? – powiedział Zołman. – Nigdy nie widziałem, żeby ogień eksplodował po starciu z wodą! Co tam się stało?
– To nie była woda, Zołmanie – Gejralt uśmiechnął się. – To był cydr. Alkohol wzmocnił reakcję. To w tej sprawie Michał kontaktował się z Dyrdymałem przez to coś kilka dni temu.
– Jeszcze żaden alkohol nigdy nie zabił żadnego wejdźmina!… – wygłosił Wazelin, wziął łyk wódki i upadł.
– Zafundowałem ryczywołowi całkowite oczyszczenie – kontynuował Gejralt. – Najpierw trzeba było go rozdrażnić do czerwoności, aby złe emocje wyszły na zewnątrz, dlatego cały pokrył się kolcami, a potem płomieniami. Ogień oczyścił jego skórę ze złych wspomnień, a kiedy się wypalił, co trochę przyśpieszyliśmy, woda zrobiła resztę – Gejralt odwrócił się za siebie. – Koxenfurdzkie Zoo powinno być zadowolone. Cydr załatwił też sprawę rycerzy księstwa O’koń, ponieważ ten jest dla nich silnie trujący. Karczmarz z Wyprutego Flaka opowiedział mi o ich wizycie, zaledwie trzy dni przed naszą.
– Dobre rybki – powiedział Mlaskier, biorąc gryza.
– No a co z Porzeczką? – dopytywał krasnolud.
– Niedługo po tym, jak Dżemmefer teleportowała mnie nawet nie powiem gdzie, przenieśliśmy się na cmentarz, by ją zabrać.

Mała kropeczka w zielonkawej sukience siedziała na grzbiecie ryczywoła i głaskała go wytrwale. Potwór, który już na potwora nie wyglądał, napełniał się jej niewinnością, a że od momentu oczyszczenia nie zaznał niczego innego, był wyjątkowo potulny. Wydawał się też mniejszy o dobre trzy czwarte. Dziewczynka wraz z obstawą kilkuset przerażonych strażników i dobrze poinstruowanego Fjutesta (który obiecał tego nie spartolić), prowadziła go do zoo, gdzie już nigdy nie zaznał niepokoju.

– Ale zaraz – krasnolud zamyślił się. – Dżemmefer, uratowałaś Gejralta? A to ty przypadkiem nie chciałaś go zabić?…
– Ja? Gejralta? Chyba sobie żarty stroisz, ja go kocham – czarodziejka założyła ręce na piersi.
– A biblijny potop?…
– Jestem tydzień po.
– Co…? – pisnął krasnolud.
– A co z Pupką? – przerwał wejdźmin.
– Połamałeś jej wszystkie nogi, ale żyje – odparł Dyrdymał. – Poza tym osiwiała, to już jej chyba nie pomylisz, i jest jakoś dziwnie płochliwa. Męczywór się nią zajął. Michał teleportował się z nią do jego domu. Miejmy nadzieję – dodał.

Zapadła chwilowa cisza. Towarzysze wznieśli kolejny toast i kontynuowali rozmowy. Stukot szkła i śmiechy niosły się w powietrzu.
Zołman od pewnego czasu przyglądał się twarzy wejdźmina, na której malowało się zmęczenie. Zauważył też, że coś go trapi.
– Gejralt? – zapytał. – A co ty tu masz?
– Co? Gdzie?
– No tu, na policzku. Czy to jest szminka?
Wejdźmin zaczął się wycierać.
– To siniak.
– I na szyi? I na brzuchu! Ha ha! Geeejraaalt…! – śmiał się krasnolud. – Siniaki się nie rozmazują!
Dżemmefer puściła mu oczko.
– Oj Zołmanie…

Wejdźmin odkleił od siebie Mlaskra i odszedł na bok szybkim krokiem. Stanął na wzgórzu, w tym samym miejscu co wcześniej i napawał się dużo spokojniejszym widokiem. Ciepłe powietrze unosiło kosmyki jego błyszczących włosów. Spojrzał na okrągły księżyc odbijający się w falującej rzece, sennie rozświetlone miasto i wolno maszerującego ryczywoła, którego sylwetka wciąż malowała się na horyzoncie. Z nieba spadła gwiazda.

– No ale jak było? – dopytał krasnolud, pojawiając się znikąd.
Gejralt drgnął i przygryzł dolną wargę zerkając na Zołmana.
– Chcesz, to mogę ci pokazać jak się powstrzymuje biblijny potop – odparł.
– A idź w… Z tobą się gadać nie da – krasnolud machnął ręką i odszedł. – Ale cieszę się, że jesteś.
– Zołman? – zawołał Gejralt.
Krasnolud odwrócił się.
– Jest takie jedno niepisane prawo – ciągnął wejdźmin – że jeśli czarodziejka uratuje ci życie, to musisz spełnić jedno jej życzenie w zamian.
Krasnolud zastanowił się. Gejralt mówił dalej:
– My też moglibyśmy sobie zrobić takie prawo, że za każdym razem jak pomyślisz, że umarłem, będę mógł cię potem wycałować.
Zołman wypuścił powietrze.
– Spierdalaj – rzekł.
Wejdźmin uśmiechnął się sam do siebie i wyciągnął coś z kieszeni. Podrzucił przedmiot kilka razy i… zrzucił go w dół urwiska. Objął krasnoluda za ramię i dołączył do reszty.
– Oj Zołman, Zołman…

Przedmiot odbił się od kilku półek skalnych i wylądował w trawie. Przeleżał tam czas długi, doświadczając palącego słońca, wiosennego deszczu i zimnej pokrywy śnieżnej. Jego metalowa obudowa zdążyła zajść rdzą, aż stał się całkiem niewidoczny wśród jesiennych liści. Tupot małych, eleganckich bucików i równie mała rączka uniosły go trzy lata później. Drobna dziewczynka odgarnęła ręką opadające na czoło jasne włosy i obróciła przedmiot kilka razy w palcach. Nagle rozszerzyła usta wciągając powietrze.
– Mamo, mamo! – wrzasnęła biegnąc w jej stronę. – Zobacz, zobacz! Wygląda jak twoja szminka!
– Musisz wszystko powtarzać dwa razy? – kobieta zreflektowała się. Spojrzała na przedmiot i westchnęła.
– To nie moja – rzuciła. – To twojego ojca.

Rozdział XII – „Okres burz”, Część I

Barman, który sprzątał karczmę, patrzył na plamę i kiwał głową ze zrezygnowaniem. Impreza była przednia: ostatni klient, pewien niedowierz, który tej nocy został wejdźminem, wyszedł dopiero przed chwilą.
Normalnie porządki polegały na zgarnięciu łopatą kufli i niedopałków walających się po kątach, ale ta konkretna plama niosła ze sobą ryzyko. Rozlany płyn układał się w kształt niewyraźnie przypominający wyjątkowo paskudną twarz. Piwny Fjutest był jeszcze brzydszy niż w rzeczywistości.

Król nie znosił przedrzeźniania. Świtało już, a władca znany był z porannych wizyt w karczmie Wypruty Flak aby zdrowo rozpocząć dzień od kilku butelek wódki. Mówiąc ktrótko, lepiej, żeby tego nie widział. Barman przypomniał sobie, że na wyposażeniu przybytku nie znajdowała się nawet szmata, a o mopie nie było co nawet marzyć. Rozejrzał się z zakłopotaniem drapiąc się po głowie.
Drzwi otworzyły się. Fjutest natychmiast odnalazł wzrokiem swoją karykaturę. Karczmarz rozważył rzucenie się na podłogę i zakrycie jej własnym ciałem, ale król tupał już nogami i krzyczał o swoim stanowczo nie takim dużym nosie. Rycerz z jego obstawy, przypominający modela z najznamienitszych wybiegów Domu Mody Dobrze&Banana, który czekał przed drzwiami zajrzał do środka. Uspokajał króla przez dobre dziesięć minut. Zaproponował królowi polowanie, na które ten przystał przez łzy. Lubił sobie czasem coś zabić dla sportu. Chodziły później słuchy, że spotkali tam dziwne stworzenia. Żołnierze zrobili sobie potem z nich rękojeści do mieczy.

***

Wejdźmin otworzył oczy.
Zanim przyzwyczaił się do ciemności, poczuł chłód kajdan na swoich nadgarstkach. Rozejrzał się. Większość pomieszczenia tonęła w cieniu, ale nie było wątpliwości, że na ścianie po jego obu stronach byli przyczepieni Mlaskier i Zołman. Grajek dyndał sobie nogami a krasnolud wisiał ponuro, z miną mówiącą coś, od czego więdną kwiaty. W cieniu, kilka metrów przed nim stała w cieniu jakaś postać.
– Dżemmefer – powiedział do postaci wejdźmin.
– Och, Gejralt – usłyszał głos czarodziejki. Tyle, że nie dochodził on od strony strażnika. Dżemmefer, jak się okazało, była przykuta do ściany zaraz za Zołmanem.

– Gejralt. Co to ma znaczyć? Kim oni są i dlaczego nas uwięzili?!

To było dziwne. Wejdźmin wytężył wzrok, aby przyjrzeć się postaci, która stała w półmroku przed nimi nieruchomo. W otwartej przyłbicy odbijało się światło pochodni. Z wnętrza hełmu wystawało zaś coś, co wyglądało na szklany pojemnik, w środku którego dawał się poznać niewyraźny kształt ryby.
– Zamknąć się! – krzyknął strażnik bulgocząc. – Jesteście teraz więźniami księstwa O’koń! Będziecie grzecznie oczekiwać egzekucji! Hahahaha!
– E tam – przewrócił oczami wejdźmin wyjmując swoje chude ręce z kajdan. – Więźniami, więźniami. Mamy większe problemy.

Przy akompaniamencie gróźb strażnika lekko zeskoczył na ziemię. Wypił sobie eliksir “Mały Robaczek”, który, jak wyjaśnił, miał sprawić, że na chwilę jego palec stałby się tak mały, że można by go było wsunąć do zamków w kajdanach. Eliksir zadziałał, i wejdźmin począł uwalniać towarzyszy. Wszyscy odwrócili wzrok, ale nic nie powiedzieli. Po latach znajomości z Gejraltem i tak żadne z nich nie liczyło, że to będzie palec.
Gejralt uwolnił Mlaskra, który w podskokach podbiegł do strażnika, wyjął akwarium z hełmu i wziął je sobie pod pachę z wyraźnym zadowoleniem. Zołman burknął coś pod nosem i ocierał nadgarstki. Dżemmefer na wszelki wypadek wejdźmin pominął, ale za to wyswobodził Romka i Dyrdymała, którzy wisieli w drugim kącie lochu. Zastanowił się chwilę.

– Dyrdymał? – powiedział.
– Nie. Święta Kalkuta z krainy Jeży – odparł czarodziej. – Teraz i tak już za późno.
– Romek? – powiedział Gejralt. – Na co za późno?
– Dostałem zlecenie na jakieś ryby – powiedział smutno Romek. – Ale złapali mnie.
– Na wszystko za późno, kretynie! – krzyknął czarodziej, który, stojąć już na ziemi, sięgał wejdźminowi do pewnej wysokości. Pospiesznie zrobił krok w tył. – Zobaczyłem przeszłość w mojej magicznej kuli. Najnowszy model, Wróżbix 2000. Ma zasięg dwóch miesięcy w czasie i praktycznie nielimitowanej odległości. Najnowsza wersja systemu trochę muli, ale wciąż czekam na aktualizację.
Wejdźmin zamrugał oczami.

– A, tak – otrząsnął się Dyrdymał. – Czy ty wiesz, co żeście narobili?
– Noo – powiedział Gejralt i zrobił krok w przód. – Przecież oni totalnie byli raczej trochę pełnoletni. Zresztą w niektórych księstwach wiek…
– Cicho! Żeście musieli to wy wszystko spowodować. Ale już się stało! – Dyrdymał zrobił krok w tył. – To musiało być wtedy co zachlaliście z tym całym Niedowierzem!
– Nooo nie wiem – odezwał się syczący głos ze ściany w kącie. Wiszący w kajdanach niedowierz podniósł jedną brew. Dyrdymał przez chwilę przyglądał się mu, westchnął i odchrząknął. Zamachał w powietrzu rękami.
– Może jeszcze da się to odkręcić – burknął. – Spróbuję was ostrzec. Ale po takim czasie moje zaklęcie potrwa tylko chwilę. – Mam nadzieję, że, debile, zrozumiecie przesłanie.

Magiczne iskry, które krążyły przez chwilę jak świetliki powoli ułożyły się w kształt okna, które zawisło w przestrzeni. Dyrdymał otworzył je, i wychylił się do środka. Zaledwie po kilku sekundach okno rozprysło się z głośnym POP!, a czarodziej został odrzucony do tyłu.
– Nie zrozumieliście – powiedział. Skoncentrował się na powrót i wyczarował okno drugi raz.
Cała sytuacja powtórzyła się. Czarodziej opadł z sił i dał za wygraną, chociaż zdążył jeszcze raz otworzyć portal i wyjąć sobie z niego kieliszek wódki.

– Wódka niezdrowa – rozległ się głos z narożnika. – Mundo nie lubić wódka.
– Zamknij się! Uwolnij nas i wszystkich ich natychmiast pozabijaj! – warknęła wisząca obok Murzyna Ruch Anna.
– Mundo być zakuty – odparł wyniośle niski głos. – Zresztą Mundo nie zabijać. Mundo pacynka.
– Pacyfista, cholera. Jak już – poprawiła Anna. – I tak, Mundo być zakuty!

Wejdźmin nie miał przy sobie eliksiru Pies, ale jego oczy przywykły już do ciemności. Musiał sobie poradzić widząc na kolorowo. Powiódł wzrokiem po wiszących na ścianach postaciach oraz pustej zbroi stojącej u wejścia. I drugiej zbroi zawierającej akwarium, której jeszcze przed chwilą tam nie było.
– Co to za hałasy! – wrzasnęła ryba. Z przerażeniem spojrzała na Mlaskra, trzymającego pod pachą akwarium – Ej, ty! Natychmiast uwolnij zakładnika!

Ryba krzyczała na nich wypluskując trochę wody ze swojego hełmu. Reszta jej zbroi stała nieruchomo, ponieważ, jak zauważył wejdźmin, z tyłu miała przyczepiony stojak. Gejralt zastanawiał się przez chwilę, jak właściwie rycerze księstwa O’koń robią… cokolwiek. Na przykład się przemieszczają. Albo zakuwają ludzi w kajdany. I wtedy wszystko stało się naraz.

Dżemmefer straciła cierpliwość i wyczarowała dwie ogniste kule, które rozświetliły pomieszczenie. Lada chwila miała je wystrzelić, ale jeszcze rozglądała się, w kogo. Romek zacisnął oczy i podkulił nogi. Zołman począł biec w kierunku wyjścia. Mundo toczył z Ruch Anną zażartą dyskusję na temat wyzyskiwania przez rządzące elity zwykłego obywatela. Dyrdymał ostatkiem sił wyczarował drzwi, wbiegł do nich, ale zapomniał najpierw otworzyć. Podniósł się z ziemi, potarł czoło, otworzył je, wbiegł do środka i nie stało się nic, ponieważ były to całkiem zwyczajne drzwi. Stał więc po drugiej stronie nieco zdezorientowany. Niedowierz patrzył na to wszystko z niedowierzaniem. Mlaskier wyjął sobie drugiego strażnika i karmił rybki. Kule ognia w rękach Dżemmefer zagrzmiały mocno topiąc jej kajdany i wtedy… zatrzęsła się ziemia. Zatrzęsła się tak, że puste zbroje rozsypały się, z sufitu poleciał gruz a wszyscy, którzy jeszcze stali zachwiali się na nogach.

Wejdźmiński medalion z serduszkiem zadrżał mocno.

Kule zgasły. Zapadła martwa cisza. W suficie pojawiły się wyrwy, przez które wpadało światło słońca i tworzyło promienie w unoszącym się kurzu. Wejdźmin bez słowa wybiegł na zewnątrz, omijając walające się na podłodze kawałki zbroi. Światło dnia oślepiło go na chwilę. I zobaczył.
Gigantyczne, czarne kolumny wyrastały z grup rozgniecionych jak wykałaczki drzew. Wysoko nad nim z rogatego pyska miarowo buchała ognista para. Wielkie cielsko majestatycznie dominowało nad okolicą niczym całe pasmo górskie. Mikroskopijny wejdźmin, znacznie mniejszy niż marmurowe kopyta potwora zadarł głowę. Martwą ciszę przerywało tylko sapanie ryczywoła. Ptaki nie śpiewały.
Ze schodzącego pod ziemię wejścia do lochu wygrzebał się Mlaskier, który nic nie zauważył.
– Gejraaalt – powiedział. – Co to są farfocle?

Wejdźmin przyłożył palec do ust, nie odrywając wzroku od zakrywającego większą część nieba łba. Grajek podążył za jego wzrokiem i zrobił słodką, zmarszczoną minkę.
– Hm – wzruszył ramionami. – Zawsze nam przerwie porządną niebezpieczną sytuację. To coś.

Wejdźmin kalkulował. Nie dało się uciec. Ani uratować wszystkich. Wtedy powoli w uszach zadźwięczało mu to, co właśnie powiedział jego towarzysz. Zadźwięczało, po czym leniwie przespacerowało się po nerwie słuchowym do mózgu. Tam rozsiadło się na fotelu i poczęło być znaczące. Wejdźmin powoli spojrzał na przyjaciela, a jego oczy stawały się coraz większe.
– Mlaskier! – powiedział. – Ryczywół odbiera emocje przez skórę. Porzeczka miała do ciebie tyle sympatii!
– To moje ulubione warzywo – powiedział Mlaskier.
– Rozumiesz? – krzyknął wejdźmin. – Pojawia się, kiedy ci coś grozi! Ona chce cię obronić!
– Aha – powiedział grajek.
– Idź i go pogłaskaj!

Rozdział XI – „Zoł-mama”

PAC! – rozległo się w leśnej głuszy.

– Pieprzone komary – rzekł Zołman pod nosem i zerknął na Mlaskra karmiącego Pupkę trawą. Sam też ją jadł.
Krasnolud machnął ręką i spojrzał w górę. Blask jasnego bezchmurnego nieba i promienie słońca oślepiły go na moment.
– Coś się nie zapowiada na ten potop… – burknął.
Usiadł na zwalonej kłodzie i westchnął.
Pupka zarżała. Z lasu wyłonił się lekko zdyszany wejdźmin.
– Gejralt! No wreszcie! – zawołał krasnolud. – Gdzieś ty był tyle czasu?! – zapytał, a następnie przyjrzał się poplamionym na fioletowo ubraniom wejdźmina. – Tarzałeś się w jagodach, czy co?
– Spełniałem czyjeś marzenie, Zołmanie – odparł Gejralt wyrzucając pusty flakonik po eliksirze „Coś fajnego” i wskoczył na konia całując go w główkę. Poprawił włosy i zdmuchnął kosmyk z czoła. – To co? Jedziemy?

Radosny świergot ptaków i letnia aura sprzyjały podróży. Mlaskier śpiewał w kółko to samo próbując znaleźć właściwy rym do słów „chodźmy na sianko…”, a Zołman nie mógł znieść zadowolonej miny Gejralta, który wciąż pozostawał bardzo tajemniczy w kwestiach dalszych poczynań zapobiegających biblijnemu potopowi. No i było coś jeszcze.

– …zdejmijmy ubranko – dokończył wejdźmin ku radości Mlaskra. – A ty co się tak miotasz, Zołmanie? – zapytał.
Krasnolud wymigał się od odpowiedzi, ale wejdźmin nie dawał za wygraną.
– To moje rodzinne strony – wydusił w końcu Zołman. – Nie chciałem tego mówić, ale miałbym wyrzuty sumienia, gdybym nie odwiedził matki będąc tak blisko.
Wejdźmin zeskoczył z konia i dopadł do niego.
– O rany, Zołmanie! Oczywiście, że możemy zrobić sobie mały przystanek. W końcu przedstawisz mnie rodzicom!
Zołman przeklął w myślach.
– Wiedziałem, że tak będzie – rzekł.

Malownicza mieścina Machuciachu, położona w dolinie pomiędzy dwoma urwiskami o niezbyt lotnych nazwach „Ur” i „Wisko”, tętniła życiem. Naród słynący z żenująco wielkich złoży żelaza oraz wyrobów wojennych najlepszej jakości nie znał odpoczynku.
Gejralt przyglądał się umięśnionym dłoniom krasnoludzkiego kowala, który kuł żelazo, póki gorące. Nieco się rozmarzył.
– Mam – rzekł Zołman przerywając wejdźmińskie fantazje.
– Ojej. To dla mnie, Zołmanie?
– Gejralt, kurwa, dla matki. Przecież nie pójdę z pustymi rękami.

Pani Zołmanowa krzątała się w kuchni, kiedy rozległo się pukanie. Kobieta wytarła ręce w ściereczkę w czerwoną kratę, zaklęła i otworzyła drzwi. Zobaczyła w nich syna, a nad nim dwie dziwne, pochylone postaci, z których jedna machała jej na przywitanie.
– Synuś! – krzyknęła uradowana, lecz wkrótce przeszła do tego, co mamy robią najlepiej. – Na Boga, jakie to chude wszystko! Zołmanie, zaproś koleżanki do stołu!

Kwiaty od Zołmana ustawione na stole zaczęły gubić płatki. W jadalni słychać było tylko chrupanie i stukanie sztućców o ceramiczne miski. Mama, czy też, jak wymyślił Mlaskier – Zołmama, walczyła z czymś w kuchni klnąc wniebogłosy. Gejralt postanowił być rodzinny i nieco ją uspokoić.
– A wie pani, że całkiem niedawno została pani babcią? – zagadał.
– Gejralt, stul pysk, na Boga – uciszył go Zołman.
– Ciekawe jaką ja byłbym matką… – zastanawiał się wejdźmin.
– Ty – zaczął krasnolud – to po pierwsze byłbyś ojcem, a nie matką.
– A no racja.
– A po drugie, masz Mlaskra, to sobie wyobraź.

Mlaskier nie zauważył, że o nim mowa, bowiem był zbyt zajęty prowadzeniem wojny na swoim talerzu pomiędzy ziemniakami a grochem.

Gejralt zamyślił się.
– Nie mógłbym być ojcem Mlaskra – stwierdził.
– A to niby czemu?
Wejdźmin spojrzał zalotnie w kierunku Zołmana gładząc Mlaskra po plecach.
– Bo bym nie mógł…
Zołmama wpadła do jadalni i strzeliła w Gejralta szmatą. Oparła ręce na falujących biodrach.
– Uważa co robi! – wrzasnęła, wprawiając go w drgawki. – No przecie włosy w kartofle pakuje! Kudły długie jak u konia na zadzie. A w ogóle to czemu ty taka siwa jesteś? Jakiejś młodszej se nie mogłeś znaleźć, synu?
– Mamo… – westchnął krasnolud.
– No co, przecie widzę, jak na ciebie patrzy, rozanielona cała. To już ta druga lepsza, chociaż oczy ma normalne, a nie jak u gada jakiegoś. Źrenice jakbym w gały mojego świętej pamięci Mruczka paczała. Ta siwa synku, to jest jakaś podejrzana.
– Mamo, to jest Gejralt. Wejdźmin.
– Wejdźmin? A co ty mi tu taką hołotę do domu sprowadzasz?! Już ja swoje wiem! Niejedną hisoryję ja o was wejdźmakach słyszała!

Matka Zołmana podeszła do okna. Domy w tej części miasteczka były tak ciasno upchane, że kiedy otworzyła okiennice niemalże znalazła się w salonie sąsiadki. Mimo to wrzasnęła:
– Kochana! Chowaj syna! Wejdźmok po ulicach łazi! Jeszcze mu co zrobi!
– Jakub po jagody do lasu poszedł! – odezwał się kobiecy głos z okna na przeciwko.
Zołman ponownie spojrzał na fioletowe plamy i zdjął kawałek rozgniecionej jagody z pleców wejdźmina. Zmarszczył czoło i pokiwał głową.
– Nie moja wina – Gejralt wzruszył ramionami. – Sam chciał. Przysięgam na twoją matkę.
– I cooo? – dopytywała sąsiadkę pani Zołmanowa. – Jeszcze do domu nie doszedł?
– Nie no, doszedł… – wtrącił wejdźmin.
– Gejralt, ty się chociaż raz w życiu zamknij – krasnolud pogroził mu palcem. – I módl się, żeby chłopak nie wrócił póki my tu jesteśmy.
– Ooo… – wejdźmin machnął ręką. – Prędko to on nie wstanie.

Matka Zołmana burknęła coś pod nosem, po czym udała się do kuchni i zaczęła wyzywać wszystko co wpadło jej w oczy. Wróciła do jadalni i chwyciła Gejralta za fraki.
– Wiem, że umiesz ognie jak diaboł puszczać – zaczęła. – Widziałam ja raz wejdźmoka takiego, co całą wieś ręcami spalił! Jak już żeś przylazł, to się chociaż na coś przydaj!
Gejralt posłusznie grzał zupę w kuchni przez piętnaście minut. Powiesił też firany, starł kurze z wyższych półek i wytropił szczura w piwnicy, do którego Mlaskier przyczepił sznureczek i poszedł z nim na spacer.
Wejdźmin pokręcił się tu i tam, a potem znalazł odpowiedni moment i uciekł z domu Zołmana. Razem z Mlaskrem i szczurem zwiedzili miasto, a następnie ulokowali się tuż za nim w oczekiwaniu na krasnoluda.

Na szlaku było spokojnie. Cała trójka maszerowała do celu, którego Zołman wciąż nie znał i bardzo go to denerwowało. Krasnolud był jak zapalnik, który wybucha od najmniejszej iskry. Na co dzień przydałby mu się kubeł zimnej wody, który ugasiłby zapłon. Kubłem tym na pewno nie był wejdźmin.
Zołman westchnął.
– A powiedz mi Gejralt – zaczął spokojnie – bo w zasadzie nigdy nie pytałem. Dlaczego właściwie Dże… – wejdżmin wepchnął krasnoludowi banana do buzi, którego jadł.
– Zołmanie, do jasnej ciasnej! – krzyknął. – Nie wypowiadaj jej imienia, bo nas namierzy!
Krasnolud wypluł banana. Już miał powiedzieć, gdzie mu go wepchnie, jeśli coś takiego kiedykolwiek się powtórzy, ale powstrzymał się, bo po głębszej analizie nie był pewny, czy to na pewno będzie dla niego kara. Uspokoił się po raz kolejny tego dnia.
– Dlaczego ONA się właściwie tak za tobą ugania?
– Bo jestem jej ostatnią nadzieją, Zołmanie.

Gejralt wytłumaczył krasnoludowi, że młode kobiety podczas przemiany w czarodziejkę prawie całkowicie tracą możliwość posiadania potomstwa. Łoże Czarodziejek nie dba o te sprawy, w przeciwieństwie do wejdźmińskich braci.
Podczas przemiany w wejdźmina Gejralt stał się niezwykle płodny.
– W zasadzie – kontynuował Gejralt przeżuwając banana – gdybym był hetero, miałbym już jakieś tysiące dzieci. To dlatego Dżemmefer z uporem lasodymacza próbuje mnie dorwać, kiedy tylko może. Płodność u czarodziejek jest bardzo obniżona i ona wie, że tylko wejdźmin byłby w stanie coś zdziałać, a to i tak nie jest pewne na sto procent.
Mlaskier zaśmiał się.
– Poczekaj, bo nie wiem czy dobrze rozumiem – krasnolud zatrzymał się i chwycił się za głowę. – Możemy wszyscy zginąć w biblijnym potopie, bo TY nie chcesz iść raz, jeden raz, kurwa, do łóżka ze zgrabną czarodziejką?!
– Zołmanie, to nie takie proste jak myślisz. Ta okropna kobieta łazi za mną odkąd pamiętam, a jak już mnie dorwie, to upaja jakimiś śmierdzącymi rzeczami, otumania czarami i wydaje jej się, że może ze mną robić, co chce. Zazwyczaj udaje mi się uciec, ale kolejny raz tego nie wytrzymam.
– No co ty nie powiesz – burknął Zołman przypominając sobie te niezliczone sytuacje, kiedy budził się rano w objęciach Gejralta.

Wejdźmin albowiem miał tylko jedną traumę i tylko jedna rzecz na świecie przerażała go bardziej niż kobieta. Były nią kajdany. W Homo Moher dzieją się różne rzeczy o których nikt nie mówi głośno, ale jeśli oprócz kocich oczu istnieje jeszcze jakiś skutek uboczny przemiany w wejdźmina to jest on taki, że każdy jeden wejdźmin na świecie nie cierpi być krępowany.
– To może z łaski swojej zrobisz jej tę przyjemność i wszyscy będą mieli spokój? – grzmiał krasnolud. – No przecież co ci się stanie?!
– No właśnie nie stanie, Zołmanie.
– Gejralt! Zobacz! – krzyknął Mlaskier.

Na ścieżce stała Dżemmefer.
Zamarli.

Czarodziejka wyszczerzyła zęby i uniosła ręce. Z ziemi wyrosły karłowate konary zamykając całą trójkę w środku. Dżemmefer zaniosła się szaleńczym śmiechem i zemdlała.
Mlaskier, nie zastanawiając się zbytnio, zaczął robić podkop. Gejralt zdołał się przecisnąć przez powykrzywiane gałęzie i bezszelestnie podszedł do czarodziejki.
– Ale jest pijana – stwierdził, kiedy pochylając się nad nią poczuł silną woń alkoholu. – Krasnoludzki absynt, Zołmanie. O, nawet trochę zostało.

Wejdźmin wyprostował się i wziął łyka. Ledwie zdążył połknąć ciecz, poczuł się skołowany. Jaskrawe kolory zawirowały mu w głowie. „Nie, nie, nie, nie, nie…” powtarzał w myślach, próbując wyciągnąć niwelujący skutki zatrucia eliksir z torby, ale jego dłonie sztywniały. Nie zdążył. Ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Bezwładnie runął na ziemię tuż obok niej. Był przytomny, ale nie mógł się poruszyć. Poczuł jak bicie jego serca spowalnia, raz po raz próbując złapać oddech. Zobaczył, jak czarodziejka otwiera jedno oko i ponownie szczerzy zęby. Coś zaczęło dudnić w jego głowie, a potem przeszywający umysł pisk niemal rozsadził mu czaszkę. Jego powieki zsiniały i zaszły łzami. Wejdźmin ujrzał jasne światło, a potem całkowitą ciemność.

Stracił przytomność.

Rozdział X – „Poniedziałek”

Dżemmefer była zła i to już od dłuższego czasu.

Wiedziała, że cmoki nie istnieją i wiedziała, że Gejralt coś kombinuje, ale po cichu miała nadzieję, że to wszystko mogło być jakimś wymyślnym planem, który zaplanował wejdźmin aby w końcu porzucić swoje dziwne zapędy i skraść jej całusa. Kiedy, już po wszystkim, połączyła fakty i okazało się że przedmiotem niecnych knowań Gejralta był Zołman, była zła.
A złość czarodziejki to nie przelewki.
Na ścianie usiadł komar.

Czarodziejka wyczarowała małą czarną dziurę, która wciągnęła pół ściany, biurko, zabytkową wazę i spinacz. Komar się uratował i przefrunął na półmisek z owocami, na którym zrobił kupę.
Dżemmefer zaklęła. Odwróciła się na pięcie aby dramatycznie wyjść z pomieszczenia, zapomniała jednak, że stała na krawędzi schodów. Dziewiętnaście fikołków później była na parterze swojej wieży. Czarodzieje na trzech niewielkich obrazkach wiszących na ścianie podnieśli do góry kartki z ocenami.

Wstała, uderzyła się w głowę o belkę i przypomniała sobie, że w jej wieży jest jeszcze piwnica. Po dwunastu fikołkach w dół i krótkiej wspinaczce na górę, dotarła do salonu.

Po drodze, wściekła, kopnęła wiaderko stojące przy ścianie i stwierdziła empirycznie, że wcześniej należało do robotników wykonujących jej ostatni remont, co tłumaczyło, dlaczego jest pełne betonu. Po dokuśtykaniu do kanapy opadła na nią ciężko. Niestety, dwa dni wcześniej przestawiła kanapę w drugi koniec pokoju. Kiedy się podniosła i w końcu opadła we właściwym miejscu, postanowiła się zdrzemnąć.
Zamiar ten udaremnił cichutki dźwięk bzyczenia. Znowu komar. Dżemmefer rozejrzała się nie zmieniając wyrazu twarzy. Owad siedział na jej ulubionej lampce w kolorze indygo. Trudno, pomyślała strzelając w niego kulą ognistą. Zdążył umknąć mijając pocisk o włos, i gdyby Dżemmefer nie podejrzewała, że z tego wszystkiego zaczyna już mieć halucynacje, byłaby pewna, że zobaczyła jak mijając jej ogniste zaklęcie odpalił sobie od niego malutkiego papieroska.
Po ugaszeniu stołu, firanek i stojących pod oknem skrzynek z dynamitem, oraz upewnieniu się że komar gdzieś poleciał, wróciła na kanapę i opadła na nią ciężko. Myślała o Gejralcie.

Pamiętała, jak wiele lat temu poznała go u wrót tej właśnie wieży. Zapukał do jej drzwi, a ona otworzyła. Był takim męskim, prawdziwym facetem. No, może “męski” to złe słowo. Ale był facetem. No, w każdym razie był prawdziwy. Myślała, że trafiła na swojego księcia z bajki. Jej hobby, pokaźna kolekcja przedmiotów o osobliwych, głównie podłużnych kształtach nie mogła przecież zastąpić miłości. W każdym razie nie w stu procentach. No, może i mogła, i to w stu procentach, ale chodziło o zasadę.
Okazało się wtedy, że Gejralt przyszedł właśnie w tej sprawie. Usłyszał o kolekcji i wykoncypował, że mogłaby mu to i owo pożyczyć. Założyła, że pewnie pomyślał, że z tą podłużnością to chodzi o miecze, albo coś takiego. Wojownik z krwi i kości. Myliła się.
Zdarła z siebie szaty i rzuciła się w jego ramiona. Wejdźmin zapiszczał, unieruchomił ją znakiem i uciekł.
Wydostała się z pułapki dopiero tydzień później. Była tak zła, że dogoniła go i wtrąciła do lochu, choć szczerze mówiąc, złość była tylko pretekstem, by zakuć go w kajdany. Kiedy właśnie zacierała ręce, aby zrobić użytek z sytuacji, na ratunek przyszli mu śmieszny poeta i krasnolud. Wtedy ich poznała. Tak ją to rozczuliło, że odpuściła. Powiedziała im tylko na odchodne, żeby jej nie wkurzali, bo będzie biblijny potop. Często bywała zła przed potopem. Nie była pewna, czy zrozumieli, że chodziło o jej okres.

Na zewnątrz zaczynało właśnie padać. Jeszcze tylko tego brakowało – pomyślała – pogody pod psem. I ten pieprzony komar wciąż latał gdzieś pobzykując sobie wesoło. Dżemmefer strzeliła w niego prawdziwą błyskawicą.

Po wydarzeniach związanych z cmokiem nie chciała więcej widzieć wejdźmina. Ale przeszło jej. Zatęskniła i szukała go po całym świecie. Odkryła, że Gejralt z jakiegoś powodu najwyraźniej został kupcem mydła. Podążając szlakami deficytów tego cennego surowca dotarła w końcu z powrotem na znajome ziemie, do Wyrżnijmy. Nie zdążyła jednak spotkać się z wybrankiem, ponieważ po całym dramacie z ryczywołem (Fjutestowi już dawno urwałaby pewną część ciała, gdyby nie to, że nigdy nie chciałaby jej dotknąć) miasto pogrążyło się w chaosie. Wyśledziła ich w końcu ponownie ale akurat wtedy idioci wpakowali się wprost na bandytów, którzy, o ironio, zabrali ich do tego samego lochu w którym kiedyś ona trzymała Gejralta.

Musiała działać szybko, bo wyczuwała, że w tamte okolice zbliżało się monstrum. Specjalnie monitorowała ryczywoła magią, chcąc później odnaleźć jego legowisko. Nie codziennie ma się możliwość badania najrzadszego stworzenia świata. Ach, cóż to piękne było za zwierzę.
Bandytów pozbyła się szybko. Najpierw ogłuszyła ich swoją autorską techniką polegającą na błyskawicznym zrzuceniu sukni, nie mając nic pod spodem. Dopracowała tę technikę ćwicząc ją na Gejralcie, który z jakiegoś powodu był na nią zupełnie odporny. Pewnie przez wejdźmińskie szkolenia. Następnie zamieniła ich w czosnek.

Ledwo jednak zdążyła dostać się do lochu aby uwolnić Gejralta i jego towarzyszy, bestia rozerwała całą okolicę na kawałki. Zdążyła tylko krzyknąć, żeby uważali. Na szczęście dla nich był z nimi jakiś czarodziej i rozpłynęli się w powietrzu. Teraz już nie miała zielonego pojęcia, gdzie ich szukać. Dopóki nie wypowiedzieliby jej imienia, nie była w stanie ich namierzyć. Co oznaczało, że nie wypowiedzieli go od dość dawna. To już najbardziej ją frustrowało.

Bzzzz.

Zdjęła kapeć i rzuciła z całej siły w kierunku dźwięku. Kapeć odbił się od donicy, którą przewrócił i uderzył ją w twarz.
Wzięła kilka powolnych, uspokajających oddechów i policzyła do dziesięciu. Spojrzała na obrazek przedstawiający Gejralta wiszący na ścianie, tak jakby intensywne wpatrywanie się w niego mogło coś tu pomóc. Miała tylko nadzieję, że nie wpakował się w żadne kłopoty. On i jego drużyna. Banda kretynów.

Bzzz.

Komar siedział na talerzu, a właściwie uprawiał nierząd z leżącą na plecach muchą. Oba owady bzykały sobie wesoło. Dżemmefer wstała. Wysadziła w powietrze cały stół. Bzzz. Na ślepo strzeliła Promieniami Destrukcji. Rzuciła komodą. W końcu wywołała w pomieszczeniu prawdziwą burzę pustynną. Wyczarowała armatę i odpaliła ją bez wahania w kierunku przelatującego komara. Zaczęła wrzeszczeć.
Dziwny odgłos wyrwał ją z amoku. Ściany wieży drżały. Naruszone licznymi eksplozjami, wyrwami i dziurami grzmiały ostrzegawczo, a z sufitu sypał się gruz.
Zdążyła teleportować się na zewnątrz sekundy przed tym kiedy w chmurze pyłu, cegieł i połamanych belek, wieża runęła, rozrywając powietrze hukiem słyszanym z odległości wielu mil.

Dżemmefer westchnęła i udała się piechotą w stronę miasta. To był dzień na krasnoludzki absynt.
Z gruzów wyfrunął komar i poleciał jej śladem.

Rozdział IX – „Śliski interes”

– Potańczyłbym – westchnął Gejralt.
Leżał na brzuchu co jakiś czas puszczając wiązkę ognia w stronę akwarium z bulgoczącym rybim strażnikiem, które wziął ze sobą Mlaskier. Cała trójka od kilku godzin czekała na czarodzieja Michała, który na polecenie wejdźmina, poszedł skontaktować się z Dyrdymałem poprzez Hipermegaszybkoskopofon (lub „To Coś” jak zwykł nazywać je Gejralt), toteż całe towarzystwo nieco się rozleniwiło, albowiem wiadomo było, że w przypadku akurat tego czarodzieja, może to zająć dłuższą chwilę.

Zołman spał – pierwszy raz od bardzo dawna zasnął naprawdę mocno i bez strachu, że coś mu się przydarzy. Michał, zanim odszedł, wyczarował mu magiczną bańkę, przez której pole siłowe nawet mucha – a tym bardziej wejdźmin – nie mogła się przedostać.
Mlaskier zbierał patyki, szyszki i inne leśne drobiazgi, potrzebne na ukończenie domku dla rodziny żołędzi, którą stworzył według własnych wzorców – jeden ludzik był mniejszy od innych, drugi miał szyszkę zamiast głowy, a trzeci długie włosy z jasnej trzciny i dwa miecze z patyków.

– Już mi się nie chce podpalać tej ryby – oznajmił nagle wejdźmin, przekręcając się na plecy.
Spojrzał na ciemniejące od chmur niebo, które przybrało szaro-granatowy odcień. Sięgnął do torebki i wyciągnął pierwszą z brzegu buteleczkę. Stwierdził, że eliksir „Śmieszne Wąsy” całkowicie się nadaje.

Ku radości wejdźmina, ochronna bańka Zołmana prysnęła, jednak miało to ścisły związek z powrotem czarodzieja.
– Załatwione – rzekł Michał. – Co ty masz na twarzy? – zapytał spoglądając na Gejralta.
– Nie było cię tak długo, że urosły mi wąsy – zażartował wejdźmin.
Michał nie odpowiedział, ale jego zdaniem wąsy wyglądałyby inaczej.
– Zgodził się? – spytał Gejralt.
– Tak. Miał już nawet jakiś plan. Dziwne – Michał podrapał się po głowie – bo miał go zanim cokolwiek powiedziałem, a powiedziałem niewiele, bo kazał mi być cicho. Ale zgodził się.
Wejdźmin wzruszył ramionami. Chwycił Pupkę za lejce i oddalił się.
– Nie wyruszę dalej z wami – usłyszał za sobą.
– Jak to? – zwrócił się do Michała.
– Skoro ten cały potop to prawda, mam kilka własnych spraw do załatwienia. Ale nasza umowa obowiązuje. W końcu to dzięki wam znów jestem na wolności. Do zobaczenia na miejscu. Bywajcie!
Czarodziej Michał, po dwudziestu czterech nieudanych próbach otworzenia portalu, pozostawił po sobie stosik różnorodnych przedmiotów i zniknął. Mlaskier włożył je sobie wszystkie w spodnie.
– Już niedaleko – oznajmił wejdźmin i ruszyli w głąb lasu.

Drewniana chatka porośnięta mchem i grzybem, była niemal niezauważalna. Z biegiem lat tak wtopiła się w bujną roślinność wiekowego lasu, że dziś wyglądała bardziej jak same drewniane drzwi prowadzące do wnętrza ziemi.
– Uwaga na pułapki – ostrzegł wejdźmin i poczuł, że coś zapadło się pod jego kolejnym krokiem. Spod gęstej trawy, jak z bicza strzelił, ogromna sieć zwinęła się i ze świstem wystrzeliła w górę, zamykając wszystkich w środku. Łącznie z Pupką.
– O ho ho, kogo widzą me ocęta! – rozległo się nagle. – Wejdźmin Gejłalt, kłasnołud Zołman i misc Młaskieł we własnej niepodłobionej osobie! Cekałem na was.
Spod sterty gałęzi wychyliła się rozczochrana ruda głowa, a potem reszta ciała w ubraniu zrobionym głównie z liści rozmaitych roślin, niekoniecznie zasłaniających całe ciało. Zgarbiona postać szybkim krokiem podeszła do pułapki uwalniając swe ofiary i stanęła przyglądając się im w ciszy. Miętosząc sakiewkę z nasionami zawieszoną na biodrach, nerwowo kręciła stopami. Na nogach nosiła sandały, jak ocenił Gejralt na oko, „z koziej pały”.

Większość druidów, bo o jednym z nich mowa, była bardzo zestresowana. Przesiadujący tylko w otoczeniu roślin zielarze, którzy nie wypuszczali się dalej niż dwadzieścia centymetrów od swojego domu i ogrodu, płochliwsi byli od zajęcy. Z powodu swego strachliwego usposobienia, zachowywali się i mówili bardzo nerwowo, a płoszeni każdym odgłosem stali się w oczach innych wyjątkowymi dziwakami. Byli jednak nieocenieni w kwestiach zielarstwa, a ci mieszkający w Kurvijskim lesie byli szczególnie obdarzeni niezwykłymi zdolnościami i pamięcią. To oni wiedzieli co to jest crataegejus, thymusz vulgaris i jak zrobić piwo z szyszek chmielu. To od nich uczyli się najlepsi znachorzy, medycy, najsławniejsi czarodzieje, a także wejdźmini wszech czasów. To oni potrafili wyrecytować z pamięci całe tysiące składników i przekazywali kolejnym pokoleniom już dawno zapomniane przepisy.
– Ale nie za dałmo! – zasugerował druid ukazując pożółkłe zęby. – Męcywół tes musi scegoś zyć.

Nikt dokładnie nie wiedział jak nazywa się ten konkretny druid, ale po odszyfrowaniu wad jego wymowy, najbardziej prawdopodobną wersją było: Męczywór.
Druid odwrócił się do nich tyłem i założył ręce. Jego dom był tak niski, że klękać nie musiał tylko Zołman. I Męczywór, rzecz jasna, który z natury był zgarbiony. We wnętrzu pachniało ziołami.
– To będzie duzo kostowało – ciągnął druid, klepiąc się po głowie.
– Jak duzo? – wtrącił Zołman. – Znaczy, jak DUŻO? – poprawił się krasnolud.
– Ctełysta kułvijskich kołon.

Gejralt, Mlaskier i Zołman przetrzepali kieszenie. Łącznie uzbierali siedem koron z różnych stron Dilerii, dwa żołędzie, szyszkę (którą wejdźmin natychmiast wyrzucił przez okno a Mlaskier pobiegł po nią równie szybko co z nią wrócił) kamyk i kawałek wyschniętego sera. Grajek dorzucił też konewkę, słoik piasku, guziki i inne pozostawione przez czarodzieja Michała efekty uboczne rzucania zaklęć.
Męczywór spojrzał na przedmioty mrucząc coś do siebie pod nosem.
– Nie, nie – zaskrzeczał. – To się akułat nie psyda.
Mlaskier zachichotał.
– A powiedz: rabarbar – zaczął. – RA-BAR…
– Mlaskier! Bo nam nie da – skarcił go wejdźmin i zwrócił się do druida: – Nie mamy tyle pieniędzy, to może zapłacę inaczej?
– Jak na psykład?
– No skoro już klękam, to może… Masaż?
– Masas? Nie, nie, nie. Znajdzies! – zaczął druid unosząc wskazujący palec, który dotknął sufitu. – Moją zgubę! Z mojego tełałium uciekła młówka. Znajdź ją, a podam ci poządany pses ciebie psepis.
– Co uciekło? – dopytał Zołman.
– Młówka. To była moja ulubiona młówka, taka w pasecki – wytłumaczył druid wskazując na terarium.
Gejralt westchnął.
– Jak mam znaleźć mrówkę w lesie? – zapytał drapiąc się po pośladkach i kichnął opluwając Zołmana.
– Nie wiem! – zdenerwował się Męczywór. – A kto ją wypatsy, jak nie jakiś wejdźmin!
– Wejdźmin, wejdźmin. To jak ją rozpoznam? – zapytał, wycierając krasnoluda różową chusteczką.
– Ja ją łozpoznam. Psynieś mi młówkę, a ja ci powiem, cy to ta.
– Masakra – podsumował Gejralt. – Dawno uciekła?
– Łok temu, tsynastego siełpnia.

Wejdźmin spojrzał na druida z politowaniem. Kichnął. Mlaskier pobiegł na dwór i rzucił się na ziemię. Wrócił z czterema mrówkami. Męczywór przetarł okulary, przyjrzał się pierwszemu stworzeniu bardzo dokładnie i mruknął coś jakby w zamyśle, uderzając się w ucho.
– To nie ta – rzucił. – Ta tes nie. I ta tes nie. A ta to jus na pewno nie.
Mlaskier posmutniał.
– A może być to? – zapytał wyciągając kuliste akwarium z torby.
– Łyba? – zapytał Męczywór niemal wkładając głowę do środka.
Ryba przebudziła się i miała już zacząć wszystkich wyzywać, ale Gejralt widząc zainteresowanie druida, szybko unieruchomił ją znakiem Syrden, a potem Fucksji – żeby się męczyła. Miał jej serdecznie dość, szczególnie po ostatniej nocy, kiedy bulgotała w akwarium do białego świtu.
– A smacna chocias? – zapytał druid.
Wejdźmin przytaknął, a Zołman zaproponował, aby zjeść ją od razu.

Po smacznym posiłku, idealnie doprawionym ziołami przez Męczywora, przyszedł czas na interesy.
– No dobze – powiedział druid. – Tełaz Męcywół poda wejdźminowi tajne składniki pładawnej mikstuły na cydł. Chocias jest to wbłew pławu.
Gejralt znowu kichnął.
– Cy ty mas na coś uculenie, mój chłopce? – spytał zielarz. – Nie wazne. Oto psepis!

Zaszczyt zanotowania przepisu przypadł w roli Mlaskrowi, głównie dlatego, że tylko on miał cokolwiek do pisania. Grajek notował skrzętnie, a po wszystkim zwinął kartkę w kulkę i ją zjadł. Wejdźmin zaczynał podejrzewać, że jego eliksiry mogą mieć zły wpływ na stan umysłowy Mlaskra, albowiem nie mógł pozbyć się wrażenia, że poeta na początku ich znajomości był jakby mądrzejszy. Męczywór zgodził się podać przepis jeszcze raz. Tym razem wejdźmin pilnował, aby kartka nie wylądowała w brzuchu przyjaciela, więc sam ją zjadł. Zgodził się później, że nie przemyślał tego do końca. Zirytowany druid przestrzegł, że przepis podaje po raz ostatni. Gejralt zmarszczył się, przerzucił sobie Mlaskra przez kolano i podciągnął mu koszulkę. Skorzystał również ze wzmocnionego atramentu jagodowego zielarza. Zołman przestał reagować na jakiekolwiek działania wejdźmina odkąd Mlaskier połknął kartkę i wyszedł. Początkowo chciał przeczekać na pryczy, ale druid ostrzegł go, by tego nie robił, ponieważ dzisiaj zdarzyło mu się po raz pierwszy od bardzo dawna „zasłać łózko”. Krasnolud wolał nie sprawdzać, którego słowa chciał użyć druid.

Zadowolony grajek szedł przodem podskakując wesoło co parę metrów. Podążał leśną ścieżką od czasu do czasu próbując spojrzeć na swoje plecy. Zołman również przyglądał się jego plecom.

– Przypomnij mi Gejralt – zaczął krasnolud – bo chyba zapomniałem. Po co nam przepis na CYDR, wytatuowany na Mlaskrze, podczas potopu?
– Oj Zołmanie, tyle wody, przecież to trzeba wykorzystać!
– Gejralt… – pogroził mu krasnolud. – Mów prawdę. Dokąd teraz?
Kropla wody rozbiła się na ramieniu wejdźmina. W oddali zagrzmiało. Gejralt wystawił rękę i spojrzał w niebo.
– Zaczyna padać – powiedział.

Rozdział VIII – „Albo rybka…”

– W powietrze?! – odkrzyknął wejdźmin.
– Miało być bardziej horyzontalnie! – powiedział Michał, obserwując Mlaskra i Zołmana spadających nieopodal. Mlaskier zdjął majtki i przyglądał się efektom tego czynu. Zołman zbliżał się do nich rozpaczliwie płynąc w powietrzu żabką.
Znajdowali się tak wysoko, że drzewa pod nimi wydawały się mieć wielkość wykałaczek. Ale szybko rosły. Trzeba było działać. Michał jeszcze raz przyjrzał się znakom na kartce z zaklęciem. Odczytał je gardłowym głosem. Nic się nie stało.

– Dziwne – powiedział przyglądając się zaklęciu. – Przysiągłbym, że…
– Zrób coś! Bo cię zabiję! – krzyknął płynący Zołman, który był już znacznie bliżej. Grunt zbliżał się z nieubłaganą prędkością.
– Już wiem! – krzyknął czarodziej przekręcając kartkę. – Trzymałem to w złą stronę!
– Ha ha – odkrzyknął Wejdźmin. – Też tak czasem mam!

Michał odwrócił kartkę do pionu z zamiarem teleportowania ich z powrotem na ziemię. Wyciągnął rękę przed siebie. Fszt! – Kartka zatrzepotała i pofrunęła w górę. Zołman przysiągłby, że odlatując na chwilę ułożyła się w kształt pięści z wysuniętym środkowym palcem.
– Ups – powiedział Michał.

Przez chwilę lecieli w milczeniu. Wejdźmin spojrzał w dół i zobaczył Dżemmefer, która, niepomna spadających w jej stronę postaci, właśnie znikała w wyczarowanym przez siebie portalu.
– Zrób coś! – wrzasnął Zołman. – Użyj jakiegoś zaklęcia!
Michał pospiesznie wyszperał z kieszeni jakąś kartkę i odczytał jej treść wskazując palcem ziemię.

Czar powiększający wystrzelił z jego palca zaledwie kilka sekund przed lądowaniem. Całkowitym przypadkiem, na ziemi pod nimi leżała jedwabna chusteczka. Musiała ją upuścić czarodziejka. Wykonana z najznamienitszego jedwabiu zbieranego przez niewinne sierotki w najbardziej nasłonecznionych miejscach Bananowego Raju oraz haftowana srebrną nicią we wzorek w małe, puszyste poduszeczki i pachnąca wiosną, znajdowała się wprost na linii lecącego z prędkością światła zaklęcia. No, prawie. Bo dokładnie na tej linii leżał krowi placek.

Niemal kwadrans zajęło im wygrzebywanie się z “poduszki asekuracyjnej”, jak nazwał ją Michał. To, jak nazwał ją Zołman nie nadaje się do przytoczenia. Ale i tak brzmiało ładniej niż to, jak nazwał Michała. Wejdźmin chodził po okolicy przyglądając się ziemi, aż w końcu uklęknął i zaczął w niej grzebać.
– Ha! – powiedział wyjmując z dołka mydło. – Wiedziałem, że warto było poświęcić na to pół roku życia. Czarodzieju Michału, czy możemy prosić o prysznic?

Michałowi udało się wyczarować prysznic dopiero za trzecim razem. Za pierwszym wyszła mu konewka, a za drugim stado tygrysów. Po ich pokonaniu, obarczonym co prawda śmiercią Michała, przyszedł czas na kąpiel. Gejralt z Mlaskrem, znani ekolodzy, postanowili nie marnować wody kąpiąc się razem. Zołman próbował w tym czasie wydłubać sobie oczy, ale dał za wygraną, bo został ochlapany szamponem i przestał cokolwiek widzieć. Minęło trochę czasu, zanim towarzysze, czyści i pachnący, byli gotowi aby skonsultować dalsze modus operandi.
– No dobra – powiedział Zołman. – W każdym razie żyjemy. Hej, co to?

Krasnolud spoglądał w górę. Na tle nieba rysowała się spadająca sylwetka. Szybko zauważyli, że była to Pupka, która najwidoczniej została teleportowana na wyższy od nich pułap. Koń uderzył w “poduszkę asekuracyjną” z całym impetem, ponownie pokrywając wszystkich grubą warstwą “waty” z której była zrobiona.

– W każdym razie żyjemy – powiedział wolniej Zołman, mając znacznie bardziej ponurą minę.

Na ziemi nieopodal coś się zakotłowało. Małe światełko rosło i rosło, aż w końcu zgasło, pozostawiając za sobą uśmiechniętego czarodzieja.
– To ja! – powiedział Michał. – Ha, ha. Myśleliście, że tygrys mnie pożarł? Nic z tych rzeczy. Zmniejszyłem się do rozmiarów mrówki, żeby zrobić wam niespodziankę. Koniec żałoby!
– Michał, Michał…? – zamruczał wejdźmin. – A, tak. To fajnie.
– Kurwa – powiedział Zołman.
Mlaskier w ogóle tego nie zauważył.

Michał zbulwersował się i chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdążył, ponieważ tuż przed swoim nosem zobaczył czubek włóczni. Do czubka przyczepiona była włócznia właściwa. Do włóczni przyczepiona była ręka, a do niej ciężkozbrojny rycerz na koniu. Do rycerza był przyczepiony oddział co najmniej tuzina innych. Do ostatniego w formacji przyczepione było jedno babie lato.

– Pójdziecie z nami – powiedział rycerz przez zamkniętą przyłbicę. – I to już.

– Jesteście oskarżeni o zakłócanie spokoju, zburzenie zabytkowego zamczyska i nierząd w miejscu publicznym – tłumaczył im dowódca oddziału w drodze do, jak udało im się usłyszeć, „gmachu sądu”. – Który, nawiasem mówiąc, wciąż trwa. A im dłużej ten głupi nie przyodzieje bryczesów tym wyrok będzie bardziej srogi. Takie jest prawo księstwa O’koń.
Mlaskier, acz niechętnie, przystanął i wygrzebał z plecaka spodnie.
– To nie my! – zaoponował Michał. – To ryczywół, legendarny potwór, a właściwie taka czarodziejka, co to nas…
– Zamknąć się! Zostaniecie poddani najwyższemu z naszych sądów – kontynuował dowódca straży. – Będziecie osobiście sądzeni przez srogiego Don Emanuela zwanego Młotodzierżcą i Zgniataczem Kości.
Kiedy strażnik wypowiedział te przydomki, inni rycerze z prowadzącego ich oddziału ucichli. Nie dało się jednak odczytać ich emocji przez zamknięte hełmy.

– Gejralt, coś tu się niedobrego dzieje – powiedział Mlaskier. – Boję się.
– To dziwne – uprzedził wejdźmina w odpowiedzi Zołman. – Nigdy nie słyszałem o księstwie O’koń. Ale jest wśród krasnoludów taka legenda, psia mać. Że gdzieś na świecie, niewidoczna dla śmiertelników znajduje się kraina pełna splendoru i przepychu. Mają zaczarowane miasto, pełne budynków przerastających najwyższe sekwoje, i maszyny oblężnicze potrafiące zgładzić oflankowany mur jednym uderzeniem. Ich wojownicy mają po cztery ręce a ich sądy są tak srogie, że kiedyś mucha, która w sposób nieprzepisowy przeleciała na wskroś uliczki została skazana na poćwiartowanie. Ich marmurowe gmachy…

Gmach sądu składał się z pojedynczego pnia na polanie niespełna siedemnaście kroków od miejsca ich lądowania. Na pniu stało kuliste akwarium.

– Jam jest sędzia Don Emanuel zwany Zgniataczem Kości i Młotodzierżcą! – powiedziała ryba pływająca wewnątrz. Otaczający ich rycerze nie poruszyli się, ale zakrzyknęli „Wiwat!” – A teraz odbędzie się sąd!
– He, he. Gejralt, patrz! – Mlaskier przyglądał się sędziemu. – On jest rybą.
– No. Ale Mlaskier. Uszanujmy wolę gospodarzy – Zwrócił się wejdźmin do Sądu. – Ale, ha ha. Nie no, panie sędzio. Pan jest rybą.
– Zamknąć się! – krzyknął sędzia. – Bo wam powyrywam…

Michał podszedł do akwarium i nasypał sędziemu wyjętych z kieszeni drobinek suchego chleba. Sędzia podpłynął do powierzchni wody, wciamkał kilka z nich, po czym na powrót przybrał srogi wyraz pyszczka.
Zołman rozglądał się zdezorientowany.
– Coś tu bardzo nie gra – powiedział krasnolud. – Albo powiem inaczej. Co tu się, kurwa, dzieje?
– Cicho! – krzyczała ryba. – Prawo księstwa O’koń jest najświętsze i nieubłagane! Skażę was na śmierć! Już was w zasadzie skazuję! Brać ich!

Inni rycerze otoczyli ich konno, ale nic innego się nie stało.

– Hm – Zastanowił się wejdźmin i podszedł do jednego z nich. – Mam pewne przypuszczenie, że… Ha ha ha ha ha!
Otworzył ręką przyłbicę najbliżej stojącego rycerza. Wewnątrz hełmu było akwarium z rybą.
– Zamknij to! – krzyknął dowódca straży. – Sprzeciw! Przywołuję cię do porządku!
– Oni są rybami! – powiedział uśmiechnięty Wejdźmin. – To tak słodkie że aż normalnie nie wiem!
Ponieważ rycerze próbowali stratować ich konno, towarzysze zdjęli z każdego z nich hełm zawierający akwarium i postawili je wszystkie na ziemi.

– Wsadź mnie z powrotem do zbroi! – krzyczał dowódca straży.
– Skazuję was na śmierć przez łamanie kołem! – wyrokował sędzia.
– Zgniecie zaraz śmiercią haniebną! – groziła inna „głowa”. – Rzucam wam rękawicę! Poodgryzam wam członki!

Śmiali się przez dobre dziesięć minut. Następnie uradzili, że trzeba ruszać w drogę. Niebo na dalekim południu ciemniało. Źle to wróżyło. Zbliżała się pora, aby przedsięwziąć przygotowania.
– Czeluść was pochłonie! – słyszeli za sobą.
– Ruszamy za wami w pościg! Nie ukryjecie się – krzyczała jedna z rybek niemal wywracając się razem z akwarium i hełmem.
– Ażeby was pożarł glonojad! – dodała inna.
– Urwiemy wam głowy i nasypiemy soli do kręgosłupa! – włączył się kolejny głos.

Towarzysze oddalili się niespiesznie.

– No, w każdym razie żyjemy – powiedział Zołman. – He he he he he he he….

Rozdział VII – „Początek problemów”

Zołmana zbudziło uporczywe kołysanie. Ocknąwszy się, otworzył sklejone oczy i rozejrzał się. Niewiele dostrzegł. Czuł natomiast, że głowa mu pęka, że jest czymś przykryty i ktoś nieustannie szturcha go w pośladki. Odwrócił głowę i poczuł zapach truskawek. Poczerwieniał. Wydarł się na wejdźmina, zamachnął się chcąc go odepchnąć i pociągnął za sobą brzęczący łańcuch, który jeszcze bardziej go do niego zbliżył.
– Ałć, Zołmanie. Nie tak ostro – mruknął Gejralt. – Jesteśmy skuci jednym łańcuchem.
Zołman zdezorientował się.
– Jak to skuci jednym łańcuchem?! – zapytał całkowicie przytomniejąc.
– No jak szarpniesz, to mnie pociągniesz, bo jestem na tym samym sznurku.
– Gejralt, do cholery! Pytam dlaczego?!
Wejdźmin zamilkł na chwilę.
– Bo ktoś nas skuł – burknął.
– Gejralt, jak mi robisz jakieś sadomaso, to przysięgam na swoją matkę, że utnę ci łeb, a potem…!
Krasnolud urwał i zastanowił się.
– Zaraz… Czy my gdzieś jedziemy?… To dlatego tak buja? – rzucił.
– Mhm – potwierdził wejdźmin. – Szkoda, że tak krótko… – westchnął.

Konie zarżały i bryczka zatrzymała się. Zbliżające się kroki ściągnęły z nich czarną plandekę oślepiając ich światłem lamp naftowych. Zanim czterech bandytów wyciągnęło ich z drewnianego wozu i obudziło smacznie śpiącego Mlaskra, założono im worki na głowy. Gejralt zdążył puścić oczko do jednego z nich, ale nie podziałało.
Siedemdziesiąt siedem stopni niżej w miejscu o zapachu mokrej szmaty, kazano im usiąść, zaczepiono łańcuchy o haki wystające ze ściany, odsłonięto im oczy i bez słowa zamknięto za nimi potężną stalową kratę.
– Dzień dobry – przywitał się Mlaskier, spoglądając na białą postać wiszącą w kącie. – Bardzo ładny loch.
– Mlaskier, zostaw pana – pouczył go wejdźmin.

Nieznajomy przyglądał się im przez dłuższą chwilę. Miał na sobie, jak oceniłby Zołman, białe prześcieradło i śmieszną czapkę z krzywym stożkiem, spod której wystawały niebieskawe, nieco wypłowiałe włosy. Na twarzy namalowane miał wzory w tym samym kolorze w kształcie symetrycznie posplatanych ze sobą okręgów, a Gejralt ocenił jego brodę na kilkutygodniową i paznokcie na bardzo zadbane, choć trochę za długie.

– To może… Dobry wieczór – spróbował ponownie Mlaskier.
– Przedstawcie się – odezwał się nieznajomy.
Wejdźmin uniósł brwi.
– Przed kim? – zapytał.
– Jam jest wielkiej sławy czarownik, władca północy i południa, wschodu i zachodu, włodarz zdarzeń niewydarzonych, wodzirej zagubionych, przodownik całego powstania, pogromca burz, mórz i oceanów; jam zagładą i ocaleniem, panem ziemi po której stąpają wszelkie żywe i nieżywe istoty… Apsik! – splunął nagle. – Zaschło mi w gardle.
Gejralt wywrócił oczami.
– Czyli KTO? – zapytał.
– Czarodziej Michał – odparł. – W zasadzie mam tylko jedną wadę. Jak się mocno zdenerwuję, to plączą mi się zaklęcia. Aha, i nie zdążyłem dodać, że posiadam umiejętności potrzebne do zrobienia absolutnie wszystkiego. Cześć.
– Cześć! No jasne, że cześć! – ucieszył się Mlaskier. – A umiesz robić naleśniki z serem?
– Nie – odburknął czarodziej obrzucając poetę krzywym spojrzeniem. – Loch okryty jest zaklęciem, które uniemożliwia mi działać. W tej chwili nic nie mogę. W przeciwnym wypadku nie siedziałbym tu od dwóch miesięcy. Nigdy nie spotkałem się z tak silnym czarem.
– A upiec ciasto truskawkowe z galaretką, umiesz? – dopytywał grajek. – Jestem głodny – oznajmił i stracił zainteresowanie.
Czarodziej nie odpowiedział, bo zdumiony otworzył buzię.
– Jak… Jak… – wymamrotał, patrząc na wstającego z podłogi wejdźmina, całkiem wolnego od kajdan.
– Ooo… – jęknął Gejralt rozmasowując obolałe nadgarstki. – Już z ciaśniejszych miejsc wyciągałem ręce.

Mlaskra i czarodzieja udało się oswobodzić z okowów stosując pradawną technikę wejdźmińską (co prawda stosowaną w innym celu, ale ta okazała się być skuteczną), natomiast krasnoludzkie krzepkie ręce nijak nie chciały się jej poddać. Postanowili zająć się tym w następnej kolejności.
Wejdźmińskie znaki – podobnie jak zaklęcia czarodzieja, przekleństwa Zołmana i mlaskanie Mlaskra – nie działały. Spróbowali więc tradycyjnie. Podłoga i sufit z litego kamienia, żadnych przerw, poluzowanych elementów, żadnych okien ani innych otworów, a karty tak solidne, że nawet czterdzieści minut uporczywego piłowania kradzionym pilniczkiem do paznokci ledwie drasnęło konstrukcję.
Wejdźmin wsadził głowę pomiędzy kraty aż rozciągnęły mu się powieki i chwycił się grubych stalowych prętów.
– Obawiam się najgorszego.
– Gejralt, mów normalnie – burzył się krasnolud.
– Ona już wie, Zołmanie.

Wejdźmin wiedział to od samego początku. Już sam czyn nasłania na nich bandytów kiedy spali, pasował do niej jak ulał. I tylko ona potrafiłaby powstrzymać się od nieuniknionej złości, aby móc się nad nim poznęcać – jeszcze chwilę, jeszcze trochę – nim rozpęta prawdziwe piekło i każe mu na nie patrzeć.
Cieszył się, że Mlaskier nawet się nie obudził, bo tak jak Zołman dostałby pałką w łeb. Jego samego próbowali wpierw zgwałcić, ale zrezygnowali kiedy okazało się, że nie jest kobietą, po czym zapakowali całą trójkę na wóz i ruszyli w drogę. Wiedział dokładnie gdzie jedzie.

Już kiedyś mu to zrobiła; była wtedy na niego bardzo wściekła. Wspomnienie chwil tu spędzonych wywoływało u niego dreszcze. Dobrze pamiętał wyboistą drogę, siedemdziesiąt siedem stopni, wijące się łańcuchy, jej śmiech, zapach mokrej szmaty, psa i aresztu. Tym razem jej złość była co najmniej tysiąckrotnie silniejsza – pomyślał.
– Jestem już trupem – powiedział. – Podobnie jak wy, kiedy rozpocznie się biblijny potop, więc choć jeden z was musi coś dla mnie zrobić. Tu i teraz, pomijając mało kameralne okoliczności.
– Gejralt! – krzyknął Mlaskier. – Ja! Wybierz mnie! Mnie wybierz!
Wejdźmin ucałował Mlaskra w czółko.
– Wiem Mlaskier, wiem. Ale tym razem chodzi o coś innego. Potrzebuję kogoś… Silnego, zdecydowanego iii… – ukradkiem zerknął na Zołmana. – …konsekwentnego iii… przystojnego?…
– Ja to zrobię – wyrwał krasnolud.
Wejdźmin znalazł się przed nim w mgnieniu oka.
– Naprawdę, Zołmanie? O rany, no nie wiem. Jesteś pewny? Bo wiesz, żeby potem nie było, że byłeś związany, czy coś.
– Nie wiem o co chodzi z tym potopem – wtrącił się czarodziej – ale może zrobimy to po prostu wszyscy razem, skoro i tak już jesteśmy martwi?
Wejdźmin zastanowił się chwilę uznając, że pomysł czarodzieja jest najlepszy.
– Trochę to co prawda niehigieniczne – dodał po namyśle siadając na zatęchłej pryczy – zważywszy na to, że Michał siedzi tu tak długo, ale rozwiązałby się problem braku intymności i…
– Gejralt, o czym ty mówisz? – spytał Zołman.
Wejdźmin zrobił dzióbek z ust i spojrzał w bok.
– Noo… – przeciągnął rozkładające ręce. I nogi.

Mury zadrżały, coś zadudniło w powietrzu aż wszystkim zakręciło się w głowach. Kilka mniejszych kamieni wypadło z pomiędzy większych bloków. Mury zatrzęsły się ponownie, strącając ich z nóg, a głuchy dźwięk ponownie zagościł im w uszach. Wejdźmin wytężył słuch próbując dowiedzieć się, co się dzieje.
– Zaklęcie! – wrzasnął czarodziej wyrywając go ze skupienia. – Zaklęcie słabnie!
Wejdźmin dopadł do Zołmana i stopił łańcuchy znakiem Mignij. Ponownie wytężył słuch. Trzepot masywnych skrzydeł, iskrzący się ogień, przeraźliwy ryk i odgłosy przypominające burzę z piorunami dotarły do jego uszu. „Ryczywół…? Nawet ona nie da rady… Ta forteca się zawali”, pomyślał, jak myślał, ale powiedział to na głos, wprawiając towarzyszy w lament.

Zołman zaczął biegać w kółko wydając z siebie wysokie dźwięki, które układały się w słowa „nie chcę umierać”, a Mlaskier plótł coś o egzystencjalności w świadomości na wyższych poziomach rzeczywistości. Gejralt chwycił czarodzieja za fraki i potrząsając nim wrzasnął:
– Człowieku, teleportuj nas! – ale Michał z przerażenia zaczął śpiewać.
Spadające odłamki muru i sypiący się pył zagęszczały się. Wejdźmin rozejrzał się szybko i kazał wszystkim jak najmocniej chwycić się krat. Sam zrobił to samo.

Zacisnął oczy.

Na pogorzelisku, w otoczeniu skruszonych kamieni i płonących kotar, w ogromnej dziurze w ziemi uchowało się klika krat z fragmentem wzmocnionych murów nad nimi. Jedna z nich ugięła się w nadpiłowanym miejscu i powoli opadając runęła na ziemię przygniatając cztery przytwierdzone do niej osoby. Wejdźmin, wciąż kurczowo trzymając się prętów (podobnie jak reszta), otworzył oczy i zobaczył spokojnie płynące białe chmury na tle bezkresnego błękitu. Przez chwilę myślał, że nie żyje, ale zaraz potem poczuł zapach aresztu. A potem psa i pomyślał, że na pewno tak właśnie wygląda piekło. Następnie zobaczył nad sobą Dżemmefer, której krzyk odbił się echem w jego uszach i ucichł równie szybko jak się pojawił, zamieniając się we wiatr targający jego włosami. Nawet te włosy zobaczył – wszystkie przed sobą. Zrobiło mu się też zimno w plecy i poczuł się lekko.
„Dlaczego chmury zniknęły?”, pomyślał i uzyskał odpowiedź zaraz po tym, jak przefrunął przez jedną z nich.
– Teleportowałem nas! – oświadczył Michał przelatując obok.