Rozdział VI – Pozamiatane

pozamiatane

Kulka potoczyła się po drewnianej rynience, a następnie spadła z niej, by wylądować w wiaderku, które wisiało na wiklinowym sznurku. Pod wpływem jej ciężaru wiaderko zaczęło powoli opadać, by w końcu spocząć na ustawionej pod odpowiednim kątem listewce. Listewka ta, wykonując półobrót, potrąciła szereg ustawionych pionowo klocków do domina, które, jedno po drugim, zaczęły przewracać się w perfekcyjnym porządku.
++++++Zjawisku temu przyglądały się z bliska oczy, do których przyczepiona była wąsata twarz, która stanowiła znaczną dość część ciała czarodzieja.
++++++– Mh, mh – mruczał do siebie z zadowoleniem Dyrdymał obserwując jak przewracający się łańcuch domina przyspiesza tempa.
Kiedy ostatni klocek z cichym stukotem poddał się reakcji łańcuchowej, spadł ze stołu, na którego stał krawędzi i zanim uderzył w podłogę uruchomił pstryczek dziwacznej maszyny wyposażonej końcówki z małymi nożykami i młoteczkami, która zaturkotała i ożyła. Czarodziej patrzył z zachwytem, jak urządzenie przemieszcza się pokracznie w stronę ustawionego na stoliku jajka na miękko w porcelanowej podstawce.
Wyspecjalizowane końcówki rozpoczęły czynność, do której zostało zbudowane: dziwnymi, ale precyzyjnymi ruchami postukiwały i obierały jajko ze skorupki. Dyrdymał klasnął w dłonie.
++++++– Noo, to się nazywa geniusz myśli technologicznej – rzekł głośno do siebie.
Coś jednak poszło nie tak. Zanim Dyrdy-Jajex (czarodziej był bardzo dumny z tej nazwy) skończył swoje dzieło, wypadła z niego jakaś zębatka. Następnie maszyna zaczęła trząść się i parować, gubić jeszcze więcej części, wyć i wymachiwać swoimi końcówkami, by w końcu zniszczyć i jajko, i stolik, i stojącą na półce drogocenną kolekcję nienajświeższych już szczotek do sedesu. Zanim Dyrdymał zdążył zastanowić się, czy w ogóle zamontował tam jakiś wyłącznik, machina w szale skoczyła na niego i urwała mu głowę.
W podziemnej pracowni nic się nie poruszało. Na podłodze tliły się jeszcze zgliszcza Dyrdy-Jajexa, a jego leżący nieopodal twórca zupełnie stracił głowę.
++++++Nie minęła minuta, a drzwi w rogu pomieszczenia laboratorium uchyliły się ze skrzypnięciem. Do środka zajrzało coś, co na pierwszy rzut oka można by wziąć za drewniany kij, zwłaszcza, że był to drewniany kij.
Magiczna miotła, upewniwszy się, że czarodziej nie robi nic, podczas czego lepiej zostawić go w spokoju, weszła do środka. Jej właściciel, co prawda, urwał sobie głowę i rozpryskał wszędzie krew, ale to zdecydowanie nie była najgorsza rzecz, na której kiedykolwiek go przyłapała. Miotła wyobraziła sobie, że wzrusza ramionami, i zrobiło jej się trochę przykro, kiedy przypomniało jej się, że składa się właściwie tylko z kija i pęku gałęzi. „No nic” – pomyślała – „trzeba zakasać rękawy i brać się za sprzątanie”. Zastanowiła się nad tym sformułowaniem i wpadła w jeszcze podlejszy nastrój.
++++++Brak rąk wcale nie utrudniał miotle zadania. Była magiczna, mogła zatem przenosić przedmioty siłą woli i, na przykład, wyczarować sobie detergent do czyszczenia powierzchni porcelanowych w kuchni i łazience z mikrokryształkami, w atrakcyjnej cenie, który wystarcza na dwa razy więcej zmywania niż zwykły środek.

++++++Kiedy uprzątnęła już wszystkie szczątki nieszczęsnej maszyny, pochowała narzędzia i powycierała rozbryzganą na ścianach krew, miotła zapaliła papierosa, który unosił się w powietrzu w niewielkiej odległości od czubka jej kija i postanowiła pozbyć się ciała. W czasach, kiedy była jeszcze zwykłą, a nie magiczną miotłą, obracała się w różnych, często wątpliwej praworządności środowiskach i wiedziała dokładnie co należy zrobić. Łopata powinna znaleźć się gdzieś w pracowni, natomiast najlepszym miejscem na grób jest jakaś zapomniana polana, gdzie ziemia jest wystarczająco miękka by kopać. Chociaż jest też taka metoda z kwasem… Była już prawie u drzwi wyjściowych, niosąc dwuczęściowe teraz ciało czarodzieja, kiedy przypomniało jej się, że przed śmiercią jej pracodawca dał jej instrukcje na wypadek zaistnienia tego rodzaju okoliczności.
++++++Pacnęła się w czoło, oczywiście w sposób wyimaginowany, mentalnie westchnęła i skierowała się w stronę stojącego przy ścianie drewnianego pudła z napisem „Zmartwychwsta-Dydotron”. Włożyła tam ciało, uprzednio wyjąwszy je z czarnego worka na zwłoki, i nacisnęła przycisk „Start”. Potem zgasiła papierosa i spokojnym krokiem wróciła do swojego schowka.
++++++Coś zafurczało, rozbłysło, a po chwili drzwi pudła otworzyły się z hukiem, a ze środka wypadł Dyrdymał.
++++++– Jaaaa pieeerdooolęęęę, mooja głoowa! – krzyknął, po czym obmacał się, aby sprawdzić, czy wszystko ma na swoim miejscu. Nie bardzo wiedział, co się stało, a ni gdzie się znajduje.
Dla pewności dokładnie się pomierzył i stwierdził, że po skorzystaniu ze Zmartwychwsta-Dyrdytronu jest o milimetr niższy, niż wcześniej. To go rozsierdziło. W przeciwieństwie do wynalazków, z których był najbardziej dumny, takich jak DyrdyDurszlag 7000, który potrafił wywracać garnki na lewą stronę, albo Dyrdyrekor 17, maszyny, która potrafiła udawać, że pracuje, czarodziej uważał Zmartwychwsta-Dydotron za nieudany pomysł, i postanowił rozłożyć go na części w wolnym czasie.
++++++Po zmartwychwstaniu był straszliwie głodny, a to podsunęło mu pomysł na znacznie bardziej użyteczny wynalazek.

++++++Niezwłocznie przystąpił do pracy. Najpierw wyczarował sobie idealnie ugotowane na miękko jajko. Następnie przyniósł z magazynka całą kupę zębatek, sznurków, listewek, klocków domina i innych części, a potem tak długo stukał, pukał, skręcał i przesuwał, aż, po kilku godzinach, jego dzieło było gotowe.
++++++– Nazwę cię – powiedział do maszyny. – Dyrdy-Jajco… Dyrdy… Jajex! Teraz zobaczmy, jak działasz.
++++++Czarodziej pchnął palcem przygotowaną na drewnianej listewce kulkę, która tocząc się uruchomiła reakcję łańcuchową, która w końcu doprowadziła do uruchomienia jego nowego wynalazku. Przyglądał się z zadowoleniem, jak wszystko działa, aż do momentu, kiedy urządzenie zepsuło się, zwariowało i urwało mu głowę. Drzwi schowka uchyliły się, a magiczna miotła niezwłocznie przystąpiła do porządkowania bałaganu, który pozostawił po sobie niefortunny wypadek przy pracy.

++++++Po zmartwychwstaniu czarodziej czuł się głodny, i przyszedł mu do głowy pomysł na pewien wynalazek związany z obieraniem jajek na kolację, ale najpierw postanowił sprawdzić, czy jego Zmartwychwsta-Dydotron działa jak należy. Obmacał się, żeby zobaczyć, czy wciąż ma wszystko na swoim miejscu, ale kiedy postanowił się zmierzyć, odkrył, że nie dosięga do stołu, na którym leżała linijka. Oznaczało to, że był co najmniej o połowę mniejszy, niż normalnie. To było niemożliwe.
++++++Zrozumiałby błąd rzędu jednego, może dwóch milimetrów, ale żeby tak mocno się skurczyć musiałby popełnić jakiś kardynalny błąd w konstrukcji Zmartwychwsta-Dydotronu, właściwie musiałby z premedytacją przebudować maszynę, aby działała w taki sposób. Nawet jego Dyrdy-SzewczykoDratetwex 5000, który zmniejszał sznurówki od butów tak, że miały wyglądać jak włosy, żeby można było z nich robić peruki osiągał sprawność maksymalnie 30%.
++++++Rozłożył więc Dydotron na części, przestudiował dokładnie jego konstrukcję, i stwierdził, że w dalszym ciągu, zważywszy na sposób działania urządzenia, to co się stało było absolutnie wykluczone prawami fizyki, magii a także zdrowego rozsądku.
Usiadł na podłodze.
++++++– Jak, ale jak?! – zapytał sam siebie. –Tak znaczne zmniejszenie czarodzieja za jednym uderzeniem magicznej energii musiałoby spowodow…
Przerwał, bo jego uwagę przukuł spory stosik niedopałków po papierosach piętrzący się obok Zmartwychwsta-Dydotronu.
++++++– Jednym uderzeniem… – powtórzył powoli.
Dyrdymał zerwał się na nogi, które miały teraz taką długość, że właściwie odległość jego głowy od podłogi nie zmieniła się i pobiegł do schowka na miotły.
++++++W środku stał pod ścianą gigantyczny stos czasopism, o których nie wypada mówić w dobrym towarzystwie; było też kilka schowanych na czarną godzinę butelek wódki i jedna, zaczarowana miotła.
++++++– Miotła! – krzyknął, a miotła podniosła się do pionu, na znak, że słucha.
++++++– Czy… czy .. znaczy, czy byłem ostatnio w Zmartwychwsta-Dydotronie więcej niż jeden raz!?
Kij pokiwał twierdząco.
++++++– A czy zbudowałem już wcześniej maszynę do obierania jajek na miękko?!
Kij znów pokiwał.
++++++– O kurwa! I za każdym razem…?!
Kij pokiwał.
++++++Czarodziej wziął sobie butelkę wódki. Zmartwychwsta-Dydotron szedł na śmietnik, i to zaraz. A na kolację zje sobie parówkę.
++++++Te rozmyślania przerwało mu powolne, ale silne walenie do drzwi pracowni.
++++++– I jeszcze ci akwizytorzy – powiedział głośno, nie przejmując się, czy osoba po drugiej stronie drzwi go słyszy. – Jak oni w ogóle tu włażą? Przecież to jest super tajna, podziemna, czarodziejska kryjówka!
Walenie nie ustało, więc Dyrdymał zaklął pod nosem i udał się w stronę drzwi. W międzyczasie przypomniał sobie jednak, że nie może się tak nikomu pokazać. Najpierw skorzystał więc z Dyrdymaximalizera – urządzenia potrafiącego dowolnie powiększać jego wzrost. Wszedłszy do kabiny, ustawił pokrętło na „+50%” i pociągnął za wajchę. Maszyna zaświeciła się, zastukała, i wprawiła w ruch swoje koła zębate. Specjalna łapa wysunęła się z jej górnej części, a następnie zabrała czarodziejowi kapelusz i założyła mu trochę wyższy.
++++++– No, tak lepiej – stwierdził Dyrdymał i otworzył drzwi, w które wciąż ktoś miarowo uderzał pięścią.
++++++To jednak nie był akwizytor.
++++++Kiedy miotła wyjrzała ze swojego schowka, uznała, że to dobry moment na sprzątanie. Jej właściciela nie było. Zamknęła więc drzwi, które najwidoczniej zostawił otwarte na oścież, i doprowadziła pomieszczenie do idealnego porządku. Potem schowała się z powrotem, a w pracowni pozostała tylko cisza.