Ślady japonek zostawione na śniegu okrążały drzewo i ginęły w zagajniku. Krasnolud Zołman, który nie miał wątpliwości co to oznaczało, podrapał się po karku, odwrócił się na pięcie i pospiesznie zrobił pierwszy krok do przodu. Kiedy nic się nie stało, przyspieszył aby czym prędzej się oddalić.
Nie zdążył. Głos, który dobiegł zza jego pleców nie dawał nadziei na odwrót.
– Kurwa – jęknął krasnolud.
Źródło dźwięku zbliżało się szybko. Zołman westchnął i mrucząc coś pod nosem obejrzał się przez ramię.
Mizernę dałoby się ciąć w locie toporem i zyskać na tyle czasu, żeby uciec lub dobić potwora póki ten byłby jeszcze w szoku. Może nawet runąłby na tyle szczęśliwie żeby skręcić kark i byłoby po robocie. Ale to nie była mizerna.
– Juhuu! – ten głos i towarzyszący mu blask cekinów w promieniach wieczornego słońca krasnolud znał zbyt dobrze. Gdyby nie to, że już i tak było mu kurewsko zimno, mógłby jeszcze spróbować zakopać się w śniegu. Kiedy w końcu wejdźmin Gejralt zrównał się z Zołmanem, z gracją zeskoczył ze zmarzniętego na kość konia Pupki i przeczesał ręką swoje srebrne włosy z pasemkiem na środku.
– Kogo widzą me oczęta!
Wystarczyłoby jedno celne cięcie, żeby szeroki uśmiech pełen perłowo białych ząbków znalazł się w zdecydowanie innym miejscu niż jego właściciel.
– Gejralt. Ze wszystkich miejsc… Co tu robisz?
– Poluję. Chodzą słuchy że w okolicy grasuje lasodymacz. Nie mogę go znaleźć.
Wejdźmin zachichotał bez widocznego powodu.
– Lasodymacz? – krasnolud skrzywił się ponuro. – Zresztą, nie chcę wiedzieć.
Wejdźmin uniósł brwi i zamrugał sceptycznie.
– Zołmaaaan, to wciąż się boczysz?
– Mam dobry powód.
– Oj już przestań, przestań. Krasnoludy znane są z dystansu do siebie. Przepraszałem. Zresztą trzeba było się nie nachylać. Masz coś do jedzenia?
– Nie. Szedłem do zagajnika po drewno na opał, bo zamarznąć idzie. Ale zmieniłem zdanie. A twój koń już chyba zamarzł.
Spojrzeli na trzęsącą się Pupkę, która, zagarnąwszy kopytem na stosik kilka zamarzniętych patyków starała się rozpalić ognisko.
Ogień, wzniecony pospiesznie wspólnymi siłami krasnoluda, wejdźmina i konia Pupki oświetlał twarze siedzących wokół niego postaci. Przyszedł już zmierzch i tak czy inaczej trzeba było przeczekać do rana. Gejralt zakończył właśnie medytację, podczas której wypił kilka eliksirów i natarł dokładnie miecz błyszczykiem truskawkowym. Usiadł obok Zołmana na pieńku, założył nogę na nogę, i podał mu zdobioną butelkę.
– Napijesz się?
– Ty wiesz, że dla normalnych ludzi wejdźmińskie eliksiry są silnie trujące?
– Ale jak już cię nie zabije, to cię wzmocni. Zresztą to jest Malibu z mlekiem kokosowym.
– Malibu? Gejralt, czyś ty do reszty… – krasnolud spojrzał na wejdźmina w jego delikatnej tunice, po czym westchnął i nalał sobie drinka.
– Będę musiał iść poszukać lasodymacza – powiedział Gejralt. – Mogę nie wrócić. Idziesz ze mną?
– Nie. Słuchaj, to Malibu jest jakieś słabe.
– Bo to nie krasnoludzki absynt, głuptasie – wejdźmin przerwał nasłuchując czegoś chwilę, po czym podniósł się powoli i zatrzepotał rzęsami.
Krasnoludowi wydawało się że z oddali dobiegało wycie. Brzmiało jednak podejrzanie bardziej zalotnie niż złowrogo.
– Na mnie pora.
– Co, kurwa? Ty poważnie idziesz do tego ciemnego lasu? – krasnolud zbladł na samą myśl.
Gejralt uśmiechał się jednak szeroko.
– Idę. Jest tam taka polanka… – wziął Pupkę za lejce i spojrzał na Zołmana. – Mam nadzieję, że będziesz tęsknił – puścił jeszcze oczko i zniknął w ciemności.
– Tak po prostu… poszedłeś? – Zołman wciąż siedział przy ognisku czując dziwną pustkę. – Żebyś wiedział, że będę tęsknił. Będę…. Co ja, kurwa, gadam? A chuj. Idę.
W ciemnym lesie nie było widać ani Gejralta, ani wspomnianej polanki, i Zołman zaczął żałować, że opuścił ciepły obóz. Chwilę później pożałował tego stokroć bardziej. Krasnolud wzdrygnął się, spojrzał podejrzliwie w ciemność i pobladł.
– Mrrr… – usłyszał za plecami zalotnie mruczenie – Dzień dobry.
– O kurwa – szepnął.