Rozdział VI – „Dziki Zgon”

– Ja nie wiem, kurwa. Ja nie wiem, co żeście sobie myśleli! – grzmiał Zołman, raz po raz zakładając ręce, kiedy akurat nimi nie machał. – Mogliśmy tam spędzić przynajmniej tydzień. Cały tydzień w ciepełku, w towarzystwie miłych elfek…! Czy co tam wolicie…

Gejralt i Mlaskier szli za nim, ze opuszczonymi głowami i nietęgimi minami. Na bezkresnych, piaszczystych pustkowiach, na których znaleźli się po natychmiastowym wygnaniu z miasta elfów, wiał świszczący wiatr unosząc tumany piachu. Mlaskier miętosił w dłoniach końcówkę swej szlafmycy, a Gejralt otworzył torebkę i wyjął z niej eliksir „Jakaś Masakra”, który wypił.

– Że też postanowiłem urwać się z tej schadzki – ciągnął Zołman. – Powinienem był wiedzieć, że nie wolno was zostawiać samych! Cieszcie się, że zdążyliście uciec! Yonder nogi wam z dup powyrywa! Jak się odrodzi, rzecz jasna.

Mlaskier zwymiotował.

Wejdźmin spojrzał badawczym wzrokiem na zanikającą pod piaskiem treść i rozpoznał w niej coś, co przypominało oliwkę. Popatrzył na Mlaskra podciągając brwi niemalże pod linię włosów i wyjął kolejny eliksir.
Wiatr, który z każdą chwilą stawał się potężniejszy sprawiał, że coraz trudniej było im się poruszać. Jedynym jego plusem było to, że Zołman przestał w końcu biadolić, bo nie chciał przy okazji jeść piaszczystego powietrza. Mlaskrowi to nie przeszkadzało.
– A ja nawet wymyśliłem poemat dla Sralineczki… – zachlipał i zaczął recytować:

Sralineczko, o Sralineczko.
Dzisiaj twa męka zakończy się z deczko.
Nie będziesz już wcale taka malutka,
Bo będziesz miała wielkiego…

– Mlaskier – przerwał wejdźmin – Nie.

Gejralt zatrzymał się nagle i wyostrzył zmysły. Im dłużej to robił, tym jego oczy stawały się większe. Jego przyjaciele dobrze znali ten wyraz twarzy. Wszak co by o Gejralcie nie mówić, słuch i wzrok – i parę innych rzeczy – miał niezwykle sprawny.
– O nie… – zamruczał w końcu. – To nie jest zwykły wiatr. To Dziki Zgon! W noooooogiiii…!

Na horyzoncie za nimi malowała się niewyraźna czarna chmura, w której kłębach dopatrzeć można się było sylwetek mrocznych jeźdźców, a dla wprawionego ucha, słychać było również upiorne rżenie i tupot kopyt.
Zołman prowadził, wyprzedzając najpierw biegnącego na czworakach Mlaskra, a potem Gejralta, który spojrzał na niego z niemałym zdziwieniem.
Dziki Zgon był jednak znacznie szybszy i otoczył ich w mgnieniu oka zataczając nad nimi ogromne koło. Cała trójka przewróciła się osłaniając się od pyłu, jaki zebrał się po ostrym hamowaniu upiornej chmury. Mlaskier natychmiast schował głowę przytulając się do krocza Gejralta i zaczął płakać. Zołman biegał w kółko w poszukiwaniu kryjówki, ale zawiódł. W końcu usiadł. Wszyscy spodziewali się najgorszego.

– Dlaczego uciekacie? – zagrzmiał jeden z jeźdźców, wychodząc im na przeciw. – I dlaczego ten krasnolud próbuje się zakopać? Czyżbyście mieli coś do ukrycia?
Gejralt rozejrzał się błądząc oczami po przerażającym kręgu wiszącym nad ich głowami.
– Bo… – zaczął. – Słyszałem o was różne okropności.
– Bzdura – sapnął jeździec. – To tylko plotki. Jestem Stefano.
Gejralt odkleił od siebie szlochającego Mlaskra i wstał otrzepując ubranie.
– A z tym drugim co jest nie tak? – zapytał Stefano spoglądając na roztrzęsionego grajka.
– Ooo, nic takiego. On jest po prostu bardzo wrażliwy.
– Czy to gej? Nie cierpię gejów! – huknął, aż zatrzęsła się pustynia pod ich stopami.
Wejdźmin przygryzł usta i na moment całkiem przestał się ruszać.
– Nie – odparł szybko. – Nikt z nas nie jest homoseksualny. Ani trochę. Ani odrobinkę. Ani tyci tyci. Ani nic. W ogóle, fuj!

Choć Stefano był w większości zrobiony z kości i gnijących kawałków wiszącej tu i ówdzie skóry, na jego twarzy dało się dostrzec znamiona podejrzliwości.

– Milo cię poznać Stefano. Ja jestem Gejralt – kontynuował. – Jestem wejdźminem.
– Wejdźmin Gejralt…? Yhm. A reszta to kto?
– To moi przyjaciele. Ten strachliwy to Zołman, a ten tutaj to miszcz Mlaskier, poeta – grajek.
– Yhm. Albo mi się zdaje, albo coś już kiedyś o waszej trójce słyszałem… I to chyba całkiem niedawno było…
Gejralt postanowił natychmiast zmienić temat.
– A co tak… sobie tu… jeździcie? – zapytał.
– Wracamy właśnie od elfów – rzekł Stefano próbując się uśmiechnąć wystającymi z czaszki gołymi zębami.

Uśmiechanie się nie wychodziło mu najlepiej.

– Aa – jęknął wejdźmin. – I co tam u nich… słychać?
– Czajcie to: jakiś dwóch idiotów wypuściło jedynego na świecie dżina i poprosiło o oliwkę. Ha ha ha ha ha ha… – zagrzmiał. – …ha ha ha! Ha ha ha ha ha! – dokończył, wprawiając cały Dziki Zgon w salwy śmiechu. – A ten cały dżin miał odczarować mierzącą jeden centymetr córkę króla!
– Jeden cal – poprawił go wejdźmin.
Jeździec znów dziwnie mu się przyjrzał.
– Ha ha… ha? – próbował Gejralt.
– Przecież to my byl… – zaczął Mlaskier ocierając łzy.
Wejdźmin błyskawicznie pstryknął paznokciami unieruchamiając przyjaciela i rozszerzył oczy sprawdzając, czy aby Stefano czegoś nie zauważył.
– Cal, centymetr. Co za różnica – kontynuował jeździec przeglądając notatki. – Przecież to tylko plotka. W każdym razie, Sralineczka, córka króla, była tak wściekła, że jeszcze tego samego wieczora zaszła w ciążę z całkiem przystojnym chrząszczem. Ha ha ha!
– No doprawdy niesamowite. To my już pójdziemy – rzucił Gejralt.
– Stać! – warknął Stefano.

Konie w orszaku zarżały.

– Nigdzie nie pójdziecie, dopóki nie przekażecie nam jakiejś nowej plotki! Bo tym się właśnie zajmujemy, tak na marginesie – dodał szybko. – Jeździmy tu i tam i słuchamy, co ludzie powiedzą. A potem roznosimy to dalej. Jak nie mają nic ciekawego do powiedzenia, to wysysamy z nich życie i takie tam. Kocham ploteczki. No więc?
– No… – zaczął Gejralt zawieszając wzrok na pochmurnym niebie. – Podobnooo…
– Taaak? – przeciągnął jeździec, unosząc coś na kształt brwi.
– Podobnoooo…
– Gejralt, no wyduś coś z siebie! – ocknął się Zołman. – Już nie znam większej pierdoły niż ty!
– Dlaczego na niego krzyczysz, krasnoludzie? – spytał Stefano, wyraźnie zbulwersowany.
– Właśnie, Zołmanie. Dlaczego ciągle na mnie krzyczysz?
– Często to robi? – dopytywał upiór.
– Cały czas – odrzekł Gejralt zakładając ręce na piersi.
– Interesujące… – mruknął Srefano skrzętnie notując coś w swoim notatniku. – A ten czego nic nie mówi?

Gejralt spojrzał na Mlaskra i postanowił go nie budzić. Łyknął eliksir „Zamknij mordę”, wziął Stefano pod mankiet i przez długie godziny opowiadał przywódcy Dzikiego Zgonu o wszystkim, co przyszło mu do głowy, i co niekoniecznie miało jakiekolwiek odwzorowanie w rzeczywistości. Stefano był zachwycony, kiedy kończył pić czwartą herbatę i ani razu nie kazał wejdźminowi się zamknąć.
– Wejdźminie, nie wiem skąd to wszystko wiesz, ale już nie mogę się doczekać, aż rozniosę te plotki. Najbardziej ciekawi mnie mina czarodzieja Dyrdymała kiedy powiem mu, że wiem o jego… – przerwał spoglądając w notatki. – …yhm, niecnych zamiarach okrążenia świata własnymi wąsikami.
– Co? – spytał Gejralt, zamyślając się nieco. – A tak. Przepraszam, zamyśliłem się.
– Polubiłem cię, wejdźminie – ciągnął jeździec. – Zdradzę ci coś, co powinno cię zainteresować. Podobno pod Vinogradem zagnieździł się cmok.

Gejralt zagwizdał. Jak doskonale wiedział, cmoki to zwierzęta samotnicze, które raz na pięćdziesiąt lat opuszczają swe leża i rozpoczynają poszukiwania nowego partnera. Legenda głosi że ten, który jako pierwszy skradnie całusa cmokowi, do końca swego żywota będzie miał w nim oddanego przyjaciela, a jak mu się poszczęści, to może nawet więcej. Sprawa nie jest jednak prosta, chociażby dlatego, że cmoki mają siedem metrów wysokości, piętnaście metrów rozpiętości skrzydeł i trzy głowy, a na każdej z nich po trzy otwory gębowe. Wejdźmin spotkał już kiedyś cmoka na swej drodze, jednak wówczas, jako nieopierzony młody rekrut wejdźmińskiej szkoły Homo Moher, spartaczył sprawę całując potwora we wszystkie trzy głowy. Od tamtej pory prawidłowe cmoknięcie cmoka stało się celem życiowym Gejralta.

– Miło się z Tobą gawędziło, Stefano – rzekł wejdźmin, wstając. – Czas na nas.
– Ty możesz odejść, ale twoi przyjaciele zostają ze mną – oświadczył jeździec.
– Jak to?
– A tak to. Z całej trójki tylko ty dostarczyłeś mi nowych ploteczek – oznajmił i klasnął dwa razy.
Z czarnej mgły wyłoniły się dwa upiory, które uniosły krzyczącego coś o śmierci Zołmana oraz sztywnego Mlaskra i odfrunęły ginąc we mgle.

Wejdźmin zdębiał. Wiedział czym postraszyć jeźdźca Dzikiego Zgonu, ale pokonanie całego szwadronu w pojedynkę graniczyło z szaleństwem. Spróbował więc czegoś innego.
– Dasz mi jednego konia, Stefano?
Przywódca Dzikiego Zgonu zgodził się, bo jak przyznał ponownie, polubił wejdźmina.
Nie czekając na pożegnanie, Dziki Zgon zadudnił, zarżał, stanął dęba i z impetem ruszył przed siebie.

Gejralt postał chwilę w kłębach piachu myśląc dosłownie o niczym, wsiadł na konia i uciekł. Popędził w stronę oddalonego o cztery wzgórza Vinogradu, gdzie po drodze miał do załatwienia dwie bardzo ważne sprawy i kilka pomniejszych. Ale najpierw postanowił nakarmić Pupkę, bo jak spostrzegł wkrótce, była bardzo koścista.

Rozdział V – „Miasto elfów”

Miasto elfów mieściło się w całości na gigantycznym drzewie z licznymi dziuplami przerobionymi na sale i pokoje. Wejdźmin i Mlaskier zostali wprowadzeni do sali tronowej przez Yondra, który następnie otworzył okno, wszedł na parapet i wyskakując popełnił samobójstwo.

– Gejralt, Yonder chyba nie żyje – zagaił Mlaskier.
– Nie znasz się na elfich zwyczajach. Każdy elf musi umrzeć co jakiś czas, aby odrodzić się z popiołów jak Feniks.
– Naprawdę?
– Nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ale gdyby tak było to byłoby, popraw sobie stringi, ciekawe.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – rozległ się głos króla elfów zasiadającego na tronie w drugim końcu sali. Król Dydelf nie był znany z cierpliwości. – Tak lepiej. Wejdźmin i słynny miszcz Mlaskier we własnej osobie. Pewnie zastanawiacie się, czemu zawdzięczacie tę przyjemność.

– Przyjemność? – Gejralt spojrzał pytająco na Mlaskra.
– Też nie wiem o co chodzi.
– Kurwa! Tak się mówi – król uniósł brwi. Na kilkanaście sekund zapadła cisza, po czym kontynuował. – Jestem Dydelf. Odzywacie się tylko za moim pozwoleniem – poczekał, upewniwszy się, że zrozumieli. – Dzisiejszego wieczoru odbędzie się tu uczta, podczas której moja córka, Sralineczka, stanie się pełnoletnia. O północy uwolnimy dżina aby zdjął z niej klątwę ciążącą na niej od urodzenia. Sralineczka ma tylko jeden cal wzrostu. Trzymamy ją w akwarium. Po dzisiejszej nocy po raz pierwszy będzie mogła odzyskać normalny rozmiar i spojrzeć swojemu ojcu prosto w oczy. Nie może się doczekać. Ja też nie mogę.

Gejralt dłubał w nosie, ale nagle uśmiechnął się szeroko.
– Jaaa… – powiedział – Będziemy gośćmi honorowymi! Mlaskier, czy ty to rozumiesz? Uczta specjalnie na naszą cześć!
Mlaskier wyrwał sobie kępkę włosów z głowy i zjadł ją, uśmiechając się błogo.

– Nie, kurwa. Co jest z wami nie tak? – król wytrzeszczył oczy. – Wejdźmin będzie ochraniać uroczystość, na wypadek gdyby pojawili się nieproszeni goście. A ty, Mlaskier, zaśpiewasz piosenkę. Co umiesz?
– A będą na sali jakieś dzieci?
– Tak.
– W takim razie… – Mlaskier zamyślił się. – Nic. Czy mogę prosić o wodę?
– Dobrze. – mówił dalej król po głębokim oddechu. – Mlaskier coś wymyśli. Przynieście mu tę, kurwa, wodę. Wejdźmin będzie wypatrywał intruzów i pilnował, żeby nic nie stało się karafce z zamkniętym w niej dżinem. Mamy tylko jedno życzenie i nie możemy go zmarnować.

Jeden ze strażników przyniósł Mlaskrowi szklankę z wodą.

– Nie, dziękuję – strażnik odszedł z wodą.

– Jak mówiłem – ciągnął król – Będzie to bardzo ważna ceremonia w historii naszego…

– Mogę o coś zapytać? – Wejdźmin podniósł rękę.
– Nie możesz.
– Naprawdę masz na imię Dydelf?

Chwila ciszy.

– Nie, naprawdę mam na imię Mateusz – odpowiedział król.
– Ha, wiedziałem. Mlaskier, wisisz mi wiesz co.
– Naprawdę mam na imię Dydelf, kretynie! Zamknąć się. Na czym to stanęliśmy?

– Ja wygrałem, teraz ty mi wisisz. – Mlaskier patrzył na wejdźmina z politowaniem.

Król schował twarz w dłoniach i został w takiej pozycji dopóki Gejralt i Mlaskier sobie nie poszli. Kiedy zamknęli drzwi, usłyszeli za sobą coś jakby ciche chlipanie.

– Gejraaalt – powiedział Mlaskier przeskakując z nóżki na nóżkę – Co on mówił, że będzie na tej uczcie?
– Nie słuchałem – przyznał się Wejdźmin. – Chyba, że będzie dżin. Mam nadzieję, że z tonikiem.
– Nie lubię dżinu. Lubię martini.
– Może też będzie.
– Z oliwką? – ucieszył się Mlaskier.
– Możliwe.

Wejdźmin przechadzał się wśród dostojnie ubranych gości szukając upragnionego dżinu, ale bez rezultatu. Mlaskier znalazł co prawda martini, które trzymał w ręku w kieliszku na wysokiej nóżce, ale niepocieszony przeszukiwał wszystkie stoły w poszukiwaniu oliwek. Na tę okoliczność ubrał się w wieczorowe leginsy i szlafmycę. Wejdźmin miał na sobie cienkie body, a także wypił eliksir „Żakiet”, który sprawiał, że użytkownik myślał, że ma na sobie gustowny żakiet. Zastanawiał się właśnie, czy wypić jeszcze eliksir „Spodnie”, kiedy coś przykuło jego uwagę.

Na środku sali stał piedestał z umieszczonym na nim kwadratowym akwarium. Wewnątrz pojemnika stworzono miniaturowy ogród z drzewkiem bonsai, domkiem dla lalek i kołowrotkiem. Na malutkiej ławeczce siedziała Sralineczka.

– O boże! – ucieszył się Gejralt – Jakie to słodkie!
– Spierdalaj! – odpowiedział cieniutki głosik królewny.
– Ale kto to jest taki malutki?! – Wejdźmin uśmiechał się szeroko – Aj ti ti ti! – pogmerał królewnę po główce palcem.
– Niech no wybije północ i urosnę! – krzyczała, a raczej piszczała cichutko Sralineczka – Wtedy się policzymy! Zabieraj paluchy! Ratunku!

Wejdźmin chwycił ją palcami za tył sukienki i otwierając dach domku dla lalek włożył ją do środka. Złapał się pod boki i z zadowoleniem przyglądał się jak królewna wybiega ze środka i macha do niego rączkami. Obie piąstki miała zaciśnięte, prostując tylko po jednym środkowym paluszku.

– Muszę to pokazać Mlaskrowi! – powiedział i rozejrzał się po sali, ale jego towarzysza nie było w zasięgu wzroku. Trzeba było go znaleźć. Z całych sił skupił się aby uruchomić wejdźmińskie zmysły, pierdnął, i skupił się, ostrożniej, jeszcze raz.

Podążając za śladami dotarł do wrót balkonowych i wyszedł na zewnątrz. Balkon, który mieścił się na platformie z desek ułożonych na rozwidlonym konarze był nieduży. W kącie, na podłodze siedział Mlaskier i głośno łkał przytulając kieliszek wciąż pełen martini. Wejdźmin przytulił go i pogłaskał.

– Co się stało? – zapytał delikatnie.
– Nie ma oliwki. Nigdzie nie ma. Nie maaaaa – Mlaskier wysmarkał się w rękaw Wejdźmina. – Martini bez pływającej w środku małej, soczystej oliwki to gówno, nie martini!
– A nie może być coś innego? – zapytał Gejralt. – Na przykład winogronko?
Mlaskier spojrzał na niego pełnymi łez oczami i rozryczał się tak, że już w ogóle nie dało się nic z niego zrozumieć.
– No już, już – powiedział Gejralt. – Jak znajdę to ci przyniosę.

Wejdźmin wstał i wrócił na salę, uprzednio przywiązawszy Mlaskrowi nogę do gałęzi na wypadek gdyby ten w desperacji podążył w ślady Yondra. Postanowił jeszcze pogmerać królewnę po główce. Kiedy dotarł do akwarium, ta ostrzyła mały nożyk krzemieniem i zawiązała sobie na czole czerwoną przepaskę. Wejdźmin przyglądał się, żałując że Mlaskier nie chce przyjść. Bez Mlaskra to jednak nie było to samo. Wypił sobie eliksir „Coś Fajnego”, popił szklanką spirytusu z pobliskiego stołu i lekko się zataczając wmieszał się w tłum aby poszukać innych atrakcji.

Niedługo później wybiła północ. Rozległ się dźwięk dzwonów. Na ambonę wszedł król elfów i uciszył wszystkich gestem.

– Dziękuję wszystkim za przybycie – ogłosił Dydelf. – Jak wiecie, ten wieczór znaczy wiele dla przyszłości mojej rodziny, a także wszystkich elfów. Za chwilę otworzymy karafkę z dżinem, który, uwolniony, spełni wypowiedziane życzenie w myśl którego moja córka, Sralineczka, odzyska należną jej postać. Będę musiał jednak prosić gości o wyrozumiałość. Królewna będzie musiała zostać z dżinem sama, ponieważ owa magiczna postać spełni życzenie pierwszej osoby, przy której się zatrz…

TSK!

– Co to było? – Dydelf rozglądał się po sali. Jego wzrok spoczął na wejdźminie, który trzymał zdobioną karafkę w ręku, a w ustach miał korek.
– Żnalażłem dżyn. – powiedział – Ale gdże jeszt tonik?
– O kurwa – powiedział Dydelf.

Karafka rozświetliła się niczym piorun. Wejdźmin upuścił ją krzycząc “ojej!”. Ze środka wydobyła się chmura niebieskiej pary, która formując się w niewyraźny kształt postaci zaczęła krążyć po pomieszczeniu, a następnie wyleciała przez wrota balkonu na zewnątrz. Dydelf dopadł do Gejralta i wymachując rękami nie potrafił znaleźć słów.
– DŻIN! – w końcu mu się udało. Złapał Gejralta za fraki – Zrób coś! Złap go idioto! Co ty masz w kieszeni?

Wejdźmin zarumienił się.

– Spokojnie, poleciał na balkon – powiedział gwałtownie puszczony przez Dydelfa – Pewnie się przewietrzyć. Siedział w środku kilka tysięcy lat. Zaraz wróci i nikt nie ukradnie twojego życzenia. Na balkonie jest tylko Mlaskier, a czego on mógłby sobie ży…  Wejdźmin zbladł, zastanowił się chwilę i pobiegł w stronę balkonu. Król i kilku strażników pobiegło za nim. Z akwarium na środku sali dobiegało ciche, zbulwersowane popiskiwanie.

Kiedy dobiegli do wrót, zobaczyli Mlaskra, który uśmiechał się przez łzy i wiszącego nad nim potężnego dżina.

Plum! – rozległo się w ciszy.

Rozdział IV – „Yonder”

– A ja to bym jeszcze wrócił do Koxenfurtu na parę dni – oznajmił Mlaskier podrzucając biodrami. – Po tym, jak zrobiłeś porządek z tymi dymonami, było jak za starych dobrych czasów, co nie Gejralt?
Wejdźmin uśmiechnął się łobuzersko próbując rozniecić ogień znakiem Mignii, ale chwilowo zapomniał jak to się robiło.
Cała trójka ulokowała się przy jednej z jaskiń pod Koxenfurdzką górą, gdzie rozbili sobie bardzo wygodny i kolorowy obóz.

– Tak – przyznał. – Ale nie mam już pieniędzy. I jestem głodny – stwierdził Gejralt. – A ty jak się czujesz, Złomanie? – zapytał.
– Spierdalaj.
Wejdźmin westchnął, usiadł na kamieniu przed krasnoludem i podparł brodę pięściami. Ściągnął brwi i nadął usta spoglądając na rozgniewanego przyjaciela. Zołman odwrócił się do niego plecami skulając się w kłębek.
– Na pewno nie było aż tak źle – zaczął wejdźmin. – Przecież jesteś do tego przyzwyczajony.
– Spierdalaj!
– Poza tym, odprowadziłem te dymony z powrotem do zoo, więc nie wiem czemu wciąż się na mnie gniewasz.
– Odprowadził dymony… Żesz kurwa, ja pierdolę. Trzeba było im jeszcze dać kwiaty. Albo pozabijać! Nie wpadłeś na to?! W ogóle jakim cudem nie dorwały ciebie?
– Pozabijać, pozabijać. Miałem lepszy pomysł na pokonanie dymonów, ale uparliście się z Dyrdymałem na swój. Poza tym, szybko biegam. W szczególności jak uciekam. A dymony lubią gonić.
– Ja akurat się nie ruszałem.
– Mmm… Ty nie musisz. I tak jesteś słodziutki w tym swoim malutkim zielonym kubraczku.
Krasnolud sięgnął ręką po tęczowy koc i nakrył się aż po samo czoło. Westchnął.

Nazajutrz o świcie ruszyli na południe, a Zołman nie odezwał się ani słowem aż do samego wieczora. Szli przez wiele dni, pokonując ciasne zagajniki, które polubił Mlaskier, nieprzytulne karczowiska i bagna, w których Zołman wolał się topić niż pozwolić na to, by Gejralt wziął go na ręce. Krzywonose Mokradła dały im popalić.

Jedenastego dnia dotarli do tonącego w bujnej roślinności wysokiego lasu, pachnącego miodem i jagodami. Las był dziki i wyglądał na niezamieszkały, chociaż Gejralt nie mógł pozbyć się wrażenia, że już tu kiedyś był.
– Chyba już tu kiedyś byłem – powiedział.
– Byliśmy tu dwa dni temu! – warknął Zołman. – Łazimy w kółko! Przyznaj się, że się zgubiliśmy!
– Nie no, spokojnie – zaczął Mlaskier, przeglądając swój tyłek w swej błyszczącej lutni. – Gejralt na pewno wie, gdzie idziemy.
– Gówno, nie wie! – huknął krasonolud. – Jakby wiedział, to nie krążylibyśmy w kółko! Przestań zbierać te cholerne ziółka, jak do ciebie mówię! – warknął na wejdźmina, który delikatnie obrywał listki z kwiatu werbeny.
– To na eliksiry… – sprostował Gejralt, nie przerywając.
– Gówno, nie eliksiry! Jesteś wejdźminem czy nie?
– A co, nie widać? – odparł oburzony.
– Eech…! Od teraz ja prowadzę! – zarządził krasnolud i ruszył przed siebie, ale Gejralt zablokował mu drogę.
– Zołmanie, dlaczego mnie nie kochasz? – zapytał wejdźmin, wyraźnie zasmucony.
– Co?
– Właśnie zdałem sobie sprawę, że cały Koxenfurt nie jest w stanie zastąpić mi ciebie. Jesteśmy dla siebie stworzeni; spójrz tylko. Kiedy stoimy naprzeciw siebie, twoja twarz jest na doskonałej wysokości.
Zołman zerknął przed siebie i szybko tego pożałował. Zamknął oczy, odwrócił się i ruszył w losowym kierunku.

I w tę stronę nie zaszedł jednak daleko. Drogę przecięła mu strzała. Krasnolud cofnął się i uderzył głową w Gejralta, wywołując uśmiech na jego twarzy.
Wysoko na drzewach pojawiły się elfy, wszystkie wyposażone w potężne łuki i wszystkie były w nich wycelowane. Mlaskier zaczął płakać.
– Już dobrze Mlaskier – uspokajał wejdźmin klepiąc go po pupci. – Nie bój się. To tylko elfy ze Schuja’tel.
Na ziemi z wielką gracją wylądował jeden z nich. Podniósł się powoli, płynnym ruchem umieścił łuk na plecach i podszedł do wejdźmina tak blisko, że prawie dotknął go spiczastym nosem.

Wejdźmin przełknął ślinę.

– Gejralt – zaczął elf.
– Yonder.
– Co tu robisz?
– Nic.
– Znowu okradasz mój las?
– Tak – odparł. – Nie – dodał po chwili, wypuszczając z ręki kwiatki werbeny.
– Wiesz, że masz zakaz wchodzenia na mój teren po tym, co ostatnio zrobiłeś moim łucznikom? Połowa z nich wciąż jest w szoku – oznajmił i pociągnął nosem dokładnie dwa razy. – Ładnie pachniesz. Co to?
– Stokrotki, cytrynka, mięta i trochę płatków zimejki.
Elf zastanowił się chwilę.
– Pójdziemy do mnie. Możliwe, że mam wejdźmińskie zlecenie.
Gejralt uniósł brwi i złożył usta w dzióbek.

Po chwili on, niezadowolony Zołman, ocierający łzy Mlaskier, elfy ze Schuja’tel i ich jednooki przywódca Yonder szli w głąb bujnego lasu, aż dotarli do ukrytego w zielonych czubkach drzew miasta elfów.
– Powiedz, że mnie kochasz, Zołmanie – ciągnął wejdźmin po drodze. – Mnie i Mlaskra. Powiedz, że nas kochasz.
– Spierdalaj! Nigdy tego nie powiem.
Gejralt spojrzał na niego wyzywająco.
– Założymy się?
– Nie.

Rozdział III – „Ogórkiem i magią”

W Koxenfurcie panowało jakieś zamieszanie. Przed bramą stało dwóch strażników i tłum niezadowolonych przechodniów, których nie wpuszczono do środka. Wejdźmin przepychał się łokciami w kierunku bramy figlarnie pojękując, a w ślad za nim przeciskał się ubrany w różową tunikę i stringi Mlaskier.

– Przejścia nie ma – warknął na nich strażnik kiedy dotarli do wrót. Poprawił też spodnie patrząc na Mlaskra, który puścił do niego oczko.
– Nie ma, nie ma. Co się stało? – wejdźmin skrzyżował ręce na piersi i patrząc sceptycznie ułożył usta w dzióbek.
– Z zoo uciekły dymony. Dopóki nie przyjedzie wojsko zrobić z nimi porządku, przejścia nie ma.
– Doskonale! – ucieszył się Gejralt, a następnie zdecydowanie zbyt mocno zbliżył się do strażnika. – Wiesz. Jestem wejdźminem – szepnął mu do ucha.
Strażnik co prawda nie wiedział co to jest wejdźmin, ale bardzo szybko uznał, że wpuszczenie tych dwóch idiotów do miasta pełnego dymonów przy odrobinie szczęścia sprawi, że następny raz, kiedy będzie musiał ich oglądać, nastąpi dopiero przy liczeniu ofiar.
– Wchodźcie! – krzyknął strącając rękę wejdźmina ze swojego tyłka.

– Gejraaalt? – Mlaskier szedł za wejdźminem przeskakując z nóżki na nóżkę.
– Coo? – wejdźmin szedł przed Mlaskrem również przeskakując z nóżki na nóżkę.
– Co to właściwie są te dymony?
Dymony wyglądały jak wielkie, włochate goryle, których jedynym zajęciem były czynności prokreacyjne z wszystkim co wykazywało choćby najmniejszą skłonność do ruchu. Z powodu siły fizycznej tych osobliwych potworów, ucieczka prawie zawsze okazywała się daremna. Koxenfurckie zoo było w posiadaniu sporego stada, które najwyraźniej znajdowało się teraz na wolności. Nic dziwnego, że ludzie bali się wychodzić z domu. Wejdźmin wyjaśnił to Mlaskrowi.
– Wytrzyj się, jesteś cały w ślinie – powiedział później podając mu różową chusteczkę.
Mlaskier mlasnął i zachichotał.
– To gdzie te dymony? – zapytał. – Hej, czy to Zołman?
Krasnolud stał na środku ulicy i zobaczywszy ich szybko rozejrzał się na boki, ale w końcu westchnął ze zrezygnowaniem i podszedł.
– No tak, kogo mogła przyciągnąć taka okazja – powiedział. – Nie macie tu czego szukać. Przyszliśmy z Dyrdymałem ubić te dymony, ale nigdzie ich nie ma. Przeszukaliśmy całe miasto. Oczywiście Dyrdymał cały czas osłaniał mi tyłek magicznym korkiem. A potem zniknął. Więc teraz w zasadzie uciekam.

Zza krzaka wyłonił się cień. Zołman przyjął postawę wojenną unosząc topór, wejdźmin podskoczył krzycząc: „ojej!”. Mlaskier się popłakał.
– To tylko ja – rzekł czarodziej Dyrdymał prostując się do swojej pełnej wysokości niemal dwóch metrów w kapeluszu. Kapelusz mierzył półtora metra. Mag wyglądał na bardzo starego i nosił długie, cienkie wąsiki zwisające aż do ziemi. – Byłem kupę.
– Ha ha – Mlaskrowi widocznie poprawił się humor. – Ale wąsy to masz pedalskie!
Czarodziej spojrzał na Mlaskra w jego tunice i prześwitujących różowych stringach, a potem pytająco na Zołmana.
– Nie zwracaj uwagi – krasnolud machnął ręką. – Gdzieś ty, kurwa, był? Wyobrażasz sobie co by się stało, gdybym w tym czasie trafił na dymony sam?
– Cicho – czarodziej podrapał się po brodzie. – Mam pewien pomysł.
Mlaskier sobie mlasnął, a wejdźmin tępo patrzył przed siebie dłubiąc w nosie.
– Jest tylko jeden sposób, żeby dowiedzieć się co się stało – mówił dalej czarodziej. – Potrzebujemy świadka. Niestety, strażnik, który pilnował klatki zaginął. Będziemy musieli go tu sprowadzić.
– Ale nie wiemy gdzie jest – przypomniał Zołman. – Bo zaginął. Mlaskier, kurwa, wyjmij stamtąd palec.
– Ale wiemy, gdzie był. Dlatego użyjecie magii – Dyrdymał starał się pozostać skoncentrowany. Wejdźmin ukradł ogórek z pobliskiego straganu i schował się w krzakach. Mlaskier oblizywał palec. – Użyjecie magii do sprowadzenia go tu z przeszłości, a dokładnie tuż sprzed momentu zniknięcia dymonów.
– Użyjemy?
– Użyjecie, bo ja się stąd zmywam – powiedział czarodziej, w zamyśleniu przyglądając się Mlaskrowi, który zdjął stringi i założył je sobie na głowę.

– Wszyscy na stanowiska – powiedział Zołman. – Robimy tak jak kazał Dyrdymał. Gejralt pilnuje okolicy, na wypadek gdyby pojawiły się dymony. Ja zamykam się w kawiarni na cztery spusty, na wypadek gdyby pojawiły się dymony, a Gejralt by uciekł. Wlewam do kotła wywar, który wywoła magiczną reakcję i sprowadzi tu naszego strażnika. Mlaskier, zrobiłeś wywar?
– Tak. Zrobiłem – Mlaskier podał czarodziejowi butelkę.
– Na pewno nie pomyliłeś składników?
– Zielony owoc mandragory, korzeń czerwonego suchokrzewu, kropla krwi wyciśnięta z komara i niebieskie płatki z miejsca zbrodni. Wtrząśnięte, nie mieszane. Zgadza się?
– Zgadza – krasnolud uspokoił się trochę. – No dobra. Idę.

– Mlaskier…? – powiedział chwilę później wejdźmin.
– No?
– Przecież ty jesteś daltonistą.
– Pocałuj mnie w dupę – zmarszczył czoło Mlaskier. – Wcale nie. Przysięgam na moje niebieskie stringi.

Z komina kawiarni wyleciały magiczne iskry. Było wiadomo, że reakcja zadziałała. Musiała zadziałać niespodziewanie dobrze, bo jak na sprowadzenie jednego strażnika sprzed kilku dni w przeszłości, efekty świetlne były wyjątkowo spektakularne. Po chwili z komina wyleciało tyle światełek, że wszyscy musieli na chwilę zamknąć oczy. Wejdźmin golił nogi ostrzałką do miecza i patrzył na drzwi, ale krasnolud nie wychodził. Mlaskier dreptał w kółko; w końcu poszedł zajrzeć przez okno, czy osiągnięty został pożądany rezultat.
– Zołmaaan? Wszystko w porządku? – zawołał. – Gejralt, widzę Zołmana. Jest cały blady i stoi w bezruchu.
– Może zamarzł? – Wejdźmin naprawdę chciał być pomocny.
Mlaskier zbliżył twarz do okna i osłonił oczy dłońmi, aby lepiej widzieć.
– Ojej! – zawołał. – Gejralt!
– No?
– Już wiem gdzie się podziały tamte dymony!

Rozdział II – „Coś Fajnego”

– Zołman! Zooołmaaan! – wrzeszczał Mlaskier. – Zołman, ty mały chuju, przecież wiem, że mnie słyszysz!
– No nie taki znowu mały! – oburzył się krasnolud, wychylając głowę zza krzaczka porzeczki. – Kurwa, nawet wysrać się z rana nie można na spokojnie. Ty też tu? Czego chcesz?
– Widziałeś gdzieś Gejralta?
– Ta. Ostatnim razem jak go widziałem, to przebrał się za nimfę i hasał po lesie w tej swojej zwiewnej tuniczce. Szukał jakiegoś lachodupca, czy coś…
– Lasodymacza?
– Ta, chyba tak. Ale to było trzy dni temu.
Mlaskier mlasnął.
– Bo ja wracam właśnie od Fjutesta – powiedział. – Mam dla niego nagrodę. Czterysta wyrżnijmijskich koron.
– Tyle forsy za te kamienne majteczki, o których mi opowiadał, aż całkiem zaszło słońce?!
– Ametystowe, Zołmanie. Ametystowe stringi, mówiąc dokładnie. Fjutest był zachwycony, kiedy je ubrał.
– Widziałeś… go…? Nie, dobra, nie. Nie chcę wiedzieć.
– Przecież wiesz, że mi to obojętnie z kim.
– Chyba powiedziałem, że nie chcę nic na ten temat wiedzieć – skończył, wciągając spodnie. – Rób co chcesz. Ja stąd spierdalam, nim całkiem odmarźnie mi tyłek.
– Mam królewskie wino – zagadnął grajek.
Zapadła cisza. Krasnolud patrzył na niego tępo zastanawiając się, co jest gorsze: pić wino z Mlaskrem, czy nie pić wina wcale.
– Dziesięć metrów stąd rozbiłem obóz – powiedział w końcu. – Chodź.

Nad wyrżnijmijskim lasem powoli zapadał mrok, wśród którego rozchodził się delikatny dźwięk Mlaskierowej lutni. Ogień, który udało im się rozpalić, wesoło podskakiwał w rytm ich śpiewu.

Siedemnasta panienka, pojechała do Gienka, ale Gienka nie było, pannę coś w lesie zbiło. Osiemnasta panienka pojechała do Benka, ale Benka nie było, pannę coś w lesie zbiło. Dziewiętnasta panienka, pojechała do…

– Coż to kurwa było?! – wrzasnął nagle Zołman, wytrącając Mlaskrowi instrument z rąk.
Obydwoje szybko zlokalizowali krzaki, które poruszały się szeleszcząc. Szelest był coraz głośniejszy, aż w końcu ucichł całkowicie, by powrócić ze zdwojoną siłą. Wyłoniła się z nich nieco zgrzana, jasna postać.
– Spokojnie kluseczki, to tylko ja.
– Gejrrralt – wybełkotał Zołman przewracając się na bok. – Ale żeś nas wystraszył, chłopie…! To znaczy… Eee… Dorwałeś to Lacho… Lacho…
– Lasso. Dymacza – poprawił go Mlaskier, bekając.
– Mhm – przytaknął Wejdźmin. – Oto dowód – rzekł, powoli unosząc rękę, na której końcu dyndało obowiązane sznurem trofeum.

Nie było duże. Było ogromne.
Gejralt uniósł brew i uśmiechnął się zalotnie.

– O żesz ty w mordę… – wyszeptał krasnolud jak zahipnotyzowany. – Wiesz Mlaskier, jak na to patrzę, to muszę ci przyznać rację, że rano nazwałeś mnie małym chujem. Na wszystkie kurwy Vinogradu – przeżywał Zołman, wciąż wpatrzony w trofeum. – Gejralt, jak żeś tego dokonał!?
Nic innego nie przyszło mu do głowy, więc się za nią chwycił.
– Normalnie – oznajmił wejdźmin. – Męczyłem go, aż upadł. Na brzuch – dodał, biorąc soczysty łyk wina. – Nie bez powodu nazywają mnie WEJDŹminem – zaznaczył.
– To na cholerę ci te miecze? – warknął Zołman.
Gejralt spojrzał na niego wyjątkowo z góry.
– A myślałeś przepraszam, że czym wchodzę?

Mlaskier przyglądał się spragnionemu wejdźminowi, który lekko pochylony zaciągał się winem. Jego obraz falował mu przed oczami, ale poeta uznał, że Gejralt musi być okropnie zmęczony. Zrobił mu nawet miejsce na pieńku, który zajmował, ale wejdźmin po krótkim namyśle zdecydował, że raczej postoi.

– A gdzie Pupka? – zapytał Mlaskier, rozglądając się wkoło.
– Ooo… – jęknął Gejralt. – Niechcący złapała się w Syrden i zamarzła.
– Pupka nie żyje?! – pisknął Mlaskier.
– Co? – zapytał wejdźmin. – A tak, Pupka. Pupka! – zawołał.
Po chwili z lasu wyłonił się koń.
– O jest. Pupka – potwierdził wskazując na zwierzę otwartą dłonią.
– To nie jest Pupka – skrzywił się Mlaskier.
– Jak nie jak tak – upierał się Gejralt.
– Pupka była czarna. Ten koń jest biały – zauważył Zołman.
– Przecież mówiłem, że zamarzła – wyjaśnił wejdźmin, zaciągając się winem.
– Gejralt… Co żeś zrobił z…
– Ne moe tea móić, bo pije łino – oznajmił, łypiąc na nich jednym okiem.
Zołman i Mlaskier popatrzyli na siebie pobłażliwie i rozsiadli się wokół iskrzącego ogniska.

Kiedy Gejralt opróżnił butlę i właśnie miał zabierać się za następną, do jego uszu dobiegło zalotne wycie.
– Oho! – zanucił. – Jeszcze jeedeeen…!
– Gejralt, no chyba nie zamierzasz teraz… – spytał Mlaskier, ale Gejralt był już w połowie naciągania tuniki na biodra wesoło pogwizdując.
– Hm? – zapytał zastygając w ruchu.
Zołman był innego zdania.
– No co ty, zwariowałeś?! – wrzasnął, wprawiając Mlaskra w drgawki. – Niech idzie! Inaczej ten lassodupiec tu przyjdzie, a ja nie mam zamiaru przeżywać tego drugi raz!
– Oj no, nie było tak źle… – mruknął wejdźmin.
– Ty to już lepiej nic nie mów! – krasnolud pogroził mu palcem.

Gejralt puścił mu oczko, energicznie natarł miecz błyszczykiem, lecz tym razem brzoskwiniowym, i łyknął coś białawego wyrzucając flakonik za siebie. Jego oczy rozbłysły.
– To ja lecę, chłopcy. Nie czekajcie na mnie, bo jak zdobędę drugie trofeum, to od razu jadę do Wychódka Wielkiego odebrać nagrodę – rzekł, poprawił włosy i na powrót wskoczył w krzaki znikając w czarnym lesie.
Pupka podążyła w ślad za nim, a krasnolud z grajkiem wkrótce zasnęli i obudzili się dopiero wtedy, gdy przywitało ich słońce.

***

Wąska ścieżka w lesie powoli rozszerzała się, a na horyzoncie powyżej drzew było już widać kryte strzechą dachy. Pupka, obwieszona trofeami wyciętymi z lasodymaczy po obu stronach siodła, szła powoli i ociężale.
Gejralt, zasnąwszy na swoim koniu, zbudził się dopiero na miejscu, kiedy śliniąc się zsunął się na ziemię. Z jego torebki wysypały się puste flakoniki po eliksirach.
Usiadł, przetarł na wpół otwarte oczy i poklepał stojące obok dziecko.
– Dobra Pupcia – rzekł, patrząc przed siebie. – Jesteśmy na miejscu.
– Tato! – wydarł się chłopiec wprawiając Gejralta w osłupienie i uciekł.

Wejdźmin podniósł się z ziemi, otrzepał z piachu i przewiesił się sznurem z trofeami, które dumnie spoczęły na jego piersiach.
– Gejralt – usłyszał za plecami. – Zdejmij to.
– Zołman… Ty już tu?
– Nie będę z tobą rozmawiał, dopóki tego nie ściągniesz – rzekł krasnolud, rozglądając się.
W koło zebrał się już tłumek gapiów, a wśród nich kilka matek, które zasłaniały oczy swoim dzieciom.
Wejdźmin westchnął i zrobił dzióbek z ust.
– Wielkie mi rzeczy… Przepraszam… – rzekł, chociaż wcale nie musiał, bo kiedy ruszył naprzód tłum natychmiast się rozstąpił.

Podszedł do najbardziej okazałej chaty z całej wioski, zapukał trzy razy i otworzył drzwi.
– Wejdź, Wejdźminie – rzekł głos, którego właściciela nigdzie nie było widać.
Gejralt  burknął coś pod nosem i rzucił trofea na stół, zza którego szybko wyłonił się obdarzony długą rudą brodą sołtys Wychódka.
– O BOŻE! – zaskrzeczał. – Zabierz to z mojego stołu! Ja tu jem!
– Też bym coś zjadł – oznajmił Gejralt, spoglądając na trofea głodnym wzrokiem. – Tak czy inaczej, unieszkodliwiłem lasodymacze i przychodzę po swoją nagrodę.
– Masz, bierz! – wrzasnął sołtys, rzucając w jego stronę sakiewkę. – Tylko weź to już!

Wejdźmin leniwie chwycił za sznur i ruszył w stronę wyjścia wlekąc trofea po podłodze. Zatrzymał się przed chatą i spojrzał na Zołmana pochylonego nad jego torebką. Westchnął, wypuścił sznur z ręki i zostawiając zdobycze pod drzwiami chaty sołtysa podążył w jego kierunku.
– Wypiłeś dwadzieścia osiem różnych eliksirów?! – wrzasnął krasnolud wymachując rękami pełnymi pustych buteleczek. – Czyś ty zdurniał do reszty?!
– Tak wyszło… – wymamrotał wejdźmin.
– Eliksir „Jakieś Gówno” – odczytał Zołman na jednej z etykietek i spojrzał na niego pytająco.
– Tego właśnie nie powinienem był wypijać, bo tak się teraz czuję… – stwierdził Gejralt. – Czy ty się o mnie martwisz, Zołmanie?
– Eliksir „Coś Fajnego” – czytał dalej krasnolud. – Co to kurwa jest?!
– Przecież jest napisane… – wybełkotał wejdźmin i bezwładnie runął na ziemię przytulając się do niej policzkiem.

Tłum wkoło zawył.

– Gejralt! – krzyknął Zołman. – Co ci jest? Co mam robić! Dać ci „Coś Fajnego”?! Może wody? Gejralt! Mów do mnie! Co mam zrobić!?
– Uspokój się… – wyjęczał wejdźmin ziewając. – Tylko się położyłem.
Zołman uniósł brwi i wytrzeszczył oczy.
– Nie, kurwa. Nie wytrzymam z tobą.
– Jak już chcesz mi coś zrobić – zaczął ospale. – To zrób mi…
– Spierdalaj.
– Lo…
– Spierdalaj, mówię!
– Lodo…
– Zamknij się! Powiedziałem, żebyś się zamknął!
– …watą kąpiel – dokończył Wejdźmin z trudem. – I daj mi jedzenie. Mam okropnego kaca.

Zołman nie był zadowolony z obrotu sytuacji, ale jego przyjaciel wkrótce stracił przytomność i krasnolud był zmuszony zająć się nim w szczególności po tym, jak dzieci sołtysa zaczęły bawić się częściami lasodymaczy, a on sam, nie bacząc pod nogi, potknął się o nie wprawiając mieszkańców wsi w niemałe rozbawienie. Następnie chwycił za siekierę, ale koniec końców, skończyło się tylko na groźbach.
Tylko jedna osoba zdecydowała się pomóc przybyszom. Była nią elfka Marlena, która w ramach pożegnania podarowała Gejraltowi swoje stare leginsy w panterkę, w które odział się bezzwłocznie zaraz po przebudzeniu następnego ranka. Wejdźmin zapewnił Zołmana, że czuje się doskonale, więc zdecydowali, że zaraz po śniadaniu wyruszą w dalszą drogę.

Najedzony Gejralt przeciągnął się na progu chaty Marleny i udał się do stajni, gdzie chwycił konia za lejce i ruszył naprzód.
– Gejralt, to nie twój koń – zauważył Zołman.
Wejdźmin spojrzał na lejce i powiódł po nich oczami, aż dotarł do ciemnego łba.
– A. Rzeczywiście – przyznał. – Wypiłem eliksir „Pies”, który sprawia, że widzę na czarno-biało.
– Pomijając fakt, że w ogóle go wypiłeś, to niczego nie zmienia, skoro wciąż widzisz biały.
– Czepiasz się szczegółów, Zołmanie – uciął, znalazł białego konia i zerknął na przyjaciela ściągając usta. – Wsiadasz? Zmieścisz się z przodu.
– Nie.
– Jak wolisz. Gdybyś zmienił zdanie, to… – przekonywał, ale Zołman wyprzedził go burcząc coś pod nosem.
– Idziesz, czy nie? – rzucił krasnolud. – Mlaskier mówił, że idzie się zabawić w Koxenfurcie, nie może być daleko.

Późnym popołudniem wejdźmin natrafił na ślad, który sugerował, że Mlaskier szedł tą samą drogą, ale mimo próśb krasnoluda, nie chciał mu zdradzić żadnych szczegółów.
– Nie chce mi się już jechać na tym koniu – oznajmił nagle, zsiadł z Pupki i oddał mu lejce.
Krasnolud nie wytrzymał długo przyglądając się temu, co robi jego towarzysz. Wejdźmin, wyraźnie zadowolony, zrywał przydrożne kwiaty i delikatnie gładził kolorowe płatki uśmiechając się przy tym lekko.
– Jeszcze nam ktoś spuści wpierdol przez ciebie – rzucił Zołman.
Wejdźmin zachichotał zabawnie.
– Doczekałem się kumpli, kurwa – kontynuował krasnolud pod nosem. – Jeden spedalony wiecznie naćpany wejdźmin i drugi, wcale nie lepszy, poeta-grajek z pawim piórkiem w dupie.
– Co tam burczysz, Zołmanie? Zrobię ci wianek na poprawę nastroju.
– A spierdalaj.

Na ścieżce przed nimi pojawiło się trzech bandytów.
– No i mówiłem – oświadczył krasnolud zakładając ręce na piersi.
Gejralt zerknął na nich przelotnie, układając swój bukiet z bardzo poważną miną.
– Stać! – wrzasnął jeden z osiłków podnosząc swój miecz. – Oddawać broń, pieniądze i… biżuterię – dodał, wodząc wzrokiem po Gejralcie.
Zołman wyjął topór i przygotował się do walki, na co Gejralt westchnął, wyraźnie znudzony, co nieco go zdezorientowało.
– Niech będzie – rzekł Gejralt i podszedł do osiłka, który wymierzył w niego mieczem.
– Potrzymaj kwiaty – nakazał wejdźmin.
– Że co?
– Potrzymaj kwiaty – nalegał.
Bandyci spojrzeli po sobie. Jeden z nich odebrał bukiet wyraźnie rozbawiony.
Gejralt podziękował i szybkim ruchem wyciągnął jeden ze swych mieczy, którym niemal niezauważalnie machnął przed osiłkiem, by temu po chwili spadły spodnie. Wejdźmin wbił końcówkę swego miecza w ziemię i oparł się na nim w skupieniu wpatrując się w zaskoczonego mężczyznę.
– Hmm.. – mruknął. – Kawał z ciebie chłopa. Szkoda, że śmierdzisz. Zrobimy tak. Zejdziecie nam z drogi i pójdziecie śmierdzieć gdzie indziej. W przeciwnym razie skończycie w bardzo spektakularnym trójkącie.
– Gdybym był na waszym miejscu, to bym go posłuchał – wtrącił Zołman.
– Co? O czym ty kurwa gadasz?! – warknął bandyta.
Wejdźmin przewrócił oczami. Nie chciało mu się tego tłumaczyć.
– Flaki z ciebie wypruję ty pedalski strachu na wróble! – ryknął osiłek, ruszając z podniesionym mieczem.
– Tak, tak – mruknął Gejralt i pstryknął paznokciami łapiąc bandytów w Syrden.

Unieruchomieni mężczyźni wodzili wzrokiem za wejdźminem – bo tylko oczami poruszać mogli – który przechadzał się wokół nich wyciągając im broń z rąk i ściągając z nich resztę ubrań. Jak zwykle przykładał się do tego z wielką starannością.
– Zobacz Zołmanie, kolejny biały koń był z nimi. Ten będzie dla ciebie. Nazwiemy go… Pupka. Tak, Pupka to całkiem ładne imię dla konika. Co pan o tym sądzi, panie bandyto? Zołmanie, mógłbyś? – zwrócił się nagle do towarzysza. – Zołmanie?
Ale Zołmanowi ani się śniło pomagać w tym przedsięwzięciu, więc już dawno wziął nogi za pas.
– Hm. Odnoszę wrażenie, że ten uparciuch tego pożałuje – mruknął Wejdźmin. – Trudno. Sam was zwiążę.
Gejralt, pozostawiając bandytów w ciekawej aranżacji, przyznał sam sobie, że ma bardzo bogatą wyobraźnię, wsiadł na Pupkę i ruszył w kierunku wzgórza, na którym położony był Koxenfurt. Po dwóch dniach dotarł do strumyka pod samym wzgórzem, nad którym spotkał kąpiącego się Mlaskra, i obydwoje przyszykowali się na wizytę w Koxenfurdzkich zamtuzach, które zamierzali odwiedzić, aby się nieco zrelaksować.

 

Rozdział I – „Zołman”

Ślady japonek zostawione na śniegu okrążały drzewo i ginęły w zagajniku. Krasnolud Zołman, który nie miał wątpliwości co to oznaczało, podrapał się po karku, odwrócił się na pięcie i pospiesznie zrobił pierwszy krok do przodu. Kiedy nic się nie stało, przyspieszył aby czym prędzej się oddalić.
Nie zdążył. Głos, który dobiegł zza jego pleców nie dawał nadziei na odwrót.
– Kurwa – jęknął krasnolud.
Źródło dźwięku zbliżało się szybko. Zołman westchnął i mrucząc coś pod nosem obejrzał się przez ramię.

Mizernę dałoby się ciąć w locie toporem i zyskać na tyle czasu, żeby uciec lub dobić potwora póki ten byłby jeszcze w szoku. Może nawet runąłby na tyle szczęśliwie żeby skręcić kark i byłoby po robocie. Ale to nie była mizerna.

– Juhuu! – ten głos i towarzyszący mu blask cekinów w promieniach wieczornego słońca krasnolud znał zbyt dobrze. Gdyby nie to, że już i tak było mu kurewsko zimno, mógłby jeszcze spróbować zakopać się w śniegu. Kiedy w końcu wejdźmin Gejralt zrównał się z Zołmanem, z gracją zeskoczył ze zmarzniętego na kość konia Pupki i przeczesał ręką swoje srebrne włosy z pasemkiem na środku.

– Kogo widzą me oczęta!
Wystarczyłoby jedno celne cięcie, żeby szeroki uśmiech pełen perłowo białych ząbków znalazł się w zdecydowanie innym miejscu niż jego właściciel.
– Gejralt. Ze wszystkich miejsc… Co tu robisz?
– Poluję. Chodzą słuchy że w okolicy grasuje lasodymacz. Nie mogę go znaleźć.
Wejdźmin zachichotał bez widocznego powodu.
– Lasodymacz? – krasnolud skrzywił się ponuro. – Zresztą, nie chcę wiedzieć.
Wejdźmin uniósł brwi i zamrugał sceptycznie.
– Zołmaaaan, to wciąż się boczysz?
– Mam dobry powód.
– Oj już przestań, przestań. Krasnoludy znane są z dystansu do siebie. Przepraszałem. Zresztą trzeba było się nie nachylać. Masz coś do jedzenia?
– Nie. Szedłem do zagajnika po drewno na opał, bo zamarznąć idzie. Ale zmieniłem zdanie. A twój koń już chyba zamarzł.
Spojrzeli na trzęsącą się Pupkę, która, zagarnąwszy kopytem na stosik kilka zamarzniętych patyków starała się rozpalić ognisko.

Ogień, wzniecony pospiesznie wspólnymi siłami krasnoluda, wejdźmina i konia Pupki oświetlał twarze siedzących wokół niego postaci. Przyszedł już zmierzch i tak czy inaczej trzeba było przeczekać do rana. Gejralt zakończył właśnie medytację, podczas której wypił kilka eliksirów i natarł dokładnie miecz błyszczykiem truskawkowym. Usiadł obok Zołmana na pieńku, założył nogę na nogę, i podał mu zdobioną butelkę.

– Napijesz się?
– Ty wiesz, że dla normalnych ludzi wejdźmińskie eliksiry są silnie trujące?
– Ale jak już cię nie zabije, to cię wzmocni. Zresztą to jest Malibu z mlekiem kokosowym.
– Malibu? Gejralt, czyś ty do reszty… – krasnolud spojrzał na wejdźmina w jego delikatnej tunice, po czym westchnął i nalał sobie drinka.
– Będę musiał iść poszukać lasodymacza – powiedział Gejralt. – Mogę nie wrócić. Idziesz ze mną?
– Nie. Słuchaj, to Malibu jest jakieś słabe.
– Bo to nie krasnoludzki absynt, głuptasie – wejdźmin przerwał nasłuchując czegoś chwilę, po czym podniósł się powoli i zatrzepotał rzęsami.
Krasnoludowi wydawało się że z oddali dobiegało wycie. Brzmiało jednak podejrzanie bardziej zalotnie niż złowrogo.
– Na mnie pora.
– Co, kurwa? Ty poważnie idziesz do tego ciemnego lasu? – krasnolud zbladł na samą myśl.
Gejralt uśmiechał się jednak szeroko.
– Idę. Jest tam taka polanka… – wziął Pupkę za lejce i spojrzał na Zołmana. – Mam nadzieję, że będziesz tęsknił – puścił jeszcze oczko i zniknął w ciemności.
– Tak po prostu…  poszedłeś? – Zołman wciąż siedział przy ognisku czując dziwną pustkę. – Żebyś wiedział, że będę tęsknił. Będę…. Co ja, kurwa, gadam? A chuj. Idę.

W ciemnym lesie nie było widać ani Gejralta, ani wspomnianej polanki, i Zołman zaczął żałować, że opuścił ciepły obóz. Chwilę później pożałował tego stokroć bardziej. Krasnolud wzdrygnął się, spojrzał podejrzliwie w ciemność i pobladł.
– Mrrr… – usłyszał za plecami zalotnie mruczenie – Dzień dobry.
– O kurwa – szepnął.

PROLOG

Gejralt, ubrany w nowiuśką cekinową kolczugę, skórzane leginsy i trzewiki wykonane z najznamienitszej skóry z koziego zadka, oraz jego przyjaciel Mlaskier w elfickim nakryciu głowy z tęczowym piórkiem z tylnej części pawiokołaka, które dostał od Gejralta w prezencie, podążali w kierunku bramy Wyrżnijmy, aby dobić targu z królem Fjutestem.
– Stać! – warknął strażnik. – Kto idzie?
– Gejralt z Ruii do króla.
– W jakiej sprawie?
– Hm, osobistej.
Strażnik spojrzał na ich barwne stroje i uznał, że to z pewnością przyjaciele władcy, którego strzeże.
– Dobra, wchodźcie. Ty nie! Pojedynczo! – dodał, blokując Mlaskra.
– On też musi wejść – zauważył Gejralt.
– Mam nowy wierszyk dla Fjutesta – wytłumaczył Mlaskier, unosząc lutnię.
Strażnik cofnął się burcząc coś pod nosem.
– Mężczyźni – skwitował Gejralt. – Pospieszmy się, bo Fjutest za spóźnienie może nas nawet wychłostać.
– To może poczekamy?

Komnata króla była pusta, ale jego wierny sługa, którego imienia nikt nie pamięta, bo jest za długie, prędko ich rozpoznał i zaprowadził do swojego pana.
Król Fjutest na ich widok ucieszył się podwójnie, ponieważ właśnie brał kąpiel.
– Gejralt! – wrzasnął. – Jak ja ci, kurwa, zazdroszczę tych włosów!
Gejralt trzepnął głową sprawiając, że jego długie srebrne włosy z różowym pasemkiem pośrodku opadły mu na ramiona.
– Masz? – zapytał król.
Gejralt zachichotał.
– Mam – odparł wyciągając z torebki ametystowe stringi.
– Przepiękne! – krzyknął Fjutest. – Nosiłeś?
– Jeden dzień.
– Dobrze. A wierszyk? – zapytał zwracając się do grajka.
– Gotowy – oznajmił Mlaskier.
– Doskonale. A zatem – król wstał i położył ręce na biodrach. – Gejralcie, czy mógłbyś nas zostawić samych?
Cała piana została w wannie.
– Jak to? – burknął wejdźmin.
– A tak to.
– Ostatni raz, Fjutest – Gejralt skrzyżował ręce na piersiach. – I moja zapłata. Niełatwo było to zdjąć z tyłka Dżemmefer.
– Domyślam się – skrzywił się Fjutest. – Fuj.