Rozdział VI – „Jajka”

Wschodzące słońce wzbiło się ponad wyrżnijmijskie domy i okryło złotym światłem porośnięte cekinami dachy. Przyroda budziła się tu do życia dwa razy szybciej z powodu licznych odblaskowych powierzchni, a cichy śpiew oślepionych ptaków przerywało nieustanne…

– Ile?! – krasnolud chwycił się za głowę. – ILE?
– Tyle, co powiedziałem – rzucił Gejralt, zamykając mosiężne wrota banku Fifaldich.
Założył okulary przeciwsłoneczne. Okulary były niezbędnym gadżetem w Wyrżnijmie w słoneczne dni.
– ILE?! – powtarzał krasnolud.
– Zołmanie, nie wrzeszcz tak, głowa mi pęka, przesadziłem wczoraj z alkoholem, a Fjutest przesadził ze mną. Po tej całej akcji z ryczywołem, nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
– Fjutest dał ci tyle kasy za nic? ZA NIC? Przecież to Porzeczka załatwiła potwora! Ty nic nie zrobiłeś!
– Zrobiłem zrobiłem, Zołmanie. Załatwiłem innego… –  Gejralt zastanowił się – …potwora.
– Jezus Maria! Gejralt! Już nigdy nie będziesz musiał pracować! Możemy kupić sobie wszystko! Domy, konie, wozy! Wóz! Tak WÓZ! Kupmy sobie WÓZ!

Pomysły Zołmana nie miały końca. Krasnolud chodził w tą i z powrotem i z obłędem na twarzy wymachiwał rękami. Wejdźmin pozostawał niewzruszony. Miał kaca.
Mlaskier też miał pomysł. Splótł ręce pod brodą i z nadzieją zajrzał w oczy wejdźmina.
Gejralt uśmiechnął się i poklepał poetę po kędziorkach. Jego spojrzenie zawsze wywoływało w nim przyjemne ciepło.
– Prowadź – rzekł.

Z przyczyn bliżej dla Zołmana niewyjaśnionych, Gejralt stał się niewyobrażalnie zamożnym wejdźminem. Z przyczyn jeszcze bardziej dlań niezrozumiałych, nie kupił wozu. Wszystkie pieniądze oddał Porzeczce, zostawiając sobie tylko kilka par majtek i worek cukierków, którymi jak nigdy obdarował go Fjutest.
Mlaskier pomógł urządzić dziewczynce mały pokoik tuż nad jej ulubioną piekarnią, który Gejralt wytargował stosując wachlarz sztuczek wejdźmińskich (tych niestety nie da się tu opisać). Zadbali też o czyste ubrania i jedzenie, chociaż minęło sporo czasu nim nauczyła się, że może jeść więcej niż jedną kromkę chleba dziennie.
Porzeczka pokazała innym, że nawet najbardziej przerażający potwór może być dobry, a kiedy podrosła, stworzyła pierwszy przytułek w mieście, gdzie każdy był mile widziany. Rozsławiona przez ballady miszcza Mlaskra dziewczyna już nigdy nie zaznała chłodu, a „Krater Porzeczki” codziennie wypełniał się podarunkami od zamożnych mieszkańców, które Porzeczka przekazywała swoim podopiecznym. Nawet sam Fjutest wrzucił tam raz cukierka…

Wyrżnijma o tej porze roku wyglądała wyjątkowo. Wyjątkowo, jak sądził Zołman, obciachowo. Miasto pod rządami króla Fjutesta kwitło we wszystkich kolorach tęczy, albowiem władca (zdobywca dziewięciu statuetek ustanowionej przez siebie nagrody dla Najlepszego Króla Ever) słynął z zamiłowania do wszystkiego co mieniące się, błyszczące i ładne. Z tego samego powodu uwielbiał też swój tyłek. Jego skarbiec – pełen słodkości, kosztowności, majtek, cekinów – i monet (wybijanych przez bankierów zawsze wtedy, kiedy król uważał, że ma ich za mało) potrafił topić się niewyobrażalnie szybko i z tego król też był znany. No i jeszcze z paru innych rzeczy, o których może innym razem.

Ponieważ aura sprzyjała rozrywce i zbliżały się Święta Wielkanocne, wejdźmin, wspólnie z kompanami zadecydował, że zostaną kilka dni w mieście. Zołman co prawda protestował, ale przegrał w „papirus, nożyce, kamień”, a ustanowiona przez króla w niedalekiej przyszłości tradycja wkrótce sprawiła, że jeszcze bardziej znienawidził Wyrżnijmę – choć z biegiem lat nauczył się sobie z nią radzić. Znał kilka zaułków, do których królewska władza nigdy nie zaglądała, poza tym akurat dziś wolał unikać Fjutesta po tym, jak podbił mu oko. Wszedł do worka po kartoflach i poszedł spać.

Mlaskier, nie tracąc czasu na fochy krasnoluda, postanowił napisać nową balladę, toteż skierował się do miejskiego parku, gdzie otoczony flamingami z plastiku i prostytutkami niewiadomej płci zabrał się do roboty, uznając to wyjątkowe miejsce za odpowiednie.

Gejralt udał się na główny rynek, gdzie jak co dzień o świcie rozpoczynało się gwarne targowisko. Był głodny. Wśród licznych kupców, dopiero co rozkładających swoje stragany, spostrzegł słup ogłoszeniowy, a na nim długą wąską kartkę. Ubrudził ją bułką z czekoladą, którą wyłudził od cukiernika nim ten zdążył się zorientować i przeżuwając ją dokładnie i powoli, przeczytał tajemniczą wiadomość. Mruknął marszcząc brwi i schował ją do kieszeni.
Mijając robotników stawiających nowy pomnik Fjutesta, dostrzegł wysoką wieżę, której nigdy wcześniej nie widział. Tylko w sobie znany sposób skojarzył długą wąską kartkę i wysoką wieżę i spacerkiem ruszył w jej stronę.

Przesadnie szpiczasta budowla, opleciona schodami ze szpalerem półprzytomnych strażników na każdym stopniu, mogła należeć tylko do jednej osoby.
Gejralt podał ogłoszenie stojącemu pod drzwiami strażnikowi, a ten, spojrzawszy na nie smętnie, rzekł:
– Kto?
– Wejdźmin Gejralt.
– Nie znam.
– Ale on zna. Ja w sprawie ogłoszenia.
– Dobra, niech idzie.

Czterysta stopni później Gejralt przywitał się z kolejną przeszkodą. Służący, wyczekujący pod komnatą swego pana, spoglądał nieprzychylnym wzrokiem na postać przed sobą. Nie mogąc już znieść widoku oblizywanych z czekolady palców i towarzyszącemu temu uporczywemu mlaskaniu, zgodził się zapowiedzieć przybysza.

– Najwyższy Czarodzieju! – zaczął, otwierając kamienne wrota. – Wejdźm…
– Cicho – odezwała się wysoka czarna sylwetka w szpiczastym kapeluszu wyglądająca przez okno.
– Kazałeś nazywać się „najwyższym”? – spytał wejdźmin. – Żal. Nie możesz się po prostu… nie wiem, powiększyć jakimś zaklęciem?
– Już się powiększyłem – odparł czarodziej. – Poza tym, cicho!
Dyrdymał zeskoczył z drabiny, odpiął dolną część swej szaty, poprawił półtorametrowy kapelusz i wygodnie rozsiadł się w kartonie po jajkach machając nóżkami w bucikach ze szpiczastym czubkiem.
– Cicho powiedziałem! – wrzasnął ponownie. – Jak ominąłeś moją straż? Wynająłem tysiąc najlepszych mężczyzn w boju!
„Chyba w upoju”, pomyślał wejdźmin, włożył do buzi cukierka i rzekł:
– Powiedziałem im, że cię znam.
Dyrdymał rozszerzył oczy i przez chwilę nie ruszał się wcale. Nakazał służącemu zwolnić całą straż i zatrudnić nową. Wejdźmin poradził mu, aby polecenie wykonał w odwrotnej kolejności.
– I kup mi więcej jajek! – dorzucił jeszcze Dyrdymał.
Służący ukłonił się nisko. Kiedy wyszedł, Gejralt zwrócił się do czarodzieja, odgarniając włosy na bok.
– Przyniosłem ci dwa jajka – zagaił, rozglądając się po pokoju, w którym roiło się od pisanek. Zastanowił się. – To tego dotyczyło ogłoszenie, prawda?
Dyrdymał zaczął nerwowo chodzić w tą i z powrotem przyprawiając Gejralta o mdłości. Mogła to być też wina cukierków.
– Cicho! Mam plan – oznajmił zatrzymując się w końcu. – Będziesz moim ochroniarzem, na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie zamordować.
– A jajka?
– Malowanie kurzych jaj mnie odstresowuje – wyjaśnił czarodziej.
Gejralt nadymał usta.
– Malowanie?… – jęknął. – Trzeba było się jaśniej wyrazić w tym ogłoszeniu…
– Cicho! Zgadzasz się czy nie?

Gejralt wzruszył ramionami. Dyrdymał uznał to za tak, toteż wejdźmin udał się do pobliskiej tawerny, w której przesiadywała większa część jego straży. Zamówił martini z oliwką uznając, że fucha jaką właśnie zdobył jest całkiem przyjemna. Po chwili skupił wzrok na znajomej twarzy.
– Jędrek…? – zaryzykował zapytać.
Pękaty mężczyzna w czapce z futra niedźwiedzia zmrużył oczy.
– Gejralt? Kupę lat! – wrzasnął nagle stanowczo uderzając wejdźmina w plecy. – Ledwo cię poznałem!
– Ja ciebie też, ale sądząc po uderzeniu, dalej rąbiesz drewno – wykaszlał wejdźmin próbując złapać oddech.
– Mylisz się, siadaj! Powspominamy dawne czasy! – ucieszył się. – Lubię takie chwile! – kontynuował zaraz po wlaniu w siebie kufla piwa. – Tłuste żarcie, wódka bez popitki, męskie rozmowy o kobietach!
Gejralt odstawił martini i zdjął nogę z nogi.
– Tak – potwierdził.
Czasami się zapominał. A w zasadzie zawsze. Lub nigdy. On po prostu taki był.
– A co ty jesteś tak dziwnie ubrany? – zapytał Jędrek.
Gejralt poznał Jędrka, kiedy jako młody chłopak opuścił mury Homo Moher i spotkał grupę wędrownych drwali, z którą spędził niecały miesiąc. Opleciony cuchnącymi skórami niedźwiedzi, spał pod gołym niebem, jadł rękami, nie mył się za często, targał drewniane bale na własnych barkach, a nawet czołgał się w błocie, aby sprawdzić, jak to jest być – jak powszechnie uważano – prawdziwym mężczyzną.

Znudziło mu się.

– Pal licho te kozaczki – kontynuował drwal – ale ten różowy rzemyk to już przesada. I wychudłeś jakoś. Te spodnie z lamparciej skóry przywarły ci do tych szczudlastych nóg. I koszula jakaś za krótka, podarła ci się? Chyba nie powodzi ci się najlepiej, co?
Gejralt obrzucił spojrzeniem nadmuchany brzuch towarzysza i jego nieszczery uśmiech, sięgnął po kieliszek na długiej nóżce i odwrócił się bokiem na powrót zakładając nogę na nogę.
– Tobie chyba za to aż za dobrze – rzekł.
Gejralt nigdy nie lubił Jędrka. W myślach nazywał go Kutasem z Dębowego Pola.
– He! A żebyś wiedział! – chełpił się drwal. – Widzisz ten pasek? Najwyższej jakości, nie jakieś byłe co.
– A po co ci pasek? Raczej nic z ciebie nie spadnie… – burknął pod nosem wejdźmin.
– A wiesz, z czego jest mój żakiet?
– Nie wiem, ale dobrze, że materiał się rozciąga…
– Ze skóry małych owieczek! Sam zabijałem! A ty czyją krew masz na włosach?
– Słucham?
– Ten różowawy kosmyk… Jakiś triumfalny potwór, co? Ależ żeś nas wtedy zadziwił, jak wyznałeś, żeś jest wejdźminem! He! Chłopaki nie mogli uwierzyć. Rąbanie drewna nie szło ci najlepiej, ale mieliśmy chociaż z ciebie ubaw! No, ale jak na tych bagnach przegoniłeś te… no te…! Jak im tam było?
– Udupielce.
– No! Udupielce właśnie, tośmy nabrali do ciebie z chłopakami szacunku! – rzekł, ponownie waląc Gejralta w plecy. – Ale nie na długo! He he!
– Jezus Maria… Nie tak mocno – wykaszlał Gejralt, ale Jędrek po raz kolejny nie zwrócił na niego uwagi.
– A żeśmy się cały czas zastanawiali, po kiego wuja ci te dwa miecze i jeszcze noszone na plecach, jak jakaś fujara! No, ale gdyby nie ty, to pewnie byłoby już po nas. Pożarłyby nas żywcem!
– Niekoniecznie. Ale raczej by się wam nie spodobało – rzekł wejdźmin żałując, że wtedy pozbył się tych udupielców. Zmienił temat.  – Co sprowadza cię do Wyrżnijmy?
Jędrek podrapał się po głowie.
– A co mi tam! – machnął. – Powiem ci, boś jest swój… – zastanowił się i nie dokończył. – Jesteśmy kolegami po fachu. Zostałem płatnym mordercą.
– To nie po fachu – skwitował Gejralt.
– Zabiję każdego, byle płacili złotem. – Jędrek pochylił się w stronę wejdźmina i pokazał mu portret. – To moje pierwsze zlecenie.
– Przepra-szam najmoc-niej, panie morder-co – wtrącił chwiejący się strażnik. – Czy mógłby mi pan podać tam-ten stojak ze-solą…?
– Kto jest zleceniodawcą? – zapytał Gejralt ubiegając Jędrka w podaniu soli.
– He! Sam król! Rozmawiałem z nim osobiście. Przyjął mnie wczoraj w swojej sypialni. Obok leżała jasnowłosa niewiasta, goluśka cała, a jaki tyłeczek miała… Ech! Taki król, to ma życie!
– Dzię-ku-ję… mości… panie …nko – strażnik oddalił się.
– Ale co ty tam możesz wiedzieć – ciągnął drwal. – To ja poznałem króla osobiście. Dał mi nawet sakiewkę złota na zaliczkę – rzekł, obgryzając ociekające tłuszczem świńskie udko.
Gejralt przewrócił oczami, na co Jędrek zareagował niekontrolowanym śmiechem. Według Gejralta nie było na świecie niczego gorszego niż jeść i śmiać się jednocześnie.
– Ale żeśmy mieli z ciebie ubaw! Po pachy! No teraz to wszystko mi się przypomniało! Ty i te twoje ruchy! A pamiętasz jak kazaliśmy ci zbierać szyszki do koszyczka? – Jędrek zanosił się coraz to bardziej drwiącym rechotem. Niewiele mógł już powiedzieć, więc ponownie uderzył pijącego martini wejdźmina w plecy, co tym razem nie odbiło się bez echa. Pech chciał, że Gejralt właśnie wciągnął oliwkę.

Wejdźmin kaszlnął i wypluł ją. Ta, szybując z dużą prędkością, odbiła się od przyłbicy jednego z bardziej pijanych strażników, który najwyraźniej stwierdził, że oberwał i upadł. Oliwka wylądowała w gardle próbującego napić się wódki innego strażnika. Gejralt wykonał gest Zołmana i przykładając dłoń do czoła próbował się za nią ukryć. „Naciśnijcie go z całej siły tuż pod brzuchem!” – krzyknął ktoś z tłumu, ale duszący się biedak był przecież w zbroi. Z pomocą – pokaźnym toporem i chwiejnym krokiem – ruszył dowódca straży, zamachnął się i rozłupał beczkowatą metalową zbroję. Nie dobrał jednak dobrze siły i wbił topór również w kark nieszczęśnika, który to w końcu wykrztusił oliwkę i padł na ziemię zahaczając o stół zastawiony żarciem. Dowódca uznał zadanie za pomyślnie wykonane. Oliwka wraz z jedzeniem ze stołu poszybowała w górę i trącając żyrandol rozbujała go, po czym z powrotem wpadła do kieliszka Gejralta. Znalazło się w nim też obgryzione kurze udko. Wejdźmin skrzywił się, po czym spojrzał na trzeszczący żyrandol. Następnie utkwił wzrok na spadającej, idealnej kropli wosku, która kapnęła Jędrkowi prosto na czoło. Potem druga. Trzecia. Potem spadła cała świeczka. A potem cały żyrandol huknął i runął na Jędrka, wzniecając niewielki pożar.

Gejralt siedział w bezruchu poruszając tylko gałkami ocznymi. Czuł na sobie wzrok całej gwardii. Spojrzał na wciąż uśmiechniętego, nie ruszającego się drwala, na oliwkę, na martwego strażnika, na żyrandol, znów na oliwkę i w końcu na tłum wlepionych w niego strażników.
– Cóż za… niefortunny ciąg zdarzeń – rzekł, odstawił martini, wstał, chrząknął i wyszedł.

Przedarł się przez czterysta stopni omijając czterystu urżniętych strażników i wszedł do komnaty Dyrdymała.

– Cicho! Moi strażnicy właśnie donieśli mi, że nic podejrzanego się nie dzieje – rzekł czarodziej na jego widok.
Gejralt zrobił dzióbek z ust.
– Znalazłem twojego mordercę – oznajmił.
Dyrdymał upuścił jajko.
– Pozbyłeś się go? – zapytał czarodziej.
– Tak jakby.
– Tak jakby?!
– Powiedzmy, że umarł ze śmiechu. Resztę będzie musiał wyjaśnić Fjutest. Chodź.

W tawernie pod wieżą zaczęto zapalać świece, bo po stracie żyrandola zrobiło się tu zbyt ciemno. Dyrdymał podarował właścicielowi swoje jajcarskie prace jako zadośćuczynienie, a ten postanowił przyozdobić nimi swój lokal. Gejralt wyjrzał za okno i podał Mlaskrowi kolejną pisankę, do której właśnie skończył przytwierdzać sznureczek.
– Nie widziałeś Zołmana? – zapytał.
Grajek pokiwał głową.

Orszak króla był już prawie na miejscu.

– Co tu się kurwa wyprawia! Tyle straży w moim mieście? Przecież tu się kurwa w ogóle nic nie dzieje – powiedział Fjutest zrzucając cekinową pelerynę na ziemię w towarzystwie królewskiego szwadronu, który wchodząc wyważył drzwi. – Pomijając wczorajszy incydent z jakimś zjebanym potworem, co rozpierdolił mój pomnik. Kurwa, jak tu ładnie! Dlaczego ja nie mam takich ładnych jajek?
Wejdźmin zachichotał po czym pomyślał, że rzeczywiście – nie ma.
– Gejralt! – ciągnął król. – Po co kazałeś mi przychodzić do tej zatęchłej dziury akurat o osiemnastej? Nie wiesz, kurwa, że o tej porze biorę kąpiel? Daj, kurwa, chociaż dotknąć włosów.
Fjutest podszedł do wejdźmina i już miał go szarpnąć za czuprynę, kiedy coś przykuło jego uwagę.
– Znam tego gościa – oznajmił król spoglądając na przygniecione żyrandolem uśmiechnięte zwłoki. – Kto to jest?
– To jest Jędrek – wyjaśnił wejdźmin. – Podobno go wynająłeś, aby pozbył się Dyrdymała.
– Co ty Gejralt, pojebało cię? Nie pamiętasz jak było? No ty akurat rzeczywiście możesz nie pamiętać – stwierdził chwilę później król klepiąc go w tyłek, po czym zwrócił się do czarodzieja:
– Sorry Dyrdymał, na śmierć o tym zapomniałem, najebany byłem. Gejralt zasnął ryjem w poduszkę i ni chuja nie dało się go obudzić, a że mnie ciągle brało na pieszczoty, to przejrzałem ogłoszenia, patrzę: Jędrek Żelazna Ręka, pomyślałem: No! Tego mi właśnie trzeba! A tu przychodzi taki obleśny typ i mówi, że zabije każdego, kogo wskażę. No myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale że byłem w nastroju do żartów i miałem twój portret na szafce nocnej, to mu dałem dla jaj, bo portretu Gejralta szkoda mi było oddawać. I ot kurwa, cała historia.

Fjutest oparł ręce na biodrach i wysunął miednicę do przodu. Rozejrzał się.

– To co, skoro już wyszedłem z domu, to muszę do niego wrócić. Albo nie! – krzyknął niespodziewanie. – Kurwa, w końcu są Święta! Zapraszam wszystkich na ucztę do tej tawerny i ustalam nową tradycję na cześć mojego przyjaciela Dyrdymała, wedle której, od tej pory, podczas Wielkanocy wszystkie jajka w mieście mają być pomalowane! A ciebie Gejralt – dodał psotnie – zapraszam na twoje ulubione martini z oliwką! A potem do mnie.
Wejdźmin westchnął.
– Tym razem wypiję bez – zadecydował. – Same problemy przez te oliwki, co nie Mlaskier?
Wejdźmin spojrzał na przyjaciela.
– Mlaskier? Mlaskier, do jasnej ciasnej! Te jajka nie!

Rozdział V – „Porzeczka”

Dziewczynce było zimno. Była do tego przyzwyczajona. Wiedziała, że obok piekarni przy rozgrzanych ścianach komina można było uniknąć najgorszego chłodu. A i czasem rzucili kawał spalonego chleba, który wystarczał na dwa – trzy dni pożywienia. Noce były gorsze, wtedy spod piekarni gonili, i trzeba było szukać innego miejsca.

Raz w tygodniu zrywała pod miastem tulipany. Zanosiła je mamie. Grabarz sprzątał je kilka dni później, ale dopiero, kiedy usychały. Dziewczynka lubiła go. Nigdy nie był dla niej niemiły.

Kiedyś spotkała prawdziwego księcia. Złota karoca zaprzęgnięta w białe konie zatrzymała się tuż obok niej. Wysiadł bardzo młody panicz, trzymając w ręku pantofelek. Nie wiedziała, o co chodzi kiedy zabrał ją do środka i założył jej go na stopę. Nie wiedziała o co chodzi, kiedy wyrzucono ją podczas jazdy na mokry bruk, kiedy nie pasował. Wybiła sobie wtedy zęba. Ale była wdzięczna, ponieważ przez chwilę było jej ciepło.

Nie wiedziała, ile ma lat, ani jak długo już błąkała się po ulicach Wyrżnijmy. Nie rozumiała pogardliwych spojrzeń przechodniów i ponurych min właścicieli posesji, którzy czasem szczuli ją psami. Ale była dzielna.
Widziała raz pana o srebrnych włosach w towarzystwie śmiesznie ubranego barda i brodatego krasnoluda idących ulicą. Bardzo im zazdrościła. Rozmawiali i śmiali się. Też chciałaby umieć się tak śmiać.

Zasnęła powoli. Przykryła się starym, zapchlonym kocem, który znalazła kilka dni wcześniej na śmietniku na zapleczu kamienicy. To był luksus. Wiedziała, że będzie mogła korzystać z niego, dopóki jakiś włóczęga nie stwierdzi, że jemu przyda się bardziej. Tak było zawsze. Tak musiało być. Ale na razie miała koc. Bardzo go lubiła.
Świtało, kiedy otworzyła oczy i zobaczyła, że obok niej, zwinięty w kulkę, śpi zabawnie ubrany jegomość. Co dziwniejsze, wyglądał zupełnie jak ów bard, który podróżował ze srebrnowłosym panem i krasnoludem. Mlaskier obudził się i ziewnął przeciągle.
– O. Dzień dobry. – powiedział patrząc na nią ospale. – Moja głowaa…
Dziewczynka przyglądała mu się dużymi oczyma. Nauczyła się już, że od obcych należy uciekać bez zastanowienia i nie oglądać się przy tym za siebie. Ten jednak osobnik miał w sobie coś co sprawiało, że wydawał się niegroźny.
– Masz coś do jedzenia? – powiedział Mlaskier nie skończywszy ziewać.
Wiedziała, że bezpieczniej jest spełniać zachcianki większych od siebie. Wyjęła zza pazuchy kawałek stęchłego chleba, który od kilku tygodni trzymała na czarną godzinę. Podała mu go drżącą ręką i zmrużyła oczy. Nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie uderzenie.
– O. – powiedział grajek, wziął chleb i wciamkał go powoli. – Mm. Bardzo dobre. Jestem Mlaskier, a Ty?

Dziewczynka patrzyła.

– Jesteś niemową? – Mlaskier podrapał się po głowie. – W takim razie będziesz miała na imię ee… Porzeczka. To moje ulubione warzywo.
Porzeczka patrzyła na niego z pewną obawą; wciąż jednak nic nie wskazywało, że groziłoby jej z jego strony jakieś niebezpieczeństwo. Mlaskier podniósł się i otrzepał swoją błyszczącą tuniczkę. Przez ramię przewieszoną miał torbę, z której wystawała mała, obrastająca puchem kuleczka z oczami. Pogłaskał ją. Robił to regularnie.
Spojrzała na nią z zaciekawieniem zza krawędzi koca.
– A, to bazieliżek – powiedział Mlaskier. – Przywieźliśmy go z jednej z ostatnich wypraw. Bardzo fajny. Trzeba go głaskać, żeby nie zamienił się w potwora.
Dziewczynka też chciałaby go pogłaskać, jednak, jak wyjaśnił bard, bez specjalnego antidotum mogło to skończyć się… dziwnie. To nic, pomyślała. Przywykła, że to, co najlepsze, jest domeną innych. Mogła popatrzeć na urocze zwierzątko, i była za to wdzięczna. To musiał być dobry dzień. Bardzo lubiła taki rodzaj dnia.
– Mało – zmienił temat Mlaskier i mlasnął. – Idę na kebab. – Zastanowił się nad czymś i zaczął odchodzić. Kilka kroków dalej zatrzymał się jednak, odwrócił się i spojrzał na Porzeczkę. – Idziesz?
Dziewczynka nie była pewna, czy to wszystko to nie jakiś podstęp. Nie wiedziała też, co to jest kebab. Nie wiedziała, że ludziom, którzy śpią na ulicy wolno jeść coś innego niż stary chleb i wyrzucone na śmieci resztki. Zmarszczyła brwi i skuliła się bardziej.
– To idziesz? – powtórzył Mlaskier dłubiąc sobie w uchu.

Fjutest siedział na różowym tronie w najwyższej izbie pałacu, a Gejralt i Zołman patrzyli na niego wyczekująco. Targowanie się o wejdźmińskie nagrody nigdy nie było łatwe. Zwłaszcza, że Fjutest najchętniej płaciłby w cekinach, używanych majtkach i cukierkach. Królewski skarbiec był pełen takich rzeczy.
– Dobrze. Dwadzieścia koron. I trzy cukierki. – powiedział wejdźmin finalnie. – Masz brokat na nosie.
– Co? Skąd on mógł się tam wziąć? – król potarł dłonią twarz.
– Fjutest, ty nawet pierdzisz brokatem – powiedział Zołman. – Jeśli jest jedno miejsce na świecie gdzie jego obecność nikogo nie dziwi, to jest ono gdzieś na tobie.
Król starał się wymyślić ripostę.
Nie zdążył. Nagle zatrzęsła się ziemia a z półek spadły wszystkie kryształowe figurki o niedwuznacznych kształtach. Fujtest zachwiał się na nogach i rozejrzał się zdezorientowany. Wstrząs powtórzył się. Z zewnątrz dobiegł ich łoskot przypominający lawinę i liczne krzyki. Król podbiegł do okna.
– O kurwa – powiedział cicho. – Gejralt. Patrz.

Wejdźmin podbiegł do okna. Rozpościerał się z niego widok na kilka przypałacowych ulic i dalej na plac miejskiego rynku. Potwór, który miotał się na placu był duży. Bardzo duży. Górował nad przylegającymi do rynku kamienicami, a dęby rosnące wzdłuż alei prowadzącej do pałacu wyglądały przy nim jak kwiatki. Przypominał gigantycznego, czarnego byka ze skrzydłami i czerwonymi, świdrującymi ślepiami.
Zamachnął się łbem i jednym uderzeniem rogów zburzył kamienicę. Do rynku dobiegli już żołnierze, którzy ciskali w niego dzidami i strzelali z kusz, ale miało to tyle sensu, co rzucanie wykałaczkami w nadciągający lodowiec. Zdążono nawet przywlec trebusz, jednak zanim ktokolwiek mógł nakręcić kołowrót, monstrum zionęło ogniem z wielkiego nosa paląc machinę na popiół wraz ze schowanym za nią operatorem.
– Ryczywół – powiedział cicho Gejralt. – Myślałem, że to legenda.
– Zaraz po centrum miasta zostanie tylko legenda! – wrzasnął Fujtest. – Mój pomnik! Właśnie wdeptał w ziemię mój pomnik!
Gejralt podszedł do krzesła, zdjął z niego wiszący na oparciu rynsztunek i założył go na siebie.
– I to rozumiem – Fujtest złapał się pod boki. – Idź i coś z nim zrób!
– Ja nie idę nic z nim zrobić – powiedział spokojnie Gejralt. – Ja stąd jak najszybciej wyjeżdżam.

Zołman, który wyjrzał właśnie przez okno wskazał coś palcem i zawołał Gejralta. Pośród ludzi w panice ukrywających się w bramach, domach i innych zakamarkach, na środku ulicy stał zdezorientowany Mlaskier. Wyglądał jakby czegoś szukał.
– Świetnie – mruknął Wejdźmin i westchnął. – Zołmanie, znajdziemy się potem. Tylko uważaj na siebie!
Krasnolud skinął głową. Gejralt zbiegł po schodach aby ratować Mlaskra.
Kiedy go dogonił, grajek był już prawie na głównym placu rynku, na którym znajdował się potwór. Wejdźmin złapał go i wciągnął w bramę. Mlaskier wyrywał się.
– Gejralt! Nie rozumiesz! Jedliśmy sobie kebab kiedy wszystko zaczęło się walić! Porzeczka zniknęła! Gejralt, musimy ją znaleźć!
– O czym ty mówisz? Nie możemy się stąd ruszyć – powiedział wejdźmin. – Jeśli wyjdziesz teraz na otwartą przestrzeń, i ryczywół cię zobaczy, to spali cię, zadepcze, albo zabije w jakiś inny wymyślny sposób.
Wejdźmin wychylił się z bramy przytrzymując Mlaskra i pokazał palcem na wielką górę czarnego cielska miotającą się po starówce.
– Może gdzieś się schowała – zrezygnował po kilku kolejnych próbach ucieczki Mlaskier głaszcząc uspokajająco przestraszonego bazieliżka w swojej torbie. – Chyba jest w tym dobra…

Ryczywół wściekle zionął ogniem i szczerzył zęby.

We wnęce po przeciwnej stronie przecznicy pojawił się Fujtest z obstawą kilku żołnierzy. Po chwili dołączył do nich Zołman, który otworzył sobie piersiówkę i wypił ją duszkiem patrząc przed siebie z połączeniem strachu i podziwu.
– Musiałem to zobaczyć z bliska – sapnął Fujtest. – Ja pierdolę. Skąd to się do cholery wzięło?
– Musiało mieć powód – odpowiedział Gejralt. – Ten potwór to najniebezpieczniejsze stworzenie na świecie. I mówię to całkiem dosłownie. Nikt go tu wcześniej nie widział?
– No, prawdę mówiąc spotkaliśmy ostatnio coś takiego podczas eee… Patrolu pod miastem! Tak, tak właśnie było. Specjalnie pojechałem zobaczyć, bo nikt o takiej maszkarze wcześniej nie słyszał. Tylko że, kurwa, było dużo mniejsze. Wielkości na ten przykład krowy. I kilka malutkich. To większe rzuciło się na nas z rogami, czterech naszych zginęło zanim ostatecznie ubiliśmy gnoja idąc kupą. Nawet te małe z nami walczyły. Zrobiliśmy z ich rogów rękojeści do mieczy.
– To był samiec i młode – powiedział Gejralt wzdychając. – Samica jest trochę większa.
– Fujtest! Kurwa mać – krzyknął Zołman. – Nic dziwnego, że jest wściekła. Zajebaliście jej całą rodzinę i jeszcze macie pretensje?
– Wasze pociski nic jej nie zrobią – powiedział Gejralt. – Ale nie to jest najgorsze. Zgodnie z legendą, ryczywół odbiera emocje i myśli przez skórę. Każdy pocisk, każda włócznia, którą w niego dziś wystrzeliliście niosła ze sobą przejęte od żołnierzy mordercze myśli, agresję, nienawiść i strach. Jeśli wcześniej potwór był wściekły, to teraz jest w kompletnym amoku. To koniec tego miasta. – Wejdźmin wzruszył ramionami i wyjął sobie lakier do paznokci. – Zołman, Mlaskier. Uciekamy jak tylko nadarzy się okazja.
Dostrzegli, że z zaułka po przeciwnej stronie placu rynku coś się wyłoniło. Dreptało powoli na małych stópkach w kierunku gigantycznego ryczywoła. Dystans nie był duży, ale dla krótkich nóżek stanowił wyzwanie.
Porzeczka szła patrząc przed siebie niepewnie. Nie rozumiała, dlaczego stworzenie było złe. Było przecież duże i silne i na pewno nikt go nie bił tylko dlatego, że spał pod kawałkiem dachu na jego podwórku, żeby nie zmoknąć. Szła robiąc małe kroczki i patrząc zmrużonymi ze strachu oczyma. Nauczyła się ostatnio, że czasem, aby coś nie było potworem, trzeba to pogłaskać.
Mlaskier bez słowa rzucił się w kierunku placu ale Wejdźmin zatrzymał go znakiem.
– Mlaskier – szepnął. – Nic nie możesz zrobić.
Potwór ryknął w powietrze tak głośno, że znów zatrzęsła się ziemia. Mierzył wściekłym spojrzeniem otoczenie szukając ofiar. Dudnienie jego ciężkich kroków niosło się echem na mile. Ogromne rogi mieniły się marmurem a z pyska buchał ogień. W końcu wzrok stwora spoczął na małej istotce zbliżającej się do niego z wolna. Ponownie przeciągle zaryczał, tak że wszyscy zakryli uszy, i mocno tupnął kopytem o ziemię robiąc w miejscu mały krater. Zasadzono w nim później krzaczek porzeczkowy, otoczono zdobionym płotkiem i nazwano Kraterem Porzeczki. Dziewczynka szła.
Ryczywół chuchnął z nozdrzy gorącą parą. Podmuch przeszedł górą, ale zmiótł Porzeczkę z nóg. Ta podniosła się jednak i wciąż stawiała jeden kroczek za drugim.
Mlaskier próbował uwolnić się ze znaku wejdźmina, ale opadł już z sił.
– Gejralt no! Puszczaj! – krzyczał ale znak pochłaniał każdy dźwięk. Nie można było ryzykować.
Wejdźmin wiedział, że teraz mogli już tylko czekać i zobaczyć co się stanie.

Porzeczka stanęła przed potworem. Wyglądała przy nim jak mała myszka w porównaniu do słonia. Stada słoni. Ryczywół wiercił się wściekle, i tupał, tak że musiała balansować rękami, aby znowu nie upaść.
– Potwór jest zupełnie zaskoczony. Do tej pory każdy od niego uciekał, albo do niego strzelał. – pomyślał Gejralt. – Jeśli ktoś inny wyjdzie teraz na plac, wszyscy zginą.
Nikt jednak nie wyszedł.
Monstrum zarzuciło łbem i warcząc wściekle obniżyło go do poziomu samej ziemi aby zobaczyć, czym jest stojące przed nim stworzonko. Same jego zęby były większe od małej Porzeczki, musiał więc przekręcić pysk aby oko znalazło się na odpowiedniej wysokości.
Porzeczka wyciągnęła drżącą rączkę w kierunku krawędzi wielkiego nozdrza. Potwór prychnął, ale nie podniósł łba. W pierwszej chwili cofnęła się, ale podeszła jeszcze raz. Mała dłoń spoczęła w końcu na ogromnym pysku i niepewnie go pogłaskała. Dziewczynka otworzyła zaciśnięte wcześniej ze strachu oczy.
– Usłyszy jej myśli… – szepnął do siebie Gejralt. – Teraz stać się może wszystko.
Kiedy rączka dotknęła rozgrzanego, czarnego nozdrza ryczywoła, warczenie stopniowo ustało. Potwór znieruchomiał. Nie chcąc tego zajrzał wgłąb jej duszy, zobaczył i poczuł wszystko; cała jej historia rozpłynęła się po jego mózgu jak potop. Trwali tak w bezruchu w absolutnej ciszy, gigantyczne cielsko potwora i malutka, umorusana, nic nie znacząca dziewczynka, która patrzyła na niego dużymi oczyma. Trwało to kilka minut.
Fujtest chciał dać znak wojsku aby wykorzystało moment i zaatakowało ponownie pełną siłą. Jedno spojrzenie Gejralta powstrzymało go jednak.
Bestia podniosła się powoli. Nie ryczała już, ale z jej krtani wydobywało się basowe sapanie. Ryczywół stał, górując nad okolicznymi budynkami i jeszcze raz zmierzył całe otoczenie. Ukryci w zakamarkach mieszkańcy patrzyli na niego z obawą. Nikt nie wiedział co się stanie. Ale nie stało się nic. Zwierzę nie miało już w oczach szału ani agresji. Patrzyło teraz smutno, z nieskończoną pogardą i nienawiścią. Nie chciało tu być. Gejralt mógł przysiąc, że w jego czerwone ślepia zaszkliły się łzą. I wtedy odleciał. Tak po prostu. Uderzył gigantycznymi skrzydłami, aż poleciały szyby z okien, i nikt go więcej nie widział.
Gejralt puścił Mlaskra, który pobiegł do Porzeczki, którą podmuch skrzydeł zwiał na drugi koniec placu i przytulił ją mocno.
Fujtest podrapał się po tyłku.
– No ja pierdolę – zaśmiał się nieco nerwowo. – To nam się uwaliło. Tym razem to naprawdę było blisko.

Zołman przywalił mu w twarz.

Mlaskier i Porzeczka spacerowali po podmiejskiej łące. Dziewczynka wciąż nie odzywała się, ale Mlaskier opowiedział jej wszystkie przygody swoje, wejdźmina Gejralta i krasnoluda Zołmana, żywo przy tym gestykulując. Mówił o tym godzinami. Obślinił się przy tym tylko dwa razy.
– Mam pomysł! – powiedział później – Posłuchaj, Gejralt jest wejdźminem, nie? Ostatnio szukał nowych kandydatów. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, ale może spróbować zamienić cię w jednego z nich! Albo raczej… wejdźmę! Będziesz miała super zdolności, mocną głowę do alkoholu i będziesz podróżować z nami po całym świecie! Hm?
Dziewczynka patrzyła na niego długo. Później, po raz pierwszy odkąd pamiętała, uśmiechnęła się szeroko. Więc to takie uczucie – pomyślała. Bardzo przypadło jej do gustu. Ucałowała Mlaskra w policzek. Pokręciła głową przecząco, odwróciła się i odeszła w stronę miasta. To był dzień zrywania tulipanów.

Rozdział IV – „Bazieliżek”

– Gejralt – rozeszło się w ciszy.
– Gejralt – rozbrzmiało mu w uszach.
– Gejralt! – wrzasnął Zołman kopiąc go w łydki. – Wytrzeźwiałeś już?
Wejdźmin ocknął się otwierając do połowy jedno oko. Znajdował się w lesie, jak ocenił, gdzieś w połowie drogi do Wyrżnijmy.
– Możliwe – wychrypiał.
Zołman westchnął.
– Mlaskier dziwnie się zachowuje – oznajmił. – To znaczy, jak na siebie.
Gejralt wyprostował tułów podpierając się na rękach, pomrugał i zlokalizował problem.
– Od dawna liże te bazie? – zapytał.
– Odkąd wstałem. Nic do niego nie dociera.
– Niedobrze – skwitował wejdźmin i zasnął.
– Gejralt, kurwa!
– Tak, tak. Już idę – wymamrotał i ustawił swe wątłe ciało w pionie. – Zjadłbym coś.

Ścieżka, utworzona z orzeszków, kończyła się nieopodal krzaczka akacji, za którym siedział przyczajony wejdźmin i zestresowany krasnolud. Gejralt wypił eliksir, skrzywił się i bezszelestnie odstawił butelkę.
– „Silna wola”? – spytał Zołman czytając etykietkę.
Wejdźmin uciszył przyjaciela.
Chwilę później obydwoje usłyszeli przyjemne chrupanie. Na orzeszkowej ścieżce pojawiła się mała, puszysta kuleczka o dużych, błyszczących, błękitnych oczach.
– Ojejku – pisnął cichutko Gejralt i przyłożył obie pięści do podbródka. – Nie wytrzymam.
– To ma być ten potwór? – zdziwił się Zołman.

Gejralt przytaknął, wciąż popiskując cieniutko. Do jego wpatrzonych w zwierzątko oczu napłynęły łzy szczęścia i tęsknoty, kiedy włochata kulka zbliżyła się przyjemnie gruchając. Malutkimi zwinnymi łapkami chwyciła ostatniego orzeszka, ucieszyła się i schrupała go, zabawnie poruszając włochatymi policzkami.
Krasnolud, widząc jak wola przyjaciela słabnie, podał mu kolejny eliksir, który wejdźmin wypił bezzwłocznie.

– Dziękuję – opanował się. – Bo widzisz, Zołmanie, bazieliżek jest przesłodki, a jego mięciutkie puszyste futerko jest przewspaniałe w dotyku. Najfajniejszy jest brzuszek – ciągnął coraz cieniej, powoli zbliżając dłoń do stworka. – Tylko że jego futerko jest trujące i…
– Gejralt! – wrzasnął krasnolud bijąc wejdźmina po łapach.
Wejdźmin, od tego, że nie może dotknąć bazieliżka, dostał drgawek.
– Cały problem polega na tym, że jak go nie pogłaskasz, to…
Śnieżnobiałe futerko bazieliżka poczerniało, a oczy zmniejszyły się i zaczerwieniły. W ułamku sekundy wyrósł przed nimi trzymetrowy obślizgły potwór, który rzucił na nich złowieszczy cień.
– …to zaczyna się denerwować – dokończył wejdźmin, ale krasnoluda już dawno przy nim nie było.
Gejralt stał przed dyszącym stworem i bardzo powoli sięgał do rękojeści miecza. Nie dobył go jednak.
– A pieprzyć to – rzekł pod nosem i też uciekł.

Bestia nie dała za wygraną. Uchwyciła się gałęzi i jednym susem przeskoczyła wejdźmina stając na jego drodze. Gejralt spostrzegł że tuż obok, za kamieniem, kuli się Zołman.
– Poczekaj! Dotknę cię! – krzyknął, asekurując się rękami. – To znaczy… Zołman cię dotknie! – dodał, i podnosząc krasnoluda, przystawił go tuż przed pysk potwora.
Potwór zastanowił się. Sapnął kilka razy, usiadł i na powrót przybrał swą kuszącą postać.
– Zołmanie, pogłaskaj go – rozkazał wejdźmin.
– Gejralt, kurwa, nigdy!
– Zołmanie, ufasz mi?
– Nie!
– Do jasnej ciasnej, głaskaj! – wrzeszczał, potrząsając krasnoludem. – Mam plan – szepnął. – Szybko, zanim bazieliżek znów się zdenerwuje.

Zołman westchnął i zamknął oczy. Postanowił jeszcze raz zaufać przyjacielowi (po raz trzydziesty piąty). Wystawił rękę i dotknął, jak szybko stwierdził, najprzyjemniejszej rzeczy, jakiej w życiu dotykał. Na jego zwykle naburmuszonej twarzy pojawił się błogi uśmiech, kiedy jego dłoń raz po raz zaciskała się na futrzanym stworzonku. Gejralt usunął się i nie szczędząc mikstury, pokropił czymś białe futerko, a następnie schwytał potworka w worek.
– Ha! – zatriumfował unosząc zdobycz. – Widzisz Zołmanie, zadziałało.
Worek, który unosił, stawał się coraz cięższy, aż w końcu pękł w szwach. Cień ponownie przysłonił Gejralta.
– No tak, tego nie przewidziałem. To jednak nie zadziałało, Zołmanie.
Krasnolud nie odpowiadał, bo był bardzo zajęty lizaniem bazi.
Dyszący stwór ociekał czymś cuchnącym. Nie był zadowolony. Potężną łapą zagarnął wejdźmina i ryknął, ukazując zaśliniony pysk.
– Zaraz, zaraz, panie potworze – zaczął Gejralt. – Obiecałem ci, że Zołman cię pogłaska i pogłaskał. Czyż nie?
Potwora ponownie ogarnęło zdziwienie.
– Teraz obiecuję ci, że zaprowadzę cię do wioski pełnej ludzi, którzy zagłaskają cię na śmierć.
Potwór skrzywił się.
– To znaczy, nie na śmierć śmierć. Tak się tylko mówi. Lubisz, jak się ciebie głaska, prawda?
Potwór rozochocił się.

Pupka, przewieszona Mlaskrem i Zołmanem, szła powoli prowadzona za lejce. Gejralt, popijając ósmy eliksir „Silna wola”, starał się nie patrzeć na oblizujących gałązki bazi wypiętych przyjaciół. Ubrał także satynowe rękawiczki. Tak na wszelki wypadek. Puchata kuleczka podskakiwała tuż obok niego. Na nią też starał się nie patrzeć. Nieustanne powstrzymywanie się od dwóch ulubionych rzeczy nieludzko go wycieńczyło.

Wejdźmin zatrzymał konia tuż przed wioską Wąskichrust, wypił kolejny eliksir i kucnął przed bazieliżkiem. Przekonał go, aby ten ukrył się w worku, a kiedy zbierze się wystarczająca ilość głaskaczy, wejdźmin wypuści go. Dla lepszego rezultatu. Potwór początkowo nie chciał się zgodzić, ale koniec końców uległ Gejraltowi. Wszak w worku czy nie, i tak będzie mógł wyjść w każdej chwili.
Wejdźmin przywiązał go do konia i wbiegł do sklepu zielarza. Spod lady wysunęła się rozczochrana głowa.
– Jam jest Bożyn z Jarzyn! – wygłosił sklepikarz na jego widok. – Najlepszy sprzedawca ziół, maści na świąd i prawdziwego zakwasu na chleb w południowej Dilerii!
– Człowieku! Szybko! – wydyszał Gejralt, podpierając się o ladę.
– Czym mogę pomóc?
– Tam na zewnątrz są moi przyjaciele. Jeśli nie przestaną lizać bazi, ich ciała zwątlą się i bazieliżek złoży w nich jaja!
– Bardzo mi przykro, ale nietrzeźwym nie sprzedaje towaru.
– Posłuchaj człowieku, nie mam czasu. Potrzebuję uwarzyć około pięćdziesięciu eliksirów powstrzymujących działanie silnie trującej substancji, która pokrywa futro najsłodszego potwora na świecie.
– Jak mówiłem. Nietrzeźwym. Nie. Sprzedaję. Towaru.
Gejralt, lekko zielony od ilości wypitych eliksirów, chwycił sprzedawcę za fraki i przyciągnął do siebie, nie zważając na ladę pomiędzy nimi. Zajrzał mu głęboko w oczy. Rzekł:
– Udostępnisz mi swoje zielarskie laboratorium i dasz wszystko czego potrzebuję. Teraz – następnie gwałtownie go pocałował.
Bożynowi zakręciło się w głowie.
– Tak, oczywiście… Proszę tędy – wymamrotał zielarz i powłóczył nogami na zaplecze.
– Boże Święty, jakie to wpływanie na czyjąś wole jest męczące – skwitował wejdźmin i ruszył za sprzedawcą.

Wyposażony w skrzynkę eliksirów, które roboczo nazwał „Miodolizacz” (albowiem dodał trochę miodku, aby mieszanka była smaczniejsza), ustawił się na głównym placu Wąskiegochrusta, gdzie zainicjował prowizoryczną atrakcję. Za bardzo się nie starał, gdyż w miejscach takich jak to już sama obecność kogoś takiego jak wejdźmin przysparza wiele zainteresowania. Ludzie zgromadzili się tłumnie. Gejralt wsypał bazieliżka do skrzynki z napisem „Jedno głaskanko – 5 koron”, dodając gratis Miodolizacza, którego należało wypić przed samą czynnością głaskania. Na jednych działało, na innych nie. Ważne, że bazieliżek był głaskany.
Sytuacja szybko wymknęła się spod kontroli. Oczarowani słodkością ludzie, wkrótce naparli na wejdźmina i sforsowali zyskowne stanowisko, dopadając skrzynkę z rozanielonym stworzeniem. Każdy chciał go dotykać. Bazieliżek zaczął się trząść, po czym rozbłysnął białym światłem i obracając się wokół własnej osi eksplodował, zasypując wioskę białym puchem. Łyse teraz stworzonko posmutniało – futerko nie odrasta tak szybko…

Zołman ocknął się i zaczął pluć, starając się pozbyć cierpkiego posmaku z ust.
– Co się, kurwa, dzieje? – oprzytomniał.
Mlaskier spadł z Pupki i zaczął tarzać się w baziach, zastanawiając się, dlaczego śnieg tej zimy jest taki ciepły.
Wejdźmin odetchnął.
Chmura oberwała się i zagrzmiało.
– Geeejraaalt? – odezwał się Mlaskier klepiąc mokre od deszczu bazie. – Ulepimy bałwana?

Sześć bałwanów później, cała trójka ruszyła w drogę.
– Mam dość bazi do końca życia – skwitował Zołman.
– Ja też – zgodził się Gejralt.
– Wymyśliłem zagadkę! – oznajmił Mlaskier. – Co to takiego, co jest lepsze od wszystkiego innego?
Zołman westchnął.
– Bazie? – rzucił.
– Nie.
– Trzech gejfrendów podróżujących razem w poszukiwaniu przygód? – zgadywał wejdźmin.
– Hm – Mlaskier zastanowił się. – Nie.
– Co, kurwa? – spytał krasnolud, słysząc to ostatnie.
– To, co robię za darmo? – próbował dalej Gejralt.
– Ta. Bo ty byś za darmo coś zrobił – zauważył krasnolud.
– Za darmo, za darmo. Trzeba z czegoś żyć, Zołmanie.
– To wiecie czy nie? – niecierpliwił się grajek.
– Nie wiemy – odpowiedzieli.
– No bazie! Ha ha! – ucieszył się Mlaskier.
– Przecież mówiłem – zauważył krasnolud.
– Nie mówiłeś!
– Mówiłem, na samym początku.
– Nie-e – upierał się poeta.
– Mówił, Mlaskier – potwierdził wejdźmin.
– Nie mówił. Nikt nie zgadł! Ha ha!
– Mówiłem przecież, że bazie…

Słońce powoli kończyło swą wędrówkę po niebie. Choć aura była przyjemna, wejdźmin Gejralt wiedział, że w każdej chwili świat ten, świat pełen magicznych niezwykłości, może zamienić się w piekło, a cały ciężar z tym związany spocznie na jego barkach – czy będzie tego chciał, czy nie. W drodze do Wyrżnijmy myśl ta nie dawała mu spokoju.

Mlaskier

Miszcz Mlaskier de von Mistąd (pseud. art. „Mlaskier”), oddany towarzysz przygód i wieloletni przyjaciel wejdźmina Gejralta.

Z zawodu trubadur, tworzy poezję, która najczęściej nadaje się do publicznej recytacji dopiero po zmroku. Potrafi grać na wielu instrumentach: flecie, lutni, mandolinie, fortepianie a także jego własnym wynalazku: perkusji złożonej z kasztanowych ludzików i kota.

Nikt nie wie, skąd on się właściwie wziął. Podobno na zajęcia z muzyki na Uniwersytecie Wyrżnijmijskim przyszedł szukając czegoś do jedzenia (nie rozróżnia słów „tamburyn” i „burito”) i stwierdził, że skoro tam się znajduje, to widocznie jest studentem. Nikt tego nie zauważył, i w ten sposób Mlaskier nie musiał zdawać egzaminów wstępnych. Szkołę ukończył z wyróżnieniem, choć jego egzaminator popełnił później rytualne seppuku.

Lubi owoce, warzywa, kebab, szyszki, kapelusze z wypchanym ptakiem i wejdźmińskie eliksiry.

Kiedyś spędził kilka lat we wsi Zaczarowany Flet, której wkrótce otrzymał tytuł honorowego wicehrabi. Do dziś nie wiadomo, czy to z uwagi na jego zasługi w dziedzinie sztuki wyższej, czy na fakt, że uparł się, że nie pójdzie sobie, dopóki takowego nie uzyska.

Rozdział III – „Homo Moher”

Mlaskier kochał wszystkie dni. Kochał je tak bardzo, że ich nawet nie rozróżniał. Podobnie jak kolorów. Nie umiał także powiedzieć, która jest godzina i szczerze mówiąc, niewiele go to obchodziło. Lubił słońce i deszcz. Śnieg i mgłę. Kochał wschody i zachody słońca. Uwielbiał zapach róż, zbierać motyle i głaskać ptaszki. Nigdy nie skrzywdziłby muchy (no chyba, że był głodny) i bardzo dobrze wiedział, że jak ktoś jest smutny, to należy go przytulać. Czasami spędzał całe poranki mocząc stopy w górskim strumyku i podziwiając migoczące w wodzie promienie słońca, innym razem obejmował drzewa, głaskał trawę i cieszył się, kiedy ciepły wiatr przechodził mu przez palce i czesał jego falujące włosy.            Codziennie przyglądał się niebu i kształtom płynących chmur, a kiedy błękit przechodził w granat i na niebie pojawiał się księżyc – czekał na spadającą gwiazdę, zamykał oczy i wypowiadał życzenie.

– Mlaskier, kurwa! – wrzasnął Zołman. – Idziesz, czy nie? Leżeć mu się teraz zachciało, jakby nie wiedział, która już godzina. Przecież nie zdążymy!
Mlaskier otworzył oczy i posłusznie ruszył w kierunku przyjaciela.
– A gdzie Gejralt? – zapytał.
Zołman załamał ręce.
– Obudziliśmy się i go nie było. Nie pamiętasz?
Grajek pokiwał głową.
– Zostawił nam wiadomość – kontynuował. – Czeka na nas w ostatniej wsi przed górską przełęczą, czy coś takiego. Musimy tam dotrzeć o świcie.
Poeta podrapał się po głowie. Krasnolud westchnął.
– Piliśmy w Wyprutym Flaku. To pamiętasz…? – Zołman zastanowił się. – Ja w sumie też nic nie pamiętam.
– A skąd wiesz, jak iść? – spytał Mlaskier, rozglądając się po polanie.
– Idę śladem pustych flakoników po eliksirach…

Pierwszy promień słońca wpadający przez szczelinę w drewnianej ścianie zbudził wejdźmina. Pogromca potworów wstał, wyciągnął majtki z pomiędzy pośladków i przeciągnął się jęcząc.
– Gdzie to ja w ogóle jestem?… – mruknął pod nosem.
Wyjrzał przez okno. Rozpadający się znak z wypalonym napisem oświadczał, że jedyna chata w której spał, znajdowała się we wsi „Ostatnia Wieś”.
„O. Bardzo dobrze”, pomyślał, kiedy dobiegł go nieznany głos.
– Wcześnie pan wstaje.
Wejdźmin podskoczył, cofnął się, potknął o rozrzucone butelki wódki i wpadł w worki z ziemniakami.
Spojrzał na właściciela głosu i przewrócił oczami.
– Jasny gwint. Masz taki głosik, że już myślałem, że jesteś kobietą.
Odetchnął i wyszedł na papierosa.
Zanim się ubrał, zszedł ocucić się nieco w pobliskim strumyku.

– To kim w zasadzie jesteś? – zapytał Gejralt, wycierając się już w środku.
Młody, szczupły mężczyzna o jasnych krótkich włosach i wydatnej szczęce spojrzał na niego mrużąc oczy.
– Jestem Romek, przedstawiliśmy się sobie wczoraj.
– Naprawdę? Nie pamiętam.
– Przejeżdżał pan tędy, zatrzymałem pana, bo mój skowronek źle się czuł, a wy wejdźmini macie różne specyfiki… – przerwał chłopiec, wpatrując się w grymas na twarzy przybysza. – Naprawdę nic pan nie pamięta?
Gejralt przestał wycierać włosy, zerknął w bok i pokiwał głową.
– Powiedział mi pan, że doskonale zna się na ptakach, to pana zaprosiłem…
Wejdźmin przyjrzał się młodzieńcowi.
– Tak powiedziałem? – zapytał. – Hm. A ile ty masz w ogóle lat?
– Dwanaście.

Wejdźmin rozszerzył oczy i przygryzł dolną wargę.
Nic nie powiedział.

– Jedzie pan do Homo Moher, prawda?
– Skąd wiesz, że homo…?
– Wielu wejdźminów tędy przejeżdża. Zostawiają mi swoje konie, bo przełęcz jest dla nich zbyt niebezpieczna.
– A ci wejdźmini… Czy oni… No wiesz, też znali się na… Ptakach…?

Chłopiec poczerwieniał.
Gejralt wypuścił powietrze i podrapał się po czole.

– No to będę cię musiał zabrać ze sobą – rzekł. – Gratuluję. Według paragrafu pierwszego wejdźmińskiego kodeksu, właśnie cię zwerbowałem.

Zołman zszedł na pobocze i pochylił się.
– Eliksir „Ornitolog” – odczytał i wycelował buteleczką w dół urwiska. – Wcale się nie zdziwię, jak go zaraz znajdziemy urżniętego w trzy dupy pod jakimś drzewem.
Zołman często mówił sam do siebie. Każdy kto go znał wiedział, że myśli głośno i nie zawsze należy go słuchać.
– Jeszcze ta gówniana ścieżka – ciągnął. – Wąska jak dupa węża, jakby nie można było poszerzyć. Tylko czekać aż spadnie deszcz, a my pospadamy z tej skalnej półki. Mlaskier! – wydarł się nagle. – Zostaw te kamyczki, widzę jakąś chatę!

Pupka, przywiązana do słupka przed domem Romka zarżała, kiedy spostrzegła cztery oddalające się postaci. Przełęcz, którą musieli przebyć, nie była pobłażliwa. Wymagała odpowiedniego skupienia. Romek szedł pierwszy.
– Gejralt, pogramy w grę, co ją właśnie wymyśliłem? – zagaił Mlaskier, kiwając się na boki.
– No, a jakie są zasady? Nie kiwaj się, bo spadniesz.
– Złap zapałkę!
Gejralt, nie zastanawiając się zbytnio, złapał.
– Hi hi hi – roześmiał się Mlaskier. – Przegrałeś! Miałeś złapać zapałkę, a nie za pałkę!
– Nie wiedziałem, że masz zapałkę – rzekł, odbierając ją Mlaskrowi. – Dobra, teraz ja. Złap…
– Na litość boską – wtrącił Zołman. – Możecie chociaż raz w życiu iść normalnie?!
Wejdźmin spojrzał z góry na krasnoluda i przejechał siarczaną główką po skałach.
– Widzisz tę wypalającą się zapałkę, Zołmanie? – zwrócił się do niego. – Oto właśnie metafora mego życia – rzekł.
– Gejralt, co ty pieprzysz?
Wejdźmin spojrzał na siebie i Romka z nie byle jaką miną.
– Teraz akurat nic – odparł.

Chłopiec był nieco przerażony. Nie silnym wiatrem, który nim bujał. Nie przepaścią, która rozciągała się pod jego stopami, ani nawet mocno nadwerężonym mostem linowym, który przyszło mu przebyć, ale tym, co właśnie usłyszał. Chłopiec nie miał wyboru. Musiał odbyć pierwszy test… Drugi test sprawdzający jego fizyczne umiejętności, czyli w ogóle dotrzeć do Homo Moher. Uprzedzony przez wejdźmina wiedział, że jeśli powinie mu się noga, to trudno.

Homo Moher, pradawna forteca ulokowana na dwóch najwyższych szczytach w okolicy, napawała grozą. Strzeliste wieże, kraty w oknach, ostrokoły i czerwone ślady rozmazane na murach podejrzliwie pachnące martwymi truskawkami skutecznie odstraszały nieproszonych gości. Przed samą bramą panował przeszywający aż do kości chłód, padał deszcz i grzmiało. Zołman cofnął się o krok, bo krok wcześniej już nie padało.
Wejdźmin ominął deszcz i dopasował swój medalion do wyżłobienia w kształcie serca. Ciężka, czterometrowa zbrojona kolcami brama zaskrzypiała rozwierając się. Kłęby dymu wzbiły się w górę, powoli opadając.
Gejralt zamknął oczy i wciągnął powietrze nosem unosząc podbródek. Uśmiechnął się przy tym lekko. Do jego uszu dochodziły coraz głośniejsze dźwięki dudniącej muzyki. Zapach truskawek, odżywki do włosów i blask cekinów mieniących się na jego twarzy sprawiły, że się rozmarzył.
– Czuję się jak w domu… – wyszeptał.
– Gejralt, kurwa – zaczął Zołman. – Przecież ty jesteś w domu.
Wejdźmin przeszedł przez bramę tanecznym krokiem pozdrawiając sędziwego starca, który lał wodę ze szlaucha przed wejście i imitował dźwięki burzy, wesoło popierdując w coś na kształt trąby.

Homo Moher, kompleks zamkowy z siedemdziesięcioma eleganckimi pokojami, dziewięćdziesięcioma pięcioma łazienkami, jadalnią w kształcie serca, wyrafinowanym zespołem spa, czternastoma wykwalifikowanymi masażystami, sauną, rozległym dziedzińcem z licznymi basenami o osobliwych kształtach i eleganckim barem pośrodku, tętniła życiem. Grała muzyka z hitami z pierwszych list przebojów, drinki i ostrzałki do golenia nóg rozdawano tu za darmo, świeciło słońce, a na leżakach wygrzewali się błyszczący od olejków wejdźmini popijając kolorowe trunki. Inni pływali na różowych materacach przemierzając baseny wzdłuż i wszerz (no, głównie wzdłuż), lub zjeżdżali na fikuśnych ślizgawkach, co też czynili z wielką frajdą. Mlaskier pobiegł w ich stronę.

– Gejralt! Kupę lat! – zawołał Wazelin, najstarszy z wejdźmińskiego cechu i zarazem ojciec wszystkich wejdźminów, doskonały nauczyciel, stary zboczeniec i pierwszy imprezowicz. – Nic się nie zmieniłeś! Chociaż przydałby ci się odprężający masaż i jakaś maseczka na podkrążone oczy. Roberto, zajmij się Gejraltem. Zaraz zrobimy cię na bóstwo!
Wazelin rozłożył ramiona.
– Zołman! Ty tu chyba pierwszy raz? Witaj po tej stronie Homo Moher, gdzie w jacuzzi są oliwki, w martini pływają bąbelki, na drzewach rosną życzenia, a gruszki spełniają marzenia! Czy coś takiego. O! – wrzasnął nagle. – Gejralt, widzę że przyprowadziłeś nowego rekruta. No no, nada się. Chłopcze, możesz być z siebie dumny. Zostałeś… „zwerbowany” – rzekł, puszczając mu oczko – przez najlepszego wejdźmina, jaki stąpał po tej ziemi. Choć no tu, niech cię ucałuję!
– Nawet nie chcę na to patrzeć – burknął Zołman.

Masażysta pocierał ciepłe dłonie olejkiem kokosowym i z wielką gracją przyłożył je do idealnie gładkich, jasnych pleców, odgarniając uprzednio pasemka srebrnych włosów. Powietrze było ciężkie i senne. Słodkawe zapachy, czuły Roberto i iskrzący ogień rozluźniły roznegliżowanego wejdźmina.
– To co cię do nas sprowadza, Srebrny Wilku? – wtrącił Wazelin, przyglądający się Gejraltowi z drugiego końca sali. Palił fajkę waniliową uważając przy tym, by nie podpalić swej bujnej, fioletowej brody. – Przyszedłeś podszkolić młodych rekrutów?
– Hmm, nie – mruknął Gejralt w półśnie. – Już jednego młodego wczoraj wyszkoliłem… Tak jakby… niechcący.
– A więc?
– Nie chce mi się już tego masażu. Idę do sauny – odparł i zniknął w wielkiej drewnianej, parującej beczce.

Uroczysta kolacja była już prawie gotowa. Zniecierpliwieni rekruci siedzieli ciasno przy sercowym stole, wyczekując nadejścia legendy. Wielu znało Srebrnego Wilka tylko z opowiadań, toteż ekscytacja sięgała zenitu.
Na sali rozległ się pomruk zdumienia, a potem zbiorowe westchnienie. Gejralt, ubrany w biały dublet ze srebrnymi wstawkami, giętko zszedł ze schodków, przeczesał gęste włosy i spoczął na samym czubku sercowego stołu, uśmiechając się zalotnie. Wiedział, jak zrobić wrażenie.
– Może pralinkę? – odezwał się kelner.
– A żebyś wiedział – zaczął ochoczo Zołman, siedzący obok Gejralta.
– Zołmanie, nie jedz tego – rozkazał wejdźmin.
– A to niby czemu?
– Jak sama nazwa wskazuje, ta pra-linka to coś bardzo starego. Czyli nieświeża.
Zołman zdębiał.
– Jak prababcia. Albo prawidło – tłumaczył wejdźmin, wywracając oczami.
Krasnolud zjadł pralinkę.
– E he. A możesz mi w takim razie powiedzieć, co to jest „widło”? – zapytał.
– Taki duch, Zołmanie – szepnął Gejralt. – Nie zadawaj takich oczywistych pytań głośno, bo się będą z ciebie śmiać.
Kiedy Srebrny Wilk skończył opowiadać młodym rekrutom o swoich ostatnich przygodach, Zołman był już zbyt pijany, aby bronić się przed ściskającymi go wejdźminami. Mlaskier zaczął mówić wierszem. Było grubo po północy.

Gejralt zamilkł nagle. Wyciągnął zapałkę, odpalił ją i uniósł. Tańczący płomień odbijał się w jego zmartwionych, błyszczących oczach. Nikt prócz Wazelina nie zwrócił na to uwagi.
– Kończy mi się czas, Wazelinie – rzekł wejdźmin.
– Czas na co? – dopytywał nauczyciel.
– Przyjechałem zregenerować siły. Być może po raz ostatni.
– Jak zwykle dramatyzujesz, Gejralt.
– Nie tym razem. Jestem w czarnej dupie.
– Tak, słyszałem o Mundo.
Gejralt przewrócił oczami.
– Nie o to mi chodziło – odparł. – Być może niedługo będę potrzebował pomocy wszystkich braci.
– Powiesz mi, co się dzieje?
– Mmm… – wejdźmin zastanowił się. – Nie.
– Wiedz, że zawsze możesz na nas liczyć – wygłosił Wazelin i przysnął na moment.

Na sali skończył się alkohol i eliksiry, toteż większość wejdźminów popadła w czarną rozpacz.

– To co teraz będziesz robił? – dopytał Wazelin, ocknąwszy się na okrzyk „jest wódka!”.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Jutro ruszam z powrotem do Wyrżnijmy, Fjutest ciągle mi wisi. Ale najpierw… – dodał, wychylił kielicha i wmieszał się w tłum młodych rekrutów.

Mlaskier wyszedł na zewnątrz. Przejechał palcem po czerwonej mazi na murach i uśmiechnął się. Lubił dżem truskawkowy. Wdrapał się na jedną z wież i usiadł na dachu, z którego rozciągał się widok na całe Homo Moher. Pod sobą miał obszerny dziedziniec, bardzo różniący się od tego z basenami i radosną muzyką. Zrobiło mu się smutno i poczuł się samotnie. Pomyślał wtedy o Gejralcie.
Spojrzał na rozgwieżdżone niebo, zamknął oczy i podkulił kolana.
– Chciałbym, żeby Gejralt dostał to, czego pragnie najbardziej – szepnął.
Jedna z gwiazd rozbłysnęła, mrugnęła i zniknęła, pozostawiając za sobą mieniący się ogon.

Rozdział II – „Raz, dwa, trzy”

Na przestrzeni lat cech wejdźminów wypróbował różne strategie pozyskiwania nowych rekrutów. Najbardziej mistyczną, a zarazem najsłynniejszą było prawo niespodziewanki. Polegało ono na tym, że zamiast zapłaty w formie finansowej, klient wejdźmina mógł zgodzić się na oddanie mu pierwszej rzeczy, którą zastanie po powrocie do domu, a której się nie spodziewał. W ten sposób cech wzbogacił się o kilka kulawych zwierząt, liczne listy od poborców podatkowych i sądów, tort urodzinowy, dziurę w dachu i tyfus. Raz po powrocie do domu klientka wejdźmina Lamparta zastała w łóżku swojego męża kochanka, ale okazało się, że to Gejralt, a on wejdźminem już był. Trzeba więc było szukać innych sposobów, i po licznych deliberacjach część Wielkiej Rady ustaliła, że najlepiej będzie po prostu się napić. Część ta składała się dokładnie z jednego, srebrnowłosego wejdźmina.

– Gejralt – powiedział krasnolud Zołman, siedząc przy barze w urokliwej knajpce o nazwie Wypruty Flak. – Ty nie miałeś czasem zrobić sobie dnia bez alkoholu?
– Miałem, miałem. – odpowiedział wejdźmin znad kufla wyrżnijmijskiego piwa. – Ale pojawiły się nowe okoliczności.
– W sensie, jednak stwierdziłeś, że ci się nie chce.
– To nieprawda – powiedział Gejralt. – Chociaż muszę przyznać, że to prawda. Posłuchaj, Zołmanie, potrzebujemy nowych członków.
Krasnolud wpatrywał się w Gejralta z kamienną twarzą.
– Oj Zołmaaan, przecież wiesz o co mi chodzi.
– Ten jeden raz dam ci kredyt zaufania – powiedział ostrożnie krasnolud, po raz trzydziesty czwarty podczas całej ich znajomości. – Gdzie chcesz ich szukać?
– Myślałem, że tutaj. Ale jakoś nikt mi nie wpadł w oko. Przy okazji, szukając tych członków, moglibyśmy też rozejrzeć się za nowymi kandydatami do cechu wejdźminów. Ale to akurat będzie trudne, bo rytuał przemiany w wejdźmina to nie przelewki
– Nie skomentuję tego. Gejralt, wiesz dlaczego nikt do tej pory nie przykuł tu twojej uwagi?
– No?
– Bo tutaj, kurwa, nikogo nie ma.

Rozejrzeli się. W całym lokalu oprócz nich nie było żywej duszy. Nawet miejsce, gdzie powinien stać barman świeciło pustkami. Każdy wiedział, że nie istniało takie zjawisko jak pusty, wyrżnijmijski pub, więc sytuacja wymagała natychmiastowej uwagi. Na domiar złego, tam, gdzie wcześniej stały otworem drzwi wyjściowe była teraz ściana, nie zakłócona niczym z wyjątkiem wiszącego sobie, jakby nigdy nic, obrazka z pieskiem.

– Jak to możliwe? – powiedział powoli Zołman.
– Nie wiem – rozejrzał się wejdźmin z niepokojem. Po chwili zatrzepotał rzęsami. – Ale skoro już jesteśmy całkiem sami…

Nie dokończył, bo całe pomieszczenie rozświetliło się magicznym blaskiem, a pomiędzy nim a krasnoludem zmaterializowało się w powietrzu okno. Nie okno, takie jak, na przykład, okno na świat, ani okno tunelu czasoprzestrzennego, tylko zwykłe okno w drewnianej oprawie. Gwałtownie otworzyło się i wysunęła się z niego górna połowa czarodzieja Dyrdymała, która, nie zwlekając, złapała Gejralta za fraki. Czarodziej był rozczochrany, nie miał na sobie kapelusza i mówił, a właściwie krzyczał w wielkim pośpiechu.

– Gejralt! Przybywam z niedalekiej przyszłości. Mam tylko kilka sekund! Ważą się losy świata. Jesteście uwięzieni! To bardzo ważn… Puf! – Okno zniknęło w jednej chwili wraz z Dyrdymałem.
Krasnolud i wejdźmin spojrzeli na siebie pytająco.
– Co to kur… – zaczął mówić Zołman, ale portal z Dydrymałem pojawił się ponownie.
– To bardzo ważne! Nie wylej dziś piwa! Zapoczątkuje to łańcuch zdarzeń, które… – wrzasnął czarodziej, ale w tym samym momencie znów zniknął.
Towarzysze odczekali chwilę, żeby upewnić się, że tym razem zniknął na dobre.
– Powiedz, że chociaż trochę wiesz o co tu chodzi. – powiedział Krasnolud.
– Zaczynam podejrzewać – zamyślił się Gejralt.

Powietrze rozbrysnęło na sekundę. Znów pojawiło się okno, ale czarodziej mruknął tylko coś do siebie i sięgnął po stojący na stoliku kieliszek wódki, schował się w portalu i zniknął.
Tym razem odczekali dłuższą chwilę. Sytuacja nie powtórzyła się.
– Wygląda na to, że mamy problem, Zołmanie – powiedział wejdźmin.
– Nie pierdol. Nie wiem, co tu jest grane, ale bardzo mi się to nie podoba.
– Wygląda na to, że w jakiś sposób zostaliśmy przeniesieni do innej rzeczywistości. Ktoś, kto to zrobił mógł być bardzo potężnym czarodziejem, co jest raczej wątpliwe. Szczególnie, że Dyrdymał, mimo swoich wyobrażeń o potędze, jest raczej… no w każdym razie bardziej prawdopodobne jest, mój drogi, że padliśmy ofiarą niecnych knowań niedowierza.
– Oczywiście, że tak – pacnął się w czoło krasnolud. – Ech. Co to jest?
– Hmm… No, to takie jakby złe zamiary.
– Wiem, co to są knowania – Zołman po tych wszystkich latach wykształcił w sobie pewien rodzaj specyficznej cierpliwości. – Co to jest niedo-cośtam?

Niedowierz, jak wyjaśniał Wielki Wejdźmiński Bestiariusz z misiem na okładce, potrafił więzić swoje ofiary w zaczarowanej rzeczywistości. Posiadał też zdolność zmieniania się w dowolny przedmiot, dzięki czemu bardzo trudno było go znaleźć. Aby wywabić go z kryjówki, należało zlokalizować rzecz, w którą się przemienił i wykorzystać największą słabość Niedowierza. Postanowili zająć się tym pierwszym, nic jednak na pierwszy rzut oka nie wydawało się szczególnie podejrzane.

Po dalszych poszukiwaniach zwrócili uwagę na dziwne urządzenie stojące na komódce. Jak wyjaśnił wejdźmin, widział coś takiego kiedyś podczas wyprawy do Hin. Składało się z dwóch połączonych pionowo naczyń, w których przesypywał się piasek. Z tego co Gejralt pamiętał, nazywało się Klep Se Wydra, i służyło do odmierzania czasu. Było jednak kompletnie nie znane w tej części świata. Zołman odwrócił urządzenie i obaj cierpliwie poczekali kilka minut aż cały piasek przesypie się.

– No i? – powiedział Zołman patrząc na Klep Se Wydrę sceptycznie. – Która jest godzina?
– Nie wiem, myślałem, że to… będzie wiadomo. – powiedział Gejralt. – To jakieś gówno. Niedowierz nie zmieniłby się w takie gówno.
Poszukiwania trwały.
Na ścianie wisiało antyczne zdobione zwierciadło, które wydawało się skupiać na sobie uwagę większą, niż reszta pomieszczenia. Gejralt podszedł do niego ostrożnie. W zwierciadle zmaterializowała się twarz, która spojrzała na niego uważnie, pokiwała głową z aprobatą i przemówiła.
– Ależ ja mam piękny nosek – zakomunikowała. – Zołman, czy ty widzisz jaki ja mam piękny nosek?
– Gejralt, zostaw to lustro i chodź. Mam coś lepszego. – odkrzyknął krasnolud z drugiego końca pomieszczenia.

Mop stojący obok starego regału sam w sobie nie miał nic nadzwyczajnego. Towarzysze jednak spojrzeli na siebie i parsknęli śmiechem. Dowolna rzecz służąca utrzymaniu czystości, stanowiła w wyrżnijmijskich pubach tak nieodłączny element krajobrazu jak wieloryb w sklepie z ręcznikami.

– To na pewno on. Teraz patrz. Pokażę Ci, dlaczego niedowierz tak się nazywa. – powiedział Gejralt.
– Hej, ty – zwrócił się do mopa. – Jestem wejdźminem.
Mop zachwiał się lekko.
– Mam na imię Gejralt, a to jest Zołman.
Potwór nie mógł oprzeć się pokusie. Mop zadrżał i w jednej chwili przemienił się w wysoką, bladą postać o małych, głęboko osadzonych oczkach.
– Nie wydaje mnie się – powiedział niedowierz patrząc na nich z niedowierzaniem.
– To prawda. Uwięziłeś nas tu, a teraz nas wypuścisz.
– Czyżby? – niedowierz podniósł jedną brew.
Zołman chciał wytłumaczyć mu dlaczego właśnie to za chwilę zrobi, ale Gejralt wyjaśnił, że niedowierz o zawartości topora w głowie przekraczającej zero nie będzie w stanie ich uwolnić.
– Niedowierzu – powiedział wejdźmin. – Bardzo chcielibyśmy wrócić do domu.
– Ha ha ha – syknęło monstrum. – No chyba nie. Zostaniecie tu na zawszszszszsze! – krzyknął a następnie rozbłysnął niebieskim światłem i zniknął.
– Znowu się w coś zmienił – wejdźmin rozejrzał się po sali.
– Gejralt, zaczyna mnie to wszystko wkurwiać – przyznał szczerze krasnolud.
– Mam pewien pomysł. Zmusimy go do przeniesienia nas z powrotem do normalnej rzeczywistości. Posłuchaj mnie uważnie…

– Naprawdę tak to wygląda? – powiedział Zołman. – Serio?
– Tak, a co w tym dziwnego? – wzruszył ramionami Gejralt. – Uwaga, zaczynamy.
– Mam w kieszeni coś fajnego! – krzyknął głośno. Krasnolud stał obok lustrując otoczenie. Wskazał na stojącą w kącie donicę, która poruszyła się nieznacznie. Gejralt pokiwał głową i podszedł do niej powoli.
– Baardzo fajnego. Mam to. Tra la la, ale fajne.
Donica dygotała przez chwilę lekko i w końcu z głośnym “Pop!” zamieniła się w stwora, który wstał i dopadł do Gejralta.
– Wąątpięę! – wysyczał.
– Ależ owszem. – powiedział wejdźmin nonszalanckim tonem. – Patrz.
Potwór wpatrywał się w rękę Gejralta, którą ten włożył do kieszeni. Kiedy ją wyjął, była to wciąż pusta dłoń. Gejralt klepnął nią potwora w ramię i skrzyżował palce.
– Wejdźmin! – krzyknął. – Raz…

Niedowierz rozejrzał się zdezorientowany i chciał nawet nie uwierzyć, ale uśmiechnięta mina Gejralta z przymrużonymi oczami nawet jemu nie pozostawiała żadnego pola do wątpliwości. Potwór rozejrzał się panicznie, i ruszył w stronę Zołmana z wyciągniętą łapą, ten jednak również uśmiechnął się i podniósł dłoń pokazując skrzyżowane palce.
– …dwaaa… – odliczał Gejralt.

Potwór podjął szybką decyzję. Zacisnął oczy, i wykonał kilka skomplikowanych ruchów palcami. Powietrze zamigotało magicznymi iskrami i w tej chwili wszyscy trzej stali pośród gwaru pełnego gości pubu. Niedowierz nie zwlekał. Klepnął w ramię przechodzącego kelnera sycząc “Wejdźmin!”, ale nie zdążył. Sekundę wcześniej Gejralt powiedział już “Trzy!” i chcąc czy nie chcąc, od tej chwili, po wsze czasy, stwór był wejdźminem. Opadły mu ręce i posmutniał. Nabrał też dziwnej ochoty aby zrobić się na bóstwo. “No nie wierzę.” – jęknął do siebie. Skoro jednak i tak nie dało się nic na zaistniałą sytuację poradzić, postanowił jak najszybciej wdrożyć się w tajniki nowego zajęcia, zamówił więc kufel krasnoludzkiego absyntu z zamiarem picia na umór do rana. Do rana dwa dni później.

Zołman otarł pot z czoła, a Gejralt pokiwał głową z satysfakcją. Postanowili pójść w ślady niedowierza. Usiedli przy barze, tym razem wśród muzyki dla ich uszu, którą był gwar dobrze prosperującego lokalu. W tle przygrywał na lutni Mlaskier, prezentując swoją najnowszą kompozycję pod tytułem “Idę równo, wdepnę w błoto”, choć jeszcze coś mu się w tym tytule nie podobało. Okazjonalnie ktoś rzucał w niego pomidorem, którego Mlaskier zjadał w locie i odzyskiwał wiarę w ludzkość, ponieważ ludzkość pokazywała, że jednak jest coś takiego, jak jedzenie za darmo.

Gejralt zapalił cienkiego papierosa. Sięgając po popielniczkę zahaczył o stojące na ladzie piwo, które zachybotało się, przewróciło i rozlało się na blacie. Nikt nie zwrócił na to uwagi.

Gejralt

Gejralt (nazwisko nieznane), znany również jako „Srebrny Wilk”, urodził się 23 lipca w Ruii, na wschód od Dilerii, osierocony w dniu narodzin.

Podobno jako dziecko był wyjątkowo uroczy, ciekawski i krnąbrny. W wieku dwóch lat został wykradziony z sierocińca i zaciągnięty w szeregi wejdźminów ze Szkoły w Homo Moher, gdzie dorastał i poznawał tajniki sztuki wejdźmińskiej wraz z innymi chłopcami. Z racji wzrostu i nienagannej postury szybko wyrobił sobie pozycję lidera. Zawsze bronił słabszych i mniejszych od siebie, nawet jeśli wiedział, że nie ma tyle siły co przeciwnik. Często lądował u szkolnego pielęgniarza (chodzą słuchy, że robił to specjalnie). Szkołę ukończył z wyróżnieniem, a wrodzona opiekuńczość i dbałość o detale sprawiła, że po dziś dzień uznawany jest za najzdolniejszego wejdźmina na świecie.

Przeszedł serię mutacji dzięki którym widzi, słyszy i czuje lepiej niż statystyczny człowiek, nie starzeje się i ma nieprzeciętny refleks. Posiada też szereg magicznych umiejętności, takich jak rozniecanie ognia rękami, unieruchamianie czy wpływanie na czyjąś wolę. W sytuacjach zagrożenia nie traci głowy, chyba że jest pod wpływem zbyt dużej ilości eliksirów. Walka nie jest jego mocną stroną, ale przewagę w starciu daje mu szybkość, spryt, opanowanie, bystrość umysłu i zwinność. „No ta zwinność to nie tylko w walce” – jak sam przyznaje.

Rozdział I – „Powrót do czystości”

Po powrocie z odległych krain wszedł do znajomej karczmy i rozejrzał się. Badawczym spojrzeniem objął całe wnętrze i szybko zlokalizował bratnie twarze. Przypomniał sobie, jak bardzo mu ich brakowało, kiedy (zaraz potem, jak Zołman przestał ganiać go z toporem wokół Vinogradu) samotnie wyruszył w zamorską podróż, by przygotować świat na najgorsze.
Najpierw odwiedził skutą lodem Gwintlandię, gdzie stracił poczucie czasu i świadomość na dłuższą chwilę, aby zaraz potem udać się na spalone słońcem pustynie Amen Ryki, skąd niezwłocznie popłynął do Kraju Kwitnącej Śliwki, gdzie dostał najdoskonalszą parę japonek, jaką widział w swoim długim życiu.
Zaprzyjaźniony marynarz, Szaleniec Wojciech, pomógł mu również dostać się do Asstralii, gdzie w miejskiej operze zrozumiał, dlaczego Mlaskier nie może odnieść sukcesu w sztuce, chociaż samej sztuki nie zrozumiał (jednakowoż brawo bił najgłośniej).
W tyfetańskiej świątyni złożył śluby dożywotniego milczenia przed samym Dalej Lamo, których przestrzegał rygorystycznie do momentu, w którym natknął się na małego kotka w czarne paski, czyli przez jakieś pięć minut. W następstwie, goniony przez stado tygrysów, dobiegł aż do Hin, gdzie nauczył się starożytnej sztuki walki Kung-Fuj, której przysiągł sobie nigdy – ale to przenigdy – nie używać.

Podróż swą zakończył wśród czarnych plemion Afri-ki-ki-ki, gdzie ratując pewnego wojownika przed wyjątkowo zawziętym lasodymaczem, zyskał jego dożywotnią miłość, przychylność i osobistego fryzjera, gdyż ten bardzo lubił go czesać.
Ale żaden, nawet najbardziej oddany druh, nie mógł zastąpić mu starych przyjaciół i tego, co poczuł w spodniach, kiedy po siedmiu miesiącach tułaczki i podkradania wszelkiego rodzaju mydeł z najodleglejszych zakątków świata, spostrzegł jednego z nich.
– Zołmanie! – zawołał unosząc ręce.
Krasnolud rozpromienił się i zbliżył do wejdźmina. Nawet by go utulił, gdyby zza jego pleców nie wyłonił się potężny, ponad dwumetrowy, ciemnoskóry człowiek.

– Gejralt, kurwa. Kto to jest? – spytał, poważniejąc.
Wejdźmin westchnął i opuścił przygotowane do ściskania ramiona.
– To jest Mundo. Mundo, to jest Zołman, Zołmanie, to jest Mundo – rzekł szybko i na powrót przygotował się do przytulania.
– Dlaczego Mundo jest…? – krasnolud odsunął się nieco. – Dlaczego on ma na sobie tylko pasek?
Mundo pomachał Zołmanowi, ale po reprymendzie wejdźmina zawstydził się i uczynił to samo ręką.
– Trochę więcej tolerancji Zołmanie – rzekł Gejralt. – Mundo pochodzi z plemienia Zulugolasów. Tam są takie zwyczaje.
– Co jak co, Gejralt – oburzył się krasnolud. – Ale tolerancji, TOLERANCJI, to ty mi nie wypominaj!
– Uprzedzając twoje kolejne pytanie; uratowałem mu życie, a wedle tamtejszego prawa, za taką przysługę, należy mi się dożywotnia posługa.
– Wejdźmin być dobry dla Mundo – wydukał przybysz. – Mundo kochać wejdźmin i zrobić dla wejdźmin wszystko.
Zołman stał chwilę w bezruchu błądząc oczami.
– W… wszystko? – wymamrotał w końcu.
– Wszystko, wszystko – odparł Gejralt uśmiechając się psotnie. – Chociaż, tak między nami Zołmanie, gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądało, to bym go zostawił z tym lasodymaczem. Może by się podszkolił.
– Dobra! – przerwał krasnolud. – Nic więcej nie chcę wiedzieć! Aczkolwiek nie – rzekł po krótkiej chwili. – Mam jeszcze jedno pytanie, chociaż nie jestem pewien, czy rzeczywiście chcę znać odpowiedź.
– Kto pyta nie błoci – zachęcił Gejralt.
– Błądzi.
– Kto błądzi?
– Mówi się: kto pyta, nie błądzi – wyjaśnił krasnolud. – No nieważne. To pytam: Dlaczego ten cały Mundo taszczy na plecach worek mydła?
– Mydła? A tak, mydła. To jest mydło, do zakopywania w ziemi. Ale można się też nim umyć. Mogę cię namydlić, chcesz? Dać ci jedno?
Krasnolud tracił cierpliwość.
– Nie pojechałem na wycieczkę, Zołmanie – oburzył się Gejralt. – Przez dwadzieścia osiem tygodni zakopywałem mydła we wszystkich znanych mi krainach. Na wypadek potopu, pamiętasz?

Krasnolud pamiętał. Owy „biblijny potop” to określenie na pewnego rodzaju tajemnicze zjawisko, które powstaje wówczas, gdy ktokolwiek zdoła oszukać czarodziejkę – i to nie byle jaką – ale Dżemmefer, bo o niej mowa, do zwyczajnych wieszczek nie należała.
– I to mydło, to po co? – spytał krasnolud. – Żeby mogła się umyć, gdziekolwiek akurat będzie?
– Nie, Zołmanie, pomyśl czasem. Będzie potop, czyli dużo wody. Zakopane co kilka metrów mydło spieni się po kontakcie z nią. I będzie dużo piany! A wtedy…
Krasnolud machnął ręką.
– Nie, nie – rzekł. – O pianie to ty sobie porozmawiaj z Mlaskrem. Na pewno się ucieszy.
– To tylko pierwszy etap przygotowań – podsumował Gejralt. – Czeka nas jeszcze dużo pracy. A właśnie, gdzie jest Mlaskier? Przed chwilą go widziałem…
Zołman zaśmiał się.
– Nasz grajek się zakochał! – zatriumfował.
– Zakochał?
– A żebyś wiedział. Ma dziewczynę.
– Mlaskier ma dziewczynę? Jesteś pewny? Ale taką…? Dziewczynę… dziewczynę?
– No a jaką!
– Ale jak to?

Mundo, wciąż stojący niczym góra gliny za Gejraltem, rzucił wór mydła na ziemię i natychmiast zawiesił się na jego plecach obejmując go szczelnie wielkimi łapami.
– Wejdźmin nie smuta – rzekł. – Mundo nigdy nie opuścić.
Wejdźmin posmutniał jeszcze bardziej.

Gejralt nie mógł uwierzyć własnym oczom. Mlaskier był ubrany – i to nawet w pełnej długości spodnie (choć strój ten w dalszym ciągu odzwierciedlał jego infantylną osobowość i zamiłowanie do pewnego koloru). Szedł, nucąc coś pod nosem, i wyglądał jakby chciał namówić swoją towarzyszkę do tańca, co mu kompletnie nie wychodziło. Jej mina mówiła sama za siebie: przestań idioto.
– Mlaskier! – zawołał Zołman. – Zostaw na chwilę swoją pannę i chodź zobacz kto przyszedł!
Oczy Mlaskra rozszerzyły się. Grajek pociągnął dziewczynę za rękę i w podskokach dotarł do wejdźmina.
– Geeejraaalt…! – zaśpiewał, próbując wtulić się gdzieś pomiędzy niego, a zaciśnięte ramiona Munda. – Patrz co mam!
Mlaskier wskazał na stojącą za nim szczupłą niewiastę o niebieskich włosach i zmrużonych czerwonych oczach, które wpatrywały się w niego złowieszczo.
– To moja dziewczyna – pochwalił się grajek.
– Cześć – odparła wyciągając rękę. – Ruch Anna jestem. A ty to pewnie ten słynny wejdźmin Gejralt?
Gejralt skrzywił się. W duchu cieszył się, że jest unieruchomiony i nie może się fizycznie przywitać, ponieważ każde dotknięcie dziewczyny przywoływało w nim najokrutniejsze wspomnienia.
– Ładne imię – zauważył za to. – Witaj Ruchanno.

Gejralt, przekonawszy Munda, że jest już szczęśliwy i nie trzeba go więcej tuli-tulić, dołączył do stolika przyjaciół, gdzie właśnie wznoszony był toast na cześć jego powrotu.
Ponieważ brakowało krzesła, Zulugolas natychmiast pochylił się – na nieszczęście Zołmana w jego stronę – i przybrał pozę „na czworaka”, aby wejdźmin mógł spocząć.
Wejdźmin spoczął i chwycił lampkę wina odginając mały palec.
– Gdzie byłeś cały ten tydzień! – krzyknął Mlaskier.
– Tydzień? – zdziwił się Gejralt. – Nie było mnie dokładnie sto dziewięćdziesiąt sześć dni.
Mlaskier próbował sobie wyobrazić tyle dni, ale mu nie wychodziło. Wspomógł się nawet wsadzeniem sobie palca do nosa, za co od razu oberwał od swojej wybranki.
Gejralt obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem. Dziewczyna nie była mu dłużna, a kiedy spostrzegła, że Mlaskier zamierza pociamkać pachnący winem korek, ponownie zamachnęła się, uważnie obserwując przy tym wejdźmina.
Gejralt nie wytrzymał. Wstał, zacisnął pięści, zapowietrzył się i wyszedł na fajkę.

Na dworze było ciemno. Taras na piętrze rozpostarł przed nim przyjemny widok. Płomienne latarnie oświetlały brukowane ulice, a w powietrzu dało się wyczuć zapach przemokniętych ciepłym deszczem drewnianych chat.
Wejdźmin oparł się o skrzeczącą balustradę, wypił eliksir „Nostalgia”, spojrzał na miasto i zamyślił się.
– Potwornie się pogubiliście – rzekł nagle. – Nie powinienem was zostawiać samych na tak długo.
– Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
– Od dwóch minut słyszę jak oddychasz – wyjaśnił Gejralt.
Krasnolud wychylił się zza porośniętej bluszczem przypory.
– Nawet się ze mną nie przywitałeś Zołmanie – ciągnął, odwracając się. – W ogóle już mnie nie potrzebujecie.
– Ejże, Gejralt! – zawołał Zołman, klepiąc przyjaciela po plecach, najwyżej jak sięgał. – Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniliśmy!
– No właśnie widzę – rzekł, krzyżując ręce. – Jeszcze ta Ruchanna…

Okno nad nimi otworzyło się z hukiem. Rozpostarte skrzydła z impetem uderzyły o ścianę uwalniając szyby z ram. Ostre końce błyszczących kawałków szkła zaczęły zmierzać w kierunku tarasu.
Gejralt złapał je w Syrden i unieruchomił. Rozłożył ręce.

– No bardzo przepraszam, ale nikt nie będzie w ten sposób traktował Mlaskra! – kontynuował, chodząc w tą i z powrotem. – Poza tym…

Z dachu posypały się dachówki pobrzękując. Wejdźmin od niechcenia wytworzył strumień ognia Znakiem Migni i wycelował w nie, aż całkiem się skruszyły.

– …nie podoba mi się to wasze zasiedlenie się w Vinogradzie. A najbardziej nie podoba mi się to, że…
– Gejralt – przerwał mu Zołman stojący jak słup soli.
Taras pod ich stopami zaczął trzeszczeć.
– Gejralt! – wrzasnął krasnolud.
Drewniane poszycie obsunęło się, kiedy wsporniki podtrzymujące konstrukcję trzasnęły, łamiąc się w pół. Deski, na których stali, grzmotnęły o ziemię z łomotem.

W powietrzu zawiesił się pył. Tłum ludzi wybiegł z karczmy rozglądając się wokół, a pośród niego – Mlaskier z Anną i Mundo.
– Tam! Tam u góry! – wydarł się jeden z mieszczan, kiedy kurz opadł.
Na metalowej rurce z flagą Vinogradu wisiał Gejralt, którego w ostatniej chwili zdążył chwycić się Zołman.
– …że Mlaskier ma dziewczynę – dokończył wejdźmin.
– Aaaaaah! – krzyknęła Ruchanna z dołu, tupiąc nogą. – Od pół roku męczę się z tym kretynem, z tą zakutą pałą, żeby być blisko ciebie, kiedy nadejdzie odpowiednia okazja! Od pół roku planuję twoją śmierć i czekam na moment, w którym wrócisz z tej swojej przeklętej podróży i w końcu będę mogła cię zabić! – wrzeszczała, rzucając w niego kamieniami.
– Że co proszę? – zapytał Gejralt, odbijając kamienie. – Kretyn? Zakuta pała?
– Aaaaaah! Przez ciebie moja kariera legła w gruzach! A Pac al Pruk mnie ostrzegał! Oj ostrzegał! Przez wiele dni i nocy zapisywałam każde jego słowo, które wypowiadał raz dziennie! Nie posłuchałam go! Nie posłuchałam…! Powinnam być ostrożniejsza!
– Pacan kto? – Gejralt zamyślił się.

Ruchanna od początku mu się nie podobała, szczególnie teraz, kiedy oczy Mlaskra zaszły łzami.
– Mundo – rzekł wejdźmin bardzo powoli zwracając się do Zulugolasa. – Ruchanna jest smutna.
Murzyn zastanowił się chwilę. Podrapał się po głowie i spojrzał na niebiesko-włosą dziewczynę.
– Mundo rozumieć. Mundo opiekować się Ruchanna do końca życia. Nie opuścić. Pa pa – wybełkotał wielkolud „machając” Gejraltowi i ścisnął skrytobójczynię, po czym zniknął w ciemnej uliczce, nie zważając na jej protesty.

Metalowa rurka zatrzeszczała pod zaciśniętą dłonią wejdźmina i ugięła się pod ich ciężarem. Zołman mocniej chwycił Gejralta i zmarszczył twarz czekając na twardy upadek. Flaga zafalowała i zsunęła się na ziemię.
– Ludzieee? – rzucił ktoś z gapiów mrużąc oczy. – A na cym ten krasnolud się cyma?
Tłum spojrzał w górę i przechylił głowy.
Zołman też spojrzał w górę.
Gejralt spojrzał w dół, zachichotał i puścił mu oczko.
– Zołmanie – zaczął. – Uznaję to za serdeczne przywitanie.
Krasnolud nie mógł się doczekać, aż dorwie ten worek z mydłem i umyje ręce.

Rozdział XV (ostatni) – „Pocałunek Przeznaczenia”, Część II

Zapachu psa i aresztu nie dało się żadną miarą wziąć za zapach fiołków z lawendą. Wielka, czarna chmura zmaterializowała się na ścieżce strzelając na wszystkie strony błyskawicami. Rozwiewała się powoli, ukazując stojącą w kuszącej pozie sylwetkę czarodziejki stopniowo od stóp wzwyż, co bez wątpienia było dokładnie zaplanowanym efektem.

– Psia mać! – Dżemefer straciła cierpliwość i pomachała ręką żeby rozwiać ostatnie resztki chmury. – Nareszcie was znalazłam.

Przejeżdżający obok rycerz, zapewne jeden z amatorów słynnej nagrody za cmoka, tak zapatrzył się na czarodziejkę, że ledwo zdążył zatrzymać konia przed krawędzią urwiska. Niestety jechał dość szybko więc nie zdążył zatrzymać też siebie.

– Dżemmefer – powiedział Gejralt.
– Tak, ja! – wrzasnęła czarodziejka. – Gdybyś nie wypowiedział mojego imienia, to bym was nie namierzyła. Zgłupieliście do reszty? Czy wy ogóle zdajecie sobie sprawę jak niebezp..
– Dżemmefer – powiedział Gejralt wzdychając.

Przelatujący ptak patrzył na czarodziejkę tak intensywnie, że uderzył w ścianę skalną powyżej.

– Zamknąć się! Co tu się w ogóle dzieje? Zołman wygląda jakby bardzo chciał być gdzieś indziej, Mlaskier ocieka sosem, sądząc po zapachu, grzybowym, a o tobie, Gejralt, to już nawet mi się nie chce gadać. Mlaskier, dlaczego ociekasz sosem? Chociaż nie chcę tego wiedzieć.
– Dżemmefer – Gejralt skrzywił się.

– No co?! I dlaczego masz minę jakby ktoś ci nasrał do talerza?
– Jesteś goła.
– Co? – Dżemefer spojrzała na siebie. – A, tak – pstryknęła palcami, a na jej ciele pojawiła się czarna suknia.

Gejralt i Mlaskier chichotali i szeptali do siebie coś co kończyło się na “fuuj”. Dżemefer kopnęła ich małą błyskawicą.

***

– Dlaczego była wkurzona? – zapytał karczmarz.

– A kto ją tam wie – machnął ręką krasnolud. – Jej zdaniem powinniśmy byli ją ze sobą zabrać, bo, że zacytuję, takich trzech idiotów na potwora nie uradzi. I trochę dlatego, że sama miała ochotę na tego cmoka.

Karczmarz zachichotał polerując szklankę.

– No tak. Kobieta – powiedział – Ale uspokoiła się?
– Uspokoiła. Musiała, bo…

***

Zupełnie niespodziewanie, z całym impetem, wzbijając tumany kurzu, na środku ścieżki wylądował z rykiem trzygłowy potwór. Jego paszcze zionęły niebieskim ogniem, a jego długi, srebrny ogon rozdzierał powietrze ze świstem.

Gejralt odruchowo zrobił salto do tyłu wyciągając miecz. Dżemmefer odskoczyła a w obu jej rękach pojawiły się kule ognia. Mlaskier rył nosem ziemię w poszukiwaniu trufli.

– Cmok! – krzyknął Zołman wyciągając topór. – No to mamy przejebane!

Potwór nie atakował. Kręcił się powoli wokół własnej osi, ciężko stąpając łapami i pomrukując groźnie. Powoli przyglądał się wszystkim towarzyszom, którzy nie bardzo wiedzieli co zrobić. Walka nawet z mniejszym potworem wymaga strategii i przygotowań, a każde z nich było kompletnie zaskoczone. Wyjątkiem był Mlaskier, który, nie znalazłszy trufli, budował domek z kołdry i dwóch krzeseł.

– Zołman! – krzyknęła Dżemmefer. – Coś Ty powiedział?
– Cmok! – Zołman nie spuszczał oczu z potwora. – I że mamy przejebane!

Dżemmefer zmarszczyła brwi.

– Zołman. To nie jest cm…

***

– To nie jest cmok?
– Chyba tak. Nie jestem pewien co powiedziała, bo rozpętało się piekło – mówił ponuro krasnolud sącząc wódkę. – Właściwie od tamtego momentu to ja już mało co pamiętam. Potwór zaryczał i zaczął ziać na wszystkie strony, tak że mogliśmy tylko patrzeć, gdzie uciekać. A potem… upatrzył sobie Dżemmefer. I mnie. Staliśmy obok siebie a bestia rzuciła się na nas z zębiskami. I wtedy Gejralt…
– Waść, mówże szybciej!

Krasnolud westchnął i zamilkł na chwilę.

– Gejralt – kontynuował po następnym kieliszku – Wypił coś. Nie wiem co to było. Ale zaczął tak się błyszczeć, że potwór poniechał nas z Dżemmefer i rzucił się na niego. Specjalnie to zrobił, wiem, bo nawet już nie walczył. Potwór złapał go w szpony i przyglądał mu się, świecącemu, wszystkimi trzema głowami. Mlaskier złapał stwora zębami za nogę, ale na niewiele się to zdało bo… właśnie wtedy Gejralt eksplodował. Wybuchł po prostu. Tak jasno, że nic nie widzieliśmy przez następne dziesięć minut. A kiedy w końcu doszedłem do siebie, z potwora, Mlaskra i Gejralta zostało tylko to.

Krasnolud powoli wyjął z torby pomięty, nadpalony japonek i czarną od sadzy szyszkę i patrzył na nie smutno.

– A co z Dżemmefer? – zapytał karczmarz.
– Nie wiem.

Znów długa pauza.

– Gdzieś w międzyczasie wyczarowała portal i wskoczyła do niego mówiąc, że zacytuję, że coś jej tu bardzo śmierdzi. Przyznam, że zapach spalenizny był nie do zniesienia, ale…”

Krasnolud schował głowę w dłoniach.

„Pypryszę nastympne pywo.” – krzyknął jeden z gości. Karczmarz zignorował go.

– Twoi towarzysze wydają się bardzo dzielni – powiedział.
– Bo, kurwa, byli dzielni – Zołman mówił powoli, wpatrzony w jeden punkt. – Pieprzone spedalone cioty. Co ja bym dał, za te ich głupie żarty.
– Kochałeś ich?
– Tylko bez takich! – warknął krasnolud, ale zaraz potem łzy pociekły mu po policzku – Tak, kurwa. Kochałem. Na swój sposób. Kochałem, kurwa!”

Zołman położył głowę na blacie.

– Dy widzynia – powiedział ktoś – Dziynkuję za gośćynę.
– Haha, eliksir Y – zaśmiał się karczmarz wychodząc zza lady.

Zołman wciąż wpatrywał się w jeden punkt czerwonymi od łez oczami, ale w jego umyśle otworzyły się jakieś małe drzwiczki. Kilka neuronów połączyło się w łańcuszek. Orkiestra szarych komórek trafiła w znajomy klucz.

– Zaraz – powiedział. – Skąd on tu wziął taki zjebany eliksir?
– Zołmanie – powiedział łagodnie karczmarz odklejając sztuczne wąsy i zdejmując jednego japonka, którego miał na nodze – Zołmanie.

***

Nie jest łatwo przekonać ludzi o istnieniu czegoś, co nie istnieje, czego nikt nie widział. Jednakże w świecie, w którym na każdym kroku można spotkać takie stworzenia jak Belze–bab ze Swądogradu, Zrzyga z Wyrżnijmy albo Wypierdalać z Tąd, perspektywa Cmoka nie wydaje się nikomu aż tak nadzwyczajna. I komu właściwie ma się wierzyć w kwestii magicznych monstrów bardziej niż specjaliście? Rozpuszczenie wieści o rzekomym potworze to nie problem, a jeśli jeszcze rozłoży się kilka kup Hihihipotama w strategicznych miejscach, to można liczyć na to, że kłamstwo, powtórzone wiele razy, stanie się prawdą. Pewną niedogodnością było to, że król rychło wyznaczył wielką nagrodę za owego cmoka, ale zawsze można było postarać się o zlecenie na wyłączność. Sprawa wymknęła się nieco spod kontroli gdy chodziły słuchy, że nawet organizacja skrytobójców ostrzy sobie kły na pokaźną sumkę wyznaczoną przez Vinograd, a nawet stara się wyeliminować całą konkurencję, ale przejawów tego ostatniego Gejralt akurat nie zauważył. Trolle pilnujące jaskini też stanowiły problem. Wtedy Wejdźmin zaczął już wątpić w powodzenie przedsięwzięcia, ale na szczęście legwan pożyczony od Dyrdymała w połączeniu z mieszanką eliksirów “Kocham” i “Wyolbżymiam” podaną Zołmanowi rozwiązał problem. Tym w końcu zajmują się Wejdźmini. Rozwiązywaniem problemów.

***

Zołman patrzył na Gejralta, który jeszcze przed chwilą był karczmarzem i nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– No chodź się przytul – powiedział Wejdźmin. Krasnolud zrobił to, ale po chwili odsunął się.
– Co.. Gejralt. Jak? Czy… – wystękał. – Czy to wszystko… Nie. Czy to było po to, żebym, kurwa, powiedział, że was kocham? Powiedz że to wszystko nie było tylko po to, żebym powiedział że was kocham.

Gejralt uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Oż kurwa. Kurwa, oż. Kurwa. Mać. A cmok? Nigdy nie widziałem takiego wielkiego potwora!
– E, to tylko legwan. Ma na imię Pikuś – powiedział Wejdźmin. Zołman tylko patrzył na niego przez chwilę wytrzeszczonymi, zaczerwienionymi oczami.
– A… eksplozja? – krasnolud mówił coraz cieńszym głosem. – Gejralt, kurwa. Kurwa, widziałem jak wybuchasz.
– Efekty specjalne. Eliksir Supernowa. I trochę konfetti.
– A od kiedy umiesz prowadzić karczmę?! – krzyknął Zołman.
– Eliksir Karczmarz.
– A robić drinki!?
– Ten sam eliksir.
– A polerować szklanki?! Też eliksir karczmarz?!
– Nie, Zołmanie. To akurat nie jest takie trudne.

Krasnolud bez patrzenia sięgnął ręką po stojącą wciąż na barze butelkę spirytusu. Wypił ją duszkiem.

– A Dżemmefer? Gejralt, ona też się nabrała. Oszukałeś czarodziejkę. Wiesz co to oznacza.
– Tak. Biblijny potop. Już wkrótce. Ale nie z takimi rzeczami sobie radziliśmy – Wejdźmin wzruszył ramionami.
– Kurwa – krasnolud opadł na krzesło. – A Mlaskier? Wiedział o tym?
– Właściwie to nie wiem. Trudno powiedzieć – zastanowił się Wejdźmin – Ale jest cały i zdrowy. Bawi się w błocie na zapleczu.
– Ja pierdolę – pisnął krasnolud. – Czyli nigdy nie było żadnego cmoka?
– Aaa… – powiedział Gejralt z uśmiechem robiąc usta
w dzióbek.

CMOK! – rozległo się cichym echem po sali.

Wejdźmin zrobił maślane oczy.
Krasnolud zaczął się śmiać. Wejdźmin też zaczął się śmiać.
Kilku gości karczmy na wszelki wypadek, gdyby miało ich ominąć coś śmiesznego, też zaczęło się śmiać. Krasnolud wstał.

– Zajebię Cię toporem – powiedział. – Dokładnie za trzydzieści sekund.

Gejralt przeskoczył z nóżki na nóżkę.

– Mlaaskieeer – krzyknął.
– Noo? – rozległo się z zaplecza.
– Wskakuj na Pupkę! – Wejdźmin w podskokach podążył w stronę wyjścia. – Tylko szybko. Hi hi.

To był ciężki dzień. A była, znów, dziewiąta rano.

Rozdział XIV – „Pocałunek Przeznaczenia”, Część I

9:00 RANO

*** TYLE, ŻE TRZY DNI PÓŹNIEJ ***

Karczma „FLAKI, MAKI & ZACNY ZAPITEK” była pełna gości. W mieście trwał festyn z okazji nadejścia lata, toteż całe miasto od trzech dni chodziło całkiem pijane. Uśmiechnięte twarze odbijały się w błyszczących kuflach, grała muzyka i ci, którzy jeszcze mogli, zaczynali tańczyć, wesoło tupiąc w rytm skocznych dźwięków harmonijki, lutni, bębenków i skrzypiec. Ale żadna karczma nie mogłaby karczmą się zwać, gdyby nie znajdowała się w niej choć jedna osoba, która w samotności wlewa w siebie kolejne kieliszki wódki.

– A mówiłem mu… – powtarzał krasnolud Zołman pod nosem. – A mówiłem…
– Co pan mówił? I komu? – zapytał wreszcie karczmarz.
– Ech – jęknął. – Od początku wiedziałem, że to zły pomysł. Ale co ja mogłem. I co? Minęło zaledwie kilka godzin, a ja już tęsknię za tym nadętym mądralą. I tym półgłówkiem też.

Karczmarz zastanowił się.

– Mówi pan o tych dwóch, co tu byli z panem kilka dni temu? Mieliście wtedy jeszcze takie dziwaczne zwierzątko.
– To mój syn akurat. Zlaskier G. Junior. Niech pan tak nie patrzy, nie ja wymyślałem.
– Nie, nie, w zasadzie… Imię ładne, ale… – karczmarz westchnął. – Chciałem powiedzieć, że wygląda pan na człowieka strudzonego życiem.
– Panie, pan nie wiesz o czym pan mówisz. I jeszcze te sarny chędożone – krasnolud machnął ręką. – A jednak… Co ja teraz będę ro… ro… rooobiiił?
Zołman uderzył czołem o blat baru i zaniósł się cichym szlochem.
– Mlaskier to może nie jest do końca normalny, ale jaki pocieeesznyyyy…! A Gejralt bywał upierdliwy, bywał, ale takie dobre serce miaaał…!
– Niechże się pan uspokoi i opowie, co się stało.

Krasnolud przetarł twarz różową chusteczką ze starannie wyhawtowaną literą „G.”, z trudem powstrzymał łzy i zaczął:

– W Vinogradzie mieliśmy załatwić tylko kilka drobnych spraw. Gejralt chodził jakiś cały taki poddenerwowany i odezwać się do niego nie można było. Odebraliśmy dekret od ludzi cesarza, odwiedziliśmy kilka sklepów z ziołami, monopolowy, fryzjera i jakiś sklepik z fatałaszkami, ale nawet nowa bluzeczka nie poprawiła mu humoru. Gdyby nie ta zgraja ludzi, od razu ruszylibyśmy w drogę…

*** TRZY DNI WCZEŚNIEJ ***

– Panie wejdźmin! Panie wejdźmin, podejdź no tu pan!
Gejralt, chcąc uniknąć rozgłosu, chyłkiem wypił eliksir „Nie ma mnie”, który miał sprawić, że go nie będzie.
– Panie wejdźmin! Prosimy tu do nas!
– Hmm – mruknął, spoglądając na flakonik.

Ku radości i uldze zgromadzonych, zbliżył się. Posępnie.

– Czego? – rzekł.
– Pani! Panie, z nieba nam pan spadł! – ucieszył się wysuszony starzec o krzaczastych brwiach.

Gejralt rozejrzał się.

– Nieprawda, przyszedłem tamtym chodnikiem – odparł.
– Panie! W studni czai się licho!
– Co za licho? – spytał.
– No licho!
– Ludzi porywa! – wrzasnął ktoś z tłumu.
– Cicho! Ja be–de gadał! No licho!

Wejdźmin uniósł brew.

– Licho! Tam! Tam w studni! Nadążasz pan?!
– Mhm – mruknął Gejralt. – Może lepiej niech gruby mówi, a pan pójdzie krzyczeć „licho” gdzie indziej – rozkazał. – No więc?
– Już mówię – rzekł pulchny starszy jegomość odpychając tego o krzaczastych brwiach. – Dwa dni temu woda w studni zrobiła się całkiem czerwona. Myśmy się bali to pić. No tośmy poszli do dzielnicowego, żeby co zrobił, bo to jedyna studnia na naszej ulicy jest. No to on przyprowadził znawców i wybrali całą wodę. Jeden z nich powiedział, że pewnie rura rdzą zaszła. No tośmy poszli spać. Na drugi dzień, z samego świtu, córka mego sąsiada narobiła rabanu, aż wszyscy na ulice wyleźli. No i gada, że syna mego coś wciągnęło do przeklętej studni. Ja mówię: „Jak to! Przecie Sławek mój w izbie śpi!”
– I co? Spał? – zapytał wejdźmin oglądając paznokcie. – Fajny jakiś chociaż?
– No tom właśnie poszedł sprawdzić. I nie było go.
– Fajny? Panie, głupi jak but! – wtrącił starzec o wydatnych brwiach. – Dobrze, że go to licho porwało!
– Oż ty! – wrzasnął ten gruby. – Ty się córą swą lafiryndą zajmij lepiej! Całe szczęście, że ją też porwało!
– Wara od mojej Kalinki, ty łachudro, ty!

Starcy rzucili się na siebie z pięściami, a w koło zrobił się szum. Gejralt odskoczył na bok i dołączył do przyjaciół. Ziewnął.

– Może byś coś zrobił, zamiast dłubać w tych pazurach? – wtrącił Zołman.
Gejralt wywrócił oczami.
– Nie chce mi się – odparł. – Szkoda czasu. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
Zołman zmarszczył czoło.
– No dobrze, ale robię to tylko dla ciebie.

Wejdźmin wlazł na studnię, zajrzał do środka i kaszlnął. Przerażony tłum zawył.

– Panie wejdźmin! Nie zbliżajta się! Bo jeszcze i was porwie!
– …Licho! – padło z tłumu.
Gejralt spoczął na kamiennej ściance, i opierając stopę na stopie, odpalił cienkiego papierosa. Nakazał wszystkim usiąść wokół studni. Z czynności tej zwolnił jedynie Zołmana, bo uznał, że ten i tak wygląda jakby siedział. Kiedy skończył palić, powiedział, że zanim sprawdzi co jest w studni, będzie potrzebował kilku rzeczy, w tym świeżych bułek, dżemu truskawkowego, masła, butelki wina i obcążek. Wszystko miało być ładnie zapakowane w koszyk z błękitną wstążką. Mieszkańcy ulicy rozbiegli się w popłochu i zaczęli znosić wymienione rzeczy. Wejdźmin odstawił koszyk i wyrwał chłopu obcążki z rąk, aby czym prędzej obciąć sobie kawałek zadartego paznokcia, by – jak oznajmił – nie oszaleć, po czym schował przedmiot do kieszeni. Następnie oświadczył, że schodzi na dno, a podczas jego pobytu tam, nikomu nie wolno ruszyć się z miejsca, chyba że okoliczności zadecydują inaczej. Kiedy jego dolna część ciała znajdowała się już w studni, ujrzał przed sobą Mlaskra miętoszącego końcówkę swej wściekle różowej tuniki.
– Gejraaalt? – zapytał poeta. – A będę mógł jedną bułkę?
– Bułki są na potem – wytłumaczył.
Mlaskier posmutniał, co skruszyło wejdźmina.
– Później pójdziemy na lody – obiecał, puszczając mu oczko.
– Obiecujesz? – upewniał się Mlaskier.
– Obiecuje. Wracaj na miejsce.
Grajek oblizał się i pobiegł usiąść obok Zołmana.

*** ~ ***

– No i wlazł do tej studni nucąc jakiś stary kawałek Bi Gejsów, a ja zostałem z Mlaskrem, który nie wiem czemu, znowu zaczął się strasznie ślinić. Nie było go z pół godziny i ludzie zaczynali się już niecierpliwić.
– I co było dalej? – spytał karczmarz.
– No, już mówię…

*** ~ ***

– Łuuu… – rozległo się ze studni. – To jaaa…! LICHO!
Tłum wydał z siebie okrzyk przerażenia.
– Cicho! To znaczy… Ciiichooo…! Pożarłem weeejdźmiiinaaa…! I zaraz stąd wyjdę i pożrę was wszystkich, chybaaa, że ucieeeknieeecieee…! TERAZ!
Ludzie poderwali się z miejsc i z krzykiem rozbiegli się we wszystkie strony. Niektórzy pozamykali się w domach barykadując drzwi i zasłaniając okna, inni pobiegli przed siebie wydzierając się wniebogłosy. Mlaskier się popłakał, a Zołman oparł czoło na dłoni i wziął głęboki oddech.
– Gejralt, wyjdź stamtąd – powiedział.
– Poszli już? – zachichotał wejdźmin.
– Nie. Pobiegli.

*** ~ ***

– Po wyjściu ze studni Gejralt wytłumaczył nam, że Kalinka ze Sławkiem zaplanowali to wszystko, bo ich ojcowie nie wyrażali zgody na ich związek. Nie chcieli zwyczajnie uciec, bo bali się, że rodziny będą ich szukać. A Gejralt… Gejralt zawsze był pobłażliwy, jeżeli chodzi o te sprawy. No i przynajmniej humor mu się trochę poprawił. Ale starczy tego, przecież miałem opowiadać o Cmoku.
Karczmarz podbiegł do baru i pochylił się nad Zołmanem.
– To wyście byli? I ten wejdźmin, co szedł na Cmoka?!
– No po to ta nieszczęsna wyprawa była. Nie wspominałem?
– Panie krasnoludzie! Zołmanie! Ludzie!
– Cicho…
– Całe miasto o was gada! Pozwól chociaż, że uścisnę ci dłoń!
– Ech… Wolałbym, żeby uścisnął pan dłoń Gejraltowi. A teraz zostałem sam. Brat mnie nienawidzi, mój syn odszedł z trollem…
Karczmarz wyciągnął kolejną flaszkę i kieliszek dla siebie.
– Jeszcze wódki? – zaproponował.
Krasnolud nie odmówił, chrząknął i poprosił o następną kolejkę.
– Od początku szło nie tak, od początku…

*** ~ ***

– Jestem gruby! – wrzasnął Mlaskier przez łzy i skulił się za drzewem.
Po kilkugodzinnej wędrówce przyszedł czas na odpoczynek i posiłek, toteż cała trójka ulokowała się przy głównym szlaku na szczyt góry, który to Cmok wybrał sobie na swoje legowisko.
– Wcale nie jesteś gruby. Już ja wiem najlepiej – uzasadnił wejdźmin.
– Zostaw mnie! Jestem obrzydliwy! – łkał dalej grajek.
– Kto ci tak powiedział?
– Zołman!
– Zołmanie?

Krasnolud jęknął. Siedział na pieńku ostrząc swój topór.

– Ech… Nie powiedziałem, że jest gruby, tylko żeby nie żarł wszystkiego jak popadnie – wytłumaczył.
– No widzisz? Zołman się o ciebie po prostu martwił.
– Naprawdę…? – zapytał Mlaskier, ocierając łzy.
– Naprawdę – uspokajał wejdźmin, smarując bułkę dżemem. – A ty po co ostrzysz to swoje ohydztwo, Zołmanie? I tak nigdzie nie idziesz. Na Cmoka idę sam.
– I zamierzasz go załatwić bułkami z dżemem? To powodzenia.
– Na całusa zawsze jest czas. Masz, napij się wina.
– Jakiego, kurwa, całusa?

Głos mężczyzny w prowizorycznej zbroi ubiegł odpowiedź Gejralta.

– No ładnie się tu zabawiacie! – rzekł nieznajomy. – Wejdźmak, co? Pewnie idziecie ubić Cmoka!
– Możliwe – odparł Gejralt.
– No panowie, to mamy nie byle towarzystwo! – stwierdził mężczyzna, opierając swą dziurawą tarczę o leśny głaz.
– Towarzystwo? – zapytał wejdźmin prostując się. – Nie sądzę. Mam Cmoka na wyłączność – rzekł, zadzierając głowę.
– Ha! Dobre sobie.

Mężczyzna zaciągnął się śmiechem, ale to nie zbiło Gejralta z tropu.

– Mam tu specjalny dekret od samego cesarza Emhuja val Emsreja… – wygłosił. – Zaraz… Gdzie on jest? Ktoś widział? Jasnożółty gruby papier z odciśniętym w czerwonym wosku herbem lwa?

*** ~ ***

Dochodziła pierwsza w nocy. Kwartet grajków był już zbyt pijany, aby zabawiać gości muzyką i zszedł ze sceny, a właściciel karczmy zbyt śpiący pod stołem, żeby go tam z powrotem zagonić, toteż bywalcy radzili sobie na własną rękę.

– A potem, to było już tylko gorzej – kontynuował Zołman. – Na Cmoka szły tłumy, bo jak dowiadywaliśmy się od każdego po drodze, „cesarz to się może w rzyć pocałować, ogłoszenie i tak wszyscy przeczytali, a nagroda i tak się należy”, no więc Gejralt postanowił, że musi tam dotrzeć jako pierwszy, bo jak stwierdził: „Ta banda wiejskich, zasmarkanych, pryszczatych pedałów jeszcze go zabije”. A powtarzam panu, panu barmanu, że jak Gejralt się na coś uprze, to nie ma zmiłuj. Wsiedliśmy na konia – Mlaskier z tyłu, ja z przodu – i tak popędziliśmy, tak popędziliśmy, że zatrzymaliśmy się dopiero pod samą górą. Gejralt był tak podekscytowany, że całą drogę pojękiwał mi nad uchem. Wtedy po raz pierwszy ujrzeliśmy Cmoka. Panie, jak zobaczyłem to coś, to… w życiu. W życiu nie widziałem czegoś takiego… w zasadzie pięknego. I strasznego. Wielki jak okręt, bialuśki jak śnieg, trzy głowy, ogon jak sto splecionych lin, a jak rozpostarł skrzydła, to cień padł chyba na cały Vinograd. Unosił się nad nami majestatycznie, a potem wylądował na szczycie i wydał z siebie taki dźwięk, że głowa mała. Gejralt wyglądał jakby się zakochał i wymyślił, że pójdzie na skróty. Zaczął wspinać się po skałach, a Mlaskier oczywiście za nim. Dobrze, że chociaż ubrał spodnie, bo bym tego nie wytrzymał. A ja… ja jestem krasnoludem. Nie mam szans we wspinaczce górskiej. No to wsiadłem na te jego Pupkę i…

– Wsiadł pan na jego pupkę? – zdziwił się karczmarz.
– Kurwa, tak ma na imię koń Gejralta. A właściwie konie. Zresztą, jeden z nich stoi zaparkowany przed karczmą. Swoją drogą, nie wiem jak on to robi, ale te Pupki wiecznie za nim łażą.
– Całkiem ładne imię jak dla… Przepraszam na moment.
Karczmarz zsunął się pod bar.
– Co pan robi? – spytał krasnolud, próbując dojrzeć karczmarza.
– Muszę przypu… przypierdolić w… nosek – odparł głos zza baru.
– Ma pan jakieś dobre zioła?
– Mam coś lepszego. Chce pan?

*** ~ ***

– Jak się boisz ciemności to nie idź – rzekł wejdźmin wypijając znajomy krasnoludowi eliksir.

Dalsza wspinaczka była niemożliwa. Sam szczyt, mierzący ponad trzysta metrów, był gładki i pionowy, a jedyna możliwa droga naprzód prowadziła przez jaskinię, toteż Gejralt postanowił, że muszą ją zbadać. Zołmanowi pomysł ten nie przypadł do gustu.

– Mlaskier idzie ze mną, bo ma różne przydatne w ciemnościach talenty – ciągnął wejdźmin.
– Talenty?! – oburzył się krasnolud. – A jakie on ma, kurwa, talenty?! Łazi tylko! Wszędzie wpycha paluchy, ślini się i… O! Nawet teraz to robi!
– Ty się po prostu nie umiesz z nim obchodzić – stwierdził Gejralt.
– Tak? To powiedz mu, żeby się ubrał.
– Sam powiedz.
– Mam tego dość! – krasnolud założył ręce na piersi. – Nie będę się z wami obchodził jak z jajkami.

Gejralt przysunął się do niego mierząc go wzrokiem.

– Skoro już mowa o jajkach – zaczął. – Wiesz, że z tej wyprawy mogę akurat nie wrócić?

Zołman pomyślał.

– Spierdalaj! – krzyknął. – Już ja wiem, co ci chodzi po tej głowie! Nic z tego. Niczego nie będę pił! Nie będę się też nachylał, żeby ci podać jakieś niepotrzebne gówno z ziemi, gasił światła ani zamykał oczu.
– Jesteś dzisiaj wyjątkowo drażliwy, Zołmanie, zaraz poprawię ci humor. Wiesz co to jest? – zapytał wejdźmin, unosząc na palcu małego, czerwonego owada w czarne kropki. – To jest biedłonka.
– Biedronka chyba.
– Nie, to jest akurat biedłonka. Bardzo rzadka odmiana – wyjaśnił, kładąc stworzonko na rękę krasnoludowi, ówcześnie na nie chuchając.
– Wygląda jak zwykła biedronka. Ała! – wrzasnął krasnolud.
– Tak. Różnica jest taka, że biedronki są grzeczne i miłe, a biedłonki są wściekłe i gryzą, a ich jad jest silnie trujący.
– Trujący?! To po cholerę mi to dałeś?!
– Bo mam TO – oznajmił.

Gejralt wyciągnął małą buteleczkę wypełnioną czerwonym płynem i leniwie oznajmił przyjacielowi, że jak to wypije, to za piętnaście sekund nie umrze. Zołman, upewniwszy się, że to bezpieczniejsze niż śmierć, wyrwał korek z butelki i zaczął wlewać sobie płyn do gardła. Przestał jednak, gdy spostrzegł, że usta Gejralta wykrzywiają się w uśmiechu, a oczy mrużą. Znał tę minę aż za dobrze.

– Nie ma czegoś takiego jak „biedłonka”, prawda? – zapytał.
– Nie. Nie ma.
– I wcale bym nie umarł?
Wejdźmin przykucnął i pokiwał głową.
– To co właśnie wypiłem i dlaczego wydajesz mi się atrakcyjny? Gejralt, na wszystkie zamtuzy w Koxenfurcie, coś ty mi znowu zrobił?!
– O, jeszcze nic.
– Nigdy wcześniej nie zauważyłem, że masz takie piękne oczy.
Krasnolud chwycił się za głowę zastanawiając się, jakim cudem słowa te wyszły z jego gardła.
– No widzisz, od razu lepiej – ucieszył się wejdźmin. – Zauważyłeś nie raz, tylko nie pamiętasz.
– Nie raz? Jak to nie pamiętam?!
– No już, już. Daj rączkę i chodź, patrz jaka fajna jaskinia. Mlaskier, ty też chodź. W końcu coś ci obiecałem.
Mlaskier obślinił się.

*** ~ ***

Karczmarz podrapał się po czole.
– Ciemno jak w dupie, duszno i mokro – ciągnął krasnolud.
– Trafne porównanie – zauważył.
– Co? No nieważne. W każdym razie szliśmy w głąb jaskini i nagle zostałem sam. No to wołam jednego i drugiego, ale odpowiedziało mi tylko echo. Potem usłyszałem hałas i poczułem czyjąś obecność. Pomyślałem, że Gejralt znowu się ze mną droczy, no to pytam, czy to on za mną stoi i mówię, żeby się przesunął – bo wie pan, z jakiegoś powodu nie czuję bezpiecznie kiedy Gejralt za mną stoi. A on chichocze i mówi, że tak, że owszem, że stoi, i mnie ucisza. A ja nie cierpię, jak się mnie ucisza. Już miałem zrobić awanturę, kiedy jego łapy złapały mnie za głowę i nakierowały na migoczące światło w oddali. Nie był to prześwit sugerujący drugie wyjście, jak z początku myślałem, tylko ognisko. Zrobiło się jasne, że przez jaskinię nie przejdziemy, a do tego na jej końcu mieszkały dwa trolle. Ha ha! Jak pan zgadnie, jak miały na imię, to dam panu sto koron!
– Krzysztof i Krzysztof.
Zołman zdębiał.
– Żesz kurwa… – rzucił przed siebie, razem z pieniędzmi. – Skąd pan wiedział?
– Bo… Jestem karczmarzem, rozmawiam z ludźmi i wiem różne rzeczy. A co z Mlaskrem?

*** ~ ***

– Mlaskier stóóój! – wrzasnął wejdźmin widząc, jak jego goły towarzysz biegnie na przywitanie mieszkańców groty.

Trolle, jak to trolle, nie były wrogo nastawione. Ale były…

– …GŁODNE. TO MY ZJEŚĆ JEDEN Z WY – wydukał Krzysztof.
– Was – poprawił Gejralt.

Trolle spojrzały po sobie.

– NIEMCY – zauważył Krzysztof.
– NIESMACZNE – nadmienił Krzysztof.
– JA WIEM.
– JA TEŻ.
– To my już sobie stąd… gehen – wtrącił Zołman.
– I GEJE.
– NIEZDROWE.
– JA WIEM.
– JA TEŻ.

Trolle wzruszyły ramionami. Krzysztof odwrócił się i wyjął z kotła ociekającego sosem grzybowym Mlaskra, który oblizywał dłonie i inne części ciała, do których sięgał. Krasnolud pomyślał, że nikomu nie poleciłby go zjeść, chyba, że chciałby kogoś otruć.

– TY – zawołał towarzysza Krzysztof. – MOŻE ON NIE NIEMCY? SPRAWDŹ.
– TY – Krzysztof zwrócił się do Mlaskra.
– Ja? – zapytał poeta.

Trolle pokiwały głowami.

– NO NIE POJEMY.
– NO NIE.

Gejralt wyglądał na załamanego. Po wyjściu z jaskini w milczeniu usiadł na kamieniu i wsadził głowę między kolana, aż jego długie srebrne włosy z różowym pasemkiem pośrodku rozłożyły się na ziemi. Słońce zaczęło już powoli zachodzić, a on po raz pierwszy w życiu zupełnie nie wiedział co robić. Cmok był blisko, jego ciężki oddech huczał mu w uszach, i gdyby tylko droga na szczyt nie była tak niemożliwa do przebycia, bestia byłaby już jego.

– Gejraaalt? – odezwał się poeta plotąc srebrne warkoczyki na głowie wejdźmina. – Ale ciągle jesteś zły, że się nie podzieliłem? Wiesz, nie masz czego żałować. Ten niebieski żelek w kształcie lwa był bez smaku, a naleśnik smakował jak papier. Chudy i suchy nawet z dżemem.

Gejralt podniósł głowę i wlepił wzrok w przyjaciela.
– Mlaskier! Jesteś geniuszem! – krzyknął.
Zołman zadławił się winem.
– Dżemmefer! – wrzeszczał wejdźmin podskakując. – To ona pomoże mi dostać się na szczyt!

*** KONIEC CZĘŚCI  I ***