Rozdział XIII – „Pan Kazimierz”

– Kurwa – powiedział Zołman patrząc odważnie w oczy trolla jaskiniowego, który pilnował bramy. Troll był od niego wyższy kilkanaście razy, więc nie za bardzo wiedział, że ten mały krasnolud w ogóle ma jakieś oczy. Nieopodal na ziemi stała klatka z obrzydliwym, zębatym potworkiem w kształcie wężo–szczura. Jakaś mysz podeszła do niej, zajrzała do środka i cudem uniknęła pożarcia. Od porodu minęło już kilka dni. Wszyscy towarzysze zgodzili się nigdy więcej nie rozmawiać o tym, co się tam odbyło.

– NIE PRZEJDO – powtórzył Troll.
– Mamy oficjalne zlecenie. Musisz nas przepuścić – powiedział krasnolud marszcząc brwi.
– NIE PRZEJDO.

Gejralt i Mlaskier stali obok kłócąc się o kolor sukienki Mlaskra. Wejdźmin twierdził że jest niebiesko–czarna, natomiast zdaniem grajka była wściekle–różowo–seledynowa–w–gwiazdki–i–farfocle.

– Uważaj! – krzyknął nagle Mlaskier. – Ta prawie by Cię trafiła!
Gejralt lekko zbladł. Eliksir Widzę Sarny, który popijali, doprowadził już do kilku ciężkich chorób psychicznych pośród Wejdźminów, w szczególności tych ze szkoły Sianka Dla Sarenek. Gejralt nie należał co prawda do tego cechu, ale to nie znaczyło, że nie należało się pilnować.
– Może byście się ruszyli? – krzyknął do nich Zołman. – Zamiast pić to gówno.
Oboje z Mlaskrem spojrzeli jeszcze raz na sukienkę, pokręcili głowami dając wyraz swojemu niezadowoleniu i posłusznie podeszli do Zołmana.
– Co się stało? – zapytał Gejralt poprawiając japonki.
– Troll się stał – Zołman wskazał na górującą nad nimi postać jakby istniały jakieś wątpliwości, o kogo chodzi – Patrz.
– Hej, Ty! – krzyknął do Trolla.
– NIE PRZEJDO – zagrzmiał głos z góry.
– Dlaczego?
Troll spojrzał w górę, zrobił bardzo skoncentrowaną minę i podrapał się po głowie.
– BO TROLL TU STAĆ – odpowiedział z zadowoleniem.
– Uwaga! – krzyknął nagle Wejdźmin.
– Co? – krasnolud rozejrzał się z niepokojem.
– Sarna!
– Skoncentruj się – Zołman tracił cierpliwość. – Mlaskier! Powiedz mu coś. Musimy wejść do miasta.
Mlaskier patrzył na niego tępo.
– Żeby dostać oficjalny glejt na wyprawę na cmoka – powiedział krasnolud powoli. Mlaskier dalej patrzył.
– … po który tu przyszliśmy – skończył Zołman.
Mlaskier bardzo, bardzo powoli włożył sobie palec do nosa.
– A tak! Cmok! – ocknął się Wejdźmin. – Tylko jest pewien problem.
– Jaki znowu problem?
– Bramy pilnuje Troll. Nie wiem czy zauważyłeś.
– Ja pierdolę, kurwa mać. Kutas. Dupa.

Zołman uspokoił się kilkanaście minut i dwa łyki spirytusu później. Problem kamiennego strażnika pozostawał nierozwiązany. Nie chcieli walczyć z trollem, gdyż zasadniczo nie był do nich wrogo nastawiony. Po prostu nie chciał się ruszyć. Poza tym, trolle były pod ochroną. Dodatkowym powodem było to, że gdyby spróbowali, potwór złapałby ich jedną ręką, pozwijał w kulki, nadział na patyki i zjadł, i to szybciej niż Mlaskier zazwyczaj znajduje sklep ze sztucznymi rzęsami. Czyli stanowczo zbyt szybko.
– Potrzebny nam czarodziej – powiedział Wejdźmin. – – Musimy przyzwać Dyrdymała.
– Jest na to jakieś specjalne zaklęcie? – zapytał Zołman.
– Tak – powiedział Gejralt. – Zwłaszcza, że jest tam. Dyrdymaaaał!
Grajek i krasnolud podążyli spojrzeniem za wzrokiem Wejdźmina. Zza krzaka wystawał wysoki kapelusz. Czarodziej wstał, mając pod pachą gazetę.
– Jam jest wielki mag Dydrymał! – oznajmił uroczyście, podchodząc i opuszczając podwiniętą szatę – Wysrać się spokojnie nie można. Co tu robicie?
– Chcemy wejść do miasta. Przydałaby nam się pomoc – powiedział Gejralt.
– No tak. Troll – skwitował czarodziej. – Gadaliście z nim?
– Trochę – powiedział Gejralt. – Ale mówi bardzo wolno i jest strasznie głupi.
– W takim razie rzeczywiście potrzeba tutaj czarodzieja. Trolle wcale nie są głupie, po prostu słabo radzą sobie z językiem ludzi. O wiele więcej dowiemy się rozmawiając z nim w języku trolli.
– Znasz go? – zapytał Wejdźmin.
– Tak, całkiem dobrze. Moja cioteczna stryjenka była trollem. Odsuńcie się, na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Konwersacja może być burzliwa.
Czarodziej stanął przed trollem, złapał się pod boki i odchrząknął.
– Tro lo lo lo lo lo lo lo lolo looooo – zaśpiewał niskim głosem kiwając się rytmicznie.
– Trolololo looooooooo – odpowiedział Troll.
– Lololo lolo lolo looooo – kontynuował Dyrdymał.
– Trolololo looooooooooooooo – nie dawał za wygraną potwór.
– Ła ha ha ha haaa – celnie zauważył czarodziej.
– Ło ho ho ho hooo – ripostował troll.
Wymiana zdań trwała blisko kwadrans.
– Eee, macarena! – zakończył Dyrdymał.
– A hoy! – powiedział troll.
Czarodziej zwrócił się do pozostałych.
– Troll nie ruszy się stąd, gdyż czeka na Pana Kazimierza. Cytuję dosłownie, nie wiem kto to. Wygląda na to że jakiś jego przyjaciel. Na pytanie czy nie mógłby się przesunąć odpowiada że nie, bo tutaj właśnie się umówił, i boi się że jeśli stanie obok, to przyjaciel go nie zauważy.
– Jak można go nie zauważyć? – Zołmanowi opadły ręce.
– Bo jest szary – stwierdził Mlaskier. – Trochę makijażu i jakieś święcące legginsy wyróżniłyby go z tłumu.
– Mówił jak długo już czeka? – zapytał Wejdźmin.
– Jakieś dwa tygodnie. Trolle nie czują upływu czasu – wyjaśnił czarodziej – A właściwie to dlaczego nie wejdziecie główną bramą? Tam na pewno jest otwarte.
– Mamy zlecenie na wyłączność – Wejdźmin puścił do niego oczko – Nie chcemy rzucać się w oczy. Więc wchodzimy, hi hi, od tyłu.
– No to musicie czekać aż troll sobie pójdzie. Prosta sprawa – powiedział czarodziej, wyczarował portal i wskoczył do niego bez słowa.
Przez chwilę wszyscy stali bezradnie.
– To nie ma sensu! – krzyknął Zołman i kopnął przechodzącą białą myszkę, która poszybowała w dal. – I jeszcze te pieprzone szczury.

„AAAAARRRRRRRRRRGGGGGgGHHHHHHHH” – rozległo się niczym grom i zatrzęsła się ziemia.

Towarzysze zachwiali się na nogach zdezorientowani.
– PAN KAZIMIERZ!!! – grzmiał troll i spojrzał wściekle na krasnoluda.
– O kurwa – szepnął Zołman.
Troll wpadł w szał i robiąc wielkie, ciężkie kroki ruszył w jego stronę. Krasnolud przez chwilę biegł tyłem. Spróbował odwrócić się ale w panice poplątały mu się nogi i przewrócił się na ziemię. Gigant w kilku susach dopadł do niego i zamachnał się wielką łapą. Krasnolud zamknął oczy i czekał.
Nic się jednak nie stało. Troll zesztywniał. Zołman powoli otworzył oczy i zauważył, że Wejdźmin stoi obok z zupełnie opuszczonymi spodniami.
– Co się dzieje?! – pisnął krasnolud.
– Zatrzymałem go znakiem! – krzyknał Gejralt. – Uciekaj!
– .. co? – Zołman wytrzeszczył oczy.
Wejdźmiński znak nie był jednak powodem dla którego troll stracił koncentrację. Jego wzrok skupiony był na klatce z dzieckiem Zołmana.
– JAKIE SŁODKIE – zagrzmiał. – MALUTKIE.
– … co? – cichuteńko zapiszczał Zołman.
– PAN KAZIMIERZ.
Krasnolud przełknął ślinę i oprzytomniał.
– Tak! Weź go sobie. Pan Kazimierz. To on. Bardzo słodki. I nie trzeba nikogo zabijać.
– Ale Zołman? To jest Twoje dziecko! – powiedział Wejdźmin.
Troll spojrzał na Zołmana unosząc jedną brew.
– Zabieraj to! – krzyknął krasnolud.

Zadowolony potwór opuścił ich, uśmiechając się i trzymając klatkę z nowym Panem Kazimierzem w wyciągniętych łapach. Ziemia trzęsła się w rytm jego oddalających się kroków. “Tro lo lo lo looo” – nucił sobie wesoło.
– Dwie pieczenie na jednym ogniu – spojrzał za nim Zołman wycierają czoło chusteczką. – Pozbyliśmy się i trolla i tego … tego.
– No cóż, dzieci muszą kiedyś wyfrunąć z gniazdka – powiedział w zamyśleniu Wejdźmin. – Na pewno będzie Cię odwiedzać – dodał z pocieszającym uśmiechem.
– Zołman, uważaj! – krzyknął z nienacka Mlaskier. – Trafi w Ciebie!
– Sarna. Widzę – odparł Zołman i westchnął. – Zaraz…
Zwierzę przywaliło w Zołmana z całym impetem. Oboje upadli na ziemię. Sarna wstała, otrzepała się i uciekła.
Zołman leżał dalej. Zapowiadał się ciężki dzień. A była dopiero dziewiąta rano.

Rozdział XII – „Junior”

Cesarz Emhuj val Emsrei przechadzał się po sali tronowej swej letniej rezydencji położonej u stóp Vinogradu z rękami założonymi na plecach. Gejralt – ubrany w dopasowany dublet, czarne rajstopy i lakierowane trzewiki – siedział w ogromnym pozłacanym fotelu obitym czerwonym kaszmirem i z nogą założoną na nogę popijał herbatę owocową, do której wlewał losowy eliksir, gdy cesarz akurat nie patrzył. Kiedy zegar wybił siódmą wieczorem, zdobione drzwi do sali otworzyły się.
Stanął w nich nadworny krawiec wraz z Zołmanem, poprawiającym kołnierzyk w swym wystawnym fraku, obydwoje w towarzystwie szczupłej szatynki o krótkich kręconych włosach, odzianej w karmazynową suknię balową ze złotymi ornamentami.
Cesarz przetarł oczy i spojrzał na krawca w oczekiwaniu na wyjaśnienie. Gejralt, korzystając z sytuacji, sięgnął do torebki i urozmaicił swoją herbatę kolejnym eliksirem.

– Mości cesarzu, Wasza Wysokość! – rzekł krawiec załamując ręce. – Nic nie dało się zrobić! Uparł się i koniec!
– Potwierdzam – potwierdził krasnolud.
Było oczywistym, że dobre samopoczucie Mlaskra sięgnęło tego wieczoru zenitu. Stał wyprostowany z zadowolonym wyrazem twarzy i uśmiechając się wstydliwie, błądził oczami po – jak myślał – podziwiających jego kreację zgromadzonych.
Cesarz Emhuj, dla przyjaciół Em’, dla wrogów 'Huj, był niepocieszony.
– Zresztą, z mości wejdźminem wcale nie było łatwiej! – ciągnął krawiec. – Nie dość, że musiałem wszystko zwężać, to jeszcze kazał mi wszędzie podoszywać falbanki, a to wszystko w niecałe dwie godziny! Wasza Wysokość, proszę o zrozumienie!

Cesarz wciągnął policzki i spojrzał na smukłą postać z filiżanką siedzącą na jego tronie.
– Dziękuję, możesz nas opuścić – wydał polecenie i ponownie złożył ręce na plecach. – Skoro jesteśmy w komplecie, to pozwolę sobie wyjaśnić, dlaczego kazałem was ubrać jak wysokiej klasy mieszczan – rzekł, z pogardą zerkając na Mlaskra.
Wejdźmin ziewnął.
– Powodem, dla którego to zrobiłem, choć prawdę mówiąc chodziło mi tylko o wejdźmina, jest obecność duplera na moim dworze. Zdrajcy, mówiąc wprost, który szpieguje dla moich wrogów. Chcę, wejdźminie, abyś go dla mnie wytropił.
Gejralt siorpnął i odsunął filiżankę od ust.
– Chyba nie muszę ci tłumaczyć, jaką odmianą nieludzia jest dupler? – dopytał cesarz.
– Nie, z cała pewnością tak – odparł wejdźmin.
Emsrej zastanowił się chwilę.
– W takim razie wiesz, co robić – rzekł. – Nie mam pojęcia…
– Ja też nie – przerwał mu Gejralt.
Cesarz zirytował się, ale nie dał tego po sobie poznać.
– Nie mam pojęcia, jaką postać przybrał teraz – dokończył. – Moi zwiadowcy ustalili, że tydzień temu paradował jako moja córka Syrylla, i to zresztą na jej własne życzenie. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak bardzo mnie to niepokoi.
– Nie tak tak, nie wiem – powiedział Gejralt, tym razem sam zastanawiając się nad sensem swej wypowiedzi.

Spojrzał na herbatę, potem na cesarza, potem znów na herbatę, powiedział:
– Przepraszam na moment – wstał i zamknął się w najbliższym kredensie.
W pośpiechu wypił eliksir „Pies”, aby ciut lepiej widzieć w ciemnościach, i szybko przejrzał puste flakoniki.
– Zołmanie, mogę cię prosić? – zapytał, uchylając drzwiczki.
Zdumiony cesarz spojrzał na krasnoluda, który chrząknął i pewnym krokiem wszedł do kredensu. Cesarz pokiwał się chwilę w przód i w tył, a kiedy Mlaskier puścił mu oczko udał, że musi zrobić coś bardzo ważnego i schował się za kolumną.

– Kurwa, jak tu ciemno. Nic nie widzę – powiedział Zołman, próbując ominąć długie nogi siedzącego w kredensie wejdźmina. – Gejralt, co ty wyprawiasz?! Zabieraj łapy!
– Zołmanie, przez przypadek wypiłem eliksir „Tak”, a zaraz potem eliksir „Nie”. I teraz nic nie wiem.
Krasnolud chwycił się za czoło i wziął głęboki oddech.
– Chyba nie lubię tej miny – oznajmił wejdźmin.
– Rozumiem, że wypiłeś też ten eliksir, który sprawia, że trochę lepiej widzisz w ciemnościach, ale za to wszystko na czarno–biało?
– I tak, i nie.
– Co jeszcze wypiłeś?
– Nie wiadomo.

Cesarz Emhuj val Emsrei co jakiś czas nadstawiał lewe ucho, próbując rozpoznać słowa w przytłumionych dźwiękach wydobywających się z kredensu. Przez przypadek zerknął też na Mlaskra, który kręcąc się w kółko podziwiał obszerne rondo swej sukni.

Jako pierwszy z kredensu wyłonił się Zołman. Poprawił swój frak i zwrócił się do cesarza:
– Wasza Wysokość, mój przyjaciel jest chwilowo niedysponowany.
– Jak to?
– Wysokość się nie martwi, Gejralt przyjmuje zlecenie na tego duplera, ale pod jednym warunkiem. Załatwi mu Wasza Wysokość zlecenie na Cmoka. Na wyłączność – rzekł, po czym dodał od siebie: – A za duplera chce tysiąc vinogradzkich koron.
Gejralt próbował zaprzeczyć, ale mu nie wyszło.
– Bardzo jesteś śmiały, wejdźminie. Ale dobrze, niech będzie. Jestem w stanie zorganizować i jedno i drugie, ale również mam pewien warunek. Otrzymasz nagrodę, jeśli załatwisz sprawę przed świtem. Nazajutrz wyjeżdżam i nie chciałbym brać szpiega ze sobą.
– Nie ma strachu – zaczął krasnolud. – Jak znam Gejralta, to wytropi go w godzinę.
– Znakomicie. A zatem czuję się zobowiązany przekazać wszelkie informacje, jakie posiadłem do tej pory – rzekł cesarz, wyciągając z szuflady niewielką karteczkę. –  Poprzedni wejdźmin, który niestety nie mógł dokończyć zadania, gdyż umarł ze starości, zdołał ustalić, że mój dupler ma jedną specyficzną cechę, która z nim zostaje, niezależnie od tego, w kogo się zamienia. A mianowicie, jego skóra ma, jak to określił, „ciekawy odcień perłowożółtego papirusu z dodatkiem kremu z dyni oraz barwionego, niebielonego jedwabiu” – odczytał. – Mi to nic nie mówi, ale wy, wejdźmini, podobno macie wyjątkowo wyostrzone zmysły. W pierwszej kolejności proponuję rozejrzeć się w zachodnim ogrodzie, gdzie trwa małe przyjęcie pożegnalne dla najmożniejszych mieszkańców miasta.

Gejralt przełknął ślinę i spojrzał na szarą suknię Mlaskra.
Potrafił rozpoznać dziewiętnaście różnych odcieni beżu bez picia jakichkolwiek eliksirów, jednakże w tym momencie był zdolny nazwać co najwyżej trzy kolory.

– No to mamy przejebane – zauważył Zołman, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi do sali tronowej. – Gejralt, jakieś pomysły?
Wejdźmin wzruszył ramionami.
– Nie wiem – odparł.
– Chodźmy na przyjęcie! – krzyknął Mlaskier, wyciągając ręce w górę.

Przyjęcie, o którym wspomniał Cesarz, wcale do małych nie należało. Tłum rozbawionych gości przechadzał się wśród perfekcyjnie przystrzyżonych żywopłotów, suto zastawionych stołów i płonących latarni. Goście zabawiani byli przez połykaczy ognia, mimów, akrobatów i… Mlaskra, który podwinął suknię i czym prędzej zbiegł ze schodów, rzucając się na najbliższy stół z alkoholem i okolicznych mężczyzn. Gejralt ruszył w jego ślady, ale ponieważ po raz pierwszy w życiu wypowiadał się mniej logicznie od przyjaciela – no i nie miał na sobie sukienki – skończył z butelką wódki w pobliskiej fontannie, gdzie doznał olśnienia.
– Zołmanie! – wrzasnął potrząsając przyjacielem za ramiona. – Musisz mi pomóc znaleźć niebieskozielony leśny kwiat!
Zołman nie wiedział o co chodzi, ale wyczuł, że to ważne, więc pobiegł za przyjacielem i czuł się w tej roli dość dziwacznie, bo to zazwyczaj jego Gejralt ganiał nocą po lesie.

– A ten? – zapytał Wejdźmin, wskazując kierunek palcem.
– Ten jest… No, taki bardziej fioletowy – objaśnił krasnolud najszczegółowiej jak potrafił, podświetlając trzydziesty pierwszy z kolei kwiat świeczką.
– A ten?
– Ten nie. Ten jest czerwony.
– A ten tutaj?
– Gdzie?
– Tu.
– Ten jest… Jasny żółty i ma biały środek. Przysięgam Gejralt, że jak jeszcze raz wypijesz ten eliksir, to zrobię ci z dupy jesień średniowiecza.
– Trzymam za słowo. A ten?
– Ten jest niebieski. Co…?
– Ale taki bardziej niebieski czy taki bardziej niebieskozielony?
– No taki… Niebieski raczej, chociaż może rzeczywiście lekko wpada w zieleń…? – zastanawiał się krasnolud.
– No to w końcu jaki jest? – niecierpliwił się wejdźmin.
– Nie wiem, kurwa! Co ja, artysta–malarz jestem?
Zapadła cisza.
– Oho. Coś się zbliża – szepnął Gejralt, wyostrzając słuch.
– Co się zbliża? Nic nie słyszę.
– Pewnie wyczuł ciepło. Zołmanie zgaś świeczkę.
– No na pewno! Nie nabierzesz mnie tym razem. Zgaszę świeczkę i obudzę się dopiero jutro z tobą w…
– Uważaj! – wrzasnął wejdźmin, sięgając ręką po miecz, tyle że zapomniał, że jego miecze skonfiskowała straż na czas pobytu na cesarskim dworze.
Coś bardzo długiego zwiesiło się z gałęzi i porwało Zołmana w korony drzew.

Gejralt wiedział, że zgwałty nie są szczególnie groźne, zerwał więc kwiat najbliższy temu, którego szukał i wrócił na przyjęcie, skąd zwędził słoik miodu, sok malinowy, rumianek i dwie butelki krasnoludzkiego spirytusu. Następnie upuścił sobie kroplę krwi i z bólu niechcący podpalił choinkę, po czym uwarzył eliksir według starej, zapomnianej już receptury wejdźmińskiej, który miał anulować działanie wszystkich zażytych ostatnio specyfików.

Mikstura zadziałała. Zadziałała nadzwyczaj dobrze, bo wszystkie dolegliwości ustąpiły w ciągu kilku sekund, jednak ilość spirytusu, którego Gejralt nie żałował, albowiem doskonale wiedział, że mocny alkohol przyspiesza działanie eliksirów, sprawił, że nie do końca rozumiał, co mówią stojący przed nim czterej cesarze Emhuje val Emsreje.
– Co to za cyrki! Złapałeś duplera? – powtórzył cesarz po raz kolejny, kiedy jego ludzie próbowali ugasić płonącego iglaka.
– Du? Plera…? DupLeRaa…! – wyjęczał rozkosznie. – Złapałem.
Emhuj podskoczył, kiedy ręka wejdźmina znalazła się na jego pośladkach.
– Zdejmij ze mnie rękę – wycedził cesarz, na co stojący obok Mlaskier natychmiast zdjął sukienkę.
Wianek mężczyzn wokół niego wydał z siebie okrzyk obrzydzenia, a jeden z nich zaczął w szale wycierać usta, po czym zwymiotował na zamszowe buty cesarza, kaszląc przy tym potwornie.
Mlaskier nie pamiętał, kiedy ostatni raz coś go tak bardzo rozśmieszyło. Gejralt, chichocząc, zwrócił się do jednego z cesarzy:
– O ranyyy… Ale z ciebie nudziasssz – po czym nachylił się i zaczął klepać duszącego się mężczyznę po plecach; ten jednak słabł z sekundy na sekundę, aż w końcu całkiem opadł z sił i skurczył się przybierając swą prawdziwą postać.
– O – rzekł Mlaskier. – Jessst dufler. Suflet. Duplet. Tsszeba powiedzieć Zołmanowi, bo cesasssz jusssz chyba wie.
– Ojej… No pssszeciesssz… – Gejral westchnął. – Chodź.

Zaczynało już świtać, więc wejdźmin był dobrej myśli. Leżał na ściółce leśnej i obracał w palcach niewielki niebieski listek spoglądając w korony drzew.
– Może Gejman? Albo Gejzoł? – zastanawiał się.
– A Gejzeł…? – zaproponował Mlaskier.
– Hmm. Nie, nie podoba mi się. Zbyt pretensjonalne.
– To wiem – powiedział Mlaskier w półśnie. – Gejraltozołmanomlaskier Drugi Junior…
Z gałęzi zlazło coś długiego i delikatnie odłożyło krasnoluda na mech. Gejralt poruszył się dopiero, kiedy stwór odszedł, i przytulił otępiałego przyjaciela.
– Jak się czujesz, Zołmanie?
Krasnolud milczał.
– Na pewno jesteś głodny, ale najpierw musisz polizać to – rzekł, unosząc listek.
Zołman, wyjątkowo posłuszny, zrobił jak wejdźmin kazał.
– I co? – spytał Mlaskier, przecierając pełne śpiochów oczy.
– Jeszcze chwila – odparł Gejralt, w skupieniu wpatrując się w mieniący się listek.
Po chwili rozpromienił się.
– Gratuluję Zołmanie, jesteś w ciąży.

Kilka godzin później krasnolud doszedł do siebie.
– Nie kurwa! Nie zgadzam się! Gejralt, zrób coś! Usuń to czymś! Wypiję wszystko!
Wejdźmin przez chwilę miał ochotę wykorzystać sytuację, ale bał się, że może to zaszkodzić dziecku.
– Spokojnie, Zołmanie. Wiem, że to szokująca wiadomość dla każdej młodej matki, ale nie podejmujmy pochopnych decyzji.
– Zamknij się! Jak to w ogóle możliwe!?
– Nikt ci wcześniej nie wytłumaczył? Masz, zjedz jagódki.
– Kurwa, Gejralt! – wrzasnął, ciskając jagodami o ziemię. – Ja jestem facetem! Nie mogę zajść w ciążę!

Wejdźmin wytłumaczył przyjacielowi, że zgwałty to magiczne potwory zagrożone wyginięciem, dlatego nie próżnują i potrafią sobie poradzić w obydwu przypadkach. Są prawdziwymi chirurgami w swoim fachu choć i im zdarzają się niepowodzenia. Magiczna ciąża trwa tylko dziewięć godzin, więc za niecały kwadrans wszystko miało się wyjaśnić.

Krasnolud pobladł.

– Nie martw się Zołmanie – uspokajał wejdźmin. – Malutki zgwałt ma tylko piętnaście centymetrów długości. Poza tym wszystko już zaplanowałem. Nazwiemy go Gejman, albo Gejzoł i…
– O nie nie nie! To moje dziecko i na pewno nie nazwę go Gejzoł! Sam wymyślę imię i sam go wychowam! Kurwa, co ja gadam!?
– To może jednak Gejzeł? – zaproponował Mlaskier. – Jak ta dziura co tryska gorącą wodą. Albo Mlaskruś.
– A Zołralt? – dopytywał wejdźmin.
– Nie kurwa! To są jakieś kpiny!

Drzewa nad nimi obsiadły czarne podłużne stwory z uśmiechniętymi jasnymi oczami i tuląc się do siebie zaczęły wydawać kojące dźwięki. Krasnolud poczuł się śpiący i opadł na ziemię.
Wszyscy wyczekiwali narodzin w napięciu, jednakże nic się nie wydarzyło. Magiczne stwory posmutniały, popatrzyły po sobie i schowały się głęboko w liściach, zupełnie jakby się rozpłynęły.
– O kurwa… – powtarzał Zołman dysząc. – Jeszcze nigdy nie czułem takiej ulgi.
– I nie jest ci ani trochę przykro? – zapytał wejdźmin, tuląc chlipiącego Mlaskra do piersi.
Zołman spuścił głowę.
– No trochę jest. Ale jak komuś o tym powiesz, to!

Krasnolud opuścił przyjaciół, bo jak stwierdził chwilę później, musiał się natychmiast napić.
Nie napił się od razu, za to jego wysoki krzyk kilkaset metrów dalej wypłoszył wszystkie wrony z lasu.
W pierwszej z brzegu karczmie w Vinogradzie otrzymali wiadomość od komendanta cesarskiej straży, że na wejdźmina Gejralta czeka sowita nagroda, co tylko podniosło nastroje całej trójki do świętowania.
No, może dwójki. Czwórki…?

Rozdział XI – „Przyczajona śmierć”

Pac al Pruk stał na jednej nodze już od tygodnia, i prawdę mówiąc zaczynało go to wszystko nużyć. Nie mógł jednak przestać. Stawka była zbyt wielka.
Członkowie sekretnej organizacji skrytobójców nie okazywali słabości. Mieli to w kontrakcie.

W Vinogradzie zalągł się cmok i ten kto pokonałby go pierwszy zgarnąłby całą nagrodę. A punkt o nazwie “nadwyżka budżetowa” chwilowo nie znajdował się na tablicy korkowej zatytułowanej “Obecne problemy” powieszonej na ścianie w siedzibie głównej Sral–Kajdy. Innymi słowy, potrzebna była kasa i to na wczoraj. Do tej pory plan był prosty: pójść kupą na potwora, ubić go oszczepami i maczugami, i jeśli szeregi organizacji boleśnie by się przy tym uszczupliły to nawet lepiej – mniej gęb do wykarmienia. Pojawiły się jednak komplikacje. Najpierw ratusz ogłosił wszem i wobec wieść o nagrodzie a później pojawiły się słuchy, że na cmoka idzie Wejdźmin.

Zebrali więc Radę Starszych i walnie uradzili, że ryzyko jest zbyt wielkie. Wejdźmina trzeba było zlikwidować. To zadanie miało przypaść w udziale Pac al Prukowi. Ale Wejdźmin nie był zwykłym przeciwnikiem. Trening musiał być morderczy.

Skrytobójca spędził więc trzy dni w dole pełnym jadowitych węży. Zabił niedźwiedzia grizzly gołymi rękami. Przepłynął kilkadziesiąt razy staw pełen głodzonych od miesięcy rekinów. Jako jedyny spośród swoich towarzyszy potrafił przebiec zabójczy tor przeszkód tyłem i z zamkniętymi oczami. Pac al Pruk nie był amatorem. Krążyły o nim legendy.
Momentami miał nawet wątpliwości czy podoła, na przykład kiedy stał podczas burzy z metalowym prętem na szczycie wzniesienia, aby wytrzymać jak najwięcej uderzeń pioruna nie mrugając. I spędził tydzień stojąc na jednej nodze w zimnym wodospadzie. Podołał. Musiał, bo skrytobójcy nie pokazywali słabości.

Pac al Pruk jednym susem zeskoczył z kamienia i ubrał swój czarny strój zabójcy. Krwią wściekłego psa namalował sobie na czole czerwony znak bitewny. Pomedytował jeszcze jakiś czas przygotowując się do obudzenia Pierwotnego Wojowniczego Gniewu, wsiadł na osiołka o imieniu Czarna Śmierć i wyruszył w drogę.

– Mlaskier. Przecież ty nie masz brata. Zołman ma – mówił cierpliwie Wejdźmin siedzący na kocu w czerwoną kratę obok barda i koszyka piknikowego. Popołudniowe słońce wpadające na polankę przez korony drzew oświetlało ich przyjemnie.
– Mam.
– Znam Cię od przedszkola. Zaraz… czy ty znów piłeś eliksir „A Właśnie Że Mam Brata?”

Nie wiedzieli, że na gałęzi nad nimi czai się zakamuflowane zło. Pac al Pruk przygotował się do skoku, wyjął sztylet i spowolnił oddech. Specjalna technika koncentracji pozwoliła mu skupić wszystkie myśli na chwili obecnej. Przestał słyszeć i odczuwać. Na chwilę świat stanął w miejscu i właśnie w tym momencie skrytobójca, jakby w zwolnionym tempie wykonał pełen gracji skok.

Mlaskier podniósł rękę wystawiając palec wskazujący i uśmiechnął się szeroko.
– O. Pierłem – oznajmił.

Zabójca nie spodziewał się tego i nadział się okiem na wystawiony palec.

– Ała – krzyknął łapiąc się za twarz, przez co cała choreografia zabójczego skoku wzięła w łeb. Upadł niezgrabnie na ziemię i przeturlał się kilka razy.

– Ojej, przepraszam – powiedział Mlaskier. – Ale nie wiedziałem, że będzie pan tu akurat przelatywał.

Pac al Pruk nie stracił koncentracji. Jednym zwinnym ruchem wrócił do postury ataku, wyjął z rękawa zabójczą gwiazdkę Shuriken i cisnął nią w kierunku Gejralta. Wejdźmin, korzystając z Wejdźmińskich refleksów, spojrzał na lecące ostrze, wyjął z koszyka bułkę kajzerkę i przytrzymał tak, że gwiazdka przekroiła ją na pół i poleciała dalej.
– Dziękuję – powiedział z zadowoleniem. – Doprawdy nie wiem skąd pan wiedział, że mam ochotę na bułkę.

– Ja też – krzyknął Mlaskier. – Łap masło, a ja poszukam dżemu!
Mlaskier rzucił kostkę masła na koc obok Wejdźmina. Pac al Pruk, który właśnie biegł w jego kierunku ze sztyletem wdepnął w nią, poślizgnął się i wpadł w kolczaste krzaki.
– Ojej, musi pan trochę uwa