Rozdział VI – „Jajka”

Wschodzące słońce wzbiło się ponad wyrżnijmijskie domy i okryło złotym światłem porośnięte cekinami dachy. Przyroda budziła się tu do życia dwa razy szybciej z powodu licznych odblaskowych powierzchni, a cichy śpiew oślepionych ptaków przerywało nieustanne…

– Ile?! – krasnolud chwycił się za głowę. – ILE?
– Tyle, co powiedziałem – rzucił Gejralt, zamykając mosiężne wrota banku Fifaldich.
Założył okulary przeciwsłoneczne. Okulary były niezbędnym gadżetem w Wyrżnijmie w słoneczne dni.
– ILE?! – powtarzał krasnolud.
– Zołmanie, nie wrzeszcz tak, głowa mi pęka, przesadziłem wczoraj z alkoholem, a Fjutest przesadził ze mną. Po tej całej akcji z ryczywołem, nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
– Fjutest dał ci tyle kasy za nic? ZA NIC? Przecież to Porzeczka załatwiła potwora! Ty nic nie zrobiłeś!
– Zrobiłem zrobiłem, Zołmanie. Załatwiłem innego… –  Gejralt zastanowił się – …potwora.
– Jezus Maria! Gejralt! Już nigdy nie będziesz musiał pracować! Możemy kupić sobie wszystko! Domy, konie, wozy! Wóz! Tak WÓZ! Kupmy sobie WÓZ!

Pomysły Zołmana nie miały końca. Krasnolud chodził w tą i z powrotem i z obłędem na twarzy wymachiwał rękami. Wejdźmin pozostawał niewzruszony. Miał kaca.
Mlaskier też miał pomysł. Splótł ręce pod brodą i z nadzieją zajrzał w oczy wejdźmina.
Gejralt uśmiechnął się i poklepał poetę po kędziorkach. Jego spojrzenie zawsze wywoływało w nim przyjemne ciepło.
– Prowadź – rzekł.

Z przyczyn bliżej dla Zołmana niewyjaśnionych, Gejralt stał się niewyobrażalnie zamożnym wejdźminem. Z przyczyn jeszcze bardziej dlań niezrozumiałych, nie kupił wozu. Wszystkie pieniądze oddał Porzeczce, zostawiając sobie tylko kilka par majtek i worek cukierków, którymi jak nigdy obdarował go Fjutest.
Mlaskier pomógł urządzić dziewczynce mały pokoik tuż nad jej ulubioną piekarnią, który Gejralt wytargował stosując wachlarz sztuczek wejdźmińskich (tych niestety nie da się tu opisać). Zadbali też o czyste ubrania i jedzenie, chociaż minęło sporo czasu nim nauczyła się, że może jeść więcej niż jedną kromkę chleba dziennie.
Porzeczka pokazała innym, że nawet najbardziej przerażający potwór może być dobry, a kiedy podrosła, stworzyła pierwszy przytułek w mieście, gdzie każdy był mile widziany. Rozsławiona przez ballady miszcza Mlaskra dziewczyna już nigdy nie zaznała chłodu, a „Krater Porzeczki” codziennie wypełniał się podarunkami od zamożnych mieszkańców, które Porzeczka przekazywała swoim podopiecznym. Nawet sam Fjutest wrzucił tam raz cukierka…

Wyrżnijma o tej porze roku wyglądała wyjątkowo. Wyjątkowo, jak sądził Zołman, obciachowo. Miasto pod rządami króla Fjutesta kwitło we wszystkich kolorach tęczy, albowiem władca (zdobywca dziewięciu statuetek ustanowionej przez siebie nagrody dla Najlepszego Króla Ever) słynął z zamiłowania do wszystkiego co mieniące się, błyszczące i ładne. Z tego samego powodu uwielbiał też swój tyłek. Jego skarbiec – pełen słodkości, kosztowności, majtek, cekinów – i monet (wybijanych przez bankierów zawsze wtedy, kiedy król uważał, że ma ich za mało) potrafił topić się niewyobrażalnie szybko i z tego król też był znany. No i jeszcze z paru innych rzeczy, o których może innym razem.

Ponieważ aura sprzyjała rozrywce i zbliżały się Święta Wielkanocne, wejdźmin, wspólnie z kompanami zadecydował, że zostaną kilka dni w mieście. Zołman co prawda protestował, ale przegrał w „papirus, nożyce, kamień”, a ustanowiona przez króla w niedalekiej przyszłości tradycja wkrótce sprawiła, że jeszcze bardziej znienawidził Wyrżnijmę – choć z biegiem lat nauczył się sobie z nią radzić. Znał kilka zaułków, do których królewska władza nigdy nie zaglądała, poza tym akurat dziś wolał unikać Fjutesta po tym, jak podbił mu oko. Wszedł do worka po kartoflach i poszedł spać.

Mlaskier, nie tracąc czasu na fochy krasnoluda, postanowił napisać nową balladę, toteż skierował się do miejskiego parku, gdzie otoczony flamingami z plastiku i prostytutkami niewiadomej płci zabrał się do roboty, uznając to wyjątkowe miejsce za odpowiednie.

Gejralt udał się na główny rynek, gdzie jak co dzień o świcie rozpoczynało się gwarne targowisko. Był głodny. Wśród licznych kupców, dopiero co rozkładających swoje stragany, spostrzegł słup ogłoszeniowy, a na nim długą wąską kartkę. Ubrudził ją bułką z czekoladą, którą wyłudził od cukiernika nim ten zdążył się zorientować i przeżuwając ją dokładnie i powoli, przeczytał tajemniczą wiadomość. Mruknął marszcząc brwi i schował ją do kieszeni.
Mijając robotników stawiających nowy pomnik Fjutesta, dostrzegł wysoką wieżę, której nigdy wcześniej nie widział. Tylko w sobie znany sposób skojarzył długą wąską kartkę i wysoką wieżę i spacerkiem ruszył w jej stronę.

Przesadnie szpiczasta budowla, opleciona schodami ze szpalerem półprzytomnych strażników na każdym stopniu, mogła należeć tylko do jednej osoby.
Gejralt podał ogłoszenie stojącemu pod drzwiami strażnikowi, a ten, spojrzawszy na nie smętnie, rzekł:
– Kto?
– Wejdźmin Gejralt.
– Nie znam.
– Ale on zna. Ja w sprawie ogłoszenia.
– Dobra, niech idzie.

Czterysta stopni później Gejralt przywitał się z kolejną przeszkodą. Służący, wyczekujący pod komnatą swego pana, spoglądał nieprzychylnym wzrokiem na postać przed sobą. Nie mogąc już znieść widoku oblizywanych z czekolady palców i towarzyszącemu temu uporczywemu mlaskaniu, zgodził się zapowiedzieć przybysza.

– Najwyższy Czarodzieju! – zaczął, otwierając kamienne wrota. – Wejdźm…
– Cicho – odezwała się wysoka czarna sylwetka w szpiczastym kapeluszu wyglądająca przez okno.
– Kazałeś nazywać się „najwyższym”? – spytał wejdźmin. – Żal. Nie możesz się po prostu… nie wiem, powiększyć jakimś zaklęciem?
– Już się powiększyłem – odparł czarodziej. – Poza tym, cicho!
Dyrdymał zeskoczył z drabiny, odpiął dolną część swej szaty, poprawił półtorametrowy kapelusz i wygodnie rozsiadł się w kartonie po jajkach machając nóżkami w bucikach ze szpiczastym czubkiem.
– Cicho powiedziałem! – wrzasnął ponownie. – Jak ominąłeś moją straż? Wynająłem tysiąc najlepszych mężczyzn w boju!
„Chyba w upoju”, pomyślał wejdźmin, włożył do buzi cukierka i rzekł:
– Powiedziałem im, że cię znam.
Dyrdymał rozszerzył oczy i przez chwilę nie ruszał się wcale. Nakazał służącemu zwolnić całą straż i zatrudnić nową. Wejdźmin poradził mu, aby polecenie wykonał w odwrotnej kolejności.
– I kup mi więcej jajek! – dorzucił jeszcze Dyrdymał.
Służący ukłonił się nisko. Kiedy wyszedł, Gejralt zwrócił się do czarodzieja, odgarniając włosy na bok.
– Przyniosłem ci dwa jajka – zagaił, rozglądając się po pokoju, w którym roiło się od pisanek. Zastanowił się. – To tego dotyczyło ogłoszenie, prawda?
Dyrdymał zaczął nerwowo chodzić w tą i z powrotem przyprawiając Gejralta o mdłości. Mogła to być też wina cukierków.
– Cicho! Mam plan – oznajmił zatrzymując się w końcu. – Będziesz moim ochroniarzem, na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie zamordować.
– A jajka?
– Malowanie kurzych jaj mnie odstresowuje – wyjaśnił czarodziej.
Gejralt nadymał usta.
– Malowanie?… – jęknął. – Trzeba było się jaśniej wyrazić w tym ogłoszeniu…
– Cicho! Zgadzasz się czy nie?

Gejralt wzruszył ramionami. Dyrdymał uznał to za tak, toteż wejdźmin udał się do pobliskiej tawerny, w której przesiadywała większa część jego straży. Zamówił martini z oliwką uznając, że fucha jaką właśnie zdobył jest całkiem przyjemna. Po chwili skupił wzrok na znajomej twarzy.
– Jędrek…? – zaryzykował zapytać.
Pękaty mężczyzna w czapce z futra niedźwiedzia zmrużył oczy.
– Gejralt? Kupę lat! – wrzasnął nagle stanowczo uderzając wejdźmina w plecy. – Ledwo cię poznałem!
– Ja ciebie też, ale sądząc po uderzeniu, dalej rąbiesz drewno – wykaszlał wejdźmin próbując złapać oddech.
– Mylisz się, siadaj! Powspominamy dawne czasy! – ucieszył się. – Lubię takie chwile! – kontynuował zaraz po wlaniu w siebie kufla piwa. – Tłuste żarcie, wódka bez popitki, męskie rozmowy o kobietach!
Gejralt odstawił martini i zdjął nogę z nogi.
– Tak – potwierdził.
Czasami się zapominał. A w zasadzie zawsze. Lub nigdy. On po prostu taki był.
– A co ty jesteś tak dziwnie ubrany? – zapytał Jędrek.
Gejralt poznał Jędrka, kiedy jako młody chłopak opuścił mury Homo Moher i spotkał grupę wędrownych drwali, z którą spędził niecały miesiąc. Opleciony cuchnącymi skórami niedźwiedzi, spał pod gołym niebem, jadł rękami, nie mył się za często, targał drewniane bale na własnych barkach, a nawet czołgał się w błocie, aby sprawdzić, jak to jest być – jak powszechnie uważano – prawdziwym mężczyzną.

Znudziło mu się.

– Pal licho te kozaczki – kontynuował drwal – ale ten różowy rzemyk to już przesada. I wychudłeś jakoś. Te spodnie z lamparciej skóry przywarły ci do tych szczudlastych nóg. I koszula jakaś za krótka, podarła ci się? Chyba nie powodzi ci się najlepiej, co?
Gejralt obrzucił spojrzeniem nadmuchany brzuch towarzysza i jego nieszczery uśmiech, sięgnął po kieliszek na długiej nóżce i odwrócił się bokiem na powrót zakładając nogę na nogę.
– Tobie chyba za to aż za dobrze – rzekł.
Gejralt nigdy nie lubił Jędrka. W myślach nazywał go Kutasem z Dębowego Pola.
– He! A żebyś wiedział! – chełpił się drwal. – Widzisz ten pasek? Najwyższej jakości, nie jakieś byłe co.
– A po co ci pasek? Raczej nic z ciebie nie spadnie… – burknął pod nosem wejdźmin.
– A wiesz, z czego jest mój żakiet?
– Nie wiem, ale dobrze, że materiał się rozciąga…
– Ze skóry małych owieczek! Sam zabijałem! A ty czyją krew masz na włosach?
– Słucham?
– Ten różowawy kosmyk… Jakiś triumfalny potwór, co? Ależ żeś nas wtedy zadziwił, jak wyznałeś, żeś jest wejdźminem! He! Chłopaki nie mogli uwierzyć. Rąbanie drewna nie szło ci najlepiej, ale mieliśmy chociaż z ciebie ubaw! No, ale jak na tych bagnach przegoniłeś te… no te…! Jak im tam było?
– Udupielce.
– No! Udupielce właśnie, tośmy nabrali do ciebie z chłopakami szacunku! – rzekł, ponownie waląc Gejralta w plecy. – Ale nie na długo! He he!
– Jezus Maria… Nie tak mocno – wykaszlał Gejralt, ale Jędrek po raz kolejny nie zwrócił na niego uwagi.
– A żeśmy się cały czas zastanawiali, po kiego wuja ci te dwa miecze i jeszcze noszone na plecach, jak jakaś fujara! No, ale gdyby nie ty, to pewnie byłoby już po nas. Pożarłyby nas żywcem!
– Niekoniecznie. Ale raczej by się wam nie spodobało – rzekł wejdźmin żałując, że wtedy pozbył się tych udupielców. Zmienił temat.  – Co sprowadza cię do Wyrżnijmy?
Jędrek podrapał się po głowie.
– A co mi tam! – machnął. – Powiem ci, boś jest swój… – zastanowił się i nie dokończył. – Jesteśmy kolegami po fachu. Zostałem płatnym mordercą.
– To nie po fachu – skwitował Gejralt.
– Zabiję każdego, byle płacili złotem. – Jędrek pochylił się w stronę wejdźmina i pokazał mu portret. – To moje pierwsze zlecenie.
– Przepra-szam najmoc-niej, panie morder-co – wtrącił chwiejący się strażnik. – Czy mógłby mi pan podać tam-ten stojak ze-solą…?
– Kto jest zleceniodawcą? – zapytał Gejralt ubiegając Jędrka w podaniu soli.
– He! Sam król! Rozmawiałem z nim osobiście. Przyjął mnie wczoraj w swojej sypialni. Obok leżała jasnowłosa niewiasta, goluśka cała, a jaki tyłeczek miała… Ech! Taki król, to ma życie!
– Dzię-ku-ję… mości… panie …nko – strażnik oddalił się.
– Ale co ty tam możesz wiedzieć – ciągnął drwal. – To ja poznałem króla osobiście. Dał mi nawet sakiewkę złota na zaliczkę – rzekł, obgryzając ociekające tłuszczem świńskie udko.
Gejralt przewrócił oczami, na co Jędrek zareagował niekontrolowanym śmiechem. Według Gejralta nie było na świecie niczego gorszego niż jeść i śmiać się jednocześnie.
– Ale żeśmy mieli z ciebie ubaw! Po pachy! No teraz to wszystko mi się przypomniało! Ty i te twoje ruchy! A pamiętasz jak kazaliśmy ci zbierać szyszki do koszyczka? – Jędrek zanosił się coraz to bardziej drwiącym rechotem. Niewiele mógł już powiedzieć, więc ponownie uderzył pijącego martini wejdźmina w plecy, co tym razem nie odbiło się bez echa. Pech chciał, że Gejralt właśnie wciągnął oliwkę.

Wejdźmin kaszlnął i wypluł ją. Ta, szybując z dużą prędkością, odbiła się od przyłbicy jednego z bardziej pijanych strażników, który najwyraźniej stwierdził, że oberwał i upadł. Oliwka wylądowała w gardle próbującego napić się wódki innego strażnika. Gejralt wykonał gest Zołmana i przykładając dłoń do czoła próbował się za nią ukryć. „Naciśnijcie go z całej siły tuż pod brzuchem!” – krzyknął ktoś z tłumu, ale duszący się biedak był przecież w zbroi. Z pomocą – pokaźnym toporem i chwiejnym krokiem – ruszył dowódca straży, zamachnął się i rozłupał beczkowatą metalową zbroję. Nie dobrał jednak dobrze siły i wbił topór również w kark nieszczęśnika, który to w końcu wykrztusił oliwkę i padł na ziemię zahaczając o stół zastawiony żarciem. Dowódca uznał zadanie za pomyślnie wykonane. Oliwka wraz z jedzeniem ze stołu poszybowała w górę i trącając żyrandol rozbujała go, po czym z powrotem wpadła do kieliszka Gejralta. Znalazło się w nim też obgryzione kurze udko. Wejdźmin skrzywił się, po czym spojrzał na trzeszczący żyrandol. Następnie utkwił wzrok na spadającej, idealnej kropli wosku, która kapnęła Jędrkowi prosto na czoło. Potem druga. Trzecia. Potem spadła cała świeczka. A potem cały żyrandol huknął i runął na Jędrka, wzniecając niewielki pożar.

Gejralt siedział w bezruchu poruszając tylko gałkami ocznymi. Czuł na sobie wzrok całej gwardii. Spojrzał na wciąż uśmiechniętego, nie ruszającego się drwala, na oliwkę, na martwego strażnika, na żyrandol, znów na oliwkę i w końcu na tłum wlepionych w niego strażników.
– Cóż za… niefortunny ciąg zdarzeń – rzekł, odstawił martini, wstał, chrząknął i wyszedł.

Przedarł się przez czterysta stopni omijając czterystu urżniętych strażników i wszedł do komnaty Dyrdymała.

– Cicho! Moi strażnicy właśnie donieśli mi, że nic podejrzanego się nie dzieje – rzekł czarodziej na jego widok.
Gejralt zrobił dzióbek z ust.
– Znalazłem twojego mordercę – oznajmił.
Dyrdymał upuścił jajko.
– Pozbyłeś się go? – zapytał czarodziej.
– Tak jakby.
– Tak jakby?!
– Powiedzmy, że umarł ze śmiechu. Resztę będzie musiał wyjaśnić Fjutest. Chodź.

W tawernie pod wieżą zaczęto zapalać świece, bo po stracie żyrandola zrobiło się tu zbyt ciemno. Dyrdymał podarował właścicielowi swoje jajcarskie prace jako zadośćuczynienie, a ten postanowił przyozdobić nimi swój lokal. Gejralt wyjrzał za okno i podał Mlaskrowi kolejną pisankę, do której właśnie skończył przytwierdzać sznureczek.
– Nie widziałeś Zołmana? – zapytał.
Grajek pokiwał głową.

Orszak króla był już prawie na miejscu.

– Co tu się kurwa wyprawia! Tyle straży w moim mieście? Przecież tu się kurwa w ogóle nic nie dzieje – powiedział Fjutest zrzucając cekinową pelerynę na ziemię w towarzystwie królewskiego szwadronu, który wchodząc wyważył drzwi. – Pomijając wczorajszy incydent z jakimś zjebanym potworem, co rozpierdolił mój pomnik. Kurwa, jak tu ładnie! Dlaczego ja nie mam takich ładnych jajek?
Wejdźmin zachichotał po czym pomyślał, że rzeczywiście – nie ma.
– Gejralt! – ciągnął król. – Po co kazałeś mi przychodzić do tej zatęchłej dziury akurat o osiemnastej? Nie wiesz, kurwa, że o tej porze biorę kąpiel? Daj, kurwa, chociaż dotknąć włosów.
Fjutest podszedł do wejdźmina i już miał go szarpnąć za czuprynę, kiedy coś przykuło jego uwagę.
– Znam tego gościa – oznajmił król spoglądając na przygniecione żyrandolem uśmiechnięte zwłoki. – Kto to jest?
– To jest Jędrek – wyjaśnił wejdźmin. – Podobno go wynająłeś, aby pozbył się Dyrdymała.
– Co ty Gejralt, pojebało cię? Nie pamiętasz jak było? No ty akurat rzeczywiście możesz nie pamiętać – stwierdził chwilę później król klepiąc go w tyłek, po czym zwrócił się do czarodzieja:
– Sorry Dyrdymał, na śmierć o tym zapomniałem, najebany byłem. Gejralt zasnął ryjem w poduszkę i ni chuja nie dało się go obudzić, a że mnie ciągle brało na pieszczoty, to przejrzałem ogłoszenia, patrzę: Jędrek Żelazna Ręka, pomyślałem: No! Tego mi właśnie trzeba! A tu przychodzi taki obleśny typ i mówi, że zabije każdego, kogo wskażę. No myślałem, że pęknę ze śmiechu, ale że byłem w nastroju do żartów i miałem twój portret na szafce nocnej, to mu dałem dla jaj, bo portretu Gejralta szkoda mi było oddawać. I ot kurwa, cała historia.

Fjutest oparł ręce na biodrach i wysunął miednicę do przodu. Rozejrzał się.

– To co, skoro już wyszedłem z domu, to muszę do niego wrócić. Albo nie! – krzyknął niespodziewanie. – Kurwa, w końcu są Święta! Zapraszam wszystkich na ucztę do tej tawerny i ustalam nową tradycję na cześć mojego przyjaciela Dyrdymała, wedle której, od tej pory, podczas Wielkanocy wszystkie jajka w mieście mają być pomalowane! A ciebie Gejralt – dodał psotnie – zapraszam na twoje ulubione martini z oliwką! A potem do mnie.
Wejdźmin westchnął.
– Tym razem wypiję bez – zadecydował. – Same problemy przez te oliwki, co nie Mlaskier?
Wejdźmin spojrzał na przyjaciela.
– Mlaskier? Mlaskier, do jasnej ciasnej! Te jajka nie!

Rozdział V – „Porzeczka”

Dziewczynce było zimno. Była do tego przyzwyczajona. Wiedziała, że obok piekarni przy rozgrzanych ścianach komina można było uniknąć najgorszego chłodu. A i czasem rzucili kawał spalonego chleba, który wystarczał na dwa – trzy dni pożywienia. Noce były gorsze, wtedy spod piekarni gonili, i trzeba było szukać innego miejsca.

Raz w tygodniu zrywała pod miastem tulipany. Zanosiła je mamie. Grabarz sprzątał je kilka dni później, ale dopiero, kiedy usychały. Dziewczynka lubiła go. Nigdy nie był dla niej niemiły.

Kiedyś spotkała prawdziwego księcia. Złota karoca zaprzęgnięta w białe konie zatrzymała się tuż obok niej. Wysiadł bardzo młody panicz, trzymając w ręku pantofelek. Nie wiedziała, o co chodzi kiedy zabrał ją do środka i założył jej go na stopę. Nie wiedziała o co chodzi, kiedy wyrzucono ją podczas jazdy na mokry bruk, kiedy nie pasował. Wybiła sobie wtedy zęba. Ale była wdzięczna, ponieważ przez chwilę było jej ciepło.

Nie wiedziała, ile ma lat, ani jak długo już błąkała się po ulicach Wyrżnijmy. Nie rozumiała pogardliwych spojrzeń przechodniów i ponurych min właścicieli posesji, którzy czasem szczuli ją psami. Ale była dzielna.
Widziała raz pana o srebrnych włosach w towarzystwie śmiesznie ubranego barda i brodatego krasnoluda idących ulicą. Bardzo im zazdrościła. Rozmawiali i śmiali się. Też chciałaby umieć się tak śmiać.

Zasnęła powoli. Przykryła się starym, zapchlonym kocem, który znalazła kilka dni wcześniej na śmietniku na zapleczu kamienicy. To był luksus. Wiedziała, że będzie mogła korzystać z niego, dopóki jakiś włóczęga nie stwierdzi, że jemu przyda się bardziej. Tak było zawsze. Tak musiało być. Ale na razie miała koc. Bardzo go lubiła.
Świtało, kiedy otworzyła oczy i zobaczyła, że obok niej, zwinięty w kulkę, śpi zabawnie ubrany jegomość. Co dziwniejsze, wyglądał zupełnie jak ów bard, który podróżował ze srebrnowłosym panem i krasnoludem. Mlaskier obudził się i ziewnął przeciągle.
– O. Dzień dobry. – powiedział patrząc na nią ospale. – Moja głowaa…
Dziewczynka przyglądała mu się dużymi oczyma. Nauczyła się już, że od obcych należy uciekać bez zastanowienia i nie oglądać się przy tym za siebie. Ten jednak osobnik miał w sobie coś co sprawiało, że wydawał się niegroźny.
– Masz coś do jedzenia? – powiedział Mlaskier nie skończywszy ziewać.
Wiedziała, że bezpieczniej jest spełniać zachcianki większych od siebie. Wyjęła zza pazuchy kawałek stęchłego chleba, który od kilku tygodni trzymała na czarną godzinę. Podała mu go drżącą ręką i zmrużyła oczy. Nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie uderzenie.
– O. – powiedział grajek, wziął chleb i wciamkał go powoli. – Mm. Bardzo dobre. Jestem Mlaskier, a Ty?

Dziewczynka patrzyła.

– Jesteś niemową? – Mlaskier podrapał się po głowie. – W takim razie będziesz miała na imię ee… Porzeczka. To moje ulubione warzywo.
Porzeczka patrzyła na niego z pewną obawą; wciąż jednak nic nie wskazywało, że groziłoby jej z jego strony jakieś niebezpieczeństwo. Mlaskier podniósł się i otrzepał swoją błyszczącą tuniczkę. Przez ramię przewieszoną miał torbę, z której wystawała mała, obrastająca puchem kuleczka z oczami. Pogłaskał ją. Robił to regularnie.
Spojrzała na nią z zaciekawieniem zza krawędzi koca.
– A, to bazieliżek – powiedział Mlaskier. – Przywieźliśmy go z jednej z ostatnich wypraw. Bardzo fajny. Trzeba go głaskać, żeby nie zamienił się w potwora.
Dziewczynka też chciałaby go pogłaskać, jednak, jak wyjaśnił bard, bez specjalnego antidotum mogło to skończyć się… dziwnie. To nic, pomyślała. Przywykła, że to, co najlepsze, jest domeną innych. Mogła popatrzeć na urocze zwierzątko, i była za to wdzięczna. To musiał być dobry dzień. Bardzo lubiła taki rodzaj dnia.
– Mało – zmienił temat Mlaskier i mlasnął. – Idę na kebab. – Zastanowił się nad czymś i zaczął odchodzić. Kilka kroków dalej zatrzymał się jednak, odwrócił się i spojrzał na Porzeczkę. – Idziesz?
Dziewczynka nie była pewna, czy to wszystko to nie jakiś podstęp. Nie wiedziała też, co to jest kebab. Nie wiedziała, że ludziom, którzy śpią na ulicy wolno jeść coś innego niż stary chleb i wyrzucone na śmieci resztki. Zmarszczyła brwi i skuliła się bardziej.
– To idziesz? – powtórzył Mlaskier dłubiąc sobie w uchu.

Fjutest siedział na różowym tronie w najwyższej izbie pałacu, a Gejralt i Zołman patrzyli na niego wyczekująco. Targowanie się o wejdźmińskie nagrody nigdy nie było łatwe. Zwłaszcza, że Fjutest najchętniej płaciłby w cekinach, używanych majtkach i cukierkach. Królewski skarbiec był pełen takich rzeczy.
– Dobrze. Dwadzieścia koron. I trzy cukierki. – powiedział wejdźmin finalnie. – Masz brokat na nosie.
– Co? Skąd on mógł się tam wziąć? – król potarł dłonią twarz.
– Fjutest, ty nawet pierdzisz brokatem – powiedział Zołman. – Jeśli jest jedno miejsce na świecie gdzie jego obecność nikogo nie dziwi, to jest ono gdzieś na tobie.
Król starał się wymyślić ripostę.
Nie zdążył. Nagle zatrzęsła się ziemia a z półek spadły wszystkie kryształowe figurki o niedwuznacznych kształtach. Fujtest zachwiał się na nogach i rozejrzał się zdezorientowany. Wstrząs powtórzył się. Z zewnątrz dobiegł ich łoskot przypominający lawinę i liczne krzyki. Król podbiegł do okna.
– O kurwa – powiedział cicho. – Gejralt. Patrz.

Wejdźmin podbiegł do okna. Rozpościerał się z niego widok na kilka przypałacowych ulic i dalej na plac miejskiego rynku. Potwór, który miotał się na placu był duży. Bardzo duży. Górował nad przylegającymi do rynku kamienicami, a dęby rosnące wzdłuż alei prowadzącej do pałacu wyglądały przy nim jak kwiatki. Przypominał gigantycznego, czarnego byka ze skrzydłami i czerwonymi, świdrującymi ślepiami.
Zamachnął się łbem i jednym uderzeniem rogów zburzył kamienicę. Do rynku dobiegli już żołnierze, którzy ciskali w niego dzidami i strzelali z kusz, ale miało to tyle sensu, co rzucanie wykałaczkami w nadciągający lodowiec. Zdążono nawet przywlec trebusz, jednak zanim ktokolwiek mógł nakręcić kołowrót, monstrum zionęło ogniem z wielkiego nosa paląc machinę na popiół wraz ze schowanym za nią operatorem.
– Ryczywół – powiedział cicho Gejralt. – Myślałem, że to legenda.
– Zaraz po centrum miasta zostanie tylko legenda! – wrzasnął Fujtest. – Mój pomnik! Właśnie wdeptał w ziemię mój pomnik!
Gejralt podszedł do krzesła, zdjął z niego wiszący na oparciu rynsztunek i założył go na siebie.
– I to rozumiem – Fujtest złapał się pod boki. – Idź i coś z nim zrób!
– Ja nie idę nic z nim zrobić – powiedział spokojnie Gejralt. – Ja stąd jak najszybciej wyjeżdżam.

Zołman, który wyjrzał właśnie przez okno wskazał coś palcem i zawołał Gejralta. Pośród ludzi w panice ukrywających się w bramach, domach i innych zakamarkach, na środku ulicy stał zdezorientowany Mlaskier. Wyglądał jakby czegoś szukał.
– Świetnie – mruknął Wejdźmin i westchnął. – Zołmanie, znajdziemy się potem. Tylko uważaj na siebie!
Krasnolud skinął głową. Gejralt zbiegł po schodach aby ratować Mlaskra.
Kiedy go dogonił, grajek był już prawie na głównym placu rynku, na którym znajdował się potwór. Wejdźmin złapał go i wciągnął w bramę. Mlaskier wyrywał się.
– Gejralt! Nie rozumiesz! Jedliśmy sobie kebab kiedy wszystko zaczęło się walić! Porzeczka zniknęła! Gejralt, musimy ją znaleźć!
– O czym ty mówisz? Nie możemy się stąd ruszyć – powiedział wejdźmin. – Jeśli wyjdziesz teraz na otwartą przestrzeń, i ryczywół cię zobaczy, to spali cię, zadepcze, albo zabije w jakiś inny wymyślny sposób.
Wejdźmin wychylił się z bramy przytrzymując Mlaskra i pokazał palcem na wielką górę czarnego cielska miotającą się po starówce.
– Może gdzieś się schowała – zrezygnował po kilku kolejnych próbach ucieczki Mlaskier głaszcząc uspokajająco przestraszonego bazieliżka w swojej torbie. – Chyba jest w tym dobra…

Ryczywół wściekle zionął ogniem i szczerzył zęby.

We wnęce po przeciwnej stronie przecznicy pojawił się Fujtest z obstawą kilku żołnierzy. Po chwili dołączył do nich Zołman, który otworzył sobie piersiówkę i wypił ją duszkiem patrząc przed siebie z połączeniem strachu i podziwu.
– Musiałem to zobaczyć z bliska – sapnął Fujtest. – Ja pierdolę. Skąd to się do cholery wzięło?
– Musiało mieć powód – odpowiedział Gejralt. – Ten potwór to najniebezpieczniejsze stworzenie na świecie. I mówię to całkiem dosłownie. Nikt go tu wcześniej nie widział?
– No, prawdę mówiąc spotkaliśmy ostatnio coś takiego podczas eee… Patrolu pod miastem! Tak, tak właśnie było. Specjalnie pojechałem zobaczyć, bo nikt o takiej maszkarze wcześniej nie słyszał. Tylko że, kurwa, było dużo mniejsze. Wielkości na ten przykład krowy. I kilka malutkich. To większe rzuciło się na nas z rogami, czterech naszych zginęło zanim ostatecznie ubiliśmy gnoja idąc kupą. Nawet te małe z nami walczyły. Zrobiliśmy z ich rogów rękojeści do mieczy.
– To był samiec i młode – powiedział Gejralt wzdychając. – Samica jest trochę większa.
– Fujtest! Kurwa mać – krzyknął Zołman. – Nic dziwnego, że jest wściekła. Zajebaliście jej całą rodzinę i jeszcze macie pretensje?
– Wasze pociski nic jej nie zrobią – powiedział Gejralt. – Ale nie to jest najgorsze. Zgodnie z legendą, ryczywół odbiera emocje i myśli przez skórę. Każdy pocisk, każda włócznia, którą w niego dziś wystrzeliliście niosła ze sobą przejęte od żołnierzy mordercze myśli, agresję, nienawiść i strach. Jeśli wcześniej potwór był wściekły, to teraz jest w kompletnym amoku. To koniec tego miasta. – Wejdźmin wzruszył ramionami i wyjął sobie lakier do paznokci. – Zołman, Mlaskier. Uciekamy jak tylko nadarzy się okazja.
Dostrzegli, że z zaułka po przeciwnej stronie placu rynku coś się wyłoniło. Dreptało powoli na małych stópkach w kierunku gigantycznego ryczywoła. Dystans nie był duży, ale dla krótkich nóżek stanowił wyzwanie.
Porzeczka szła patrząc przed siebie niepewnie. Nie rozumiała, dlaczego stworzenie było złe. Było przecież duże i silne i na pewno nikt go nie bił tylko dlatego, że spał pod kawałkiem dachu na jego podwórku, żeby nie zmoknąć. Szła robiąc małe kroczki i patrząc zmrużonymi ze strachu oczyma. Nauczyła się ostatnio, że czasem, aby coś nie było potworem, trzeba to pogłaskać.
Mlaskier bez słowa rzucił się w kierunku placu ale Wejdźmin zatrzymał go znakiem.
– Mlaskier – szepnął. – Nic nie możesz zrobić.
Potwór ryknął w powietrze tak głośno, że znów zatrzęsła się ziemia. Mierzył wściekłym spojrzeniem otoczenie szukając ofiar. Dudnienie jego ciężkich kroków niosło się echem na mile. Ogromne rogi mieniły się marmurem a z pyska buchał ogień. W końcu wzrok stwora spoczął na małej istotce zbliżającej się do niego z wolna. Ponownie przeciągle zaryczał, tak że wszyscy zakryli uszy, i mocno tupnął kopytem o ziemię robiąc w miejscu mały krater. Zasadzono w nim później krzaczek porzeczkowy, otoczono zdobionym płotkiem i nazwano Kraterem Porzeczki. Dziewczynka szła.
Ryczywół chuchnął z nozdrzy gorącą parą. Podmuch przeszedł górą, ale zmiótł Porzeczkę z nóg. Ta podniosła się jednak i wciąż stawiała jeden kroczek za drugim.
Mlaskier próbował uwolnić się ze znaku wejdźmina, ale opadł już z sił.
– Gejralt no! Puszczaj! – krzyczał ale znak pochłaniał każdy dźwięk. Nie można było ryzykować.
Wejdźmin wiedział, że teraz mogli już tylko czekać i zobaczyć co się stanie.

Porzeczka stanęła przed potworem. Wyglądała przy nim jak mała myszka w porównaniu do słonia. Stada słoni. Ryczywół wiercił się wściekle, i tupał, tak że musiała balansować rękami, aby znowu nie upaść.
– Potwór jest zupełnie zaskoczony. Do tej pory każdy od niego uciekał, albo do niego strzelał. – pomyślał Gejralt. – Jeśli ktoś inny wyjdzie teraz na plac, wszyscy zginą.
Nikt jednak nie wyszedł.
Monstrum zarzuciło łbem i warcząc wściekle obniżyło go do poziomu samej ziemi aby zobaczyć, czym jest stojące przed nim stworzonko. Same jego zęby były większe od małej Porzeczki, musiał więc przekręcić pysk aby oko znalazło się na odpowiedniej wysokości.
Porzeczka wyciągnęła drżącą rączkę w kierunku krawędzi wielkiego nozdrza. Potwór prychnął, ale nie podniósł łba. W pierwszej chwili cofnęła się, ale podeszła jeszcze raz. Mała dłoń spoczęła w końcu na ogromnym pysku i niepewnie go pogłaskała. Dziewczynka otworzyła zaciśnięte wcześniej ze strachu oczy.
– Usłyszy jej myśli… – szepnął do siebie Gejralt. – Teraz stać się może wszystko.
Kiedy rączka dotknęła rozgrzanego, czarnego nozdrza ryczywoła, warczenie stopniowo ustało. Potwór znieruchomiał. Nie chcąc tego zajrzał wgłąb jej duszy, zobaczył i poczuł wszystko; cała jej historia rozpłynęła się po jego mózgu jak potop. Trwali tak w bezruchu w absolutnej ciszy, gigantyczne cielsko potwora i malutka, umorusana, nic nie znacząca dziewczynka, która patrzyła na niego dużymi oczyma. Trwało to kilka minut.
Fujtest chciał dać znak wojsku aby wykorzystało moment i zaatakowało ponownie pełną siłą. Jedno spojrzenie Gejralta powstrzymało go jednak.
Bestia podniosła się powoli. Nie ryczała już, ale z jej krtani wydobywało się basowe sapanie. Ryczywół stał, górując nad okolicznymi budynkami i jeszcze raz zmierzył całe otoczenie. Ukryci w zakamarkach mieszkańcy patrzyli na niego z obawą. Nikt nie wiedział co się stanie. Ale nie stało się nic. Zwierzę nie miało już w oczach szału ani agresji. Patrzyło teraz smutno, z nieskończoną pogardą i nienawiścią. Nie chciało tu być. Gejralt mógł przysiąc, że w jego czerwone ślepia zaszkliły się łzą. I wtedy odleciał. Tak po prostu. Uderzył gigantycznymi skrzydłami, aż poleciały szyby z okien, i nikt go więcej nie widział.
Gejralt puścił Mlaskra, który pobiegł do Porzeczki, którą podmuch skrzydeł zwiał na drugi koniec placu i przytulił ją mocno.
Fujtest podrapał się po tyłku.
– No ja pierdolę – zaśmiał się nieco nerwowo. – To nam się uwaliło. Tym razem to naprawdę było blisko.

Zołman przywalił mu w twarz.

Mlaskier i Porzeczka spacerowali po podmiejskiej