– Ja nie wiem, kurwa. Ja nie wiem, co żeście sobie myśleli! – grzmiał Zołman, raz po raz zakładając ręce, kiedy akurat nimi nie machał. – Mogliśmy tam spędzić przynajmniej tydzień. Cały tydzień w ciepełku, w towarzystwie miłych elfek…! Czy co tam wolicie…
Gejralt i Mlaskier szli za nim, ze opuszczonymi głowami i nietęgimi minami. Na bezkresnych, piaszczystych pustkowiach, na których znaleźli się po natychmiastowym wygnaniu z miasta elfów, wiał świszczący wiatr unosząc tumany piachu. Mlaskier miętosił w dłoniach końcówkę swej szlafmycy, a Gejralt otworzył torebkę i wyjął z niej eliksir „Jakaś Masakra”, który wypił.
– Że też postanowiłem urwać się z tej schadzki – ciągnął Zołman. – Powinienem był wiedzieć, że nie wolno was zostawiać samych! Cieszcie się, że zdążyliście uciec! Yonder nogi wam z dup powyrywa! Jak się odrodzi, rzecz jasna.
Mlaskier zwymiotował.
Wejdźmin spojrzał badawczym wzrokiem na zanikającą pod piaskiem treść i rozpoznał w niej coś, co przypominało oliwkę. Popatrzył na Mlaskra podciągając brwi niemalże pod linię włosów i wyjął kolejny eliksir.
Wiatr, który z każdą chwilą stawał się potężniejszy sprawiał, że coraz trudniej było im się poruszać. Jedynym jego plusem było to, że Zołman przestał w końcu biadolić, bo nie chciał przy okazji jeść piaszczystego powietrza. Mlaskrowi to nie przeszkadzało.
– A ja nawet wymyśliłem poemat dla Sralineczki… – zachlipał i zaczął recytować:
Sralineczko, o Sralineczko.
Dzisiaj twa męka zakończy się z deczko.
Nie będziesz już wcale taka malutka,
Bo będziesz miała wielkiego…
– Mlaskier – przerwał wejdźmin – Nie.
Gejralt zatrzymał się nagle i wyostrzył zmysły. Im dłużej to robił, tym jego oczy stawały się większe. Jego przyjaciele dobrze znali ten wyraz twarzy. Wszak co by o Gejralcie nie mówić, słuch i wzrok – i parę innych rzeczy – miał niezwykle sprawny.
– O nie… – zamruczał w końcu. – To nie jest zwykły wiatr. To Dziki Zgon! W noooooogiiii…!
Na horyzoncie za nimi malowała się niewyraźna czarna chmura, w której kłębach dopatrzeć można się było sylwetek mrocznych jeźdźców, a dla wprawionego ucha, słychać było również upiorne rżenie i tupot kopyt.
Zołman prowadził, wyprzedzając najpierw biegnącego na czworakach Mlaskra, a potem Gejralta, który spojrzał na niego z niemałym zdziwieniem.
Dziki Zgon był jednak znacznie szybszy i otoczył ich w mgnieniu oka zataczając nad nimi ogromne koło. Cała trójka przewróciła się osłaniając się od pyłu, jaki zebrał się po ostrym hamowaniu upiornej chmury. Mlaskier natychmiast schował głowę przytulając się do krocza Gejralta i zaczął płakać. Zołman biegał w kółko w poszukiwaniu kryjówki, ale zawiódł. W końcu usiadł. Wszyscy spodziewali się najgorszego.
– Dlaczego uciekacie? – zagrzmiał jeden z jeźdźców, wychodząc im na przeciw. – I dlaczego ten krasnolud próbuje się zakopać? Czyżbyście mieli coś do ukrycia?
Gejralt rozejrzał się błądząc oczami po przerażającym kręgu wiszącym nad ich głowami.
– Bo… – zaczął. – Słyszałem o was różne okropności.
– Bzdura – sapnął jeździec. – To tylko plotki. Jestem Stefano.
Gejralt odkleił od siebie szlochającego Mlaskra i wstał otrzepując ubranie.
– A z tym drugim co jest nie tak? – zapytał Stefano spoglądając na roztrzęsionego grajka.
– Ooo, nic takiego. On jest po prostu bardzo wrażliwy.
– Czy to gej? Nie cierpię gejów! – huknął, aż zatrzęsła się pustynia pod ich stopami.
Wejdźmin przygryzł usta i na moment całkiem przestał się ruszać.
– Nie – odparł szybko. – Nikt z nas nie jest homoseksualny. Ani trochę. Ani odrobinkę. Ani tyci tyci. Ani nic. W ogóle, fuj!
Choć Stefano był w większości zrobiony z kości i gnijących kawałków wiszącej tu i ówdzie skóry, na jego twarzy dało się dostrzec znamiona podejrzliwości.
– Milo cię poznać Stefano. Ja jestem Gejralt – kontynuował. – Jestem wejdźminem.
– Wejdźmin Gejralt…? Yhm. A reszta to kto?
– To moi przyjaciele. Ten strachliwy to Zołman, a ten tutaj to miszcz Mlaskier, poeta – grajek.
– Yhm. Albo mi się zdaje, albo coś już kiedyś o waszej trójce słyszałem… I to chyba całkiem niedawno było…
Gejralt postanowił natychmiast zmienić temat.
– A co tak… sobie tu… jeździcie? – zapytał.
– Wracamy właśnie od elfów – rzekł Stefano próbując się uśmiechnąć wystającymi z czaszki gołymi zębami.
Uśmiechanie się nie wychodziło mu najlepiej.
– Aa – jęknął wejdźmin. – I co tam u nich… słychać?
– Czajcie to: jakiś dwóch idiotów wypuściło jedynego na świecie dżina i poprosiło o oliwkę. Ha ha ha ha ha ha… – zagrzmiał. – …ha ha ha! Ha ha ha ha ha! – dokończył, wprawiając cały Dziki Zgon w salwy śmiechu. – A ten cały dżin miał odczarować mierzącą jeden centymetr córkę króla!
– Jeden cal – poprawił go wejdźmin.
Jeździec znów dziwnie mu się przyjrzał.
– Ha ha… ha? – próbował Gejralt.
– Przecież to my byl… – zaczął Mlaskier ocierając łzy.
Wejdźmin błyskawicznie pstryknął paznokciami unieruchamiając przyjaciela i rozszerzył oczy sprawdzając, czy aby Stefano czegoś nie zauważył.
– Cal, centymetr. Co za różnica – kontynuował jeździec przeglądając notatki. – Przecież to tylko plotka. W każdym razie, Sralineczka, córka króla, była tak wściekła, że jeszcze tego samego wieczora zaszła w ciążę z całkiem przystojnym chrząszczem. Ha ha ha!
– No doprawdy niesamowite. To my już pójdziemy – rzucił Gejralt.
– Stać! – warknął Stefano.
Konie w orszaku zarżały.
– Nigdzie nie pójdziecie, dopóki nie przekażecie nam jakiejś nowej plotki! Bo tym się właśnie zajmujemy, tak na marginesie – dodał szybko. – Jeździmy tu i tam i słuchamy, co ludzie powiedzą. A potem roznosimy to dalej. Jak nie mają nic ciekawego do powiedzenia, to wysysamy z nich życie i takie tam. Kocham ploteczki. No więc?
– No… – zaczął Gejralt zawieszając wzrok na pochmurnym niebie. – Podobnooo…
– Taaak? – przeciągnął jeździec, unosząc coś na kształt brwi.
– Podobnoooo…
– Gejralt, no wyduś coś z siebie! – ocknął się Zołman. – Już nie znam większej pierdoły niż ty!
– Dlaczego na niego krzyczysz, krasnoludzie? – spytał Stefano, wyraźnie zbulwersowany.
– Właśnie, Zołmanie. Dlaczego ciągle na mnie krzyczysz?
– Często to robi? – dopytywał upiór.
– Cały czas – odrzekł Gejralt zakładając ręce na piersi.
– Interesujące… – mruknął Srefano skrzętnie notując coś w swoim notatniku. – A ten czego nic nie mówi?
Gejralt spojrzał na Mlaskra i postanowił go nie budzić. Łyknął eliksir „Zamknij mordę”, wziął Stefano pod mankiet i przez długie godziny opowiadał przywódcy Dzikiego Zgonu o wszystkim, co przyszło mu do głowy, i co niekoniecznie miało jakiekolwiek odwzorowanie w rzeczywistości. Stefano był zachwycony, kiedy kończył pić czwartą herbatę i ani razu nie kazał wejdźminowi się zamknąć.
– Wejdźminie, nie wiem skąd to wszystko wiesz, ale już nie mogę się doczekać, aż rozniosę te plotki. Najbardziej ciekawi mnie mina czarodzieja Dyrdymała kiedy powiem mu, że wiem o jego… – przerwał spoglądając w notatki. – …yhm, niecnych zamiarach okrążenia świata własnymi wąsikami.
– Co? – spytał Gejralt, zamyślając się nieco. – A tak. Przepraszam, zamyśliłem się.
– Polubiłem cię, wejdźminie – ciągnął jeździec. – Zdradzę ci coś, co powinno cię zainteresować. Podobno pod Vinogradem zagnieździł się cmok.
Gejralt zagwizdał. Jak doskonale wiedział, cmoki to zwierzęta samotnicze, które raz na pięćdziesiąt lat opuszczają swe leża i rozpoczynają poszukiwania nowego partnera. Legenda głosi że ten, który jako pierwszy skradnie całusa cmokowi, do końca swego żywota będzie miał w nim oddanego przyjaciela, a jak mu się poszczęści, to może nawet więcej. Sprawa nie jest jednak prosta, chociażby dlatego, że cmoki mają siedem metrów wysokości, piętnaście metrów rozpiętości skrzydeł i trzy głowy, a na każdej z nich po trzy otwory gębowe. Wejdźmin spotkał już kiedyś cmoka na swej drodze, jednak wówczas, jako nieopierzony młody rekrut wejdźmińskiej szkoły Homo Moher, spartaczył sprawę całując potwora we wszystkie trzy głowy. Od tamtej pory prawidłowe cmoknięcie cmoka stało się celem życiowym Gejralta.
– Miło się z Tobą gawędziło, Stefano – rzekł wejdźmin, wstając. – Czas na nas.
– Ty możesz odejść, ale twoi przyjaciele zostają ze mną – oświadczył jeździec.
– Jak to?
– A tak to. Z całej trójki tylko ty dostarczyłeś mi nowych ploteczek – oznajmił i klasnął dwa razy.
Z czarnej mgły wyłoniły się dwa upiory, które uniosły krzyczącego coś o śmierci Zołmana oraz sztywnego Mlaskra i odfrunęły ginąc we mgle.
Wejdźmin zdębiał. Wiedział czym postraszyć jeźdźca Dzikiego Zgonu, ale pokonanie całego szwadronu w pojedynkę graniczyło z szaleństwem. Spróbował więc czegoś innego.
– Dasz mi jednego konia, Stefano?
Przywódca Dzikiego Zgonu zgodził się, bo jak przyznał ponownie, polubił wejdźmina.
Nie czekając na pożegnanie, Dziki Zgon zadudnił, zarżał, stanął dęba i z impetem ruszył przed siebie.
Gejralt postał chwilę w kłębach piachu myśląc dosłownie o niczym, wsiadł na konia i uciekł. Popędził w stronę oddalonego o cztery wzgórza Vinogradu, gdzie po drodze miał do załatwienia dwie bardzo ważne sprawy i kilka pomniejszych. Ale najpierw postanowił nakarmić Pupkę, bo jak spostrzegł wkrótce, była bardzo koścista.
