Opowiadanie XV – „Eliksir Sofokles”

Polanka tonęła w porannym słońcu jak podejrzana grzanka w kształcie serduszka w zupie pomidorowej Zołmana. Krasnolud spojrzał na Gejralta, który wpatrywał się w niego pełnym ekscytacji spojrzeniem i potupywał nogami.
++++++– Przecież widzę, że coś kombinujesz – powiedział. – Co mi tam wrzuciłeś?
++++++– Nic – odpowiedział Gejralt, zdecydowanie zbyt szybko, i uciekł. Krasnolud odstawił talerz.
Podrapał się po tyłku i wyjął z kieszeni Wa’fel, który nosił przy sobie na wypadek, gdyby kiedykolwiek Wejdźmin zbliżył się do jego jedzenia. Słynne suszone mięso produkcji Nimfów z Cukrowej Polanki zaspokajało apetyt na cały dzień i nigdy się nie psuło. Smakowało też, zdaniem Zołmana, jak dywan posmarowany pastą ze starej babci, ale lepsze to, niż ryzykować… cokolwiek, co mógłby kombinować Gejralt.
++++++Podrzucił sobie plasterek Wa’fla i otworzył usta, ale w locie porwało go dziwne stworzenie, które pożarło go i mlasnęło.
++++++– Kurwa – powiedział krasnolud.
++++++– Hi, hi – Mlaskier zaczął uciekać, ale potknął się o drewnianą skrzyneczkę stojącą na ziemi i zrobiwszy dwa fikołki wpadł w krzaki. Natychmiast wystawił z nich głowę i przyjrzał się przedmiotowi, który był przyczyną jego upadku.
++++++– Co to?
++++++– Przysięgam, że kiedyś Cię zabiję – powiedział Zołman patrząc na towarzysza ze skupioną determinacją.
++++++– Co to – powtórzył Mlaskier.
++++++– Nic dla ciebie. Zeżarłeś mi Wa’fel!
++++++– Co to.
++++++– Dlaczego? – krasnolud pytająco spojrzał w niebo.
++++++Minęło już południe i słońce, błyszcząc nieco tylko ciemniej niż najróżowszy cekin ze skarbca króla Fjutesta zaczęło powoli kierować się w stronę horyzontu. Gejralt wrócił do towarzyszy nie wiadomo skąd, niosąc rożek z gałką kolorowych lodów. Zastał Zołmana wpatrzonego w nieokreśloną dal, siedzącego na krześle i rytmicznie uderzającego głową w drzewo. Z krzaków wystawała głowa Mlaskra.
++++++– Zołmaaan. Co to? – powiedziała.
Pac. Pac. Pac.
++++++– Co to.
Pac. Pac.
++++++– Co to.
++++++– Mlaskier, nie znęcaj się nad Zołmanem – powiedział Gejralt oblizując lody. Wiewiórka siedząca z młodymi na pobliskim drzewie nie zdążyła zasłonić dzieciom oczu. Kilka lat później jedno z nich wstąpiło do gangu a dwa pozostałe popełniły samobójstwo.
++++++– Hi, hi – zarechotał Mlaskier, po czym wskazał palcem przedmiot wciąż spoczywający spokojnie w trawie. – Ale co to?
++++++– W tym pudełku jest, mój drogi, butelka z eliksirem “Sofokles”. Wystarczy jedna kropelka, a poziom inteligencji użytkownika podnosi się trzykrotnie.
++++++– O, u Mlaskra wynosiłby… – zamyslił się Zołman, którzy przysłuchiwał się rozmowie. – Mniej więcej trzy.
++++++– He, he – Wejdźmin oblizał lody. – Swoją drogą, to jest właśnie nasze nowe zlecenie. Wojewoda z Lodowej Tutki, znany filantrop, prosi nas o dostarczenie tego eliksiru do kolonii upośledzonych dzieci prowadzonej przez mnichów Kapucynów w okolicach Koxenfurtu. Jedna butelka mogłaby uleczyć setki takich niewinnych istotek.
++++++– Jak jest taki dobry, to mógł wysłać więcej – powiedział Zołman.
++++++– Nie ma “więcej”. Eliksir jest sporządzony z rosy zbieranej przez sierotki na szczycie góry przy świetle księżyca podczas koniunkcji Jowisza z Wenus – która zdarza się raz na osiemnaście tysięcy …
++++++– Bla, bla, bla – przerwał Zołman. – Przecież wiesz, jak to się skończy. Pewnie Mlaskier go wypije. Albo coś. O. Już go wypił.
Spojrzeli na grajka kucającego przy otwartym pudełku. Ten wstał, rozprostował się i spojrzał na nich przytomnym, skupionym spojrzeniem.
++++++– Proorientalizm Twojej inteligencji nie pozwala mi na wdawanie się w merytoryczną konwersację na temat bieżącej sytuacji – powiedział Mlaskier odkładając butelkę po eliksirze. – Stosujesz niewłaściwe paradygmaty poznawcze. Najlepiej będzie, jeśli po prostu uznamy fakt za dokonany.
++++++– Zaraz ci jebnę – mruknął Zołman. – No dobra – dodał westchnąwszy. – I tak było wiadomo, że tak będzie. Gejralt, co strasznego nam się w związku z tym stanie?
++++++– Niech pomyślę, mój ty misiu pysiu – Gejralt nieprzejęty lizał sobie lody. Zołman starał się na to nie patrzeć. – Pudełko z tak cenną zawartością na pewno było zabezpieczone magicznie. Znaczy, wojewoda już wie, że je otworzyliśmy. Pewnie będzie tu zaraz oddział wojska, żeby nas zabić.
++++++– Aha – powiedział Zołman. – No tak. To co robimy? Mlaskier, jak jesteś teraz genialny to może byś coś wymyślił? Mlaskier pisał coś na małej karteczce.
++++++– Hmm – powiedział pod nosem. – Tak. Taka kombinacja molekuł powinna leczyć raka i, jako skutek uboczny, prawdopodobnie także platfusa. Ale nie podoba mi się kolor roztworu… Ee, nudne.
Grajek pogniótł karteczkę i wyrzucił ją za siebie.
++++++– Co mówiliście? A tak, oddział wojska. No cóż, oceniając prędkość podróżowania impulsów magicznych oraz bieżącą sytuację geopolityczną regionu można z łatwością wywnioskować, że wojsko będzie tu za czterdzieści sekund.
++++++Zołman i Gejralt patrzyli na niego zastanawiając się, czy kiedykolwiek wcześniej ich towarzysz wypowiedział słowo składające się z więcej niż dwóch sylab. Pierwszy ocknął się Gejralt.
++++++– Mlaskier… – powiedział. – Ale ty jesteś seksowny z tym intelektem.
++++++– Nie schlebiając sobie, wiem – rzekł Mlaskier. Następnie podniósł z ziemi butelkę po wypitym eliksirze i przyjrzał się jej dokładnie. “Hmm, charakterystyczne kopce. Metalowe buty, stop żelaza i cynku, prawdopodobnie pokryte warstwą kurzu przy wietrze o prędkości… dziwny odcień trawy… Czyżby podziemny depozyt smoły? Tereny lęgowe… ” – mruczał pod nosem. W końcu wzruszył ramionami i rzucił ją na ziemię.
++++++– Wiecie co, musimy poważnie pomyśleć nad efektywnością zarzadzania naszymi zasobami czasu – powiedział drapiąc się po głowie. Drugą reką trzymaną w kieszeni skomponował na palcach sonatę na orkiestrę symfoniczną i trzydzieści pięć fortepianów.
++++++– Zamknij się! – krzynkął Zołman. – Zaraz będzie tu…
++++++Nie zdążył dokończyć, gdyż od północy wyłonił się zza drzew oddział uzbrojonych rycerzy. Jeden z nich, sądząc po stroju dowódca, podszedł bliżej i przyjrzał się im krytycznie. Rozejrzał się na boki, jakby nie był pewien czy to możliwe, że TO właśnie są poszukiwani przez niego delikwenci, ale nie znalazłszy w okolicy nikogo innego, odchrząknął i przemówił.
++++++– Jesteśmy tu w imieniu Smarkowida, najjaśniejszego wojewody … JEZUS MARIA! – rycerz zobaczył jak wpatrzony w niego Gejralt oblizuje loda. Kiedy dowódca doszedł do siebie chciał kontynuować ale Mlaskier uciszył go ręką.
++++++Grajek spojrzał na niebo i wymruczał do siebie: “Trzy… dwa…”.
++++++Promienie popołudniowego słońca odbiły się od zbroi rycerza w taki sposób że skupiły się w mały punkt na talerzu zupy pozostawionym wcześniej przez Zołmana. Podgrzana zupa zabulgotała tak intensywnie, że część gorącego płynu rozlała się i wsiąkła w ziemię.
Nie minęło kilka sekund, a w tym miejscu wypiętrzył się kopiec, z którego jak poparzony wygrzebał się kret, który zahaczył małym ogonkiem o gorące promienie wciąż skupiane przez zbroję rycerza.
++++++Podpalony rzucił się do ucieczki na oślep i wbiegł prosto do drewnianego pudełka po eliksirze “Sofokles”, gdzie zajęło się od ognia wyściełające wnętrze sianko. Próbując się wydostać zwierzę przeturlało pudełko w pobliże leżącego nieopodal papierka, który wcześniej wyrzucił mlaskier. Kret wylazł w końcu z pułapki i w panice wrył się w ziemię gasząc ogon i wydając odgłos ulgi. Wiatr, który zawiał od wschodu poniósł papierek tak, że ten uderzył w płonące wciąż pudełko, zajął się ogniem i wpadł prosto do dziury pozostawionej przez kreta.
++++++Mlaskier zrobił krok w tył, podczas gdy mały, podziemny depozyt naturalnej smoły eksplodował z hukiem i ochlapał zbroje osłupiałych rycerzy. Ten stojący najbliżej zatoczył się w szoku i przypadkiem kopnął butelkę po eliksirze leżącą na ziemi pod jedynym możliwym kątem który spowodowałby wydanie odgłosu odpowiadającego częstotliwości śpiewów godowych kurki wodnej, ptaka gniazdującego w tym regionie królestwa.
++++++Stado kurek wodnych wystrzeliło z okolic bajorka w pobliskim lesie i w ciągu kilkunastu sekund kupą obsiadło rycerzy. Ociekająca z nich woda ugasiła ogień ale wystraszywszy się czarnej smoły kurki pierzchły w koronę górującego nad nimi drzewa. Strąciły z niego kilka liści, z których wszystkie osiadły na głowach rycerzy.
Gejralt i Zołman oglądali widowisko z otwartymi ustami.
Mlaskier tupał niecierpliwie nogą.
++++++– No – powiedział. – To powinno was nauczyć.
Dowódca rycerzy, opierzony i z liściem na głowie, wytarł smołę z twarzy. Zacisnął mocno zęby.
++++++– Ostrzegano nas, że z wami może się stać coś takiego – wycedził bardzo powoli. – Dlatego przyszliśmy grupą. Eh. Przynoszę wiadomość. Wojewoda mówi, że zadanie – jedna z kurek wodnych siedzących gdzieś w drzewie nad nimi zrobiła na niego kupę – odwołane. Cygan Szwindel Szemrany Spod Ciemnej Gwiazdy, który sprzedał mu eliksir okazał się oszustem. W butelce była zwykła woda kolońska.
Rycerz wypluł kilka piór i zauważył, że rożek z lodem zbliża się do ust Gerjalta. Bez słowa odwrócił się i wraz z towarzyszami spiesznie podążył w kierunku wsi. Podobno został potem pustelnikiem i wyjechał medytować w świątyniach na górskich zboczach Bidetu.
++++++– Mlaskier – powiedział Zołman. – O kurwa, ale jak?! Wychodzi przecież na to, że nie było żadnego eliksiru.
Wejdźmin zastanowił się oblizując loda. Stado kurek wodnych pospiesznie opuściło swoje drzewo ćwierkając w panice.
++++++– On po prostu zapomniał, że jest głupi – stwierdził Gejralt. – Ale na pewno mu przejdzie i nie będzie będzie gadał o żadnych paradygmatach. Co nie, Mlaskier?
++++++– Co to – powiedział grajek.

Opowiadanie XIII – „Biurokracja”

Marmurowy hol słynnego banku Fifaldich był wypełniony przepychem. Przepych był jedynym sposobem dotarcia do któregokolwiek z okrągłych okienek, za którymi siedzieli bankierzy. Przepychali się pracownicy, petenci i goście.
++++++– Jestem Sebastian, a ty? – powiedział jeden z pracowników do mocno już poddenerwowanego krasnoluda.
++++++– Urwij Pan Schnureck – przedstawił się szorstko petent. – Jestem tu dziewiąty raz. Przyszedłem wypłacić oszczędności.
++++++– Okienko 432 b – odparł młodzieniec w okularach. – Proszę upewnić się, że wypełnił pan żółty druk A-7. Dziękuję. Następny!
++++++– Byłem już tam! Tak samo jak w okienku 431 c i 529 z! I 2314-CHUJ! Powiedzieli mi, że mam przyjść tutaj. Nigdzie się, kurwa, stąd nie ruszam.
++++++– Proszę pana, upoważnienie B-12, które zapewne otrzymał pan w okienku 529 z obowiązuje tylko we wtorek. Dzisiaj jest środa. A zatem powinien pan udać się z nim do okienka 432 b celem certyfikacji, a następnie przynieść ją tu z pięczątką z okienka 202, wtedy będziemy mogli…
++++++– Masz! Jeszcze resztę pieniędzy co je mam w kieszeni! Gówno mnie to obchodzi! – wrzasnął krasnolud rzucając do okienka kilka złotych monet. – Gówno!

Młodzieniec zmarszczył brwi.
++++++– Naprawdę powinien pan się udać do okien… – powiedział.
++++++– Ble ble ble ble ble ble ble ble – wydarł się petent, którego oczy zdawały się teraz rozbiegać na boki. – Srututu tu tu tu!

Krasnolud wybiegł z holu.

Pewien wejdźmin, który cierpliwie czekał na swoją kolej na ławeczce przylegającej do ściany, ziewnął.
++++++– Mlaskier, już mi się nie chce czekać w tej kolejce – rzekł do swojego towarzysza, który zajęty był nauką gry na obgryzanych paznokciach.

Czekali już z górą dwie godziny, a jedyną ich rozrywką (z wyjątkiem gry na paznokciach) było obserwowanie perypetii próbujących załatwić proste sprawy klientów banku.
++++++– Zjadłem kozę – skomentował sytuację Mlaskier.
++++++– To bardzo nieładnie – odparł Gejralt obserwując jak Urwij Pan Schnureck próbuje otworzyć głową drzwi, które, o czym nie wiedział, otwierały się do środka.
++++++Wejdźmin został wywołany trzy dni później. Nie podszedł jednak do kasy, ponieważ pogrążony był we śnie, którego fabuły nie można opowiadać w godzinach dziennych. Zrobił to więc jego towarzysz.
++++++– Dzień dobry. Jestem Sebastian, a ty? – zapytał młodzieniec w okienku.
++++++– A ja nie – odpowiedział rzeczowo poeta.

Zapadła chwila milczenia.

++++++– Ee.. W jakiej sprawie? – odzyskał animusz kasjer.
++++++– Zjadłem kozę – powiedział Mlaskier patrząc tępo.
++++++– Chcielibyśmy pobrać nagrodę za pokonanie dwóch lasodymaczy i jednej foki – rzucił znad jego ramienia wejdźmin, który gdzieś w międzyczasie obudził się – Na ten czek.
++++++Wejdźmin wsunął mocno już pomięty druczek w dziurę okienka. Kasjer przyjrzał się świstkowi.
++++++– Nie ma tu nic o foce – stwierdził.
++++++– Foka była przypadkiem – wzruszył ramionami Wejdźmin. – Sam nie wiem, skąd się wzięła w środku lasu.

***
Foka siedziała na gałęzi i obserwowała ich złowrogo.
++++++– Jaka słodziutka!!! – zapiszczał Gejralt i natychmiast podbiegł ją pogłaskać.
Zwierzę patrzyło na jego rękę, aż ta zbliżyła się na odległość dotyku.
Wtedy zaatakowało.
++++++Na liście stu zwierząt, które najlepiej radzą sobie z rzucaniem się na wrogów z gałęzi w morderczych zamiarach, foki nie figurują na pierwszym miejscu. Foka spadła z gałęzi i wbiła się głową w grunt.
++++++– Hm – burknął wejdźmin patrząc na nią sceptycznie. – Moim zdaniem to nie jest foka.

***
++++++– W każdym razie – kontynuował. – Ten kwitek upoważnia nas do wypłacenia 300 wyrżnijmijskich koron i sześciu lizaków malinowych.
++++++– Hmm – zastanowił się Sebastian. – Mam związane ręce, chyba że macie czerwony druk A-9 powtierdzający ważność czeku. Okienko 403 A.
++++++– Mamy majtki – wtrącił Mlaskier. – W domu.
++++++– Niestety, potrzebny jest druk A-9 – obstawał przy swoim kasjer.
++++++– No dobrze – westchnął wejdźmin. – Zasłużył pan na buziaczka.
Niespodziewanie kasjer zastygł w bezruchu.
++++++– O boże! Mlaskier, on nie żyje!
++++++Oczy wejdźmina rozszerzały się geometrycznie. Po dramatycznych dwóch sekundach, wróciły do normalnego rozmiaru.
++++++Gejralt działał szybko. Założył na głowę specjalną czapkę z daszkami po obu stronach.
++++++– Mlaskierku – powiedział.- To jest zadanie dla detektywa Gejralta.
++++++– Wejdźminku – zauważył jego towarzysz. – Swędzi mnie taki pies, co go spotkaliśmy szesnaście lat temu, pamiętasz?
++++++– Nie – stwierdził wejdźmin. – Trzeba zbadać ciało.
++++++Wejdźmin był na szczęście tak chudy, że bez problemu wcisnął się do kabiny przez okrągłą dziurę okienka.

Pobieżne oględziny zwłok nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. Podobnie płonne okazały się oględziny dokładniejsze, z użyciem kilku specjalnych
wejdźmińskich instrumentów i jedej gumowej rękawiczki.
++++++– Już mi się nie chce rozwiązywac tej zagadki – uznał detektyw zdejmując czapkę.
++++++– A ja już wiem co się stało – powiedział obojętnie Mlaskier.
++++++– Co?
++++++– Ten pies miał pchły. I teraz my je mamy.
++++++– No tak.
Wejdźmin zmarszczył czoło.
++++++– Pchły, pchły… – zamruczał pod nosem. – Mlasker, jesteś genialny!
++++++Poeta nie słyszał go, bo wydawało mu się, że odpadły mu uszy. Po chwili zmienił zdanie. Stwierdził, że jednak odpadły mu ręce.
++++++– Mówiłeś coś? – zapytał grajek.
++++++– Nie. Spójrz na tego trupa, co widzisz?
++++++– Odpadły mi oczy.
++++++– Rozumiem. W każdym razie, kiedy powiedziałeś o pchłach, zrozumiałem co się stało. Otóż pchły mają nóżki, tak? A co jeszcze ma nóżki?
++++++– Biedronki?
++++++– Tak. A co mają na skrzydełkach biedronki?
++++++– Kalesony?
++++++– Nie, Mlaskierku. Mają kropki. I, jak sam byś zobaczył, gdyby nie odpadły ci oczy, ten oto tutaj kasjer ma na policzku małą, czarną, kropkę. Wniosek może być tylko jeden. Nagle umarł na raka.
++++++Mlaskier zapomniał, że cokolwiek mu odpadło, przyjrzał się więc denatowi z bliska. Stwierdził przy tym, że mimo, że ten pozostaje kompletnie nieruchomy, jego otwarte oczy zdają się na zmianę podążać od niego do stojącego obok wejdźmina i z powrotem. Gdzieś w ich głębi czaił się błogi spokój. Chociaż lepszym określeniem byłoby “przerażenie”.
++++++– Gejraalt – powiedział poeta. – A on chyba tak nie do końca jest martwy.
++++++– Co? – sporzał na kasjera wejdźmin. – W takim razie może da się go jeszcze uratować! Potrzebny nam będzie duży ogórek i słój łoju. I gdzie jest ta rękawiczka… Hmm. Przysiągłbym że jej nie zdejmowałem. Może się zassała…?
Ciało, od czasu badania przewieszone przez poręcz krzesła zadygotało.
Mlaskier zbliżył do niego ucho.
++++++– On bardzo cichutko coś mówi – stwierdził dłubiąc w nosie. – Że absolutnie mamy go nie ratować. Ale mamy sobie wziąć pieniądze z kasetki. Lizaki wyszły, ale ma w kieszeni dwie krówki. I że mamy iść w … tego nie rozumiem. Chyba jest po niemiecku. Bis du?
Wejdźmin podrapał się po głowie i wzruszył ramionami.
– Nie będziemy nikogo ratować na siłę – ciało przestało dygotać. – No dobra. Bierz te krówki.

Kiedy czterdzieści osiem godzin później znak unieruchamiający przestał działać, Sebastian zwolnił się z pracy i został kucharzem. Tak, jak zawsze marzył.

Opowiadanie XI – „Zakon Świętego Nosa”

Twarze kapłanek, które patrzyły na Zołmana przez kraty nie wyrażały żadnej emocji, o ile obojętności nie można nazwać emocją. Stały w białych togach z narzuconymi na głowy kapturami i milczały. Krasnoluda doprowadzało to do szału. Przez trzy dni, które spędził w lochu tego dziwnego klasztoru napatrzył się na te dwie, nieruchome postaci chyba więcej, niż Gejralt napatrzył się na jego tyłek w czasie całej ich znajomości.
++++++Na początku wmawiał sobie jeszcze, że kuszące kształty jego strażniczek odznaczające się pod białym materiałem tunik stanowiły pewną rozrywkę; teraz już to też go denerwowało.
++++++Kopał w kraty, próbował zrobić podkop, stanął na głowie a nawet w geście protestu wysikał na ściane napis “ZŁO” ale nawet to nie wzruszyło stojących za drzwiami celi towarzyszek. Musiał się pogodzić z tym, że był w kompletnym potrzasku.
++++++Wydłubał sobie z nosa kozę, którą palcami uciamciał w kulkę i strzelił nią w jedną ze strażniczek. Żadnej reakcji.
Machnął ręką mrucząc pod nosem siarczyste przekleństwo i usiadł na kamiennej podłodze, żałując, że jego piersiówka została skonfiskowana razem z bronią i właściwie wszystkim, co miał przy sobie nie licząc spodni. “I ukrytej niespodzianki” – pomyślał.

++++++Bez żadnego uprzedzenia, dwie kapłanki zrobiły krok do tyłu i odsunęły się na bok. Zołman zerwał się na nogi, ale nic nie powiedział, ponieważ gdzieś z korytarza usłyszał zbliżające się kroki.
++++++Nie minęła minuta a stanęła przed nim kolejna zakapturzona postać. Jej strój wyróżniał się jednak złotym sznurem zawiązanym w pasie. Kapłanka odsłoniła głowę.
Była to kobieta w średnim wieku, nieprzeciętnej, acz egzotycznej urody. Miała świdrujące spojrzenie.
++++++– A więc to jest ten więzień – powiedziała szorstko. – Więźniu. Jak się nazywa?
++++++– Wypuśćcie mnie! – odwarknął Zołman. – Tak się właśnie nazywam. Nazywam się Wypuśćcie Mnie Głupie Baby, bo się zdenerwuję!
++++++– Hm – podniosła jedną brew kobieta. – Jak dla nas, może nazywać się Zamknij Się W Końcu. To już niedługo nie będzie miało znaczenia.
++++++– Domagam się wyjaśnień! – wrzasnął Zołman. – I wódki!

***

++++++Dyrdymał mieszał w kotle substancję, która wyglądała jak tęcza zjedzona przez jednorożca. Jednorożec musiał jednak cierpieć na spektakularne rozwolnienie, bo kolor wywaru z każdą sekundą nabierał coraz bardziej zielonkawego, brzydkiego odcienia.
++++++– Pospiesz się! – ponaglił go Gejralt. – Kto wie, jak długo biedny Zołmanek tam wytrzyma!
++++++– Cicho! – odparł czarodziej. – Czar teleportujący wymaga chirurgicznej precyzji.

++++++Wejdźmin ucichł, ale dreptał w miejscu niecierpliwie miętosząc w rękach skrawek swojej cekinowej kolczugi.
++++++– Dobra – czarodziej odsunął się od kotła i swoją podłużną łyżką wyskrobał okrąg na ziemi. – Kiedy klasnę, Zołman powinien pojawić się w tym kółku. Aha, mam nadzieję, że nie kazałeś Mlaskrowi zbierać składników?

***

++++++– Niech nie marudzi. Jest więźniem Zakonu Świętego Nosa – mówiła kapłanka. – Dzisiaj o północy zostanie, w związku z tym, złożony w ofierze.
++++++– Niech nos będzie z tobą! – odezwały się po raz pierwszy stojące z boku strażniczki.
++++++– Jakiego nosa? Jakiej ofierze?! – Zołman zbladł. – Nie obchodzą mnie żadne nosy!
++++++– To niedługo zaczną obchodzić. Dość gadania. Księżyc już wysoko. Jola, Ola, skujcie go.

Dwie strażniczki, podeszły do drzwi celi. Jedna z nich otworzyła je kluczem. Zołman jednym ruchem wyciągnął z nogawki schowany tam nóż, po czym przywarł do ściany plecami i uniósł go groźnie.
++++++– Nie zbliżać się! – krzyknął. – Moi przyjaciele na pewno już mnie na pewno namierzyli i jeśli nie pozwolicie mi odejść, pożałujecie!
++++++Kapłanki zawahały się. Być może było to spowodowane nagłym pojawieniem się broni w ręku więźnia, a może tym, że powietrze powoli zafalowało od magii. A może tym, że z blaskiem i głośnym “plop!” broń ta nagle zniknęła.
++++++Krasnolud obejrzał swoją pustą dłoń.
++++++– Mlaskier pewnie zbierał składniki – mruknął pod nosem.
++++++– Na co czekacie? – powiedziała główna kapłanka. – Brać go! O tym, jak żeście go przeszukały porozmawiamy później. Ale widać, że będzie walczył. Zastosujcie lekarstwo!
++++++– Tak jest, matko! – odkrzyknęły jednym głosem podopieczne. Jedna z nich wykręciła mu ręce. Miała zaskakująco dużo siły, jak na wątłą, mimo wszystko, dziewczynę. Druga wyjęła z kieszeni habitu pudełko, z którego wygrzebała niebieską pigułkę o dziwnym kształcie. Już nawet nie bronił się, kiedy wepchnięto mu ją do ust.

***

++++++Nóż leżał na ziemi parując jeszcze lekko od spowijających go resztek magii. Gejralt i Dyrdymał przyglądali się mu.
++++++– To nie jest Zołman – zauważył wejdźmin. Oboje odwrócili się i spojrzeli na Mlaskra, który nieopodal siedział sobie na ziemi i tłumaczył coś stonce chodzącej po wypłowiałym chwaście.
++++++– Ech. W takim razie trzeba będzie uratować go ręcznie – powiedział w końcu czarodziej. – Latałeś kiedyś na lotni?
++++++– Eee – zastanowił się Gejralt. – Ja tam nie wiem, ale Mlaskier chyba na tym gra.
++++++– Mlaskier już lepiej niech nie pomaga. Przynieś mi kilka długich patyków, a ja wyczaruję płótno. Mam tylko nadzieję, że za dużo nie piłeś.

***

++++++Kapłanki prowadziły więźnia przez dziedziniec klasztoru Świętego Nosa. Właściwie nie mógł narzekać na widoki. Mijali siedzące na ławeczkach członkinie zakonu, których było znacznie więcej, niż zakrywających ich ciała strojów. Przyglądały się im z zainteresowaniem.
Niektóre z nich siedziały sobie na kolanach. Inne grały na harfie. Jedna intensywnie nacierała się balsamem. Zołman przełknął ślinę.
++++++Kiedy przeszli przez łaźnię, potrzebował dobrych kilku minut na odzyskanie mowy.
++++++– Wiecie co, zamiast mnie składać w ofierze, może
mnie tu zatrudnicie. Tak dla towarzystwa – zagaił.

++++++Na zewnątrz po niebie przemknął trójkątny cień.
++++++
++++++– Zostanie złożony w ofierze! – odrzekła przełożona klasztoru. – No, nie gada tylko idzie!
++++++– Akurat dość trudno mi się idzie – powiedział krasnolud rozglądając się energicznie. – To chyba przez to wasze lekarstwo. Chociaż w sumie nie. Ech, jak umierać, to chyba nienajgorsze miejsce.

++++++Od strony jednej ze ścian dał się słyszeć huk. Brzmiał zupełnie jakby coś z drugiej strony uderzyło w nią obok okna i osunęło się na ziemię.

++++++– Umierać? – odpowiedziała Matka Przełożona, upewniwszy się, że dziwny odgłos nie niósł za sobą żadnych konsekwencji. – Jeszcze nie umierać, nie dramatyzować. Zabraniam umierać dopóki nie zostanie złożony w ofierze!
++++++– Psia mać, czego wy ode mnie chcecie? – krasnolud na chwilę zapomniał o otaczających go górzystych krajobrazach.
++++++– Zostanie przywiązany do ołtarza. A następnie każda z sióstr odbędzie z nim rytułał Ciumcia-Rumcia. A potem niech se idzie gdzie chce.
++++++– Ciumcia… rumcia? – powtórzył powoli.

***

Kiedy Gejralt pozbierał się z ziemi, roztarł obolałe kości.
++++++– Nie dam rady – pomyślał. – Biedny Zołmanek…
++++++Obok niego piętrzyły się szczątki szczątki zbudowanej wraz z Dyrdymałem lotni. Połamane patyki przykryte przerwanym na pół białym płótnem.
++++++– Hmm. Jaki ładny materiał – rzekł do siebie.

***

++++++Zołman leżał na miękkim, czerwonym ołtarzu otoczony kręgiem sióstr. Wszystkie chichrały się, ponieważ opowiedział im właśnie bardzo zabawny dowcip.
++++++– Bo… bo… – rzekł zaśmiewając się. – Ona nie zrozumiała do czego to służy!
Kapłanki znów zaśmiały się zarumienione.
++++++– Pani pozwoli, sam to zrobię – powiedział kurtuazyjnie, kiedy jedna z nich zbliżyła się, aby zapiąć na jego ręce kajdany. – Jestem gotów do złożenia się w ofierze!
++++++– Bardzo dobrze! – powiedziała w ciszy, która zapadła siostra przełożona. – Odsłońcie to, co w naszym starożytnym języku zwie się Świętym Nosem!
++++++Rozpięto mu spodnie.
++++++– Ha, ha! Trzeba było tak od razu! – mówił uradowany Zołman. – Ależ bym sobie wydmuchał, he he he, nos!
++++++Stojąca naprzeciwko niego kapłanka bez słowa opuściła swój habit. Nie miała nic pod spodem. Krasnolud pisnął z radości.
++++++Po chwili zrobiła to jej sąsiadka. I następna. Kiedy połowa habitów leżała już na ziemi, część z nich na polecenie siostry przełożonej rozpoczęła przygotowania do rytułału, czy też “rozgrzewkę” bo tak dokładnie brzmiał rozkaz. Rozgrzewkę, zgodnie z regułą zakonu, wykonywało się parami.
++++++Krasnolud wytrzeszczył oczy. Powoli otworzył usta w szerokim uśmiechu. I zemdlał.
++++++Kiedy tracił przytomność przez ułamek sekundy dostrzegł, jak jedna z kapłanek przy końcu okręgu nie wygląda tak jak wszystkie inne. Tak jak one nie miała nic pod habitem. A właściwie, w przeciwieństwie do innych, coś miała. Jej włosy wydawały się osobliwie srebrne.

++++++Zołman obudził się wciąż związany. Tyle, że tym razem siedział plecami do drzewa, a jego ciało oplatał sznur.
++++++– Noo, kochany Zołmanku, nie wiem jak ty się nam odwdzięczysz – powiedział znajomy głos. Twarz Gejralta znajdowała się zdecydowanie zbyt blisko jego własnej.
++++++– Eee.. Co? – krasnolud wciąż był lekko zdezorientowany.
++++++– Jesteś bezpieczny – odparł wzruszając ramionami Dyrdymał, który mieszał coś w kotle wiszącym nad ogniskiem. – Ale musieliśmy cię związać bo żeś się rzucał i coś majaczył o nosach.
++++++– Nie… nie! – wrzasnął Zołman. – Nie! Święty nos! Będzie z tobą! Natychmiast mnie tam z powrotem uwięźcie!!!
++++++– Cichutko, cichutko – szepnął wejdźmin. – Przecież cieszyłeś się, że przyszedłem ci na ratunek. Aż nie mogliśmy ci dopiąć spodni.

Opowiadanie IX – „Zło, ta rybka”

Mlaskier zmarszczył brwi, kiedy czarodziej Napastchwast po raz kolejny wziął go za fraki i odstawił na podłogę.
Mag ewidentnie nie przepadał za tym, kiedy ktoś próbuje wetknąć mu kwiatek w czubek kapelusza.
Odchrząknął.
++++++– Jak mówiłem, drogi Gejralcie, nie ma już na świecie dżinów – to znaczy jeden jest, ale po tym, co żeście zrobili, chodzą słuchy, że porzucił wszelkie związki z magią i jest teraz pasterzem kóz gdzieś na wschodnich rubieżach Dupaju.
++++++– To niemożliwe – zafrasował się wejdźmin. – To koniec. Potrzebny mi błyszczyk truskawkowy! Jeśli nie ma dżina, to mogę o nim zapomnieć. I co mi pozostanie? Pasanie kóz?
++++++– Gejralcie – zastanowił się czarodziej, groźnie spoglądając na Mlaskra, który siedział teraz jakby trochę bliżej niego. – Wybacz kolokwializm, ale takie coś to pewnie sprzedaje każda baba straganna na każdym rogu każdej zapyziałej dziury w tym zapyziałym królestwie.
++++++– Baba! – teatralnie zajęczał Gejralt. – Taka baba to nie odróżnia fuksji od fucksji – A posmarowanie miecza nawet niewłaściwym odcieniem tego ostatniego to już wielkie faux paux!

Czarodziej zamyślił się chwilę. Już miał coś powiedzieć, kiedy zauważył, że Mlaskier zniknął, a z pod stołu dobiega stłumione chichotanie. Zdjął kapelusz. Na jego czubku dyndała stokrotka. Poszukał wzrokiem pomocy u wejdźmina.
++++++– Musisz go czymś przekupić – wzruszył ramionami Gejralt. – Inaczej się nie odczepi. Masz na czole narysowanego pieska.

Czarodziej pstryknięciem sprawił, że stół zniknął. Skulony pod nim poeta wyglądał na zaskoczonego.
Napastchwast wstał i podszedł do stojącego pod ścianą regału, a następnie zdjął z niego jakiś przedmiot. Potem skinął na poetę.
++++++– Masz, to dla ciebie. Jest to tajemniczy artefakt z zupełnie innego czasu i wymiaru. Wyczarował się wczoraj. I tak nie bardzo wiedziałem jak się go szybko pozb… to znaczy kto byłby godzien tak wspaniałego daru.
++++++Mlaskier wyrwał czarodziejowi z rąk dość ciężką, metalową rzecz i zataszczył ją do kąta celem inspekcji.

Napastchwast przewrócił oczami.
++++++– Dobra – powiedział. – Jak powiem wam, że teoretycznie jest jeszcze jeden sposób na magiczne spełnienie życzeń, to w końcu sobie pójdziecie?
++++++– Taaaaak? – Wejdźmin zrobił minę godną małego pieska na widok wielkiego talerza pełnego kiełbasy. Albo wejdźmina na widok jednej kiełbasy.
++++++– Powiem dwa słowa: Złota Rybka. Do tej pory jej nie złapał, więc powinna być jeszcze dobra.
++++++– Nosz trzeba było tak od razu. Gdzie ją znajdziemy? – Gejralt jeszcze przed chwilą siedział po turecku na podłodze. Czarodziej nie miał pojęcia kiedy wejdźmin znalazł się tak blisko jego twarzy że teraz ich nosy prawie się stykały.
++++++– No, mam tu gdzieś współrzędne. Sam miałem kiedyś jej poszukać. Mam kilka spektakularnych marzeń. Ale to, żebyście stąd poszli jest warte więcej.
++++++– Ha! – wyruszamy natychmiast. – Ucieszył się wejdźmin. Zołman na pewno będzie zachwycony. Mlaskierku! Pakuj swoje szyszki!

***

++++++– Mam tego dość. Skąd w ogóle wniosek, że ta rybka nie będzie nas zwyczajnie miała w dupie? – powiedział Zołman. Nie spodziewał się rzeczowej odpowiedzi. – Powinniśmy się położyć – spojrzał na wejdźmina – Osobno.
++++++– A mamy śpiworki? – zamrugał rzęsami Gejralt.
++++++– Myślałem, że tego rodzaju zaawansowany sprzęt spakowaliście na drogę.

++++++Łódź kołysała się spokojnie na oceanie. Dobiegał wieczór, a pomarańczowe słońce opadało z sił i zmierzało w stronę horyzontu. Istnieje możliwość, że po prostu nie chciało przebywać w widocznym dla wejdźmina miejscu podczas nocy. Kiedy Gejralt ponownie zatrzepotał rzęsami, trochę jakby przyspieszyło.
++++++– Ależ Zołmanku, chyba nie przypuszczałeś, że o was zapomniałem? Wziąłem ze sobą piękny trzyosobowy śpiworek – wejdźmin zgrabnie zeskoczył z burty, na której siedział, i zniknął pod niskim pokładem. Wyłonił się stamtąd po chwili prezentując coś, co przypominało uszytą na drutach prezerwatywę wielkości dorosłego człowieka.
++++++– Gejralt, po pierwsze, nie ma czegoś takiego jak trzyosobowy śpiwór, a po drugie wewnątrz tego… czegoś nawet ty sam ledwo byś się zmieścił. A po trzecie nawet gdybyśmy mieli trzyosob…
++++++– Zmieścimy się – Gejralt powiedział powoli i z naciskiem. Nie uśmiechał się.
Zołman zbladł.
++++++– Rób co chcesz – wzdrygnął się w końcu. – Ja kładę się tu i teraz.

++++++Wejdźmin westchnął przeciągle i począł wciskać się do środka “śpiworka”, co przywodziło na myśl scenę rzucania skóry przez węża oglądaną wspak. Księżyc wychynął już znad horyzontu, ale ujrzawszy Gejralta podczas tej osobliwej czynności natychmiast schował się z powrotem. Kiedy większość wejdźmina była już wewnątrz ‘pokrowca na patyk’, jak w myślach nazywał tę rzecz Zołman (aczkolwiek szybko się za to skarcił), Gejralt z zadowoleniem stwierdził, że w środku jest już Mlaskier. Grajek trzymał w rękach rzecz, którą dostał od Napastchwasta.
Teraz wejdźmin mógł przyjrzeć jej się lepiej. Przedmiot był dość spory, pękaty, wykonany z metalu przypominającego żelazo i opatrzony napisem w nieznanym języku. Napis ten głosił “Use extreme caution. Atomic Bomb.”
++++++Nie było to wielce interesujące, zatem Gejralt pogilał poetę pod paszkami. Potem Mlaskier pogilał Gejralta. Potem ekran spiesznie przeniósł się na śpiącego na pokładzie krasnoluda.

++++++Zołman obudził się. “No tak” – burknął do siebie. – “Ale żaden nie pomyślał, że trzeba trzymać wartę”.
Przez chwilę rozważał zajrzenie do “śpiworka” i zakomunikowanie swoich przemyśleń przyjaciołom, ponieważ jednak z wewnątrz legowiska dobiegały coraz dziwniejsze dźwięki, krasnolud wykoncypował, że najlepiej, najbezpieczniej i najmniej traumatycznie będzie samemu stanąć na warcie, i do tego się napić.

Ku jego zdziwieniu, ze śpiworka wytoczył się jakiś przedmiot. Był żelazny i kulisty, a na boku opatrzony był napisem w nieznanym języku. Dodatkowo przywykłe do ciemności oczy Zołmana dostrzegły, że na czubku tajemniczego przedmiotu znajdowała się jakby szklana płytka, pod którą co rusz zmieniały się świetliste symbole.
++++++“30…” “29…” “28…” “27…” “26…” – przemieniał się napis, który wygłaszały.
Symbole te nic krasnoludowi nie mówiły.
++++++Tajemniczy przedmiot powoli doturlał się do krawędzi łodzi i, chwilę później, przy mocniejszym zakołysaniu na falach, wypadł za burtę.
++++++Zapadła cisza morska. W tej ciszy można było niemalże usłyszeć szelest skrzydełek świetlików unoszących się nieopodal stadem nad taflą gładkiej wody. To znaczy, można by było usłyszeć, gdyby nie zagłuszały go odgłosy śpiworka, te jednak mózg krasnoluda przywykł odfiltrowywać w stu procentach. Było więc idealnie cicho.

Eksplozja nie była spektakularna.

++++++Powiedzieć o niej, że była spektakularna, to tak jak powiedzieć o Biblijnym Potopie, że “trochę pokropiło”.
Niebo rozświetliło się szalejącymi gromami, ryk rozbryzgujących się mas wody przypominał wzmocniony po tysiąckroć łoskot wyrżnijmnijskiego wodospadu Nieogara a sama woda zabłysnęła rażącym zielono-różowym kolorem.
++++++Medytujący w milczeniu od czterech tysięcy lat na szczycie odległej o setki tysięcy mil Góry Spokoju mnich umarł nagle na zawał serca.
++++++Dwa wulkany szykujące się do erupcji w okolicznym archipelagu wysp Hajaje popadły w kompleksy i postanowiły zostać zwykłymi górami. Za to ich mniejszy sąsiad, Gejzer Łukasz, z radości wytrysnął gorącą wodą na niespotykaną dotąd wysokość.
++++++Czterej Jeźdźcy Apokalipsy odwołali koniec świata. Po prostu nie było sensu.
++++++Niebo zakryły naelektryzowane chmury.

++++++– Gejralt! Gejralt! – usłyszał nad sobą głos Mlaskra. Powoli otworzył oczy.
++++++– Mówiłem ci! – ucieszył się Grajek. – Że żyje! Wisisz mi wiesz-co!
++++++Wejdźmin powoli podniósł głowę. Rozejrzał się.
Na brzegu jaskini, miotane rozbijającymi się o niego falami, leżały nieliczne kawałki łodzi. Nad nim stał, nieco poobijany, ale wciąż kompletny jeden jego przyjaciel, a drugi siedział na ziemi nieopodal; z tym tylko, że temu ostatniemu czegoś brakowało. Były to końce włosów, brody i wąsów, które były teraz dość krótkie i osmolone.
++++++Wejdźmin gwałtownie pomacał końcówki swoich własnych włosów. Ku jego uldze, były jednak na miejscu.
++++++– Co się…
++++++– Był sztorm! – wyjaśnił dramatycznie Grajek. – I się rozbiliśmy!
++++++– Ten “sztorm”, to może mógł mieć coś wspólnego z tą waszą zabawką, co? – powiedział krasnolud. – Zaraz po tym jak wpadła do wody…
++++++– Skąd wiesz o zabawce? – zdziwili się jednocześnie Gejralt i Mlaskier.
Krasnolud zmarszczył brwi.
++++++– Nie, zabawka jest wciąż. Tam – zachichotał Mlaskier.
++++++– He, he, he, he ,he – zawtórował mu Wejdźmin pokasłując.
++++++– Dobra, nieważne – przewrócił oczami krasnolud. – Idę sprawdzić czy głębiej w tej jaskini nie ma czegoś z czego moglibyśmy zbudować tratwę. Albo coś.
++++++Zołman zniknął w ciemności. Nie było go długo.
++++++Kiedy w końcu wrócił, usiadł na swoim poprzednim miejscu.
++++++– No i? – podniósł jedną brew wejdźmin.
++++++– Nie ma. W każdym razie nic pożytecznego.
++++++– A co jest?
++++++– Ciemno. I śmierdzi.
++++++– Hmm… no to być może spędzimy ze sobą tutaj resztę naszego życia… – zamyślił się Gejralt.
++++++– Jesteśmy w dupie – załamał ręce Zołman. – I to bez alkoholu!
++++++– Taak – odpowiedział ktoś.
++++++– No tak, kurwa, tak – zajęczał krasnolud, zanim uświadomił sobie, że głos nie należał do żadnego z jego przyjaciół. – Zaraz, słyszeliście to?
++++++– Taaak – odpowiedział głos.
++++++Zołman poderwał się na nogi i pobiegł do ciemnego zakamarka, z którego dobiegał głos. Kiedy stamtąd wyszedł, miał pod pachą rybę.
++++++– Dzieeń doobry – powiedziała ryba przeciągle. Wyglądała jak karp.
++++++– Dzień dobry – powiedział Mlaskier. – Rybo.

Gejralta zmrużył oczy.
++++++– Gadająca rybo, czy to przypadek, że jesteś tutaj akurat tu i teraz?
++++++– Gdyybym się tuu nie schowaał to bym juuż nie żyył… – powiedział karp. – Wypuśćcie mniee do woodyy…
++++++Zołman wzruszył ramionami i zrobił krok w stronę wyjścia jaskini, ale Gejralt powstrzymał go znaczącym spojrzeniem.
++++++– Nie rozumiesz? – podszedł i szepnął mu do ucha. – To jest Złota Rybka.
++++++– Skąd wiesz? Nie jest szczególnie… złota – odszeptał krasnolud. – Da się to jakoś sprawdzić?
++++++– Tak – szepnął wejdźmin. – Pani rybo. To znaczy panie rybo. Czy jest pan Złotą Rybką? Tylko szczerze.
++++++Karp milczał przez chwilę.
++++++– Taak – odparł w końcu ze zrezygnowaniem i przewrócił oczami, co wyglądało osobliwie, ponieważ był rybą. – Ech. No doooobra. Jak mnie wypuściiicieee, to speełnięęę waszee żyyyczeeeniee.
Gejralt uśmiechnał się szeroko.
++++++– Ha! Już nigdy nie zabraknie nam błyszczyka!
++++++– Nawet o tym nie myśl – zmarszczył czoło Zołman. – Sam żeś nas w to wpakował, to teraz ładnie zażyczysz sobie, żebyśmy teleportowali się do domu.
Gejralt podrapał się po głowie.
++++++– No, ee, zobaczymy jak to wyjdzie w praktyce – powiedział. – Zołmanie, wypuść rybkę.
++++++Zołman, którego pacha była dość już mokra i klejąca od trzymanej pod nią ryby, podszedł do krawędzi jaskini. Zamiast jednak wypuścić stworzenie na wolność, zamarł.
++++++– Gejralt?
++++++– Tak?
++++++– Jakby to powiedzieć. Coś płynie prosto na nas.
++++++Mlaskier i Wejdźmin podbiegli do krasnoluda. Ujrzeli coś bardzo niecodziennego, nawet według ich standardów.
++++++W niedalekiej odległości pośród fal widoczna była wyspa. Wyspa ta wydawała się niewielka i piaszczysta, a na jej środku rosła palma. Ale nie to było najdziwniejsze. Wyspa bowiem dość szybko płynęła prosto na nich.

***

Plusk fal rozbijających się o piaszczystą plażę był już wyraźnie słyszalny. Stanęli mocniej na nogach, ale i tak wszyscy prawie się poprzewracali, kiedy wyspa uderzyła w brzeg jaskini.
++++++Towarzysze spojrzeli na siebie. Bez słów zapadła decyzja, że jakikolwiek ląd to i tak awans w porównaniu do spędzenia życia w jaskini. Pierwszy przeskoczył na wyspę Mlaskier, ponieważ zauważył tam rosnące na palmie kokosy. Za nim przeskoczył Gejralt. Następnie zrobił to Zołman. Karp, którego trzymał pod pachą wyślizgnął mu się i spadł na piasek. Szybko jednak przeteleptał się do wody i wystawił z niej głowę.
Gejralt postanowił nie tracić czasu.
++++++– Panie rybo! – krzyknął. – Skoro już jest pan wypuszczony, to czy nie pora na nasze życzenie?
++++++– He he – zaśmiał się karp. – Frajerzy. Ja stąd spadam! A wy sobie siedźcie na tej pięknej wysepce!
++++++– To.. Nie jest pan Złotą Rybką?
++++++– He he he he – zarechotała znowu ryba. – Ty tak serio?
++++++Ryba zniknęła pod wodą. Spod powierzchni jeszcze przez chwilę dobiegało stłumiony rechot.
++++++
++++++– Widzisz, Zołmanku – powiedział smutno Gejralt. – Nici z błyszczyka.
++++++– Błyszczyka?! – rzekł krasnolud. – Umrzemy tu z głodu! Jak powiesz teraz coś na temat, że przecież znaleźliśmy suchy ląd to…
++++++– Gejraalt – zagaił Mlaskier.
++++++– No?
++++++– A ja znalazłem złotą rybkę.

Wejdźmin odwrócił się w stronę przyjaciela i podążył wzrokiem za jego spojrzeniem. Dopiero teraz zobaczył w pełnej krasie wejście do jaskini, w której wcześniej się znajdowali. Wyglądało na to, że to nie wyspa dryfowała po oceanie, ale oni. O plażę oparty był obiekt. Wyglądał jak tył wielkich rozmiarów ryby. Właściwie ryba była znacznie większa niż wyspa. Jego powierzchnia pokryta była złotymi łuskami. Na samym środku znajdował się pewien otwór.
++++++Zołman otworzył usta i zamarł w takiej pozycji na dobre kilka minut. I bez słowa poszedł się wykąpać.
++++++– No – powiedział, kiedy już się umył. – To ona już chyba nie spełni żadnych życzeń. Eksplozja musiała ją zwyczajnie zapierdolić.
++++++Gejralt westchnął.
++++++– Oj, Gejralt – poklepał go krasnolud spoglądając na kilkanaście ton martwej Złotej Rybki. – Patrz na jasne strony. Z głodu to my tu jednak nie umrzemy.

Opowiadanie VII – „Tajemnica zaczarowanej mandarynki”

Pan Żupan sam już nie pamiętał, jak miał naprawdę na imię. Wszyscy nazywali go tak od czasu, kiedy jako mały chłopiec potknął się o grabie i wpadł do pojemnika na kompost. Nikt nie wiedział, co to ma ze sobą wspólnego. Pan Żupan zatem pogodził się ze swoim przydomkiem i zwykł reagować na niego jak na swoje prawdziwe nazwisko, a nawet umieszczać go na różnego rodzaju oficjalnych dokumentach. Pan Żupan mieszkał w zwykłej kamienicy w niewyróżniającej się mieścinie na obrzeżach królestwa Króla Fjutesta i poza tajemniczym pseudonimem nie było w nim nic nadzwyczajnego.
++++++Codziennie rano Pan Żupan kupował pieczywo na miejskim straganie, wracał do domu i jadł jajecznicę z czterech jajek i wszystkiego, co zostawało w lodówce po ostatniej kolacji. Mieszkał sam, mimo niespełna czterdziestu lat nigdy się nie ożenił. Imał się różnych zajęć: a to pracował jako ogrodnik w podmiejskich rezydencjach należących do tych, którym poszczęściło się bardziej, a to, za drobne opłaty, świadczył usługi polegające na czyszczeniu podków koni przejeżdżających przez miasto dyliżansów.
++++++Pan Żupan z charakteru był dość nudny, a jego życie obfitowało jedynie w monotonię i codzienny zastrzyk czarno-białej i podręcznikowo nieciekawej rutyny. Pan Żupan był z tej sytuacji niezwykle zadowolony. A jednak, jak to jednak bywa z różnymi rzeczami, także i ta miała się kiedyś zmienić.
++++++– Bułki wyszły – powiedział właściciel straganu.

++++++Sprzedawca, którego Pan Żupan nie kojarzył z widzenia, ubrany był w długi, brązowy płaszcz z postawionym kołnierzem, nisko naciągnięty kapelusz i grube okulary. Jego nos i wąsy wyglądały dość dziwnie, jakby były przyczepione do okularów za pomocą dwóch małych klipsów. Rozglądał się nerwowo. Pan Żupan spojrzał na niego uważnie. Brak pieczywa w każdym wzbudziłby wątpliwości co do uczciwości i rzetelności kontrahenta.
++++++– A co jest? – zapytał ostrożnie.
++++++– Wtorek – odparł sprzedawca. – I mandarynka.
++++++– Mandarynka?
++++++– Tak jest. Egzotyczny owoc z najdzikszych zakątków Afri-ki-ki. Polecam, jedyna taka na rynku.
++++++Pan Żupan powstrzymał się od wypowiedzenia na głos myśli, że na tym konkretnym rynku były tylko trzy stragany. Ten sprzedawał artykuły spożywcze, drugi garnki, a trzeci handlował kiedyś pamiątkami, ale został zamknięty, bo sprzedawcy szkoda było się rozstawać ze swoimi artykułami. W końcu to pamiątki.
++++++– A bułki? – Pan Żupan podniósł jedną brew przyglądając się z bliska egzotycznemu owocowi, który sprzedawca położył na ladzie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział. Straganiarz skoncentrował na nim swój rozbiegany wzrok.
++++++– Nie ma. Jest mandarynka. Bierze pan, czy nie? – przez chwilę wydał się podirytowany, ale po chwili na jego twarzy pojawił się na powrót nieco wymuszony uśmiech. – Wie pan. Podobno ma magiczne właściwości.
++++++– Ale ja tylko chcę zjeść śniadanie… Proszę mi powiedzieć, czy ta ‘mandarynka’ nadaje się na śniadanie? Jakie właściwości?
++++++– To tajemnica. Ale na pewno będzie pan zadowolony. Odstąpię ją panu za pół ceny.

++++++Żupan przez chwilę zastanawiał się, dlaczego jego poranek postanowił zrobić mu taką nieprzyjemność, jak nieprzewidziana zmiana w jadłospisie. Niezależnie jednak od tego jaka będzie jego zawartość, mógł jeszcze uratować normalność swojego niezmiennego porządku dnia, i zjeść w końcu to cholerne śniadanie.
++++++– No dobrze – burknął. Ile płacę?
++++++– No, ee… Niech stracę – z jakiegoś powodu właściciel straganu uśmiechał się teraz od ucha do ucha. – Tak zdecydowanemu klientowi ten wspaniały frykas należy się za darmo.

++++++Owoc leżący na stole w niczym nie przypominał standardowych plonów szeroko dostępnych u licznych rolników królestwa. Pokryta pomarańczową skórką kulka wydzielała osobliwy, kwaśno-słodki zapach. Pan Żupan nie miał ochoty na więcej niepotrzebnych odstępstw od swoich codziennych rytułałów, i dlatego uznał, że tak samo jak cebulę, ziemniak, buraka czy jajko, swój nowy nabytek najlepiej będzie pokroić a następnie usmażyć na patelni okraszonej dużą ilością smalcu. Kiedy jednak zbliżył się do owocu z nożem gotowym do siekania i ćwiartowania, w głowie zadźwięczały mu słowa sprzedawcy “ma magiczne właściwości.”
++++++Zamarł w miejscu. Panu Żupanu, człowiekowi odpowiedzialnemu i praktycznemu, nie uśmiechało się uwalnianie bogowie-wiedzą-jakich ‘magicznych’ skutków dotykania egzotycznego owocu zbyt pochopnie. Sprzedawca obiecał, że będzie zadowolony, ale co to właściwie znaczy? Mama czytała mu w dzieciństwie wypożyczone z biblioteki zwoje z Baśniami Tysiąca i Dwóch Kocy. Magiczne przedmioty czasem dawały właścicielom wspaniałe przymioty: bogactwo, nadnaturalną siłę albo życie wieczne. Znacznie częściej jednak skutki kontaktów z nimi były opłakane. Mógłby o tym zaświadczyć chłopiec, który najpierw postanowił założyć tylko jeden siedmiomilowy but, albo ksiżniczka co zaszła w ciążę z tyczką-wędrowniczką, która następnie dała nogę i nikt jej więcej nie widział.
++++++Prywatny protokół postępowania w nieprzewidzianych sytuacjach Pana Żupana przewidywał w takim wypadku tylko jedno: konsultację z niezaangażowaną osobą trzecią, która potrafi dostarczyć obiektywnej analizy zaistaniałego wydarzenia w postaci werbalnej. Mówiąc krótko, Pan Żupan wykoncypował, że bezpieczniej będzie zapytać o zdanie sąsiada.

++++++– Tak to jest – powiedział pan Niesioł autorytatywnie. – Jak się nie dokonuje świadomych zakupów. Komu jak komu, Panu Żupanu, ale panu to powinno się więcej oleju w głowie jawić. Dobrze, żeś chociaż pan tego nie zjadł.
++++++– No to jak sąsiad myśli – odparł świeżo upieczony właściciel mandarynki. – Co z tym zrobić? Kroić strach, bo nie wiadomo co to za czary w środku czyhają, zjeść tym bardziej, bo kto wie jak to się skończy, trzymać w domu tak bez sensu, to bez sensu… wyrzucić może?
++++++– Absolutnie nie wyrzucać! Jeszcze jakaś klątwa za to na dom spadnie. Ja, panie, sąsiad powiem tak – powiedział sąsiad. – Igrać z czarami sensu nie ma. Słyszałeś pan o tej wieszczce co to przewidziała naszej Kasieńce, że trzy dni i trzy noce później na placu defiladowym spotkać miała miłość swojego życia?
++++++– Ale to się akurat sprawdziło. Kasieńka szczęśliwie mężata przecież.
++++++– Tak, ale ponoć dwa tygodnie później ta wieszczka wpadła pod pędzący dyliżans. Mówię panu, igrać z magią to strach, zabobon i choroba.
++++++– To co robić?
++++++– Może jest pewien sposób. Znam ja takiego księgowego, co ma taką szwagierkę, co jej męża na trakcie do Vinogradu uratował pewien wejdźmin. Czarownik ponoć, na klątwach, urokach i różnych nieznajomych lichach zna się wyśmienicie. Mogę pana, panie sąsiad, jakoś z nim skontaktować.
++++++Pan Żupan westchnął przeciągle. To miał być całkowicie zwyczajny dzień. Pomyślał jednak, że jak cieknie rura w wannie, to wzywa się hydraulika. I nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Wizyta czarownika potraktować można podobnie. I życie wróci do normy. Przytaknął powoli, podziękował panu Niesiołowi, i, nie zbliżając się więcej na wszelki wypadek do tajemniczego obiektu, poszedł do pracy.

++++++Tego samego wieczoru, kiedy Żupan, ubrany w swój ulubiony szlafrok w romby i zygzaki, szykował się już do snu, od strony drzwi jego mieszkania dobiegło pukanie. Brzmiało zupełnie, jak rytm biesiadnej melodii skomponowanej przez słynnego trubadura, Miszcza Mlaskra, pod tytułem “Idę równo, wdepnę w błoto”. Pan Żupan, przykładny obywatel, rozważał przez chwilę udawanie, że nie ma go w domu, tak jak zwykł to robić kiedy spodziewał się wizyt poborców podatkowych, domokrążców lub swojej mamy, ale w końcu udał się powolnym krokiem do wejścia i otworzył klapkę pozwalającą zobaczyć, kto jest po drugiej stronie.
++++++Przez chwilę wydawało mu się, że pomylił pory dnia, i na niebie wciąż świeci pełne słońce, ale, kiedy jego źrenice zmniejszyły się do rozmiarów ziarenek maku, zorientował się, że to tylko blask lamp ulicznych odbijających się w wysadzanej cekinami, wypolerowanej perfekcyjnie kolczudze przybysza. Pan Żupan chciałby zapytać, kto go odwiedził, ale ten zamiar udaremniła ręka, która wsunęła się przez klapkę od zewnątrz i potargała go za nos.
++++++– A kto to sobie tak tutaj wygląda? – powiedział pieszczotliwie głos. – Hi, hi. Podobno jest tutaj zadanie dla wejdźmina? Straszna klątwa? Morderczy potwór?
++++++– W zasade do ne do kodca wadomo – Pan Żupan próbował jednocześnie odpowiedzieć i oswobodzić nos. – Prope popekać, zaraz bana wbuszcze.
++++++Kiedy wejdźmin zabrał w końcu rękę z jego twarzy, Żupan otworzył drzwi, ale te zatrzymał zabezpieczający łańcuszek. Odhaczenie nie było jednak konieczne, bo chudy wejdźmin po prostu wszedł do środka przez uchyloną szparę.

++++++– Nie wiem co to jest – powiedział Gejralt po krótkich oględzinach tajemniczej mandarynki i odwrócił się na pięcie, idąc w stronę wyjścia z obojętną miną.
++++++– Zaraz, panie wejdźmin – zatrzymał go Żupan. – Ja nie mam do kogo z tym pójść. Jak teraz spać w jednej chałupie z tym… czymś? Sąsiedzi już gadają, klątwa na człowieku ciąży nie wiadomo jaka, dotknąć to to strach…
Wejdźmin przystanął.
++++++– Ja to zawsze dam się przekonać facetowi w szlafroku – powiedział do siebie.
++++++– No dobrze – dodał głośno. – Ale będę potrzebował patyk i dwa małe kamienie.
++++++– Do odprawienia egzorcyzmu?
++++++– Do zabawy. Z czarami poradzę sobie bez rekwizytów.

++++++Po dokładniejszych oględzinach, Gejralt doszedł do wniosku, że magia zawarta w tajemniczym owocu musiała być stworzona przez nie byle jakiego czarodzieja. Nie dawała bowiem żadnych standardowych symptomów: medalion z serduszkiem ani drgnął, owoc nie świecił w ciemności, a wypity przez wedjźmina eliksir Dziobak tylko sprawiał, że użytkownik znosi jajko, więc także nie okazał się pomocny.
++++++– Nic… – mruknął trzymając głowę tuż przed leżącą na stole mandarynką. Pan Żupan również przyglądał się owocowi z bliska.
++++++– Może nie jest taka niebezpieczna? – zasugerował. – Na razie nic złego mi nie zrobiła.
++++++– Może – odparł wejdźmin po namyśle. – Ale ryzyko jest duże. Nieznajome czary bywają trudne do wykrycia. Możliwe też, że jest to przykład magii naturalnej, która po prostu jest obecna w niektórych bardzo rzadkich roślinach, a w takim przypadku skutki i prewencja mogą być niemożliwe do określenia.
Już mieli zakończyć obserwację, kiedy rozległ się przeciągle niski, dziwny odgłos.
++++++– Przepraszam – Gejralt uśmiechnął się nieśmiało. – Jadłem fasolę na śniadanie.

++++++Pan Żupan uznał, że robotę najlepiej pozostawić specjaliście, więc oznajmił, że idzie spać. Obejrzał się jeszcze za siebie pełnym wątpliwości wzrokiem i zniknął w sypialni.
Wejdźmin zaniósł mandarynkę do salonu, na wszelki wypadek trzymając ją przez specjalną szmatkę nasączoną anty-magicznymi wywarami i pachnidełkiem fiołkowym. Następnie położył przedmiot na stole, usiadł w fotelu i czekał.
++++++– Szkoda, że nie ma ze mną Mlaskra – powiedział do owocu. – On by po prostu cię zjadł i byłoby po problemie. Ale ja nie zaryzykuję. Możesz być pełna zaklęć takich jak “Zła fryzura do końca życia” albo “Brudne paznokcie codziennie”. Nie ma mowy. I nie patrz tak na mnie.

Mandarynka nie odpowiedziała.

Wejdźmin odczekał jeszcze jakiś czas, ale nie zaobserwowawszy żadnych niepokojących wydarzeń podniósł się z fotela.
++++++– Ach, ale chce mi się spać. No trudno, nic więcej dzisiaj nie mogę zrobić – rzekł głośno i teatralnie. – Jakiekolwiek duchy zaklęte są w tym zaczarowanym owocu, są ponad moje siły. Idę sobie i absolutnie nic nie poradzę.
++++++Poszedł w stronę wyjścia, i kiedy już miał, niby od niechcenia, nacisnąć klamkę, odwrócił się gwałtownie i skoncentrował wszystkie swoje siły na stworzeniu potężnego magicznego znaku. Stanął na jednej nodze, zarzucił włosami i podniósł ręce w powietrze.
++++++– Fay- Foo – Ss! – krzyknął.
++++++Pomieszczenie rozświetliło się niebieskim blaskiem tak jasnym, że w kilku sąsiednich królestwach powstały nowe religie. Rozległ się przeraźliwy dźwięk trąb bojowych a księżyc odwrócił się do ziemi drugą stroną i już tak został, co spowodowało duże zamieszanie w kręgach akademickich Fjutesckiej Akademii Nałóg, oraz kilka katastrofalnych powodzi.
Kilka sekund później blask ustał, a wejdźmin poprawił sobie włosy. Poczekał jeszcze, aż zacznie cokolwiek słyszeć. Podszedł do leżącej na stole mandarynki i pomachał przed nią swoim medalionem z serduszkiem.
++++++– Nic – stwierdził. – Uparta jesteś. Trzeba będzie sięgnąć bo bardziej skomplikowane metody.

++++++Kiedy Pan Żupan o poranku wyszedł ze swojej sypialni, nie do końca wiedział, gdzie się znajduje. Cały salon jego niewielkiego mieszkania pomalowany był na czarno. Ściany pokrywały liczne wypisane kolorową kredą symbole magiczne. Zniknęły gdzieś wszystkie meble, z wyjątkiem stolika, na którym wciąż leżała mandarynka i małej poduszki, na której w pozycji lotosu siedział wejdźmin i medytował. Na czubku jego głowy stała zapalona świeczka, a w ustach trzymał coś, co wyglądało jak połączenie starożytnego totemu i zwykłego patyka. Wszystkie okna zostały zamurowane a zamiast żyrandola na suficie zwisał strach na wróble. Z kuchni wyjrzała na niego małpa, która z głośnym piskiem schowała się i zatrzasnęła drzwi.
++++++Żupan wydał z siebie cichutkie “Ee…”, co zwróciło na niego uwagę wejdźmina. Ten wypluł dziwny przedmiot i zgasił poślinionymi palcami zdobiącą jego głowę świecę.
++++++– No niech się tak nie wytrzeszcza – powiedział. – Ważne jest to, czy zadziało.
++++++– A… zadziałało? – wydusił z siebie Żupan po dłuższym milczeniu.
++++++– Zasadniczo… nie – odparł wejdźmin. – Ja to już nie wiem. Albo ta mandarynka jest aż tak bardzo magiczna, że nawet ja nie potrafię nic z tym zrobić, albo to jest kwestia przeznaczenia.
++++++– AAAAA!!! – wydarł się Pan Żupan bez widocznego powodu.
++++++– No już cichutko – pocieszył go Gejralt. – Możemy jeszcze spróbować starożytnego rytuału Abra-Barabra, ale będziemy potrzebować żywego słonia i czterdziestu siedmiu kulawych chomików…
++++++– Nie! Nie ma mowy. Ja to zjem po prostu! Zjem i jak mi wyrośnie trzecia noga to już i tak lepsze niż… to! Jem to!
++++++Wejdźmin zagrodził mu drogę.
++++++– Proszę pamiętać o ryzyku. Jeśli ukryte jest w tym owocu jakieś złe zaklęcie, trzecia noga to akurat najlepsze co mogłoby pana spotkać.
++++++Pan Żupan opadł na podłogę pod ścianą i schował twarz w dłoniach. Wejdźmin usiadł obok niego.
++++++– No i co ja teraz zrobię? – powiedział żałośnie.
++++++– Spokojnie, ja też nie mam pojęcia, co dalej – pocieszył go Gejralt.
++++++Siedzieli tak jeszcze przez trzy kwadranse. Owoc złowrogo był sobie na stole i się nie ruszał. Wejdźmin podniósł w końcu głowę jakby nad czymś myślał, podrapał się po niej i wstał.

++++++Pani Halina była zwykłą kobietą mieszkającą w całkowicie zwyczajnym mieście. Tego dnia na targu zamierzała kupić dwa kilo mąki i galon mleka. Zawsze kiedy odwiedzali ją wnukowie robiła przepyszne naleśniki z jagodami i dżemem truskawkowym. Zwykła kupować potrzebne jej składniki na jedynym stojącym tam straganie, który oferował artykuły spożywcze, jednak w świetle bieżącej gospodarki oraz swojej własnej, skromnej emerytury wolała sprawdzić, czy nowy, czwarty stragan, który właśnie zauważyła nie przedstawia korzystniejszej oferty. ++++++Sprzedawca uśmiechnął się szeroko.
++++++– Dzień dobry – powiedział. Robił dość sympatyczne wrażenie, a jego srebrne włosy z różowym pasemkiem nie mogły nie intrygować.
++++++– Czy mąka i mleko są? – zapytała Helena marszcząc brwi.
++++++– Nie ma – pokręcił głową sprzedawca.
++++++– A co jest?
++++++– Mandarynka. Wie pani, podobno ma magiczne właściwości…

Opowiadanie V – „Żubu żuż”

++++++Rogata istota wpatrywała się w ogień. Jej dom, dziwny wymiar pomiędzy rzeczywistościami, pełen był płomieni, które nigdy nie gasły. Istota, nawet po tysiącleciach obserwowania jak trawią wypaloną już doszczętnie ziemię wciąż była nimi zafascynowana. Nie było to jednak jej jedyne zajęcie. Często udawała się do innego świata, pełnego zieleni, gdzie niebo było niebieskie. Czasem ograniczała swoją działalność do spraw błahych, takich jak przesunięcie czyjejś nogi zbyt blisko krawędzi mebla, tak aby mały palec uderzył w nią z impetem. Czasem pomogła wywołać wojnę. Czasem kusiła dzieci aby zbliżyły się do krawędzi urwiska. Czasem podpisywała umowy.
++++++Nieszczęśnicy, którzy za cenę kilku ziemskich przyjemności zaprzedali się kiedyś Istocie przemierzali teraz jej świat, wypaleni i smutni w płonnej nadziei na ratunek, który nigdy nie miał nadejść.
++++++Istota odwróciła się i spojrzała w głąb stojącej na czarnym głazie kryształowej kuli. O ile drobne nieprzyjemności mogły spotkać każdego, prawdziwe, satysfakcjonujące kuszenie wymagało nieprzeciętnego materiału. Najlepiej nieprzeciętnie głupiego. Kryształowa kula pokazywała coraz to inne osoby. Piekarz, który marzył o karierze presidigitatora. Dziewczynka, którą skrycie ciekawiło czego właściwie chcą od niej ci dziwni panowie w płaszczach, oferując jej cukierka. Nuda, pomyślała Istota. I wtedy coś ją zainteresowało.

++++++Mlaskier i Wejdźmin siedzieli sobie nad brzegiem jeziorka mocząc nogi w mieniącej się wodzie. Coś zakotłowało się za nimi. Kiedy się odwrócili, stwierdzili, że patrzą na osobliwego jegomościa. Z grubsza wyglądał dość ludzko, ale jego oczy były nieskończenie głębokie i czarne, miał ogon, który, zaostrzony, poruszał się złowrogo na boki, a zamiast stóp miał kopyta. Z jego głowy wystawały dwa niewielkie rogi. Ubrany był w eleganckie, czarne szaty.
Przybysz przyjrzał się im i ukłonił się nisko z paskudnym uśmiechem.

++++++– Witajcie przyjaciele. Różnie mnie zwą. Ja jednak preferuję być nazywany prosto. Moi drodzy, wierzcie w to lub nie, ale stoicie właśnie twarzą w twarz z Diabłem – rzekł przedziwnym głosem i zrobił dramatyczną pauzę. Wejdźmin i Mlaskier patrzyli na niego nierozumiejąco. Diabeł poczekał jeszcze chwilę ale wyglądało na to, że nie zrobił wielkiego wrażenia.
++++++– Ekhm. Spotkała was właśnie nie lada okazja. Powiedzcie mi czego chcecie, a będzie to spełnione. Możecie swe najskrytsze…
++++++– Żubu żuż!
++++++– Co? – Diabeł spojrzał na Mlaskra.
++++++– Chcę żubu żuż. Bez musztardy.

++++++Diabeł spojrzał pytająco na Wejdźmina ale ten tylko uśmiechnął się i zamrugał rzęsami. Zwrócił się na powrót do grajka, który wpatrywał się w niego z wyczekującym uśmiechem. Diabeł podniósł jedną brew. W końcu dał za wygraną.
++++++– Co to jest? – zapytał powoli.
++++++– Taki jakby keczup, tylko brązowy i śmierdzi – powiedział Mlaskier.
++++++– To drugie. Na ży.
++++++– Nie wiem. Ale bardzo bym to chciał.
++++++– Boże święty – powiedział Diabeł.

Na niebie nad nimi pojawił się rozstęp w chmurach, przez który zaświeciło słońce.
++++++– NO? – rozległ się grzmiący głos.
Diabeł złapał się powoli za nasadę nosa.
++++++– Nic, tak tylko se powiedziałem.
Światło zniknęło.

++++++– Dobra. Słuchajcie – powiedział, porzucając swój dramatyczny głos i mówiąc normalnie. – Możecie zażyczyć sobie czego chcecie, co istnieje.
++++++Diabeł wyjął zza pazuchy piękny, obły kamień. Jego powierzchnia mieniła się wszystkimi kolorami tęczy a powietrze wokół niego falowało magią. Położył go przed nimi z namaszczeniem.
++++++– To jest na przykład kamień filozoficzny. Można za jego pomocą zamienić nawet najpodlejszy metal w czyste złoto. Możecie też chcieć sławy, bogactwa, zdrow…
++++++– Żubu żuż – wymamrotał niepocieszony grajek.
++++++– A ja w sumie mam życzenie – powiedział Wejdźmin.
++++++– Dobrze. Ty się w tym czasie zastanowisz – mruknął półgłosem Diabeł do Mlaskra. – A zatem, Wejdźminie Gejralcie. Wypowiedz swe życzenie, ale waż słowa bo nigdy nie wiadomo jakie konsekwencje przynieść może to, czego pragniemy.
++++++– Chcę to co Mlaskier.
++++++Diabeł przez chwilę poważnie rozważał karierę bibliotekarza. Postanowił spróbować innej taktyki. Wyjął z kieszeni urwane ucho od kubka.
++++++– Macie. To jest żubu żuż – powiedział ostrożnie.
++++++– O w mordę! – krzyknął Mlaskier i zaklaskał. – Panie diaboł, zrobię dla pana wszystko.
++++++– Możemy zapłacić w naturze – puścił do niego oczko wejdźmin.
++++++– Co… co? – Diabeł nie był pewny czy zrozumiał. – Nie. Co? Nie. Podpiszecie cyrograf.
++++++– Co to – powiedział Mlaskier.

++++++Po licznych wyjaśnieniach i trzech cyrografach zjedzonych przez jednego z nich, Diabeł przedstawił im ostateczną wersję umowy.
++++++– … czyli mamy ci oddać nasze dusze w zamian za to – powiedział kpiącym tonem Wejdźmin wskazując palcem żubu żuż. – Ta umowa wydaje się trochę niesprawiedliwa.
++++++– No… – odparł Diabeł. – Cóż, mogę dorzucić jeszcze…
++++++– W zasadzie – przerwał mu Gejralt. – Jak chcesz. Nie będziemy wnikać czemu dajesz się tak wycyckać. Umowa stoi.
Diabeł zaniemówił na chwilę.
++++++– A zatem wszystko w porządku – uśmiechnął się szeroko. – Podpisujcie.
++++++– Zaraz – powiedział Mlaskier. – Co jak nam się skończy?
++++++– Co?
++++++– No żubu żuż. Co jak nam się skończy. Chcemy nowego żubu żuż co miesiąc.
++++++Diabeł przypomniał sobie dzieciństwo. Było takie beztroskie. Pstryknął palcami a tekst na umowie zmienił się aby spełnić nową wersję życzenia jego rozmówców.
++++++– Masz rację, Mlaskier – powiedział Wejdźmin. – Nie pomyślałem o tym. Skoro tak, to chcemy jeszcze…

++++++AAA!!!- wydarł się Diabeł i wskoczył do jeziora, goniąc swój kamień filozoficzny, za pomocą którego Mlaskier właśnie puścił kaczkę. Po dwudziestu minutach nurkowania wylazł, ociekając wodą i mamrocząc coś o rybach i mule. Kamienia nie znalazł.
++++++– Jak mówiłem – ciągnął Wejdźmin. – Chcemy jeszcze gwarancji, że będzie bez musztardy.

Diabeł przewrócił oczami i pstryknął.
++++++– Macie.
++++++– Za to płacimy dwie dusze.
++++++– Tak.
++++++– Na pewno?
++++++– Tak.
++++++– To jakoś podejrzanie tanio.
++++++– Tak. Nie! Jest tak jak chcieliście.
++++++– Czyli dwie dusze, nasze.
++++++– Tak.
++++++– Czyli dwie dusze w zamian za jedno żubu żuż z gwarancją bez musztardy. Proszę jeszcze dopisać że reklamacji nie uznajemy.

Diabeł pstryknął. Tekst na umowie zmienił się.

++++++– Dwie dusze i kamień.
++++++– Tak.

Diabeł pstryknął.

++++++– A nie, to pan miał kamień.
++++++– Tak. Co? – Diabeł patrzył to na Wejdźmina, to na Mlaskra. – A, tak! To ja, nie wy.

Pstryk.
++++++– Czyli dwie dusze i żubu żuż, w zamian za kamień.

Pstryk.

++++++– Kamień, dwie dusze i żubu żuż, to wszystko dla nas. Może być bez kamienia i bez musztardy.

Pstryk.
++++++– Bez musztardy ani keczupu – dodał Mlaskier. – Ale może być sos.
Pstryk.
++++++– Sos z keczupem bez musztardy ale z kamieniem nie wchodzi na przykład w grę – pokiwał głową Wejdźmin.
Pstryk.
++++++– Butelka. Chcemy żeby pan siedział w butelce.
Pstryk.
++++++– Skończcie wreszcie to gadanie! – wydarł się Diabeł.

++++++Wejdźmin wzruszył ramionami i podpisał umowę. Diabeł jeszcze przez chwilę wodził oczami od Gejralta do Mlaskra. Potem coś sobie uświadomił.
++++++
++++++Gejralt pieczołowicie wykaligrafował na etykietce napis “Eliksir Diaboł w Butelce”. Nie bardzo wiedzieli o co chodziło temu dziwnemu przybyszowi, a umowa, którą z nimi zawarł wydawała się osobliwa. Nie byli jednak z typu tych, co szukają dziury w całym. Przynajmniej nie w metaforycznym sensie. Wejdźmin włożył skończony flakonik do torby, pomiędzy “Coś fajnego” i “Ja Pierdolę”. I siedzieli sobie dalej.

Opowiadanie III – „Detektyw Gejralt”

++++++Pod drzewami, nieopodal miasta, leżał trup. Jego podgniłe, zielone ciało wydzielało zapach, który nieco gryzł się ze smrodem fiołków porastających okolicę. Obok trupa leżało kilka butelek po eliksirach o osobliwych nazwach. Obok butelek i trupa, leżał na trawie jeden, nieco już wstawiony, wejdźmin.
++++++– … i wtedy powiedziałem, ale skąd wiesz, że to nie do tego służy? – zakończył Gejralt i zaśmiał się głośno z anegdotki, którą opowiedział.
Trup leżał. Wejdźmin nie ustawał.
++++++– Rozumiesz? Bo miało na końcu taką kulkę i…
++++++– Pozwól, że ci przerwę. – powiedziały w końcu zwłoki, ukazując nieliczne, czarne zęby. – Jak rozumiem, referujesz do dwuznaczności semantycznej, która mogłaby wynikać z braku precyzyjnie określonych norm zastosowań urządzenia, o którym wspomniałeś wcześniej. Pojmuję komizm wynikający z kontrastu pomiędzy skrajnie odmiennymi interpretacjami jego przeznaczenia, ale w tej konkretnie sytuacji wydawać by się mogło, że nieporozumienie było uzasadnione?
++++++– Ee, tak. Obojętnie – powiedział wejdźmin. – To na pewno się nie napijesz?
++++++– Mój przyjacielu – zwłoki zastanowiły się chwilę. – Używki nie stanowią bruku pokrywającego usiane perturbacjami fragmenty gościńca, po którym zmierzamy do naszych celów. Ulegają im umysły słabe, bowiem są one redundantną odskocznią od banału naszego jestestwa, który całkowicie zanegować może jedynie śmierć. Jak kiedyś umrzesz, to też to zrozumiesz.
++++++– No to napijesz się, czy nie?
++++++– Tak. Poproszę. – powiedział trup.

++++++Zombie to specyficzny potwór, chyba najbardziej zróżnicowany pod względem właściwości ze wszystkich gatunków, które Gejralt spotkał na swej drodze. Trafiały się wśród zombie osobniki agresywne, które egzystowały wyłącznie w celu gryzienia, szarpania i zjadania mózgów i innych organów wewnętrznych i zewnętrznych, ale zdarzały się też takie, które były całkiem w porządku. Zwłoki Balona von Devolaille, zdaniem Gejralta, były w porządku. Nawet można było się z nimi napić.

++++++– Jesteś w porządku, Devolau eu iel. El. – powiedział Gejralt nieco bełkocząc.
++++++– Wracając do kwestii naszego wspólnego interesu, Gejralt – mówił Balon, podczas gdy przelatująca koło jego ust mucha umarła dotknąwszy jego oddechu. – Twoje zlecenie jest takie: Musisz odkryć, kto mnie zamordował.
++++++– Spoko – powiedział Gejralt wyciągając z kieszeni cienkiego papierosa. – Ale czekaj. Ja zabijam potwory. Czasem nabijam się z nich. I inne takie. Różne. Ale detektywem nie jestem.
++++++– Na zachętę dla Ciebie powinienem wspomnieć o zapłacie. – Zwłoki puściły do Gejratla oczko, ale powieka przykleiła się, więc samo oko pozostało zamknięte. – Jeśli odniesiesz sukces, dam ci przepis na eliksir “Mordo Ty Moja”. Wiesz, co to jest.

++++++Detektyw Gejralt stał przed drzwiami rezydencji Devolaille wraz ze swoim przyjacielem, doktorem Zołmanem, i przyglądał się kołatce.
++++++– No nie wiem, Gejralt – powiedział Zołman. – Ta cała sprawa jest jakaś dziwna. Nie wolałbyś, po staremu, pójść ubić Bazieliżka, albo coś takiego?
++++++– Bazieliżka, bazieliżka. To jest kwestia honoru, mój drogi przyjacielu, doktorze Zołmanie.
++++++– Honoru? Nagrody raczej. Przyznaj się lepiej co ci obiecali i jak moją brodatą babcię kocham, Gejralt, lepiej żeby to nie było mydło.
++++++– Nic – Gejralt powiedział bardzo szybko i bardzo stanowczo.
++++++– W balona to ty możesz robić Balona. I przestań już z tym doktorem.
++++++– Przecież lubisz jak się w niego bawimy.
++++++– Sam lubisz! I nie bawimy się! Ech. – krasnolud dał za wygraną – Co my tu właściwie chcemy osiągnąć?
++++++– Doktorze Zołmanie. Mamy dowiedzieć się, kto zamordował Balona von Devolaille. W budynku mieszka wciąż kilku domowników: ochroniarz Ugabuga, który jest ogrem, ogrodnik Drapichrust, księgowy Waldemar i narzeczona Balona, Renatka. Któreś z nich wypchnęło go przez okno, i naszym zdaniem jest wykud…
++++++– Co?
++++++– Wykadud…
++++++– Gejralt, na litość boską.
++++++– Wykudodad…
++++++– WYDEDUKOWAĆ?
++++++– Nie. Wcale nie. Chciałem powiedzieć coś innego – wejdźmin dumnie zadarł nos.
++++++– Dobrze – krasnolud wskazał otwartą dłonią drzwi. – Wal.
++++++Zołman zignorował klapsa, którego dostał, jak i pełen radości uśmiech na wpatrzonej w niego twarzy Gejralta. Bez słowa wziął głęboki, uspokajający oddech i zapukał kołatką. Drzwi otworzyły się i stanął w nich brzydki ogr ubrany w nienagannie uprasowany surdut.
++++++– Czego. Tu. – rzekł patrząc na nich posępnie.
++++++– Wejdźmin Gejralt oraz mój przyjaciel, doktor Zołman, przybyliśmy aby rozwiązać zagadkę śmierci Balona De… – Gejralt zamyślił się na chwilę. – Już mi się nie chce rozwiązywać tej zagadki. Idę – powiedział, odwrócił się na pięcie i odszedł przeskakując z nóżki na nóżkę.
++++++– Kurwa mać – burknął krasnolud, i pobiegł za wejdźminem aby przyciągnąć go z powrotem.
++++++Wnętrze rezydencji Devolaille pełne było przepychu, ale też swojego rodzaju atmosfery starości. Przywodziło na myśl bardzo dobrze utrzymany, luksusowy strych.
++++++Najpierw należało ustalić, od czego zacząć dochodzenie. Gejralt co prawda nigdy wcześniej nie rozwiązywał jeszcze zagadki kryminalnej, ale, jak poinformował Zołmana, no i co z tego.
++++++– Chyba powinniśmy przesłuchać świadków? – zagaił krasnolud.
++++++– Wyśmienity pomysł! – ucieszył się wejdźmin. – Jak ja na to wpadłem?
++++++Lepsza propozycja nie pojawiła się, więc należało zabrać się za przesłuchania. To znaczy, była jedna propozycja Gejralta, która nie dotyczyła przestępstwa, ale stojącego w kącie wypchanego nosorożca oraz Zołmana. Krasnolud, nie wiedzieć czemu, zignorował ją, stanęło więc na tym, że Gejralt poprowadzi rozmowy, a Zołman, jako zdecydowanie silniejszy z nich obojga, będzie przyprowadzał świadków.
++++++Pierwszy na fotelu w gabinecie, który wybrali sobie jako pokój przesłuchań nie pytając nikogo o zgodę, zasiadł starszy, łysawy pan o wrednym wyglądzie.
++++++– No? – burknął Waldemar. – Mnie przepytywać będą na stare lata wejdźminy jakieś? Tacyście mądrzy?
++++++Gejralt uśmiechnął się i odchrząknął.
++++++– Takim. Oto mała demonstracja. – powiedział, nabrał dużo powietrza w płuca i kontynuował na jednym wydechu – Brud za paznokciami twoich palców jest beżowo-różowy, z czego wnioskuję, że najczęściej występującymi kwiatami w ogrodzie pana Devolaille jest rzadki gatunek róż Koulec N’Patyku wydzielających żywicę o tym specyficznym kolorze, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym. Zajmowałeś się nimi nie wcześniej niż dzisiaj rano, w przeciwnym wypadku pyłek w różkach twoich paznokci zdążyłyby już zaschnąć. Mieszkasz na stałe w wiosce, która znajduje się na południe stąd. To wywnioskowałem z minimalnie głębszych zmarszczek na lewej połowie twojej twarzy. Słońce, jak wiadomo, pogarsza kondycję cery, a to właśnie jego promienie oświetlają twoją twarz od wschodu rano, kiedy zmierzasz do pracy w ogrodzie rezydencji, ale nie późnym popołudniem, kiedy wracasz do wioski. Mam kontynuować?
++++++– Nie – powiedział księgowy Waldemar. – Po pierwsze pomyliłeś mnie z ogrodnikiem. Po drugie, mieszkam w kanciapie na parterze. A za paznokciami to mam resztki skórki z pomarańczy, co se ją właśnie obieram.
++++++Wejdźmin spojrzał na owoc trzymany w ręku przez Waldemara i zmarszczył brwi.
++++++– To będzie trudniejsze niż myślałem – powiedział cicho do Zołmana, obserwowany obojętnie przez siedzącego na fotelu Waldemara. – Potrzebna będzie nam pomoc, Zołmanie. Tylko czyja?

++++++– Gejralt! Kopę lat! – Mlaskier uwiesił się Gejraltowi na szyi. Wciąż miał na sobie długie spodnie, ale kapelusz z wypchanym ptakiem na jego głowie świadczył, że grajek powoli wracał do swojego normalnego* sposobu bycia.
++++++– Widzieliśmy się dwie godziny temu – przypomniał wejdźmin. – Tuż przed tym, jak poszedłem spotkać się z trupem. Ale wiś sobie.
Mlaskier skorzystał z propozycji i sobie wisiał.
++++++– Co się dzieje? – zapytał.
++++++– Szukamy mordercy naszego zleceniodawcy. Pomyślałem, że przydałaby nam się pomoc.
++++++– Mlaskier ochoczo pokiwał głową. Robimy tak jak zawsze?
++++++– Jasne.
++++++Gejralt odczepił sobie z szyi Mlaskra i postawił go na podłodze.
++++++– Gotowy? – zapytał grajka.
++++++– Gotowy! – zasalutował Mlaskier.
++++++– No to uwaga… Mlaskier! Szukaj!
++++++– Tak, tak! – uśmiechnął się szeroko grajek i podskoczył. – Szukam! Czego szukam?!
++++++– Szukaj wskazówek!
++++++– Szukam!
++++++Mlaskier wywiesił język, wrzasnął z ekscytacji i wymachując rękami wybiegł z pokoju przez drzwi. Niestety nie zauważył, że były zamknięte, uderzył w nie i stracił przytomność.
++++++– Trudniejsze niż myślałem… – powtórzył do siebie Gejralt, filozoficznie drapiąc się po brodzie.
++++++Przesłuchania pozostałych domowników również nie przyniosły zadowalających rezultatów. Ogrodnik Drapichrust nie okazał się zbyt pomocny, zwłaszcza, że umarł trzy lata wcześniej, ogr Ugabuga umiał powiedzieć tylko dwa słowa (”Czego.” Oraz “Tu.”) a narzeczona Balona, Renatka, była zdecydowanie zbyt wątłej postury, żeby kogokolwiek skądkolwiek wypchnąć. Jak na dziewięciolatkę była za to dość wygadana, więc powiedziała na odchodne “pieprzcie się” i zamknęła się w pokoju.
++++++Gejralt, Mlaskier i Zołman siedzieli w gabinecie nie bardzo wiedząc, co dalej. Zołman chodził w kółko przyglądając się bogato zdobionym meblom, Gejralt golił nogi i rozmyślał, a Mlaskier od godziny w skupieniu układał puzzle z kwiatkiem, które dostał kiedyś od swojej jedynej dziewczyny. Składały się z sześciu elementów, ale cztery już dawno się zgubiły, więc zadanie nie było takie łatwe. ++++++Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że, o czym Mlaskier nie wiedział, jeden z dwóch pozostałych kawałków leżał obrazkiem do dołu.
++++++– I to by było na tyle – westchnął w końcu wejdźmin. – Powinniśmy byli poprzestać na Bazieliżkach.
++++++– Mówiłem, że to bez sensu – powiedział Zołman. – Mnie się na ten przykład już chce do wychodka. A ta zdobiona szafka wygląda podejrzanie jak jakiś, no nie wiem, barek.
++++++Wszyscy spojrzeli na szafkę, którą właśnie otwierał krasnolud. Ich oczom ukazał się schowek zawierający niezliczoną ilość naczyń i butelek pełnych najbardziej egzotycznych trunków. Towarzysze wyraźnie się rozpromienili.
++++++– To co, będzie się lepiej myślało? – powiedział Zołman czytając etykietki. – Balon już raczej się nie obrazi?
++++++Mlaskier porzucił puzzle i ochoczo podbiegł do szafki. Wyjął z niej trzy duże kielichy. Wybrał też jedną małą butelkę.
++++++– Ta nie. Ta miała brzydki kolor – powiedział wyrzucając ją przez okno. – Ale te inne…
++++++
++++++– I wtedy mówię mu… ale skąd wiesz, że to nie do tego służy? – zakończył opowiadać anegdotkę Gejralt, jakiś czas później.
++++++Zołman i Mlaskier ryknęli śmiechem, aż kilkadziesiąt pustych butelek zatrzęsło się na stole. Gejralt jednak nagle posmutniał.
++++++– Nie będzie z nas detektywów – powiedział. – Zagadka Balona pozostanie nierozwiązana.
++++++Drzwi pomieszczenia otworzyły się skrzypiąc. Do środka głowę włożył księgowy Waldemar i odchrząknął.
++++++– Bo tak to właśnie jest. Tyle dobrych chęci – ciągnął monolog wejdźmin. – Ale może nasz los jest już z góry zapisany w gwiazdach…
++++++– Przepraszam – powiedział Waldemar. – Ja już tak dalej nie mogę. Nie wytrzymam tej presji.
++++++– Człowiek ćwiczy, trenuje, zdobywa doświadczenie… – zamyślił się Gejralt. – A wszystko to tylko w jednym celu.
++++++– To ja zabiłem Balona. – powiedział księgowy opuszczając głowę. – To ja. Wypchnąłem go z zazdrości o Renatkę. Zróbcie ze mną co chcecie.
++++++– Zabijam potwory. Zabijam, zabijam. I co? – Wejdźmin zadumał się na poważnie. – Czy ktoś w ogóle to docenia?
++++++– Gejraaalt, przecież wiesz, że cię doceniamy – pocieszał go Zołman.
++++++– Zabiłem Balona! – zniecierpliwił się Waldemar. – Wypchnąłem go z pieprzonego okna. Rękami. Tego właśnie tu! Okna.
++++++– Ja tam nie wiem nic o żadnych potworach – dodał Mlaskier. – Poza tym, znowu zgubiłem puzzel.
++++++Waldemar przeszedł przez cały gabinet omijając wciętych towarzyszy, otworzył okno i stanął na parapecie. – Stał tu! – krzyknął. – A ja go popchnąłem i spadł!
++++++– Życie, życie. My, wejdźmini sami sobie zgotowaliśmy ten los! – lamentował głośno Gejralt.
Waldemar patrzył na niego ale zabrakło mu słów.
++++++– Gejralt! Trzeba żyć pełnią życia! – wrzasnął nagle Mlaskier wymachując pustą butelką. – Tak jak ja! Korzystam z życia, nie przejmuję się. Jak mi się coś nie podoba, to to wyrzucam! – grajek nie patrząc celnie wyrzucił butelkę przez okno aby zilustrować swoją tezę. Na drodze stanął jej jednak Waldemar, który zachwiał się i wypadł. – Pełnią życia! Gejralt. Pełnią życia!
++++++Świtało już, kiedy Gejralt, Mlaskier i Zołman obudzili się wciąż siedząc w fotelach gabinetu wśród dżungli butelek. Mieli potwornego kaca. Gejralt podrapał się po głowie i nagle jego oczy rozszerzyły się.
++++++– Mlaskier! Zołman! Zgromadźcie wszystkich natychmiast w salonie! – krzyknął. – Już wszystko wiem!++++++Godzinę później jego towarzysze zwlekli się z foteli i wyszli z gabinetu powłócząc nogami i marudząc pod nosami.
++++++Renatka, ogr Ugabuga, księgowy Waldemar, z ręką na temblaku, Zołman i Mlaskier siedzieli na kanapach, które ustawione były przy ścianach obszernego salonu. Na środku pokoju stał Gejralt, chwiejąc się nieco i spoglądając na wszystkich triumfalnie.
++++++– Rozwiązałem zagadkę śmierci Balona Devolaille’a! – ogłosił. – A zatem, nie przedłużając, ujawnię, kto jest mordercą.
Wszyscy czekali w skupieniu.
++++++– Jest nim… Zołman! – wykrzyknął Gejralt wskazując palcem oskarżycielsko na krasnoluda.
++++++– Gejralt. Skoncentruj się – odparł spokojnie krasnolud.
++++++– A tak. To nie mógł być Zołman – powiedział pod nosem wejdźmin. – W takim razie nie wiem.
++++++Połowa obecnych na sali pacnęła się w czoło. Druga połowa skryła głowy w dłoniach.
++++++– To ja – powiedział znudzonym głosem Waldemar patrząc w sufit.
++++++– Albo w zasadzie wiem! – podekscytował się Gejralt na nowo. – To ja to zrobiłem! Zagadka rozwiązana. Idę po nagrodę.
++++++Gejralt, zadowolony z siebie, zaczął zmierzać w stronę wyjścia. Coś jednak przyszło mu do głowy i zatrzymał się. ++++++– Zaraz, zaraz – powiedział. – To nie mogłem być ja. Ja w tym czasie byłem zdecydowanie gdzieś indziej. Ale przypomniał mi się pewien szczegół. Renatko! Jakiego koloru jest dywan w gabinecie Balona?
++++++– Pomarańczowy – odparła Renatka przewracając oczami.
++++++– Pomarańczowy! – triumfalnie zakrzyknął Gejralt. – A kto z obecnych tutaj najbardziej lubi pomarańcze?
Gejralt zrobił pauzę dla lepszego efektu.
++++++– WALDEMAR! – wejdźmin wskazał palcem księgowego. – To musiał być on! Nikt oprócz mnie nie mógł tego zauważyć, ale moje wejdźmińskie zmysły pozwoliły mi dostrzec jeszcze jedną rzecz. Ręka na temblaku! Musiał ją złamać wypychając Balona! Jakoś. No, Waldemar, teraz to już się nie wywiniesz.
++++++– Tak, to ja – westchnął Waldemar. – Dość mam już tego. Karty na stół. Tak naprawdę Waldemar zaginął dawno temu.
++++++Księgowy wykonał dziwny gest przy swojej twarzy, jakby coś odczepiał. Następnie ściągnął skórę, która okazała się misternie wykonaną maską, ukazując zupełnie inną twarz.
++++++– Drapichrust! Ty żyjesz! – krzyknął ogr Ugabuga. – Ale dlaczego? Przez te wszystkie lata udawałeś Waldemara?
++++++– Zawsze wydawało mi się, że Renatka leci na Waldemara – przyznał ogrodnik. Więc kiedy zniknął, postanowiłem upozorować własną śmierć i zająć jego miejsce. Ale zaraz, Ugabuga, od kiedy ty umiesz mówić?
Wszyscy spojrzeli na ogra.
++++++Ogr westchnął, i ociągając się, zdjął zębatą, brzydką maskę ze swojej twarzy.
++++++– Waldemar! – krzyknęli wszyscy, ujrzawszy twarz, która kryła się pod spodem.
++++++– Tak. To ja – odpowiedział księgowy – Dawno temu upozorowałem swoje zniknięcie, a potem zatrudniłem się tu w przebraniu ochroniarza. Wiecie. Mniej stresu, własna budka przy bramie…
Wszyscy spojrzeli na Renatkę.
++++++– Odwalcie się. Ja jestem prawdziwa – powiedziała marszcząc brwi.
++++++– Co tu się, kurwa, dzieje? – szepnął Zołman nienaturalnie wysokim głosem.
++++++– To chyba nie ma sensu. – rzekł powoli Drapichrust, jeszcze przed chwilą będący Waldemarem. – Sytuacja i tak wymknęła się spod kontroli.
++++++Drapichrust, będący wcześniej Waldemarem, sięgnął do twarzy i zdjął kolejną maskę. Zielona twarz zombie, która ukazała się pod spodem cuchnęła stęchlizną.
++++++– Balon von Devolaille! – krzyknęli chórem wszyscy, z wyjątkiem Mlaskra, który tylko ziewnął.
++++++– Nie no, zajebiście – przewróciła oczami Renatka.++++++– Tak. To ja – powiedział Balon. – No cóż. Niedługo po tym, jak zaręczyłem się z Renatką pojawiły się słuchy, że moja narzeczona leci na Waldemara, a dla mnie chłodna była jak cegła. Ten jednak niespodziewanie zniknął, co było mi na rękę. Wtedy zobaczyłem w tym wszystkim szansę. Chciałem zatem upozorować własną śmierć, ale przypadkiem zabiłem się naprawdę. Wróciłem tu później w przebraniu księgowego aby chociaż przez jakiś czas przebywać w otoczeniu Renatki. Zżerały mnie jednak wyrzuty sumienia, a i Renatka zrobiła się już wtedy trochę, prawdę mówiąc, za stara. Postanowiłem, że naślę na Waldemara, który był mną, wejdźmina, który zrzuci na niego winę za moją śmierć, Renatka się wkurzy i w ten sposób księgowy zostanie na zawsze wyeliminowany z naszego życia a ja osiągnę spokój sumienia i przestanę być zombie. Czułem się przy tym wszystkim dość niezręcznie szargając pamięć starego przyjaciela, więc uznałem że może lepiej będzie przekonać wszystkich, że zrobił to Drapichrust w przebraniu Waldemara, który…
++++++– Ja pierdolę! – wrzasnął Zołman. – Zamknij się!
++++++Gejralt, Mlaskier i Zołman siodłali konie. Postanowili, że nie będą więcej ingerować w sprawy rezydencji Devolaille. Swoją robotę wykonali, a to, co później zrobiła z wszystkimi innymi domownikami Renatka długo jeszcze będą opiewać najznamienitsze podręczniki dla operatorów maszyn oblężniczych.
++++++– Wiesz, Zołmanie – powiedział Gejralt. – Chyba miałeś rację. Chodźmy sobie lepiej upolować jakiegoś Bazieliżka.
++++++– Wiem, że miałem. – odparł krasnolud, pomagając Mlaskrowi zapiąć naszyjnik. – A dostałeś chociaż tę nagrodę?
++++++– Dostałem. – Rozpromienił się wejdźmin. – Zagadka została przecież rozwiązana. Taki tam eliksir.
++++++– Jaki? – zapytał ostrożnie krasnolud.
++++++– Taki tam. Spróbuj. Mordo ty moja.

Opowiadanie I – „Wejdźmin i księżniczka Zosia”

Gdyby rzodkiewka umiała pisać, i miałaby zamieścić dziś w swoim pamiętniczku nowy wpis, jedna z rzeczy, których na pewno nie napisałaby to “Dzień jest piękny. Jednak czegoś mi brakuje. Może to chłop z łopatą?”.
Chłop z łopatą metodycznie wykopywał wystające z ziemi rośliny. Odwrócił się i zauważył, że swoimi brudnymi buciorami wdeptał w ziemię cały rząd pieczołowicie wykopanych wcześniej bulw. Zaklął pod nosem i oparł się o swoje narzędzie pracy. Podłubałby w nosie, ale zauważył trzy osobliwe postaci zbliżające się do niego niespiesznie od strony ścieżki.
– Juhuu! – krzyknęła jedna z nich i pomachała do niego ręką.

Kiedy nieznajomi zbliżyli się na odległość rozmowy, chłop pożałował, że nikt jeszcze nie wynalazł okularów przeciwsłonecznych. Na słońce podczas zaćmienia nie powinno się patrzeć gołym okiem. Na cekinową kolczugę Gejralta w słoneczny dzień nie powinno się patrzeć nawet z zamkniętymi oczami.
– Dzień dobry, panie tubylcu – powiedział wejdźmin. – Przemierzyliśmy pół świata aby dowiedzieć się, co to jest.
Wejdźmin wskazał na widoczną w pewnej odległości budowlę. Była to wieża o okragłej podstawie ze znajdującą się na czubku nieco szerszą nadbudówką. Wieża górowała nad okolicą, a teren u jej podnóża był otoczony przysłoniętym nieco przez drzewa wysokim murem.
– Jak się o tym dowiedzieliśmy, po prostu musieliśmy przemierzyć te pół świata aby przyjrzeć się z bliska. Bardzo fajne, podłużne i pionowe – wyjaśnił wejdźmin.
Krasnolud, który mu towarzyszył westchnął.
– Panowie to z dala faktycznie musieli przybyć – powiedział chłop, odpalając papierosa. – Sądząc po tych pstrokatych strojach. To skąd są, jeśli wiedzieć można?
– Będzie z pół godziny drogi – powiedział Mlaskier. – Z jedną przerwą na kupę i jedną na drugie śniadanie. Zdążyłem wymyślić pół fajnego rymu. “Kiwi -”. Drugiej połowy jeszcze nie mam.
– No dobra – zignorował towarzysza Zołman. – Panie. Co z tą wieżą?
– Wieża jak wieża. To dla księżniczki.
– Księżniczki?
– Bo widzicie, tu panuje taki król, co to nigdy nie chciał mieć córki. Marzył se o męskim potomku, który zyskałby chwałę i odziedziczył tron, ale takowego nie doczekał się. Jedyne jego potomstwo nie tylko zinteresowanie sprawami polityki ma nikłe, ale w dodatku nie może dziedziczyć. Bo jest babą.
– Dyskryminacja!Już mamy dość tych tych represji! Żądamy równouprawnienia!
– Mlaskier, zamknij się. Ty nie jesteś kobietą – uciszył kompana Zołman.
– Jak to? – zdziwił się grajek.
– Ech. No a wieża?
– Król kochał swoją Zosię tak że aż ja p… nie mogę, i, choć brakowało jej pewnych wystających części ciała (ale miała inne, he he) chciał dla niej jak najlepiej. Kiedy królewna skończyła lat trzynaście, czyli, jak mówi obyczaj, była pełnoletnia, za radą kilku pijanych czarodziejów postanowił zafundować jej coś możliwie bliskiego bitewnej chwały: legendę – chłop zrobił dramatyczną przerwę. – Królewska córka została zamknięta w pałacowej wieży, a za żonę pojąłby ją taki śmiałek, który wbrew przeciwnościom zdołałby ją oswobodzić. Tydzień później uwolnił ją dworski kucharz, który przekupił strażnika za pomocą ciasteczka, co podobno było z makiem. Sprawę szybko zamieciono pod dywan, kucharz został cichcem poćwiartowany a zabezpieczenia przemyślano. Potrzebna była wieża, do której dostałby się tylko jakiś bohater. No to budowali. Kilka lat już minęło, wieża stoi, a księżniczka dobiega lat szesnastu i grozi jej staropanieństwo.
– Stoi? – zainteresował się Gejralt.
– A jak. Przywieziono nawet jakiegoś smoka, czy coś. Połyko-Rwą zwane. I to pilnuje tego ogrodu, co otacza budowlę. Tylko że jest problem. Tam są pułapki, potwór na wolności, w zasadzie wejść to się nie da. No to nie wiadomo jak tam wsadzić Zosię. Było ogłoszenie na śmiałka, którego zadaniem będzie nie ratunek, ale zamknięcie jej w wieży. Tylko, że to głupie. A bohaterowie przecie głupi nie są.

Król podrapał się po nosie i westchnął ciężko. Nie lubił poniedziałków. Szczególnie od czasu, kiedy problemy z wieżą księżniczki zaczęły piętrzyć się lawinowo. Tydzień wcześniej trzech budowniczych straciło życie montując wahadło śmierci. “Uwaga, leci!”, jak się okazało, krzyczane z ostrym zapaleniem gardła nie jest słyszalne z odległości kilku metrów. Później jakiś idiota postanowił łowić syreny w otaczającej budowlę fosie. Rękoma. Kłopotów było co niemiara, ale z jakiegoś powodu pierwszy dzień tygodnia przyciągał je jak magnes.
Swoim zwyczajem, założył ręce za plecy i jął spacerować nerwowo po pustej sali tronowej, przeklinając przy tym pod nosem.
Myślał tak intensywnie, że dopiero po chwili zauważył, że nie może dalej się przechadzać, ponieważ jego nos styka się z jakimś innym nosem. Co więcej, ten drugi nos był do góry nogami, a do niego przyczepiona była reszta postaci, która wisiała głową w dół na żyrandolu.
AAAAAA!!! – odskoczył, kiedy do jego mózgu dotarła informacja, że się wystraszył.
– Szanowna wysokość wybaczy – powiedział głos krasnoluda, który stał u wejścia sali tronowej. – Mlaskier, złaź z tej lampy!
– Eee? – wybełkotał król.
– To taki nasz kolega. Czasem jest trochę dziwny, ale proszę się nie, złaź z lampy powiedziałem, obawiać, to nie z nim będzie trzeba rozmawiać o zleceniu.
Karsnolud odsunął się na bok, bo do sali na jednokołowym rowerku wjechał srebrnowłosy wejdźmin, żonglując dwoma bananami i chomikiem. Wyglądało na to, że nie panuje nad trajektorią jazdy, bo po krótkim zygzakowaniu między kolumnami wpadł z impetem w regał z porcelaną stojący w kącie. Z kawałków regału i bardzo drogich naczyń wysunęła się jego uśmiechnięta twarz.
– Widzieliście? – powiedziała. – Bez siodełka.
– Straż – pisnął cichutko król.

Ryszart Dwa Jeże, prawowity władca królestwa Tamsaint bębnił palcami o stół.
– Znacie swoje zadanie. Chociaż jak tak na was patrzę, głodnych, przerażonych…
– Eee, on jest po prostu chudy – powiedział Zołman zjadając całe udko z kurczaka, łącznie z kością. – A Mlaskier to ma zwyczajnie duże oczy.
– No dobrze, dobrze. Co do nagrody, dogadamy się później. Ale ręka księżniczki nie wchodzi w grę. Nie po to tu jesteście.
Gejralt i Mlaskier zahihotali, ale król wolał nie pytać.
– Idziemy tam z księżniczką i zamykamy ją w wieży – podsumował Gejralt. – Pupka z masłem. Ale będzie nam potrzebne więcej informacji.
– Pytajcie o co chcecie.
– No, na ten przykład, czysto teoretycznie, gdyby tak się zdarzyło, że ta cała Połykorwa zjadłaby nam księżniczkę, to co wtedy?
– Wtedy na deser zje was. Po kawałku. Mam nadzieję, że się rozumiemy.
– Aha – powiedział Wejdźmin. – Ale gdyby została chociaż ręka, to w sumie…
– Nikt nikogo nie zje. To jest właśnie wasza misja. Jeśli nie jesteście w stanie jej wykonać, możemy się pożegnać tu i teraz.
Uśmiechnięta dziewczynka o włosach koloru blond w podskokach podeszła do stołu. Wyglądała niewinnie. Miała na sobie strój podróżny i plecaczek.
– A to jest właśnie Zosia.

Żelazne wrota do ogrodu otworzyli kluczem, który dostali od króla Ryszarta. Przestąpili próg.
Zołman w gotowości bojowej rozglądał się powoli trzymając w rękach topór. Wejdźmin przeciągnął się i zapalił papierosa. Mlaskier wyskubywał coś z włosów księżniczki, która chichotała wesoło.
– Pamiętajcie – pouczył ich Gejralt. – Połykorwa wygląda dość przerażająco, ale bardziej boi się ludzi, niż wy jej. Jeśli nie czuje strachu, nie powinna się nawet do nas zbliżyć. Istnieje duża szansa, że nawet jej nie…
Nagle zrobiło się jakoś ciemniej. Zupełnie tak, jakby cień jakiegoś krwiożerczego potwora zakrył słońce. Chwilę później wyjątkowo brzydka maszkara z hukiem opadła na ziemię. Potwór spojrzał na Zosię, i zanim ktokolwiek zdążył zareagować zjadł ją z głośnym “chaps!” i odfrunął.
Mlaskier sprawdził, czy ma wszystkie palce.
– O kurwa – przerwał ciszę Zołman.
Patrzyli na oddalający się na niebie punkcik. Z jego kierunku dobiegło ledwo słyszalne beknięcie.
– Potrzebujemy nowego planu – oznajmił Wejdźmin. Wszyscy powoli, krok za krokiem, zbliżali się z powrotem do wrót.

Ptaki ćwierkały melodie niecenzuralnych piosenek, których w wolnych chwilach Mlaskier uczył je, podśpiewując przy karmniku. Wcześniej zwykł pijać eliksir “Mały Ptaszek”, aby lepiej rozumieć swoich skrzydlatych przyjaciół. Wejdźmin, z jakiegoś powodu, nie lubił kiedy jego druh znajdował się pod wpływem tej mikstury.
Szałas, w którym siedzieli zamaskowali gałęziami i mchem, ale wprawny tropiciel mógłby rozpoznać go po kolorowych wstążkach, lampkach choinkowych i transparencie z napisem “Przytulanie za darmo” powieszonym nad wejściem.
– W zasadzie – mówił krasnolud. – Dopóki ktoś nie spróbuje jej uratować, możemy powiedzieć, że siedzi w wieży. Jak niby sprawdzą, czy to prawda? Co wy tam robicie pod kocem?
– Nic – powiedział bardzo szybko Gejralt. – Spokojnie, Zołmanie. Przygotowałem już 47 zapasowych planów działania. Niestety żaden z nich nie ma nic wspólnego z naszą sytuacją.
– Gejralt. Jak ktokolwiek dowie się, co się tu stało, to nawet na końcu świata nie ukryjemy się przed królewską strażą. Widziałeś ich? Umięśnione chłopy, pewnie każdego dnia trenują te swoje naprężone muskuły… przestań się uśmiechać. Idę siku. Nie, nie możesz popatrzeć.
Zołman wyszedł. Wrócił po kilku sekundach, blady jak ściana. To, co zobaczył sprawiło, że zbladł jeszcze bardziej, wrzasnął i wybiegł z powrotem.
– Nie było mnie tylko chwilę! – usłyszeli z zewnątrz. – Nogi nie wyginają się w takie strony! Zresztą, kurwa, ubierać się!
Światła widoczne w oddali wyglądały jak zbliżające się oddziały wojska. Tętent kopyt też brzmiał jak galopujące konie bojowe. Chorągwie z herbem sugerowały, że to mogli być królewscy rycerze. Transparent, który wieźli przedstawiał coś, co przypominało podobizny Gejralta i jego towarzyszy, z dorysowanym czymś, co wyglądało zupełnie jak szubienice. Koniec końców, uprawnione było przypuszczenie, że zbliżający się tabun nie był dostawcą pizzy.
Nie zastanawiali się długo. Piesza ucieczka przed konnymi miała tylko jedną wadę: była niemożliwa. Rzucili się więc pędem w stronę ogrodu, a kiedy tam dotarli, zatrzasnęli za sobą wrota.
Usłyszeli, jak kilka bełtów odbija się od drugiej strony bramy.
– Świetnie! Cudownie! – grzmiał Zołman. – Przecież mają klucz. Już po nas.
Gejalt wskazał na górującą nad ogrodem wieżę.
– Możemy się schować o tam. I tak chciałem dotknąć.
Mlaskier wykopał dołek rękami i zakopał go z powrotem. Wyglądał na zadowolonego. Po drugiej stronie bramy dało się usłyszeć głosy. Wrota drgnęły.
– Biegiem! – krzyknął Zołman i zorientował się, że jest sam, bo obaj towarzysze zdążyli się już oddalić. Krasnolud też rzucił się do sprintu.
Biegli. Gejralt zahaczył nogą o jakiś sznurek. Ostre jak brzydwa wahadło wystrzeliło spomiędzy drzew lecąc prosto na jego głowę. Wejdźmin uznał to za miły aspekt sytuacji. Zarzucił włosami i przyciął rozdwojone końcówki. Prawie wpadł też do stawu z zabójczymi syrenami. Potwory o postaciach pięknych kobiet kusiły go pieśniami i swoimi ponętnymi kształtami. Przebiegł po ich głowach i zeskoczył na drugi brzeg.
Zołman pędził zygzakiem omijając zapadające się na jego drodze doły z kolcami.
Mlaskier jechał na chwilę na tygrysie, który rzucił się na niego z kępy krzaków. Kiedy zwierzę zorientowało się, że coś jest nie tak, zahamowało z piskiem, a grajek pofrunął dalej zjadając kulki z trującym gazem, które strzelały w jego stronę ze szczelin w kamieniach.
W końcu dobiegli.
1654 schodów później patrzyli z okna ciemnej komnaty na czubku wieży jak żołnierze powoli przedzierają się przez liczne pułapki.
– Teraz możemy się zrelaksować – powiedział Gejralt i przeciągnął się powoli. – Długo im to zajmie, a po drodze zje ich smok.
– Gejraalt? – zagaił Mlaskier.
– No?
– A gdzie właściwie jest ten smok?
– Właśnie – dodał krasnolud. – Gdzie właściwie…

Coś popukało go po ramieniu.

Krasnolud bardzo, bardzo powoli odwrócił się. Para świecących w ciemności oczu rozszerzyła się.
Wszyscy, łącznie z potworem wrzasnęli. Stwór zrobił krok w ich stronę, wychodząc z cienia. Jego zęby ociekały czarnym szlamem.
Gejralt bardzo, bardzo powoli sięgnął za plecy. Miał tam schowany eye-liner. Nie chciał umierać nieumalowany.
Połykorwa zbliżała się do nich warcząc. I nagle padła na pysk.
Coś ruszało się pod jej ogonem. Wychynął stamtąd mały palec, potem ręka, a potem wygramoliła się stamtąd czarna jak smoła księżniczka.
– O jezu, jak śmierdzi – powiedziała. – Chyba zepsułam smoka. Ojciec zawsze mówił, że jestem ciężkostrawna.

Trębacze odegrali hymn królestwa Tamsaint. Trójka bohaterów stała dumnie przed majestatem jego królewskiej mości.
– Wejdźminie, niezłego nam żeście napędzili stracha – mówił władca. – Kiedy doszły nas słuchy, że Zosia została zjedzona przez potwora byliśmy gotowi was ubić na kogel-mogel. Ha, ha.
Zaśmiali się nerwowo.
– A tu nagle okazuje się, że ona cała i zdrowa, a zadanie wykonane. Nawet nie wnikam, jak żeście to zrobili. Co do nagrody, mości wejdźminie, mieliśmy się dogadać. A zatem postanowiłem.
Król zrobił uroczystą pauzę. Odwrócił się do zasiadającej w ławach publiczności.
– Ogłaszam wszem i wobec, że, choć nie taki był początkowo plan, wejdźmin Gejralt wykazał się odwagą, skutecznością w działaniu oraz odpowiedzialnością. Dlatego to właśnie jemu oddaję rękę księżniczki Zosi. Spłodzą nam mnóstwo…
Stojący obok kasztelan popukał króla po ramieniu, by ten się odwrócił. Po Gejralcie i jego towarzyszach nie było śladu.

Do szałasu, w którym się ukrywali dla lepszego kamuflażu dodali jeszcze transparent z napisem “Tu nas nie ma”.
– He he, Gejralt – zagaił Zołman. – No tym razem to byś normalnie księciem został. – Ale potomstwa to by się oni raczej nie doczekali, he, he.
Wejdźmin rozmyślał o wszystkim, co ich spotkało. O księżniczkach, smokach i władcach, którzy o wszystkim decydują.
– Wiecie – odparł po dłuższej chwili. – Co mnie przeraża?
– No?
– Robale. Fuj – powiedział, wypstrykując chodzącą po jego ręce stonkę na zewnątrz szałasu.

Rozdział XII – „Okres burz”, Część I

Barman, który sprzątał karczmę, patrzył na plamę i kiwał głową ze zrezygnowaniem. Impreza była przednia: ostatni klient, pewien niedowierz, który tej nocy został wejdźminem, wyszedł dopiero przed chwilą.
Normalnie porządki polegały na zgarnięciu łopatą kufli i niedopałków walających się po kątach, ale ta konkretna plama niosła ze sobą ryzyko. Rozlany płyn układał się w kształt niewyraźnie przypominający wyjątkowo paskudną twarz. Piwny Fjutest był jeszcze brzydszy niż w rzeczywistości.

Król nie znosił przedrzeźniania. Świtało już, a władca znany był z porannych wizyt w karczmie Wypruty Flak aby zdrowo rozpocząć dzień od kilku butelek wódki. Mówiąc ktrótko, lepiej, żeby tego nie widział. Barman przypomniał sobie, że na wyposażeniu przybytku nie znajdowała się nawet szmata, a o mopie nie było co nawet marzyć. Rozejrzał się z zakłopotaniem drapiąc się po głowie.
Drzwi otworzyły się. Fjutest natychmiast odnalazł wzrokiem swoją karykaturę. Karczmarz rozważył rzucenie się na podłogę i zakrycie jej własnym ciałem, ale król tupał już nogami i krzyczał o swoim stanowczo nie takim dużym nosie. Rycerz z jego obstawy, przypominający modela z najznamienitszych wybiegów Domu Mody Dobrze&Banana, który czekał przed drzwiami zajrzał do środka. Uspokajał króla przez dobre dziesięć minut. Zaproponował królowi polowanie, na które ten przystał przez łzy. Lubił sobie czasem coś zabić dla sportu. Chodziły później słuchy, że spotkali tam dziwne stworzenia. Żołnierze zrobili sobie potem z nich rękojeści do mieczy.

***

Wejdźmin otworzył oczy.
Zanim przyzwyczaił się do ciemności, poczuł chłód kajdan na swoich nadgarstkach. Rozejrzał się. Większość pomieszczenia tonęła w cieniu, ale nie było wątpliwości, że na ścianie po jego obu stronach byli przyczepieni Mlaskier i Zołman. Grajek dyndał sobie nogami a krasnolud wisiał ponuro, z miną mówiącą coś, od czego więdną kwiaty. W cieniu, kilka metrów przed nim stała w cieniu jakaś postać.
– Dżemmefer – powiedział do postaci wejdźmin.
– Och, Gejralt – usłyszał głos czarodziejki. Tyle, że nie dochodził on od strony strażnika. Dżemmefer, jak się okazało, była przykuta do ściany zaraz za Zołmanem.

– Gejralt. Co to ma znaczyć? Kim oni są i dlaczego nas uwięzili?!

To było dziwne. Wejdźmin wytężył wzrok, aby przyjrzeć się postaci, która stała w półmroku przed nimi nieruchomo. W otwartej przyłbicy odbijało się światło pochodni. Z wnętrza hełmu wystawało zaś coś, co wyglądało na szklany pojemnik, w środku którego dawał się poznać niewyraźny kształt ryby.
– Zamknąć się! – krzyknął strażnik bulgocząc. – Jesteście teraz więźniami księstwa O’koń! Będziecie grzecznie oczekiwać egzekucji! Hahahaha!
– E tam – przewrócił oczami wejdźmin wyjmując swoje chude ręce z kajdan. – Więźniami, więźniami. Mamy większe problemy.

Przy akompaniamencie gróźb strażnika lekko zeskoczył na ziemię. Wypił sobie eliksir “Mały Robaczek”, który, jak wyjaśnił, miał sprawić, że na chwilę jego palec stałby się tak mały, że można by go było wsunąć do zamków w kajdanach. Eliksir zadziałał, i wejdźmin począł uwalniać towarzyszy. Wszyscy odwrócili wzrok, ale nic nie powiedzieli. Po latach znajomości z Gejraltem i tak żadne z nich nie liczyło, że to będzie palec.
Gejralt uwolnił Mlaskra, który w podskokach podbiegł do strażnika, wyjął akwarium z hełmu i wziął je sobie pod pachę z wyraźnym zadowoleniem. Zołman burknął coś pod nosem i ocierał nadgarstki. Dżemmefer na wszelki wypadek wejdźmin pominął, ale za to wyswobodził Romka i Dyrdymała, którzy wisieli w drugim kącie lochu. Zastanowił się chwilę.

– Dyrdymał? – powiedział.
– Nie. Święta Kalkuta z krainy Jeży – odparł czarodziej. – Teraz i tak już za późno.
– Romek? – powiedział Gejralt. – Na co za późno?
– Dostałem zlecenie na jakieś ryby – powiedział smutno Romek. – Ale złapali mnie.
– Na wszystko za późno, kretynie! – krzyknął czarodziej, który, stojąć już na ziemi, sięgał wejdźminowi do pewnej wysokości. Pospiesznie zrobił krok w tył. – Zobaczyłem przeszłość w mojej magicznej kuli. Najnowszy model, Wróżbix 2000. Ma zasięg dwóch miesięcy w czasie i praktycznie nielimitowanej odległości. Najnowsza wersja systemu trochę muli, ale wciąż czekam na aktualizację.
Wejdźmin zamrugał oczami.

– A, tak – otrząsnął się Dyrdymał. – Czy ty wiesz, co żeście narobili?
– Noo – powiedział Gejralt i zrobił krok w przód. – Przecież oni totalnie byli raczej trochę pełnoletni. Zresztą w niektórych księstwach wiek…
– Cicho! Żeście musieli to wy wszystko spowodować. Ale już się stało! – Dyrdymał zrobił krok w tył. – To musiało być wtedy co zachlaliście z tym całym Niedowierzem!
– Nooo nie wiem – odezwał się syczący głos ze ściany w kącie. Wiszący w kajdanach niedowierz podniósł jedną brew. Dyrdymał przez chwilę przyglądał się mu, westchnął i odchrząknął. Zamachał w powietrzu rękami.
– Może jeszcze da się to odkręcić – burknął. – Spróbuję was ostrzec. Ale po takim czasie moje zaklęcie potrwa tylko chwilę. – Mam nadzieję, że, debile, zrozumiecie przesłanie.

Magiczne iskry, które krążyły przez chwilę jak świetliki powoli ułożyły się w kształt okna, które zawisło w przestrzeni. Dyrdymał otworzył je, i wychylił się do środka. Zaledwie po kilku sekundach okno rozprysło się z głośnym POP!, a czarodziej został odrzucony do tyłu.
– Nie zrozumieliście – powiedział. Skoncentrował się na powrót i wyczarował okno drugi raz.
Cała sytuacja powtórzyła się. Czarodziej opadł z sił i dał za wygraną, chociaż zdążył jeszcze raz otworzyć portal i wyjąć sobie z niego kieliszek wódki.

– Wódka niezdrowa – rozległ się głos z narożnika. – Mundo nie lubić wódka.
– Zamknij się! Uwolnij nas i wszystkich ich natychmiast pozabijaj! – warknęła wisząca obok Murzyna Ruch Anna.
– Mundo być zakuty – odparł wyniośle niski głos. – Zresztą Mundo nie zabijać. Mundo pacynka.
– Pacyfista, cholera. Jak już – poprawiła Anna. – I tak, Mundo być zakuty!

Wejdźmin nie miał przy sobie eliksiru Pies, ale jego oczy przywykły już do ciemności. Musiał sobie poradzić widząc na kolorowo. Powiódł wzrokiem po wiszących na ścianach postaciach oraz pustej zbroi stojącej u wejścia. I drugiej zbroi zawierającej akwarium, której jeszcze przed chwilą tam nie było.
– Co to za hałasy! – wrzasnęła ryba. Z przerażeniem spojrzała na Mlaskra, trzymającego pod pachą akwarium – Ej, ty! Natychmiast uwolnij zakładnika!

Ryba krzyczała na nich wypluskując trochę wody ze swojego hełmu. Reszta jej zbroi stała nieruchomo, ponieważ, jak zauważył wejdźmin, z tyłu miała przyczepiony stojak. Gejralt zastanawiał się przez chwilę, jak właściwie rycerze księstwa O’koń robią… cokolwiek. Na przykład się przemieszczają. Albo zakuwają ludzi w kajdany. I wtedy wszystko stało się naraz.

Dżemmefer straciła cierpliwość i wyczarowała dwie ogniste kule, które rozświetliły pomieszczenie. Lada chwila miała je wystrzelić, ale jeszcze rozglądała się, w kogo. Romek zacisnął oczy i podkulił nogi. Zołman począł biec w kierunku wyjścia. Mundo toczył z Ruch Anną zażartą dyskusję na temat wyzyskiwania przez rządzące elity zwykłego obywatela. Dyrdymał ostatkiem sił wyczarował drzwi, wbiegł do nich, ale zapomniał najpierw otworzyć. Podniósł się z ziemi, potarł czoło, otworzył je, wbiegł do środka i nie stało się nic, ponieważ były to całkiem zwyczajne drzwi. Stał więc po drugiej stronie nieco zdezorientowany. Niedowierz patrzył na to wszystko z niedowierzaniem. Mlaskier wyjął sobie drugiego strażnika i karmił rybki. Kule ognia w rękach Dżemmefer zagrzmiały mocno topiąc jej kajdany i wtedy… zatrzęsła się ziemia. Zatrzęsła się tak, że puste zbroje rozsypały się, z sufitu poleciał gruz a wszyscy, którzy jeszcze stali zachwiali się na nogach.

Wejdźmiński medalion z serduszkiem zadrżał mocno.

Kule zgasły. Zapadła martwa cisza. W suficie pojawiły się wyrwy, przez które wpadało światło słońca i tworzyło promienie w unoszącym się kurzu. Wejdźmin bez słowa wybiegł na zewnątrz, omijając walające się na podłodze kawałki zbroi. Światło dnia oślepiło go na chwilę. I zobaczył.
Gigantyczne, czarne kolumny wyrastały z grup rozgniecionych jak wykałaczki drzew. Wysoko nad nim z rogatego pyska miarowo buchała ognista para. Wielkie cielsko majestatycznie dominowało nad okolicą niczym całe pasmo górskie. Mikroskopijny wejdźmin, znacznie mniejszy niż marmurowe kopyta potwora zadarł głowę. Martwą ciszę przerywało tylko sapanie ryczywoła. Ptaki nie śpiewały.
Ze schodzącego pod ziemię wejścia do lochu wygrzebał się Mlaskier, który nic nie zauważył.
– Gejraaalt – powiedział. – Co to są farfocle?

Wejdźmin przyłożył palec do ust, nie odrywając wzroku od zakrywającego większą część nieba łba. Grajek podążył za jego wzrokiem i zrobił słodką, zmarszczoną minkę.
– Hm – wzruszył ramionami. – Zawsze nam przerwie porządną niebezpieczną sytuację. To coś.

Wejdźmin kalkulował. Nie dało się uciec. Ani uratować wszystkich. Wtedy powoli w uszach zadźwięczało mu to, co właśnie powiedział jego towarzysz. Zadźwięczało, po czym leniwie przespacerowało się po nerwie słuchowym do mózgu. Tam rozsiadło się na fotelu i poczęło być znaczące. Wejdźmin powoli spojrzał na przyjaciela, a jego oczy stawały się coraz większe.
– Mlaskier! – powiedział. – Ryczywół odbiera emocje przez skórę. Porzeczka miała do ciebie tyle sympatii!
– To moje ulubione warzywo – powiedział Mlaskier.
– Rozumiesz? – krzyknął wejdźmin. – Pojawia się, kiedy ci coś grozi! Ona chce cię obronić!
– Aha – powiedział grajek.
– Idź i go pogłaskaj!

Rozdział X – „Poniedziałek”

Dżemmefer była zła i to już od dłuższego czasu.

Wiedziała, że cmoki nie istnieją i wiedziała, że Gejralt coś kombinuje, ale po cichu miała nadzieję, że to wszystko mogło być jakimś wymyślnym planem, który zaplanował wejdźmin aby w końcu porzucić swoje dziwne zapędy i skraść jej całusa. Kiedy, już po wszystkim, połączyła fakty i okazało się że przedmiotem niecnych knowań Gejralta był Zołman, była zła.
A złość czarodziejki to nie przelewki.
Na ścianie usiadł komar.

Czarodziejka wyczarowała małą czarną dziurę, która wciągnęła pół ściany, biurko, zabytkową wazę i spinacz. Komar się uratował i przefrunął na półmisek z owocami, na którym zrobił kupę.
Dżemmefer zaklęła. Odwróciła się na pięcie aby dramatycznie wyjść z pomieszczenia, zapomniała jednak, że stała na krawędzi schodów. Dziewiętnaście fikołków później była na parterze swojej wieży. Czarodzieje na trzech niewielkich obrazkach wiszących na ścianie podnieśli do góry kartki z ocenami.

Wstała, uderzyła się w głowę o belkę i przypomniała sobie, że w jej wieży jest jeszcze piwnica. Po dwunastu fikołkach w dół i krótkiej wspinaczce na górę, dotarła do salonu.

Po drodze, wściekła, kopnęła wiaderko stojące przy ścianie i stwierdziła empirycznie, że wcześniej należało do robotników wykonujących jej ostatni remont, co tłumaczyło, dlaczego jest pełne betonu. Po dokuśtykaniu do kanapy opadła na nią ciężko. Niestety, dwa dni wcześniej przestawiła kanapę w drugi koniec pokoju. Kiedy się podniosła i w końcu opadła we właściwym miejscu, postanowiła się zdrzemnąć.
Zamiar ten udaremnił cichutki dźwięk bzyczenia. Znowu komar. Dżemmefer rozejrzała się nie zmieniając wyrazu twarzy. Owad siedział na jej ulubionej lampce w kolorze indygo. Trudno, pomyślała strzelając w niego kulą ognistą. Zdążył umknąć mijając pocisk o włos, i gdyby Dżemmefer nie podejrzewała, że z tego wszystkiego zaczyna już mieć halucynacje, byłaby pewna, że zobaczyła jak mijając jej ogniste zaklęcie odpalił sobie od niego malutkiego papieroska.
Po ugaszeniu stołu, firanek i stojących pod oknem skrzynek z dynamitem, oraz upewnieniu się że komar gdzieś poleciał, wróciła na kanapę i opadła na nią ciężko. Myślała o Gejralcie.

Pamiętała, jak wiele lat temu poznała go u wrót tej właśnie wieży. Zapukał do jej drzwi, a ona otworzyła. Był takim męskim, prawdziwym facetem. No, może “męski” to złe słowo. Ale był facetem. No, w każdym razie był prawdziwy. Myślała, że trafiła na swojego księcia z bajki. Jej hobby, pokaźna kolekcja przedmiotów o osobliwych, głównie podłużnych kształtach nie mogła przecież zastąpić miłości. W każdym razie nie w stu procentach. No, może i mogła, i to w stu procentach, ale chodziło o zasadę.
Okazało się wtedy, że Gejralt przyszedł właśnie w tej sprawie. Usłyszał o kolekcji i wykoncypował, że mogłaby mu to i owo pożyczyć. Założyła, że pewnie pomyślał, że z tą podłużnością to chodzi o miecze, albo coś takiego. Wojownik z krwi i kości. Myliła się.
Zdarła z siebie szaty i rzuciła się w jego ramiona. Wejdźmin zapiszczał, unieruchomił ją znakiem i uciekł.
Wydostała się z pułapki dopiero tydzień później. Była tak zła, że dogoniła go i wtrąciła do lochu, choć szczerze mówiąc, złość była tylko pretekstem, by zakuć go w kajdany. Kiedy właśnie zacierała ręce, aby zrobić użytek z sytuacji, na ratunek przyszli mu śmieszny poeta i krasnolud. Wtedy ich poznała. Tak ją to rozczuliło, że odpuściła. Powiedziała im tylko na odchodne, żeby jej nie wkurzali, bo będzie biblijny potop. Często bywała zła przed potopem. Nie była pewna, czy zrozumieli, że chodziło o jej okres.

Na zewnątrz zaczynało właśnie padać. Jeszcze tylko tego brakowało – pomyślała – pogody pod psem. I ten pieprzony komar wciąż latał gdzieś pobzykując sobie wesoło. Dżemmefer strzeliła w niego prawdziwą błyskawicą.

Po wydarzeniach związanych z cmokiem nie chciała więcej widzieć wejdźmina. Ale przeszło jej. Zatęskniła i szukała go po całym świecie. Odkryła, że Gejralt z jakiegoś powodu najwyraźniej został kupcem mydła. Podążając szlakami deficytów tego cennego surowca dotarła w końcu z powrotem na znajome ziemie, do Wyrżnijmy. Nie zdążyła jednak spotkać się z wybrankiem, ponieważ po całym dramacie z ryczywołem (Fjutestowi już dawno urwałaby pewną część ciała, gdyby nie to, że nigdy nie chciałaby jej dotknąć) miasto pogrążyło się w chaosie. Wyśledziła ich w końcu ponownie ale akurat wtedy idioci wpakowali się wprost na bandytów, którzy, o ironio, zabrali ich do tego samego lochu w którym kiedyś ona trzymała Gejralta.

Musiała działać szybko, bo wyczuwała, że w tamte okolice zbliżało się monstrum. Specjalnie monitorowała ryczywoła magią, chcąc później odnaleźć jego legowisko. Nie codziennie ma się możliwość badania najrzadszego stworzenia świata. Ach, cóż to piękne było za zwierzę.
Bandytów pozbyła się szybko. Najpierw ogłuszyła ich swoją autorską techniką polegającą na błyskawicznym zrzuceniu sukni, nie mając nic pod spodem. Dopracowała tę technikę ćwicząc ją na Gejralcie, który z jakiegoś powodu był na nią zupełnie odporny. Pewnie przez wejdźmińskie szkolenia. Następnie zamieniła ich w czosnek.

Ledwo jednak zdążyła dostać się do lochu aby uwolnić Gejralta i jego towarzyszy, bestia rozerwała całą okolicę na kawałki. Zdążyła tylko krzyknąć, żeby uważali. Na szczęście dla nich był z nimi jakiś czarodziej i rozpłynęli się w powietrzu. Teraz już nie miała zielonego pojęcia, gdzie ich szukać. Dopóki nie wypowiedzieliby jej imienia, nie była w stanie ich namierzyć. Co oznaczało, że nie wypowiedzieli go od dość dawna. To już najbardziej ją frustrowało.

Bzzzz.

Zdjęła kapeć i rzuciła z całej siły w kierunku dźwięku. Kapeć odbił się od donicy, którą przewrócił i uderzył ją w twarz.
Wzięła kilka powolnych, uspokajających oddechów i policzyła do dziesięciu. Spojrzała na obrazek przedstawiający Gejralta wiszący na ścianie, tak jakby intensywne wpatrywanie się w niego mogło coś tu pomóc. Miała tylko nadzieję, że nie wpakował się w żadne kłopoty. On i jego drużyna. Banda kretynów.

Bzzz.

Komar siedział na talerzu, a właściwie uprawiał nierząd z leżącą na plecach muchą. Oba owady bzykały sobie wesoło. Dżemmefer wstała. Wysadziła w powietrze cały stół. Bzzz. Na ślepo strzeliła Promieniami Destrukcji. Rzuciła komodą. W końcu wywołała w pomieszczeniu prawdziwą burzę pustynną. Wyczarowała armatę i odpaliła ją bez wahania w kierunku przelatującego komara. Zaczęła wrzeszczeć.
Dziwny odgłos wyrwał ją z amoku. Ściany wieży drżały. Naruszone licznymi eksplozjami, wyrwami i dziurami grzmiały ostrzegawczo, a z sufitu sypał się gruz.
Zdążyła teleportować się na zewnątrz sekundy przed tym kiedy w chmurze pyłu, cegieł i połamanych belek, wieża runęła, rozrywając powietrze hukiem słyszanym z odległości wielu mil.

Dżemmefer westchnęła i udała się piechotą w stronę miasta. To był dzień na krasnoludzki absynt.
Z gruzów wyfrunął komar i poleciał jej śladem.