– Kurwa – powiedział Zołman patrząc odważnie w oczy trolla jaskiniowego, który pilnował bramy. Troll był od niego wyższy kilkanaście razy, więc nie za bardzo wiedział, że ten mały krasnolud w ogóle ma jakieś oczy. Nieopodal na ziemi stała klatka z obrzydliwym, zębatym potworkiem w kształcie wężo–szczura. Jakaś mysz podeszła do niej, zajrzała do środka i cudem uniknęła pożarcia. Od porodu minęło już kilka dni. Wszyscy towarzysze zgodzili się nigdy więcej nie rozmawiać o tym, co się tam odbyło.
– NIE PRZEJDO – powtórzył Troll.
– Mamy oficjalne zlecenie. Musisz nas przepuścić – powiedział krasnolud marszcząc brwi.
– NIE PRZEJDO.
Gejralt i Mlaskier stali obok kłócąc się o kolor sukienki Mlaskra. Wejdźmin twierdził że jest niebiesko–czarna, natomiast zdaniem grajka była wściekle–różowo–seledynowa–w–gwiazdki–i–farfocle.
– Uważaj! – krzyknął nagle Mlaskier. – Ta prawie by Cię trafiła!
Gejralt lekko zbladł. Eliksir Widzę Sarny, który popijali, doprowadził już do kilku ciężkich chorób psychicznych pośród Wejdźminów, w szczególności tych ze szkoły Sianka Dla Sarenek. Gejralt nie należał co prawda do tego cechu, ale to nie znaczyło, że nie należało się pilnować.
– Może byście się ruszyli? – krzyknął do nich Zołman. – Zamiast pić to gówno.
Oboje z Mlaskrem spojrzeli jeszcze raz na sukienkę, pokręcili głowami dając wyraz swojemu niezadowoleniu i posłusznie podeszli do Zołmana.
– Co się stało? – zapytał Gejralt poprawiając japonki.
– Troll się stał – Zołman wskazał na górującą nad nimi postać jakby istniały jakieś wątpliwości, o kogo chodzi – Patrz.
– Hej, Ty! – krzyknął do Trolla.
– NIE PRZEJDO – zagrzmiał głos z góry.
– Dlaczego?
Troll spojrzał w górę, zrobił bardzo skoncentrowaną minę i podrapał się po głowie.
– BO TROLL TU STAĆ – odpowiedział z zadowoleniem.
– Uwaga! – krzyknął nagle Wejdźmin.
– Co? – krasnolud rozejrzał się z niepokojem.
– Sarna!
– Skoncentruj się – Zołman tracił cierpliwość. – Mlaskier! Powiedz mu coś. Musimy wejść do miasta.
Mlaskier patrzył na niego tępo.
– Żeby dostać oficjalny glejt na wyprawę na cmoka – powiedział krasnolud powoli. Mlaskier dalej patrzył.
– … po który tu przyszliśmy – skończył Zołman.
Mlaskier bardzo, bardzo powoli włożył sobie palec do nosa.
– A tak! Cmok! – ocknął się Wejdźmin. – Tylko jest pewien problem.
– Jaki znowu problem?
– Bramy pilnuje Troll. Nie wiem czy zauważyłeś.
– Ja pierdolę, kurwa mać. Kutas. Dupa.
Zołman uspokoił się kilkanaście minut i dwa łyki spirytusu później. Problem kamiennego strażnika pozostawał nierozwiązany. Nie chcieli walczyć z trollem, gdyż zasadniczo nie był do nich wrogo nastawiony. Po prostu nie chciał się ruszyć. Poza tym, trolle były pod ochroną. Dodatkowym powodem było to, że gdyby spróbowali, potwór złapałby ich jedną ręką, pozwijał w kulki, nadział na patyki i zjadł, i to szybciej niż Mlaskier zazwyczaj znajduje sklep ze sztucznymi rzęsami. Czyli stanowczo zbyt szybko.
– Potrzebny nam czarodziej – powiedział Wejdźmin. – – Musimy przyzwać Dyrdymała.
– Jest na to jakieś specjalne zaklęcie? – zapytał Zołman.
– Tak – powiedział Gejralt. – Zwłaszcza, że jest tam. Dyrdymaaaał!
Grajek i krasnolud podążyli spojrzeniem za wzrokiem Wejdźmina. Zza krzaka wystawał wysoki kapelusz. Czarodziej wstał, mając pod pachą gazetę.
– Jam jest wielki mag Dydrymał! – oznajmił uroczyście, podchodząc i opuszczając podwiniętą szatę – Wysrać się spokojnie nie można. Co tu robicie?
– Chcemy wejść do miasta. Przydałaby nam się pomoc – powiedział Gejralt.
– No tak. Troll – skwitował czarodziej. – Gadaliście z nim?
– Trochę – powiedział Gejralt. – Ale mówi bardzo wolno i jest strasznie głupi.
– W takim razie rzeczywiście potrzeba tutaj czarodzieja. Trolle wcale nie są głupie, po prostu słabo radzą sobie z językiem ludzi. O wiele więcej dowiemy się rozmawiając z nim w języku trolli.
– Znasz go? – zapytał Wejdźmin.
– Tak, całkiem dobrze. Moja cioteczna stryjenka była trollem. Odsuńcie się, na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Konwersacja może być burzliwa.
Czarodziej stanął przed trollem, złapał się pod boki i odchrząknął.
– Tro lo lo lo lo lo lo lo lolo looooo – zaśpiewał niskim głosem kiwając się rytmicznie.
– Trolololo looooooooo – odpowiedział Troll.
– Lololo lolo lolo looooo – kontynuował Dyrdymał.
– Trolololo looooooooooooooo – nie dawał za wygraną potwór.
– Ła ha ha ha haaa – celnie zauważył czarodziej.
– Ło ho ho ho hooo – ripostował troll.
Wymiana zdań trwała blisko kwadrans.
– Eee, macarena! – zakończył Dyrdymał.
– A hoy! – powiedział troll.
Czarodziej zwrócił się do pozostałych.
– Troll nie ruszy się stąd, gdyż czeka na Pana Kazimierza. Cytuję dosłownie, nie wiem kto to. Wygląda na to że jakiś jego przyjaciel. Na pytanie czy nie mógłby się przesunąć odpowiada że nie, bo tutaj właśnie się umówił, i boi się że jeśli stanie obok, to przyjaciel go nie zauważy.
– Jak można go nie zauważyć? – Zołmanowi opadły ręce.
– Bo jest szary – stwierdził Mlaskier. – Trochę makijażu i jakieś święcące legginsy wyróżniłyby go z tłumu.
– Mówił jak długo już czeka? – zapytał Wejdźmin.
– Jakieś dwa tygodnie. Trolle nie czują upływu czasu – wyjaśnił czarodziej – A właściwie to dlaczego nie wejdziecie główną bramą? Tam na pewno jest otwarte.
– Mamy zlecenie na wyłączność – Wejdźmin puścił do niego oczko – Nie chcemy rzucać się w oczy. Więc wchodzimy, hi hi, od tyłu.
– No to musicie czekać aż troll sobie pójdzie. Prosta sprawa – powiedział czarodziej, wyczarował portal i wskoczył do niego bez słowa.
Przez chwilę wszyscy stali bezradnie.
– To nie ma sensu! – krzyknął Zołman i kopnął przechodzącą białą myszkę, która poszybowała w dal. – I jeszcze te pieprzone szczury.
„AAAAARRRRRRRRRRGGGGGgGHHHHHHHH” – rozległo się niczym grom i zatrzęsła się ziemia.
Towarzysze zachwiali się na nogach zdezorientowani.
– PAN KAZIMIERZ!!! – grzmiał troll i spojrzał wściekle na krasnoluda.
– O kurwa – szepnął Zołman.
Troll wpadł w szał i robiąc wielkie, ciężkie kroki ruszył w jego stronę. Krasnolud przez chwilę biegł tyłem. Spróbował odwrócić się ale w panice poplątały mu się nogi i przewrócił się na ziemię. Gigant w kilku susach dopadł do niego i zamachnał się wielką łapą. Krasnolud zamknął oczy i czekał.
Nic się jednak nie stało. Troll zesztywniał. Zołman powoli otworzył oczy i zauważył, że Wejdźmin stoi obok z zupełnie opuszczonymi spodniami.
– Co się dzieje?! – pisnął krasnolud.
– Zatrzymałem go znakiem! – krzyknał Gejralt. – Uciekaj!
– .. co? – Zołman wytrzeszczył oczy.
Wejdźmiński znak nie był jednak powodem dla którego troll stracił koncentrację. Jego wzrok skupiony był na klatce z dzieckiem Zołmana.
– JAKIE SŁODKIE – zagrzmiał. – MALUTKIE.
– … co? – cichuteńko zapiszczał Zołman.
– PAN KAZIMIERZ.
Krasnolud przełknął ślinę i oprzytomniał.
– Tak! Weź go sobie. Pan Kazimierz. To on. Bardzo słodki. I nie trzeba nikogo zabijać.
– Ale Zołman? To jest Twoje dziecko! – powiedział Wejdźmin.
Troll spojrzał na Zołmana unosząc jedną brew.
– Zabieraj to! – krzyknął krasnolud.
Zadowolony potwór opuścił ich, uśmiechając się i trzymając klatkę z nowym Panem Kazimierzem w wyciągniętych łapach. Ziemia trzęsła się w rytm jego oddalających się kroków. “Tro lo lo lo looo” – nucił sobie wesoło.
– Dwie pieczenie na jednym ogniu – spojrzał za nim Zołman wycierają czoło chusteczką. – Pozbyliśmy się i trolla i tego … tego.
– No cóż, dzieci muszą kiedyś wyfrunąć z gniazdka – powiedział w zamyśleniu Wejdźmin. – Na pewno będzie Cię odwiedzać – dodał z pocieszającym uśmiechem.
– Zołman, uważaj! – krzyknął z nienacka Mlaskier. – Trafi w Ciebie!
– Sarna. Widzę – odparł Zołman i westchnął. – Zaraz…
Zwierzę przywaliło w Zołmana z całym impetem. Oboje upadli na ziemię. Sarna wstała, otrzepała się i uciekła.
Zołman leżał dalej. Zapowiadał się ciężki dzień. A była dopiero dziewiąta rano.


