Rozdział VIII – „Albo rybka…”

– W powietrze?! – odkrzyknął wejdźmin.
– Miało być bardziej horyzontalnie! – powiedział Michał, obserwując Mlaskra i Zołmana spadających nieopodal. Mlaskier zdjął majtki i przyglądał się efektom tego czynu. Zołman zbliżał się do nich rozpaczliwie płynąc w powietrzu żabką.
Znajdowali się tak wysoko, że drzewa pod nimi wydawały się mieć wielkość wykałaczek. Ale szybko rosły. Trzeba było działać. Michał jeszcze raz przyjrzał się znakom na kartce z zaklęciem. Odczytał je gardłowym głosem. Nic się nie stało.

– Dziwne – powiedział przyglądając się zaklęciu. – Przysiągłbym, że…
– Zrób coś! Bo cię zabiję! – krzyknął płynący Zołman, który był już znacznie bliżej. Grunt zbliżał się z nieubłaganą prędkością.
– Już wiem! – krzyknął czarodziej przekręcając kartkę. – Trzymałem to w złą stronę!
– Ha ha – odkrzyknął Wejdźmin. – Też tak czasem mam!

Michał odwrócił kartkę do pionu z zamiarem teleportowania ich z powrotem na ziemię. Wyciągnął rękę przed siebie. Fszt! – Kartka zatrzepotała i pofrunęła w górę. Zołman przysiągłby, że odlatując na chwilę ułożyła się w kształt pięści z wysuniętym środkowym palcem.
– Ups – powiedział Michał.

Przez chwilę lecieli w milczeniu. Wejdźmin spojrzał w dół i zobaczył Dżemmefer, która, niepomna spadających w jej stronę postaci, właśnie znikała w wyczarowanym przez siebie portalu.
– Zrób coś! – wrzasnął Zołman. – Użyj jakiegoś zaklęcia!
Michał pospiesznie wyszperał z kieszeni jakąś kartkę i odczytał jej treść wskazując palcem ziemię.

Czar powiększający wystrzelił z jego palca zaledwie kilka sekund przed lądowaniem. Całkowitym przypadkiem, na ziemi pod nimi leżała jedwabna chusteczka. Musiała ją upuścić czarodziejka. Wykonana z najznamienitszego jedwabiu zbieranego przez niewinne sierotki w najbardziej nasłonecznionych miejscach Bananowego Raju oraz haftowana srebrną nicią we wzorek w małe, puszyste poduszeczki i pachnąca wiosną, znajdowała się wprost na linii lecącego z prędkością światła zaklęcia. No, prawie. Bo dokładnie na tej linii leżał krowi placek.

Niemal kwadrans zajęło im wygrzebywanie się z “poduszki asekuracyjnej”, jak nazwał ją Michał. To, jak nazwał ją Zołman nie nadaje się do przytoczenia. Ale i tak brzmiało ładniej niż to, jak nazwał Michała. Wejdźmin chodził po okolicy przyglądając się ziemi, aż w końcu uklęknął i zaczął w niej grzebać.
– Ha! – powiedział wyjmując z dołka mydło. – Wiedziałem, że warto było poświęcić na to pół roku życia. Czarodzieju Michału, czy możemy prosić o prysznic?

Michałowi udało się wyczarować prysznic dopiero za trzecim razem. Za pierwszym wyszła mu konewka, a za drugim stado tygrysów. Po ich pokonaniu, obarczonym co prawda śmiercią Michała, przyszedł czas na kąpiel. Gejralt z Mlaskrem, znani ekolodzy, postanowili nie marnować wody kąpiąc się razem. Zołman próbował w tym czasie wydłubać sobie oczy, ale dał za wygraną, bo został ochlapany szamponem i przestał cokolwiek widzieć. Minęło trochę czasu, zanim towarzysze, czyści i pachnący, byli gotowi aby skonsultować dalsze modus operandi.
– No dobra – powiedział Zołman. – W każdym razie żyjemy. Hej, co to?

Krasnolud spoglądał w górę. Na tle nieba rysowała się spadająca sylwetka. Szybko zauważyli, że była to Pupka, która najwidoczniej została teleportowana na wyższy od nich pułap. Koń uderzył w “poduszkę asekuracyjną” z całym impetem, ponownie pokrywając wszystkich grubą warstwą “waty” z której była zrobiona.

– W każdym razie żyjemy – powiedział wolniej Zołman, mając znacznie bardziej ponurą minę.

Na ziemi nieopodal coś się zakotłowało. Małe światełko rosło i rosło, aż w końcu zgasło, pozostawiając za sobą uśmiechniętego czarodzieja.
– To ja! – powiedział Michał. – Ha, ha. Myśleliście, że tygrys mnie pożarł? Nic z tych rzeczy. Zmniejszyłem się do rozmiarów mrówki, żeby zrobić wam niespodziankę. Koniec żałoby!
– Michał, Michał…? – zamruczał wejdźmin. – A, tak. To fajnie.
– Kurwa – powiedział Zołman.
Mlaskier w ogóle tego nie zauważył.

Michał zbulwersował się i chciał jeszcze coś dodać, ale nie zdążył, ponieważ tuż przed swoim nosem zobaczył czubek włóczni. Do czubka przyczepiona była włócznia właściwa. Do włóczni przyczepiona była ręka, a do niej ciężkozbrojny rycerz na koniu. Do rycerza był przyczepiony oddział co najmniej tuzina innych. Do ostatniego w formacji przyczepione było jedno babie lato.

– Pójdziecie z nami – powiedział rycerz przez zamkniętą przyłbicę. – I to już.

– Jesteście oskarżeni o zakłócanie spokoju, zburzenie zabytkowego zamczyska i nierząd w miejscu publicznym – tłumaczył im dowódca oddziału w drodze do, jak udało im się usłyszeć, „gmachu sądu”. – Który, nawiasem mówiąc, wciąż trwa. A im dłużej ten głupi nie przyodzieje bryczesów tym wyrok będzie bardziej srogi. Takie jest prawo księstwa O’koń.
Mlaskier, acz niechętnie, przystanął i wygrzebał z plecaka spodnie.
– To nie my! – zaoponował Michał. – To ryczywół, legendarny potwór, a właściwie taka czarodziejka, co to nas…
– Zamknąć się! Zostaniecie poddani najwyższemu z naszych sądów – kontynuował dowódca straży. – Będziecie osobiście sądzeni przez srogiego Don Emanuela zwanego Młotodzierżcą i Zgniataczem Kości.
Kiedy strażnik wypowiedział te przydomki, inni rycerze z prowadzącego ich oddziału ucichli. Nie dało się jednak odczytać ich emocji przez zamknięte hełmy.

– Gejralt, coś tu się niedobrego dzieje – powiedział Mlaskier. – Boję się.
– To dziwne – uprzedził wejdźmina w odpowiedzi Zołman. – Nigdy nie słyszałem o księstwie O’koń. Ale jest wśród krasnoludów taka legenda, psia mać. Że gdzieś na świecie, niewidoczna dla śmiertelników znajduje się kraina pełna splendoru i przepychu. Mają zaczarowane miasto, pełne budynków przerastających najwyższe sekwoje, i maszyny oblężnicze potrafiące zgładzić oflankowany mur jednym uderzeniem. Ich wojownicy mają po cztery ręce a ich sądy są tak srogie, że kiedyś mucha, która w sposób nieprzepisowy przeleciała na wskroś uliczki została skazana na poćwiartowanie. Ich marmurowe gmachy…

Gmach sądu składał się z pojedynczego pnia na polanie niespełna siedemnaście kroków od miejsca ich lądowania. Na pniu stało kuliste akwarium.

– Jam jest sędzia Don Emanuel zwany Zgniataczem Kości i Młotodzierżcą! – powiedziała ryba pływająca wewnątrz. Otaczający ich rycerze nie poruszyli się, ale zakrzyknęli „Wiwat!” – A teraz odbędzie się sąd!
– He, he. Gejralt, patrz! – Mlaskier przyglądał się sędziemu. – On jest rybą.
– No. Ale Mlaskier. Uszanujmy wolę gospodarzy – Zwrócił się wejdźmin do Sądu. – Ale, ha ha. Nie no, panie sędzio. Pan jest rybą.
– Zamknąć się! – krzyknął sędzia. – Bo wam powyrywam…

Michał podszedł do akwarium i nasypał sędziemu wyjętych z kieszeni drobinek suchego chleba. Sędzia podpłynął do powierzchni wody, wciamkał kilka z nich, po czym na powrót przybrał srogi wyraz pyszczka.
Zołman rozglądał się zdezorientowany.
– Coś tu bardzo nie gra – powiedział krasnolud. – Albo powiem inaczej. Co tu się, kurwa, dzieje?
– Cicho! – krzyczała ryba. – Prawo księstwa O’koń jest najświętsze i nieubłagane! Skażę was na śmierć! Już was w zasadzie skazuję! Brać ich!

Inni rycerze otoczyli ich konno, ale nic innego się nie stało.

– Hm – Zastanowił się wejdźmin i podszedł do jednego z nich. – Mam pewne przypuszczenie, że… Ha ha ha ha ha!
Otworzył ręką przyłbicę najbliżej stojącego rycerza. Wewnątrz hełmu było akwarium z rybą.
– Zamknij to! – krzyknął dowódca straży. – Sprzeciw! Przywołuję cię do porządku!
– Oni są rybami! – powiedział uśmiechnięty Wejdźmin. – To tak słodkie że aż normalnie nie wiem!
Ponieważ rycerze próbowali stratować ich konno, towarzysze zdjęli z każdego z nich hełm zawierający akwarium i postawili je wszystkie na ziemi.

– Wsadź mnie z powrotem do zbroi! – krzyczał dowódca straży.
– Skazuję was na śmierć przez łamanie kołem! – wyrokował sędzia.
– Zgniecie zaraz śmiercią haniebną! – groziła inna „głowa”. – Rzucam wam rękawicę! Poodgryzam wam członki!

Śmiali się przez dobre dziesięć minut. Następnie uradzili, że trzeba ruszać w drogę. Niebo na dalekim południu ciemniało. Źle to wróżyło. Zbliżała się pora, aby przedsięwziąć przygotowania.
– Czeluść was pochłonie! – słyszeli za sobą.
– Ruszamy za wami w pościg! Nie ukryjecie się – krzyczała jedna z rybek niemal wywracając się razem z akwarium i hełmem.
– Ażeby was pożarł glonojad! – dodała inna.
– Urwiemy wam głowy i nasypiemy soli do kręgosłupa! – włączył się kolejny głos.

Towarzysze oddalili się niespiesznie.

– No, w każdym razie żyjemy – powiedział Zołman. – He he he he he he he….

Rozdział V – „Porzeczka”

Dziewczynce było zimno. Była do tego przyzwyczajona. Wiedziała, że obok piekarni przy rozgrzanych ścianach komina można było uniknąć najgorszego chłodu. A i czasem rzucili kawał spalonego chleba, który wystarczał na dwa – trzy dni pożywienia. Noce były gorsze, wtedy spod piekarni gonili, i trzeba było szukać innego miejsca.

Raz w tygodniu zrywała pod miastem tulipany. Zanosiła je mamie. Grabarz sprzątał je kilka dni później, ale dopiero, kiedy usychały. Dziewczynka lubiła go. Nigdy nie był dla niej niemiły.

Kiedyś spotkała prawdziwego księcia. Złota karoca zaprzęgnięta w białe konie zatrzymała się tuż obok niej. Wysiadł bardzo młody panicz, trzymając w ręku pantofelek. Nie wiedziała, o co chodzi kiedy zabrał ją do środka i założył jej go na stopę. Nie wiedziała o co chodzi, kiedy wyrzucono ją podczas jazdy na mokry bruk, kiedy nie pasował. Wybiła sobie wtedy zęba. Ale była wdzięczna, ponieważ przez chwilę było jej ciepło.

Nie wiedziała, ile ma lat, ani jak długo już błąkała się po ulicach Wyrżnijmy. Nie rozumiała pogardliwych spojrzeń przechodniów i ponurych min właścicieli posesji, którzy czasem szczuli ją psami. Ale była dzielna.
Widziała raz pana o srebrnych włosach w towarzystwie śmiesznie ubranego barda i brodatego krasnoluda idących ulicą. Bardzo im zazdrościła. Rozmawiali i śmiali się. Też chciałaby umieć się tak śmiać.

Zasnęła powoli. Przykryła się starym, zapchlonym kocem, który znalazła kilka dni wcześniej na śmietniku na zapleczu kamienicy. To był luksus. Wiedziała, że będzie mogła korzystać z niego, dopóki jakiś włóczęga nie stwierdzi, że jemu przyda się bardziej. Tak było zawsze. Tak musiało być. Ale na razie miała koc. Bardzo go lubiła.
Świtało, kiedy otworzyła oczy i zobaczyła, że obok niej, zwinięty w kulkę, śpi zabawnie ubrany jegomość. Co dziwniejsze, wyglądał zupełnie jak ów bard, który podróżował ze srebrnowłosym panem i krasnoludem. Mlaskier obudził się i ziewnął przeciągle.
– O. Dzień dobry. – powiedział patrząc na nią ospale. – Moja głowaa…
Dziewczynka przyglądała mu się dużymi oczyma. Nauczyła się już, że od obcych należy uciekać bez zastanowienia i nie oglądać się przy tym za siebie. Ten jednak osobnik miał w sobie coś co sprawiało, że wydawał się niegroźny.
– Masz coś do jedzenia? – powiedział Mlaskier nie skończywszy ziewać.
Wiedziała, że bezpieczniej jest spełniać zachcianki większych od siebie. Wyjęła zza pazuchy kawałek stęchłego chleba, który od kilku tygodni trzymała na czarną godzinę. Podała mu go drżącą ręką i zmrużyła oczy. Nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie uderzenie.
– O. – powiedział grajek, wziął chleb i wciamkał go powoli. – Mm. Bardzo dobre. Jestem Mlaskier, a Ty?

Dziewczynka patrzyła.

– Jesteś niemową? – Mlaskier podrapał się po głowie. – W takim razie będziesz miała na imię ee… Porzeczka. To moje ulubione warzywo.
Porzeczka patrzyła na niego z pewną obawą; wciąż jednak nic nie wskazywało, że groziłoby jej z jego strony jakieś niebezpieczeństwo. Mlaskier podniósł się i otrzepał swoją błyszczącą tuniczkę. Przez ramię przewieszoną miał torbę, z której wystawała mała, obrastająca puchem kuleczka z oczami. Pogłaskał ją. Robił to regularnie.
Spojrzała na nią z zaciekawieniem zza krawędzi koca.
– A, to bazieliżek – powiedział Mlaskier. – Przywieźliśmy go z jednej z ostatnich wypraw. Bardzo fajny. Trzeba go głaskać, żeby nie zamienił się w potwora.
Dziewczynka też chciałaby go pogłaskać, jednak, jak wyjaśnił bard, bez specjalnego antidotum mogło to skończyć się… dziwnie. To nic, pomyślała. Przywykła, że to, co najlepsze, jest domeną innych. Mogła popatrzeć na urocze zwierzątko, i była za to wdzięczna. To musiał być dobry dzień. Bardzo lubiła taki rodzaj dnia.
– Mało – zmienił temat Mlaskier i mlasnął. – Idę na kebab. – Zastanowił się nad czymś i zaczął odchodzić. Kilka kroków dalej zatrzymał się jednak, odwrócił się i spojrzał na Porzeczkę. – Idziesz?
Dziewczynka nie była pewna, czy to wszystko to nie jakiś podstęp. Nie wiedziała też, co to jest kebab. Nie wiedziała, że ludziom, którzy śpią na ulicy wolno jeść coś innego niż stary chleb i wyrzucone na śmieci resztki. Zmarszczyła brwi i skuliła się bardziej.
– To idziesz? – powtórzył Mlaskier dłubiąc sobie w uchu.

Fjutest siedział na różowym tronie w najwyższej izbie pałacu, a Gejralt i Zołman patrzyli na niego wyczekująco. Targowanie się o wejdźmińskie nagrody nigdy nie było łatwe. Zwłaszcza, że Fjutest najchętniej płaciłby w cekinach, używanych majtkach i cukierkach. Królewski skarbiec był pełen takich rzeczy.
– Dobrze. Dwadzieścia koron. I trzy cukierki. – powiedział wejdźmin finalnie. – Masz brokat na nosie.
– Co? Skąd on mógł się tam wziąć? – król potarł dłonią twarz.
– Fjutest, ty nawet pierdzisz brokatem – powiedział Zołman. – Jeśli jest jedno miejsce na świecie gdzie jego obecność nikogo nie dziwi, to jest ono gdzieś na tobie.
Król starał się wymyślić ripostę.
Nie zdążył. Nagle zatrzęsła się ziemia a z półek spadły wszystkie kryształowe figurki o niedwuznacznych kształtach. Fujtest zachwiał się na nogach i rozejrzał się zdezorientowany. Wstrząs powtórzył się. Z zewnątrz dobiegł ich łoskot przypominający lawinę i liczne krzyki. Król podbiegł do okna.
– O kurwa – powiedział cicho. – Gejralt. Patrz.

Wejdźmin podbiegł do okna. Rozpościerał się z niego widok na kilka przypałacowych ulic i dalej na plac miejskiego rynku. Potwór, który miotał się na placu był duży. Bardzo duży. Górował nad przylegającymi do rynku kamienicami, a dęby rosnące wzdłuż alei prowadzącej do pałacu wyglądały przy nim jak kwiatki. Przypominał gigantycznego, czarnego byka ze skrzydłami i czerwonymi, świdrującymi ślepiami.
Zamachnął się łbem i jednym uderzeniem rogów zburzył kamienicę. Do rynku dobiegli już żołnierze, którzy ciskali w niego dzidami i strzelali z kusz, ale miało to tyle sensu, co rzucanie wykałaczkami w nadciągający lodowiec. Zdążono nawet przywlec trebusz, jednak zanim ktokolwiek mógł nakręcić kołowrót, monstrum zionęło ogniem z wielkiego nosa paląc machinę na popiół wraz ze schowanym za nią operatorem.
– Ryczywół – powiedział cicho Gejralt. – Myślałem, że to legenda.
– Zaraz po centrum miasta zostanie tylko legenda! – wrzasnął Fujtest. – Mój pomnik! Właśnie wdeptał w ziemię mój pomnik!
Gejralt podszedł do krzesła, zdjął z niego wiszący na oparciu rynsztunek i założył go na siebie.
– I to rozumiem – Fujtest złapał się pod boki. – Idź i coś z nim zrób!
– Ja nie idę nic z nim zrobić – powiedział spokojnie Gejralt. – Ja stąd jak najszybciej wyjeżdżam.

Zołman, który wyjrzał właśnie przez okno wskazał coś palcem i zawołał Gejralta. Pośród ludzi w panice ukrywających się w bramach, domach i innych zakamarkach, na środku ulicy stał zdezorientowany Mlaskier. Wyglądał jakby czegoś szukał.
– Świetnie – mruknął Wejdźmin i westchnął. – Zołmanie, znajdziemy się potem. Tylko uważaj na siebie!
Krasnolud skinął głową. Gejralt zbiegł po schodach aby ratować Mlaskra.
Kiedy go dogonił, grajek był już prawie na głównym placu rynku, na którym znajdował się potwór. Wejdźmin złapał go i wciągnął w bramę. Mlaskier wyrywał się.
– Gejralt! Nie rozumiesz! Jedliśmy sobie kebab kiedy wszystko zaczęło się walić! Porzeczka zniknęła! Gejralt, musimy ją znaleźć!
– O czym ty mówisz? Nie możemy się stąd ruszyć – powiedział wejdźmin. – Jeśli wyjdziesz teraz na otwartą przestrzeń, i ryczywół cię zobaczy, to spali cię, zadepcze, albo zabije w jakiś inny wymyślny sposób.
Wejdźmin wychylił się z bramy przytrzymując Mlaskra i pokazał palcem na wielką górę czarnego cielska miotającą się po starówce.
– Może gdzieś się schowała – zrezygnował po kilku kolejnych próbach ucieczki Mlaskier głaszcząc uspokajająco przestraszonego bazieliżka w swojej torbie. – Chyba jest w tym dobra…

Ryczywół wściekle zionął ogniem i szczerzył zęby.

We wnęce po przeciwnej stronie przecznicy pojawił się Fujtest z obstawą kilku żołnierzy. Po chwili dołączył do nich Zołman, który otworzył sobie piersiówkę i wypił ją duszkiem patrząc przed siebie z połączeniem strachu i podziwu.
– Musiałem to zobaczyć z bliska – sapnął Fujtest. – Ja pierdolę. Skąd to się do cholery wzięło?
– Musiało mieć powód – odpowiedział Gejralt. – Ten potwór to najniebezpieczniejsze stworzenie na świecie. I mówię to całkiem dosłownie. Nikt go tu wcześniej nie widział?
– No, prawdę mówiąc spotkaliśmy ostatnio coś takiego podczas eee… Patrolu pod miastem! Tak, tak właśnie było. Specjalnie pojechałem zobaczyć, bo nikt o takiej maszkarze wcześniej nie słyszał. Tylko że, kurwa, było dużo mniejsze. Wielkości na ten przykład krowy. I kilka malutkich. To większe rzuciło się na nas z rogami, czterech naszych zginęło zanim ostatecznie ubiliśmy gnoja idąc kupą. Nawet te małe z nami walczyły. Zrobiliśmy z ich rogów rękojeści do mieczy.
– To był samiec i młode – powiedział Gejralt wzdychając. – Samica jest trochę większa.
– Fujtest! Kurwa mać – krzyknął Zołman. – Nic dziwnego, że jest wściekła. Zajebaliście jej całą rodzinę i jeszcze macie pretensje?
– Wasze pociski nic jej nie zrobią – powiedział Gejralt. – Ale nie to jest najgorsze. Zgodnie z legendą, ryczywół odbiera emocje i myśli przez skórę. Każdy pocisk, każda włócznia, którą w niego dziś wystrzeliliście niosła ze sobą przejęte od żołnierzy mordercze myśli, agresję, nienawiść i strach. Jeśli wcześniej potwór był wściekły, to teraz jest w kompletnym amoku. To koniec tego miasta. – Wejdźmin wzruszył ramionami i wyjął sobie lakier do paznokci. – Zołman, Mlaskier. Uciekamy jak tylko nadarzy się okazja.
Dostrzegli, że z zaułka po przeciwnej stronie placu rynku coś się wyłoniło. Dreptało powoli na małych stópkach w kierunku gigantycznego ryczywoła. Dystans nie był duży, ale dla krótkich nóżek stanowił wyzwanie.
Porzeczka szła patrząc przed siebie niepewnie. Nie rozumiała, dlaczego stworzenie było złe. Było przecież duże i silne i na pewno nikt go nie bił tylko dlatego, że spał pod kawałkiem dachu na jego podwórku, żeby nie zmoknąć. Szła robiąc małe kroczki i patrząc zmrużonymi ze strachu oczyma. Nauczyła się ostatnio, że czasem, aby coś nie było potworem, trzeba to pogłaskać.
Mlaskier bez słowa rzucił się w kierunku placu ale Wejdźmin zatrzymał go znakiem.
– Mlaskier – szepnął. – Nic nie możesz zrobić.
Potwór ryknął w powietrze tak głośno, że znów zatrzęsła się ziemia. Mierzył wściekłym spojrzeniem otoczenie szukając ofiar. Dudnienie jego ciężkich kroków niosło się echem na mile. Ogromne rogi mieniły się marmurem a z pyska buchał ogień. W końcu wzrok stwora spoczął na małej istotce zbliżającej się do niego z wolna. Ponownie przeciągle zaryczał, tak że wszyscy zakryli uszy, i mocno tupnął kopytem o ziemię robiąc w miejscu mały krater. Zasadzono w nim później krzaczek porzeczkowy, otoczono zdobionym płotkiem i nazwano Kraterem Porzeczki. Dziewczynka szła.
Ryczywół chuchnął z nozdrzy gorącą parą. Podmuch przeszedł górą, ale zmiótł Porzeczkę z nóg. Ta podniosła się jednak i wciąż stawiała jeden kroczek za drugim.
Mlaskier próbował uwolnić się ze znaku wejdźmina, ale opadł już z sił.
– Gejralt no! Puszczaj! – krzyczał ale znak pochłaniał każdy dźwięk. Nie można było ryzykować.
Wejdźmin wiedział, że teraz mogli już tylko czekać i zobaczyć co się stanie.

Porzeczka stanęła przed potworem. Wyglądała przy nim jak mała myszka w porównaniu do słonia. Stada słoni. Ryczywół wiercił się wściekle, i tupał, tak że musiała balansować rękami, aby znowu nie upaść.
– Potwór jest zupełnie zaskoczony. Do tej pory każdy od niego uciekał, albo do niego strzelał. – pomyślał Gejralt. – Jeśli ktoś inny wyjdzie teraz na plac, wszyscy zginą.
Nikt jednak nie wyszedł.
Monstrum zarzuciło łbem i warcząc wściekle obniżyło go do poziomu samej ziemi aby zobaczyć, czym jest stojące przed nim stworzonko. Same jego zęby były większe od małej Porzeczki, musiał więc przekręcić pysk aby oko znalazło się na odpowiedniej wysokości.
Porzeczka wyciągnęła drżącą rączkę w kierunku krawędzi wielkiego nozdrza. Potwór prychnął, ale nie podniósł łba. W pierwszej chwili cofnęła się, ale podeszła jeszcze raz. Mała dłoń spoczęła w końcu na ogromnym pysku i niepewnie go pogłaskała. Dziewczynka otworzyła zaciśnięte wcześniej ze strachu oczy.
– Usłyszy jej myśli… – szepnął do siebie Gejralt. – Teraz stać się może wszystko.
Kiedy rączka dotknęła rozgrzanego, czarnego nozdrza ryczywoła, warczenie stopniowo ustało. Potwór znieruchomiał. Nie chcąc tego zajrzał wgłąb jej duszy, zobaczył i poczuł wszystko; cała jej historia rozpłynęła się po jego mózgu jak potop. Trwali tak w bezruchu w absolutnej ciszy, gigantyczne cielsko potwora i malutka, umorusana, nic nie znacząca dziewczynka, która patrzyła na niego dużymi oczyma. Trwało to kilka minut.
Fujtest chciał dać znak wojsku aby wykorzystało moment i zaatakowało ponownie pełną siłą. Jedno spojrzenie Gejralta powstrzymało go jednak.
Bestia podniosła się powoli. Nie ryczała już, ale z jej krtani wydobywało się basowe sapanie. Ryczywół stał, górując nad okolicznymi budynkami i jeszcze raz zmierzył całe otoczenie. Ukryci w zakamarkach mieszkańcy patrzyli na niego z obawą. Nikt nie wiedział co się stanie. Ale nie stało się nic. Zwierzę nie miało już w oczach szału ani agresji. Patrzyło teraz smutno, z nieskończoną pogardą i nienawiścią. Nie chciało tu być. Gejralt mógł przysiąc, że w jego czerwone ślepia zaszkliły się łzą. I wtedy odleciał. Tak po prostu. Uderzył gigantycznymi skrzydłami, aż poleciały szyby z okien, i nikt go więcej nie widział.
Gejralt puścił Mlaskra, który pobiegł do Porzeczki, którą podmuch skrzydeł zwiał na drugi koniec placu i przytulił ją mocno.
Fujtest podrapał się po tyłku.
– No ja pierdolę – zaśmiał się nieco nerwowo. – To nam się uwaliło. Tym razem to naprawdę było blisko.

Zołman przywalił mu w twarz.

Mlaskier i Porzeczka spacerowali po podmiejskiej łące. Dziewczynka wciąż nie odzywała się, ale Mlaskier opowiedział jej wszystkie przygody swoje, wejdźmina Gejralta i krasnoluda Zołmana, żywo przy tym gestykulując. Mówił o tym godzinami. Obślinił się przy tym tylko dwa razy.
– Mam pomysł! – powiedział później – Posłuchaj, Gejralt jest wejdźminem, nie? Ostatnio szukał nowych kandydatów. Nie wiem czy to w ogóle możliwe, ale może spróbować zamienić cię w jednego z nich! Albo raczej… wejdźmę! Będziesz miała super zdolności, mocną głowę do alkoholu i będziesz podróżować z nami po całym świecie! Hm?
Dziewczynka patrzyła na niego długo. Później, po raz pierwszy odkąd pamiętała, uśmiechnęła się szeroko. Więc to takie uczucie – pomyślała. Bardzo przypadło jej do gustu. Ucałowała Mlaskra w policzek. Pokręciła głową przecząco, odwróciła się i odeszła w stronę miasta. To był dzień zrywania tulipanów.

Rozdział II – „Raz, dwa, trzy”

Na przestrzeni lat cech wejdźminów wypróbował różne strategie pozyskiwania nowych rekrutów. Najbardziej mistyczną, a zarazem najsłynniejszą było prawo niespodziewanki. Polegało ono na tym, że zamiast zapłaty w formie finansowej, klient wejdźmina mógł zgodzić się na oddanie mu pierwszej rzeczy, którą zastanie po powrocie do domu, a której się nie spodziewał. W ten sposób cech wzbogacił się o kilka kulawych zwierząt, liczne listy od poborców podatkowych i sądów, tort urodzinowy, dziurę w dachu i tyfus. Raz po powrocie do domu klientka wejdźmina Lamparta zastała w łóżku swojego męża kochanka, ale okazało się, że to Gejralt, a on wejdźminem już był. Trzeba więc było szukać innych sposobów, i po licznych deliberacjach część Wielkiej Rady ustaliła, że najlepiej będzie po prostu się napić. Część ta składała się dokładnie z jednego, srebrnowłosego wejdźmina.

– Gejralt – powiedział krasnolud Zołman, siedząc przy barze w urokliwej knajpce o nazwie Wypruty Flak. – Ty nie miałeś czasem zrobić sobie dnia bez alkoholu?
– Miałem, miałem. – odpowiedział wejdźmin znad kufla wyrżnijmijskiego piwa. – Ale pojawiły się nowe okoliczności.
– W sensie, jednak stwierdziłeś, że ci się nie chce.
– To nieprawda – powiedział Gejralt. – Chociaż muszę przyznać, że to prawda. Posłuchaj, Zołmanie, potrzebujemy nowych członków.
Krasnolud wpatrywał się w Gejralta z kamienną twarzą.
– Oj Zołmaaan, przecież wiesz o co mi chodzi.
– Ten jeden raz dam ci kredyt zaufania – powiedział ostrożnie krasnolud, po raz trzydziesty czwarty podczas całej ich znajomości. – Gdzie chcesz ich szukać?
– Myślałem, że tutaj. Ale jakoś nikt mi nie wpadł w oko. Przy okazji, szukając tych członków, moglibyśmy też rozejrzeć się za nowymi kandydatami do cechu wejdźminów. Ale to akurat będzie trudne, bo rytuał przemiany w wejdźmina to nie przelewki
– Nie skomentuję tego. Gejralt, wiesz dlaczego nikt do tej pory nie przykuł tu twojej uwagi?
– No?
– Bo tutaj, kurwa, nikogo nie ma.

Rozejrzeli się. W całym lokalu oprócz nich nie było żywej duszy. Nawet miejsce, gdzie powinien stać barman świeciło pustkami. Każdy wiedział, że nie istniało takie zjawisko jak pusty, wyrżnijmijski pub, więc sytuacja wymagała natychmiastowej uwagi. Na domiar złego, tam, gdzie wcześniej stały otworem drzwi wyjściowe była teraz ściana, nie zakłócona niczym z wyjątkiem wiszącego sobie, jakby nigdy nic, obrazka z pieskiem.

– Jak to możliwe? – powiedział powoli Zołman.
– Nie wiem – rozejrzał się wejdźmin z niepokojem. Po chwili zatrzepotał rzęsami. – Ale skoro już jesteśmy całkiem sami…

Nie dokończył, bo całe pomieszczenie rozświetliło się magicznym blaskiem, a pomiędzy nim a krasnoludem zmaterializowało się w powietrzu okno. Nie okno, takie jak, na przykład, okno na świat, ani okno tunelu czasoprzestrzennego, tylko zwykłe okno w drewnianej oprawie. Gwałtownie otworzyło się i wysunęła się z niego górna połowa czarodzieja Dyrdymała, która, nie zwlekając, złapała Gejralta za fraki. Czarodziej był rozczochrany, nie miał na sobie kapelusza i mówił, a właściwie krzyczał w wielkim pośpiechu.

– Gejralt! Przybywam z niedalekiej przyszłości. Mam tylko kilka sekund! Ważą się losy świata. Jesteście uwięzieni! To bardzo ważn… Puf! – Okno zniknęło w jednej chwili wraz z Dyrdymałem.
Krasnolud i wejdźmin spojrzeli na siebie pytająco.
– Co to kur… – zaczął mówić Zołman, ale portal z Dydrymałem pojawił się ponownie.
– To bardzo ważne! Nie wylej dziś piwa! Zapoczątkuje to łańcuch zdarzeń, które… – wrzasnął czarodziej, ale w tym samym momencie znów zniknął.
Towarzysze odczekali chwilę, żeby upewnić się, że tym razem zniknął na dobre.
– Powiedz, że chociaż trochę wiesz o co tu chodzi. – powiedział Krasnolud.
– Zaczynam podejrzewać – zamyślił się Gejralt.

Powietrze rozbrysnęło na sekundę. Znów pojawiło się okno, ale czarodziej mruknął tylko coś do siebie i sięgnął po stojący na stoliku kieliszek wódki, schował się w portalu i zniknął.
Tym razem odczekali dłuższą chwilę. Sytuacja nie powtórzyła się.
– Wygląda na to, że mamy problem, Zołmanie – powiedział wejdźmin.
– Nie pierdol. Nie wiem, co tu jest grane, ale bardzo mi się to nie podoba.
– Wygląda na to, że w jakiś sposób zostaliśmy przeniesieni do innej rzeczywistości. Ktoś, kto to zrobił mógł być bardzo potężnym czarodziejem, co jest raczej wątpliwe. Szczególnie, że Dyrdymał, mimo swoich wyobrażeń o potędze, jest raczej… no w każdym razie bardziej prawdopodobne jest, mój drogi, że padliśmy ofiarą niecnych knowań niedowierza.
– Oczywiście, że tak – pacnął się w czoło krasnolud. – Ech. Co to jest?
– Hmm… No, to takie jakby złe zamiary.
– Wiem, co to są knowania – Zołman po tych wszystkich latach wykształcił w sobie pewien rodzaj specyficznej cierpliwości. – Co to jest niedo-cośtam?

Niedowierz, jak wyjaśniał Wielki Wejdźmiński Bestiariusz z misiem na okładce, potrafił więzić swoje ofiary w zaczarowanej rzeczywistości. Posiadał też zdolność zmieniania się w dowolny przedmiot, dzięki czemu bardzo trudno było go znaleźć. Aby wywabić go z kryjówki, należało zlokalizować rzecz, w którą się przemienił i wykorzystać największą słabość Niedowierza. Postanowili zająć się tym pierwszym, nic jednak na pierwszy rzut oka nie wydawało się szczególnie podejrzane.

Po dalszych poszukiwaniach zwrócili uwagę na dziwne urządzenie stojące na komódce. Jak wyjaśnił wejdźmin, widział coś takiego kiedyś podczas wyprawy do Hin. Składało się z dwóch połączonych pionowo naczyń, w których przesypywał się piasek. Z tego co Gejralt pamiętał, nazywało się Klep Se Wydra, i służyło do odmierzania czasu. Było jednak kompletnie nie znane w tej części świata. Zołman odwrócił urządzenie i obaj cierpliwie poczekali kilka minut aż cały piasek przesypie się.

– No i? – powiedział Zołman patrząc na Klep Se Wydrę sceptycznie. – Która jest godzina?
– Nie wiem, myślałem, że to… będzie wiadomo. – powiedział Gejralt. – To jakieś gówno. Niedowierz nie zmieniłby się w takie gówno.
Poszukiwania trwały.
Na ścianie wisiało antyczne zdobione zwierciadło, które wydawało się skupiać na sobie uwagę większą, niż reszta pomieszczenia. Gejralt podszedł do niego ostrożnie. W zwierciadle zmaterializowała się twarz, która spojrzała na niego uważnie, pokiwała głową z aprobatą i przemówiła.
– Ależ ja mam piękny nosek – zakomunikowała. – Zołman, czy ty widzisz jaki ja mam piękny nosek?
– Gejralt, zostaw to lustro i chodź. Mam coś lepszego. – odkrzyknął krasnolud z drugiego końca pomieszczenia.

Mop stojący obok starego regału sam w sobie nie miał nic nadzwyczajnego. Towarzysze jednak spojrzeli na siebie i parsknęli śmiechem. Dowolna rzecz służąca utrzymaniu czystości, stanowiła w wyrżnijmijskich pubach tak nieodłączny element krajobrazu jak wieloryb w sklepie z ręcznikami.

– To na pewno on. Teraz patrz. Pokażę Ci, dlaczego niedowierz tak się nazywa. – powiedział Gejralt.
– Hej, ty – zwrócił się do mopa. – Jestem wejdźminem.
Mop zachwiał się lekko.
– Mam na imię Gejralt, a to jest Zołman.
Potwór nie mógł oprzeć się pokusie. Mop zadrżał i w jednej chwili przemienił się w wysoką, bladą postać o małych, głęboko osadzonych oczkach.
– Nie wydaje mnie się – powiedział niedowierz patrząc na nich z niedowierzaniem.
– To prawda. Uwięziłeś nas tu, a teraz nas wypuścisz.
– Czyżby? – niedowierz podniósł jedną brew.
Zołman chciał wytłumaczyć mu dlaczego właśnie to za chwilę zrobi, ale Gejralt wyjaśnił, że niedowierz o zawartości topora w głowie przekraczającej zero nie będzie w stanie ich uwolnić.
– Niedowierzu – powiedział wejdźmin. – Bardzo chcielibyśmy wrócić do domu.
– Ha ha ha – syknęło monstrum. – No chyba nie. Zostaniecie tu na zawszszszszsze! – krzyknął a następnie rozbłysnął niebieskim światłem i zniknął.
– Znowu się w coś zmienił – wejdźmin rozejrzał się po sali.
– Gejralt, zaczyna mnie to wszystko wkurwiać – przyznał szczerze krasnolud.
– Mam pewien pomysł. Zmusimy go do przeniesienia nas z powrotem do normalnej rzeczywistości. Posłuchaj mnie uważnie…

– Naprawdę tak to wygląda? – powiedział Zołman. – Serio?
– Tak, a co w tym dziwnego? – wzruszył ramionami Gejralt. – Uwaga, zaczynamy.
– Mam w kieszeni coś fajnego! – krzyknął głośno. Krasnolud stał obok lustrując otoczenie. Wskazał na stojącą w kącie donicę, która poruszyła się nieznacznie. Gejralt pokiwał głową i podszedł do niej powoli.
– Baardzo fajnego. Mam to. Tra la la, ale fajne.
Donica dygotała przez chwilę lekko i w końcu z głośnym “Pop!” zamieniła się w stwora, który wstał i dopadł do Gejralta.
– Wąątpięę! – wysyczał.
– Ależ owszem. – powiedział wejdźmin nonszalanckim tonem. – Patrz.
Potwór wpatrywał się w rękę Gejralta, którą ten włożył do kieszeni. Kiedy ją wyjął, była to wciąż pusta dłoń. Gejralt klepnął nią potwora w ramię i skrzyżował palce.
– Wejdźmin! – krzyknął. – Raz…

Niedowierz rozejrzał się zdezorientowany i chciał nawet nie uwierzyć, ale uśmiechnięta mina Gejralta z przymrużonymi oczami nawet jemu nie pozostawiała żadnego pola do wątpliwości. Potwór rozejrzał się panicznie, i ruszył w stronę Zołmana z wyciągniętą łapą, ten jednak również uśmiechnął się i podniósł dłoń pokazując skrzyżowane palce.
– …dwaaa… – odliczał Gejralt.

Potwór podjął szybką decyzję. Zacisnął oczy, i wykonał kilka skomplikowanych ruchów palcami. Powietrze zamigotało magicznymi iskrami i w tej chwili wszyscy trzej stali pośród gwaru pełnego gości pubu. Niedowierz nie zwlekał. Klepnął w ramię przechodzącego kelnera sycząc “Wejdźmin!”, ale nie zdążył. Sekundę wcześniej Gejralt powiedział już “Trzy!” i chcąc czy nie chcąc, od tej chwili, po wsze czasy, stwór był wejdźminem. Opadły mu ręce i posmutniał. Nabrał też dziwnej ochoty aby zrobić się na bóstwo. “No nie wierzę.” – jęknął do siebie. Skoro jednak i tak nie dało się nic na zaistniałą sytuację poradzić, postanowił jak najszybciej wdrożyć się w tajniki nowego zajęcia, zamówił więc kufel krasnoludzkiego absyntu z zamiarem picia na umór do rana. Do rana dwa dni później.

Zołman otarł pot z czoła, a Gejralt pokiwał głową z satysfakcją. Postanowili pójść w ślady niedowierza. Usiedli przy barze, tym razem wśród muzyki dla ich uszu, którą był gwar dobrze prosperującego lokalu. W tle przygrywał na lutni Mlaskier, prezentując swoją najnowszą kompozycję pod tytułem “Idę równo, wdepnę w błoto”, choć jeszcze coś mu się w tym tytule nie podobało. Okazjonalnie ktoś rzucał w niego pomidorem, którego Mlaskier zjadał w locie i odzyskiwał wiarę w ludzkość, ponieważ ludzkość pokazywała, że jednak jest coś takiego, jak jedzenie za darmo.

Gejralt zapalił cienkiego papierosa. Sięgając po popielniczkę zahaczył o stojące na ladzie piwo, które zachybotało się, przewróciło i rozlało się na blacie. Nikt nie zwrócił na to uwagi.

Gejralt

Gejralt (nazwisko nieznane), znany również jako „Srebrny Wilk”, urodził się 23 lipca w Ruii, na wschód od Dilerii, osierocony w dniu narodzin.

Podobno jako dziecko był wyjątkowo uroczy, ciekawski i krnąbrny. W wieku dwóch lat został wykradziony z sierocińca i zaciągnięty w szeregi wejdźminów ze Szkoły w Homo Moher, gdzie dorastał i poznawał tajniki sztuki wejdźmińskiej wraz z innymi chłopcami. Z racji wzrostu i nienagannej postury szybko wyrobił sobie pozycję lidera. Zawsze bronił słabszych i mniejszych od siebie, nawet jeśli wiedział, że nie ma tyle siły co przeciwnik. Często lądował u szkolnego pielęgniarza (chodzą słuchy, że robił to specjalnie). Szkołę ukończył z wyróżnieniem, a wrodzona opiekuńczość i dbałość o detale sprawiła, że po dziś dzień uznawany jest za najzdolniejszego wejdźmina na świecie.

Przeszedł serię mutacji dzięki którym widzi, słyszy i czuje lepiej niż statystyczny człowiek, nie starzeje się i ma nieprzeciętny refleks. Posiada też szereg magicznych umiejętności, takich jak rozniecanie ognia rękami, unieruchamianie czy wpływanie na czyjąś wolę. W sytuacjach zagrożenia nie traci głowy, chyba że jest pod wpływem zbyt dużej ilości eliksirów. Walka nie jest jego mocną stroną, ale przewagę w starciu daje mu szybkość, spryt, opanowanie, bystrość umysłu i zwinność. „No ta zwinność to nie tylko w walce” – jak sam przyznaje.

Rozdział XV (ostatni) – „Pocałunek Przeznaczenia”, Część II

Zapachu psa i aresztu nie dało się żadną miarą wziąć za zapach fiołków z lawendą. Wielka, czarna chmura zmaterializowała się na ścieżce strzelając na wszystkie strony błyskawicami. Rozwiewała się powoli, ukazując stojącą w kuszącej pozie sylwetkę czarodziejki stopniowo od stóp wzwyż, co bez wątpienia było dokładnie zaplanowanym efektem.

– Psia mać! – Dżemefer straciła cierpliwość i pomachała ręką żeby rozwiać ostatnie resztki chmury. – Nareszcie was znalazłam.

Przejeżdżający obok rycerz, zapewne jeden z amatorów słynnej nagrody za cmoka, tak zapatrzył się na czarodziejkę, że ledwo zdążył zatrzymać konia przed krawędzią urwiska. Niestety jechał dość szybko więc nie zdążył zatrzymać też siebie.

– Dżemmefer – powiedział Gejralt.
– Tak, ja! – wrzasnęła czarodziejka. – Gdybyś nie wypowiedział mojego imienia, to bym was nie namierzyła. Zgłupieliście do reszty? Czy wy ogóle zdajecie sobie sprawę jak niebezp..
– Dżemmefer – powiedział Gejralt wzdychając.

Przelatujący ptak patrzył na czarodziejkę tak intensywnie, że uderzył w ścianę skalną powyżej.

– Zamknąć się! Co tu się w ogóle dzieje? Zołman wygląda jakby bardzo chciał być gdzieś indziej, Mlaskier ocieka sosem, sądząc po zapachu, grzybowym, a o tobie, Gejralt, to już nawet mi się nie chce gadać. Mlaskier, dlaczego ociekasz sosem? Chociaż nie chcę tego wiedzieć.
– Dżemmefer – Gejralt skrzywił się.

– No co?! I dlaczego masz minę jakby ktoś ci nasrał do talerza?
– Jesteś goła.
– Co? – Dżemefer spojrzała na siebie. – A, tak – pstryknęła palcami, a na jej ciele pojawiła się czarna suknia.

Gejralt i Mlaskier chichotali i szeptali do siebie coś co kończyło się na “fuuj”. Dżemefer kopnęła ich małą błyskawicą.

***

– Dlaczego była wkurzona? – zapytał karczmarz.

– A kto ją tam wie – machnął ręką krasnolud. – Jej zdaniem powinniśmy byli ją ze sobą zabrać, bo, że zacytuję, takich trzech idiotów na potwora nie uradzi. I trochę dlatego, że sama miała ochotę na tego cmoka.

Karczmarz zachichotał polerując szklankę.

– No tak. Kobieta – powiedział – Ale uspokoiła się?
– Uspokoiła. Musiała, bo…

***

Zupełnie niespodziewanie, z całym impetem, wzbijając tumany kurzu, na środku ścieżki wylądował z rykiem trzygłowy potwór. Jego paszcze zionęły niebieskim ogniem, a jego długi, srebrny ogon rozdzierał powietrze ze świstem.

Gejralt odruchowo zrobił salto do tyłu wyciągając miecz. Dżemmefer odskoczyła a w obu jej rękach pojawiły się kule ognia. Mlaskier rył nosem ziemię w poszukiwaniu trufli.

– Cmok! – krzyknął Zołman wyciągając topór. – No to mamy przejebane!

Potwór nie atakował. Kręcił się powoli wokół własnej osi, ciężko stąpając łapami i pomrukując groźnie. Powoli przyglądał się wszystkim towarzyszom, którzy nie bardzo wiedzieli co zrobić. Walka nawet z mniejszym potworem wymaga strategii i przygotowań, a każde z nich było kompletnie zaskoczone. Wyjątkiem był Mlaskier, który, nie znalazłszy trufli, budował domek z kołdry i dwóch krzeseł.

– Zołman! – krzyknęła Dżemmefer. – Coś Ty powiedział?
– Cmok! – Zołman nie spuszczał oczu z potwora. – I że mamy przejebane!

Dżemmefer zmarszczyła brwi.

– Zołman. To nie jest cm…

***

– To nie jest cmok?
– Chyba tak. Nie jestem pewien co powiedziała, bo rozpętało się piekło – mówił ponuro krasnolud sącząc wódkę. – Właściwie od tamtego momentu to ja już mało co pamiętam. Potwór zaryczał i zaczął ziać na wszystkie strony, tak że mogliśmy tylko patrzeć, gdzie uciekać. A potem… upatrzył sobie Dżemmefer. I mnie. Staliśmy obok siebie a bestia rzuciła się na nas z zębiskami. I wtedy Gejralt…
– Waść, mówże szybciej!

Krasnolud westchnął i zamilkł na chwilę.

– Gejralt – kontynuował po następnym kieliszku – Wypił coś. Nie wiem co to było. Ale zaczął tak się błyszczeć, że potwór poniechał nas z Dżemmefer i rzucił się na niego. Specjalnie to zrobił, wiem, bo nawet już nie walczył. Potwór złapał go w szpony i przyglądał mu się, świecącemu, wszystkimi trzema głowami. Mlaskier złapał stwora zębami za nogę, ale na niewiele się to zdało bo… właśnie wtedy Gejralt eksplodował. Wybuchł po prostu. Tak jasno, że nic nie widzieliśmy przez następne dziesięć minut. A kiedy w końcu doszedłem do siebie, z potwora, Mlaskra i Gejralta zostało tylko to.

Krasnolud powoli wyjął z torby pomięty, nadpalony japonek i czarną od sadzy szyszkę i patrzył na nie smutno.

– A co z Dżemmefer? – zapytał karczmarz.
– Nie wiem.

Znów długa pauza.

– Gdzieś w międzyczasie wyczarowała portal i wskoczyła do niego mówiąc, że zacytuję, że coś jej tu bardzo śmierdzi. Przyznam, że zapach spalenizny był nie do zniesienia, ale…”

Krasnolud schował głowę w dłoniach.

„Pypryszę nastympne pywo.” – krzyknął jeden z gości. Karczmarz zignorował go.

– Twoi towarzysze wydają się bardzo dzielni – powiedział.
– Bo, kurwa, byli dzielni – Zołman mówił powoli, wpatrzony w jeden punkt. – Pieprzone spedalone cioty. Co ja bym dał, za te ich głupie żarty.
– Kochałeś ich?
– Tylko bez takich! – warknął krasnolud, ale zaraz potem łzy pociekły mu po policzku – Tak, kurwa. Kochałem. Na swój sposób. Kochałem, kurwa!”

Zołman położył głowę na blacie.

– Dy widzynia – powiedział ktoś – Dziynkuję za gośćynę.
– Haha, eliksir Y – zaśmiał się karczmarz wychodząc zza lady.

Zołman wciąż wpatrywał się w jeden punkt czerwonymi od łez oczami, ale w jego umyśle otworzyły się jakieś małe drzwiczki. Kilka neuronów połączyło się w łańcuszek. Orkiestra szarych komórek trafiła w znajomy klucz.

– Zaraz – powiedział. – Skąd on tu wziął taki zjebany eliksir?
– Zołmanie – powiedział łagodnie karczmarz odklejając sztuczne wąsy i zdejmując jednego japonka, którego miał na nodze – Zołmanie.

***

Nie jest łatwo przekonać ludzi o istnieniu czegoś, co nie istnieje, czego nikt nie widział. Jednakże w świecie, w którym na każdym kroku można spotkać takie stworzenia jak Belze–bab ze Swądogradu, Zrzyga z Wyrżnijmy albo Wypierdalać z Tąd, perspektywa Cmoka nie wydaje się nikomu aż tak nadzwyczajna. I komu właściwie ma się wierzyć w kwestii magicznych monstrów bardziej niż specjaliście? Rozpuszczenie wieści o rzekomym potworze to nie problem, a jeśli jeszcze rozłoży się kilka kup Hihihipotama w strategicznych miejscach, to można liczyć na to, że kłamstwo, powtórzone wiele razy, stanie się prawdą. Pewną niedogodnością było to, że król rychło wyznaczył wielką nagrodę za owego cmoka, ale zawsze można było postarać się o zlecenie na wyłączność. Sprawa wymknęła się nieco spod kontroli gdy chodziły słuchy, że nawet organizacja skrytobójców ostrzy sobie kły na pokaźną sumkę wyznaczoną przez Vinograd, a nawet stara się wyeliminować całą konkurencję, ale przejawów tego ostatniego Gejralt akurat nie zauważył. Trolle pilnujące jaskini też stanowiły problem. Wtedy Wejdźmin zaczął już wątpić w powodzenie przedsięwzięcia, ale na szczęście legwan pożyczony od Dyrdymała w połączeniu z mieszanką eliksirów “Kocham” i “Wyolbżymiam” podaną Zołmanowi rozwiązał problem. Tym w końcu zajmują się Wejdźmini. Rozwiązywaniem problemów.

***

Zołman patrzył na Gejralta, który jeszcze przed chwilą był karczmarzem i nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– No chodź się przytul – powiedział Wejdźmin. Krasnolud zrobił to, ale po chwili odsunął się.
– Co.. Gejralt. Jak? Czy… – wystękał. – Czy to wszystko… Nie. Czy to było po to, żebym, kurwa, powiedział, że was kocham? Powiedz że to wszystko nie było tylko po to, żebym powiedział że was kocham.

Gejralt uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Oż kurwa. Kurwa, oż. Kurwa. Mać. A cmok? Nigdy nie widziałem takiego wielkiego potwora!
– E, to tylko legwan. Ma na imię Pikuś – powiedział Wejdźmin. Zołman tylko patrzył na niego przez chwilę wytrzeszczonymi, zaczerwienionymi oczami.
– A… eksplozja? – krasnolud mówił coraz cieńszym głosem. – Gejralt, kurwa. Kurwa, widziałem jak wybuchasz.
– Efekty specjalne. Eliksir Supernowa. I trochę konfetti.
– A od kiedy umiesz prowadzić karczmę?! – krzyknął Zołman.
– Eliksir Karczmarz.
– A robić drinki!?
– Ten sam eliksir.
– A polerować szklanki?! Też eliksir karczmarz?!
– Nie, Zołmanie. To akurat nie jest takie trudne.

Krasnolud bez patrzenia sięgnął ręką po stojącą wciąż na barze butelkę spirytusu. Wypił ją duszkiem.

– A Dżemmefer? Gejralt, ona też się nabrała. Oszukałeś czarodziejkę. Wiesz co to oznacza.
– Tak. Biblijny potop. Już wkrótce. Ale nie z takimi rzeczami sobie radziliśmy – Wejdźmin wzruszył ramionami.
– Kurwa – krasnolud opadł na krzesło. – A Mlaskier? Wiedział o tym?
– Właściwie to nie wiem. Trudno powiedzieć – zastanowił się Wejdźmin – Ale jest cały i zdrowy. Bawi się w błocie na zapleczu.
– Ja pierdolę – pisnął krasnolud. – Czyli nigdy nie było żadnego cmoka?
– Aaa… – powiedział Gejralt z uśmiechem robiąc usta
w dzióbek.

CMOK! – rozległo się cichym echem po sali.

Wejdźmin zrobił maślane oczy.
Krasnolud zaczął się śmiać. Wejdźmin też zaczął się śmiać.
Kilku gości karczmy na wszelki wypadek, gdyby miało ich ominąć coś śmiesznego, też zaczęło się śmiać. Krasnolud wstał.

– Zajebię Cię toporem – powiedział. – Dokładnie za trzydzieści sekund.

Gejralt przeskoczył z nóżki na nóżkę.

– Mlaaskieeer – krzyknął.
– Noo? – rozległo się z zaplecza.
– Wskakuj na Pupkę! – Wejdźmin w podskokach podążył w stronę wyjścia. – Tylko szybko. Hi hi.

To był ciężki dzień. A była, znów, dziewiąta rano.

Rozdział XIII – „Pan Kazimierz”

– Kurwa – powiedział Zołman patrząc odważnie w oczy trolla jaskiniowego, który pilnował bramy. Troll był od niego wyższy kilkanaście razy, więc nie za bardzo wiedział, że ten mały krasnolud w ogóle ma jakieś oczy. Nieopodal na ziemi stała klatka z obrzydliwym, zębatym potworkiem w kształcie wężo–szczura. Jakaś mysz podeszła do niej, zajrzała do środka i cudem uniknęła pożarcia. Od porodu minęło już kilka dni. Wszyscy towarzysze zgodzili się nigdy więcej nie rozmawiać o tym, co się tam odbyło.

– NIE PRZEJDO – powtórzył Troll.
– Mamy oficjalne zlecenie. Musisz nas przepuścić – powiedział krasnolud marszcząc brwi.
– NIE PRZEJDO.

Gejralt i Mlaskier stali obok kłócąc się o kolor sukienki Mlaskra. Wejdźmin twierdził że jest niebiesko–czarna, natomiast zdaniem grajka była wściekle–różowo–seledynowa–w–gwiazdki–i–farfocle.

– Uważaj! – krzyknął nagle Mlaskier. – Ta prawie by Cię trafiła!
Gejralt lekko zbladł. Eliksir Widzę Sarny, który popijali, doprowadził już do kilku ciężkich chorób psychicznych pośród Wejdźminów, w szczególności tych ze szkoły Sianka Dla Sarenek. Gejralt nie należał co prawda do tego cechu, ale to nie znaczyło, że nie należało się pilnować.
– Może byście się ruszyli? – krzyknął do nich Zołman. – Zamiast pić to gówno.
Oboje z Mlaskrem spojrzeli jeszcze raz na sukienkę, pokręcili głowami dając wyraz swojemu niezadowoleniu i posłusznie podeszli do Zołmana.
– Co się stało? – zapytał Gejralt poprawiając japonki.
– Troll się stał – Zołman wskazał na górującą nad nimi postać jakby istniały jakieś wątpliwości, o kogo chodzi – Patrz.
– Hej, Ty! – krzyknął do Trolla.
– NIE PRZEJDO – zagrzmiał głos z góry.
– Dlaczego?
Troll spojrzał w górę, zrobił bardzo skoncentrowaną minę i podrapał się po głowie.
– BO TROLL TU STAĆ – odpowiedział z zadowoleniem.
– Uwaga! – krzyknął nagle Wejdźmin.
– Co? – krasnolud rozejrzał się z niepokojem.
– Sarna!
– Skoncentruj się – Zołman tracił cierpliwość. – Mlaskier! Powiedz mu coś. Musimy wejść do miasta.
Mlaskier patrzył na niego tępo.
– Żeby dostać oficjalny glejt na wyprawę na cmoka – powiedział krasnolud powoli. Mlaskier dalej patrzył.
– … po który tu przyszliśmy – skończył Zołman.
Mlaskier bardzo, bardzo powoli włożył sobie palec do nosa.
– A tak! Cmok! – ocknął się Wejdźmin. – Tylko jest pewien problem.
– Jaki znowu problem?
– Bramy pilnuje Troll. Nie wiem czy zauważyłeś.
– Ja pierdolę, kurwa mać. Kutas. Dupa.

Zołman uspokoił się kilkanaście minut i dwa łyki spirytusu później. Problem kamiennego strażnika pozostawał nierozwiązany. Nie chcieli walczyć z trollem, gdyż zasadniczo nie był do nich wrogo nastawiony. Po prostu nie chciał się ruszyć. Poza tym, trolle były pod ochroną. Dodatkowym powodem było to, że gdyby spróbowali, potwór złapałby ich jedną ręką, pozwijał w kulki, nadział na patyki i zjadł, i to szybciej niż Mlaskier zazwyczaj znajduje sklep ze sztucznymi rzęsami. Czyli stanowczo zbyt szybko.
– Potrzebny nam czarodziej – powiedział Wejdźmin. – – Musimy przyzwać Dyrdymała.
– Jest na to jakieś specjalne zaklęcie? – zapytał Zołman.
– Tak – powiedział Gejralt. – Zwłaszcza, że jest tam. Dyrdymaaaał!
Grajek i krasnolud podążyli spojrzeniem za wzrokiem Wejdźmina. Zza krzaka wystawał wysoki kapelusz. Czarodziej wstał, mając pod pachą gazetę.
– Jam jest wielki mag Dydrymał! – oznajmił uroczyście, podchodząc i opuszczając podwiniętą szatę – Wysrać się spokojnie nie można. Co tu robicie?
– Chcemy wejść do miasta. Przydałaby nam się pomoc – powiedział Gejralt.
– No tak. Troll – skwitował czarodziej. – Gadaliście z nim?
– Trochę – powiedział Gejralt. – Ale mówi bardzo wolno i jest strasznie głupi.
– W takim razie rzeczywiście potrzeba tutaj czarodzieja. Trolle wcale nie są głupie, po prostu słabo radzą sobie z językiem ludzi. O wiele więcej dowiemy się rozmawiając z nim w języku trolli.
– Znasz go? – zapytał Wejdźmin.
– Tak, całkiem dobrze. Moja cioteczna stryjenka była trollem. Odsuńcie się, na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Konwersacja może być burzliwa.
Czarodziej stanął przed trollem, złapał się pod boki i odchrząknął.
– Tro lo lo lo lo lo lo lo lolo looooo – zaśpiewał niskim głosem kiwając się rytmicznie.
– Trolololo looooooooo – odpowiedział Troll.
– Lololo lolo lolo looooo – kontynuował Dyrdymał.
– Trolololo looooooooooooooo – nie dawał za wygraną potwór.
– Ła ha ha ha haaa – celnie zauważył czarodziej.
– Ło ho ho ho hooo – ripostował troll.
Wymiana zdań trwała blisko kwadrans.
– Eee, macarena! – zakończył Dyrdymał.
– A hoy! – powiedział troll.
Czarodziej zwrócił się do pozostałych.
– Troll nie ruszy się stąd, gdyż czeka na Pana Kazimierza. Cytuję dosłownie, nie wiem kto to. Wygląda na to że jakiś jego przyjaciel. Na pytanie czy nie mógłby się przesunąć odpowiada że nie, bo tutaj właśnie się umówił, i boi się że jeśli stanie obok, to przyjaciel go nie zauważy.
– Jak można go nie zauważyć? – Zołmanowi opadły ręce.
– Bo jest szary – stwierdził Mlaskier. – Trochę makijażu i jakieś święcące legginsy wyróżniłyby go z tłumu.
– Mówił jak długo już czeka? – zapytał Wejdźmin.
– Jakieś dwa tygodnie. Trolle nie czują upływu czasu – wyjaśnił czarodziej – A właściwie to dlaczego nie wejdziecie główną bramą? Tam na pewno jest otwarte.
– Mamy zlecenie na wyłączność – Wejdźmin puścił do niego oczko – Nie chcemy rzucać się w oczy. Więc wchodzimy, hi hi, od tyłu.
– No to musicie czekać aż troll sobie pójdzie. Prosta sprawa – powiedział czarodziej, wyczarował portal i wskoczył do niego bez słowa.
Przez chwilę wszyscy stali bezradnie.
– To nie ma sensu! – krzyknął Zołman i kopnął przechodzącą białą myszkę, która poszybowała w dal. – I jeszcze te pieprzone szczury.

„AAAAARRRRRRRRRRGGGGGgGHHHHHHHH” – rozległo się niczym grom i zatrzęsła się ziemia.

Towarzysze zachwiali się na nogach zdezorientowani.
– PAN KAZIMIERZ!!! – grzmiał troll i spojrzał wściekle na krasnoluda.
– O kurwa – szepnął Zołman.
Troll wpadł w szał i robiąc wielkie, ciężkie kroki ruszył w jego stronę. Krasnolud przez chwilę biegł tyłem. Spróbował odwrócić się ale w panice poplątały mu się nogi i przewrócił się na ziemię. Gigant w kilku susach dopadł do niego i zamachnał się wielką łapą. Krasnolud zamknął oczy i czekał.
Nic się jednak nie stało. Troll zesztywniał. Zołman powoli otworzył oczy i zauważył, że Wejdźmin stoi obok z zupełnie opuszczonymi spodniami.
– Co się dzieje?! – pisnął krasnolud.
– Zatrzymałem go znakiem! – krzyknał Gejralt. – Uciekaj!
– .. co? – Zołman wytrzeszczył oczy.
Wejdźmiński znak nie był jednak powodem dla którego troll stracił koncentrację. Jego wzrok skupiony był na klatce z dzieckiem Zołmana.
– JAKIE SŁODKIE – zagrzmiał. – MALUTKIE.
– … co? – cichuteńko zapiszczał Zołman.
– PAN KAZIMIERZ.
Krasnolud przełknął ślinę i oprzytomniał.
– Tak! Weź go sobie. Pan Kazimierz. To on. Bardzo słodki. I nie trzeba nikogo zabijać.
– Ale Zołman? To jest Twoje dziecko! – powiedział Wejdźmin.
Troll spojrzał na Zołmana unosząc jedną brew.
– Zabieraj to! – krzyknął krasnolud.

Zadowolony potwór opuścił ich, uśmiechając się i trzymając klatkę z nowym Panem Kazimierzem w wyciągniętych łapach. Ziemia trzęsła się w rytm jego oddalających się kroków. “Tro lo lo lo looo” – nucił sobie wesoło.
– Dwie pieczenie na jednym ogniu – spojrzał za nim Zołman wycierają czoło chusteczką. – Pozbyliśmy się i trolla i tego … tego.
– No cóż, dzieci muszą kiedyś wyfrunąć z gniazdka – powiedział w zamyśleniu Wejdźmin. – Na pewno będzie Cię odwiedzać – dodał z pocieszającym uśmiechem.
– Zołman, uważaj! – krzyknął z nienacka Mlaskier. – Trafi w Ciebie!
– Sarna. Widzę – odparł Zołman i westchnął. – Zaraz…
Zwierzę przywaliło w Zołmana z całym impetem. Oboje upadli na ziemię. Sarna wstała, otrzepała się i uciekła.
Zołman leżał dalej. Zapowiadał się ciężki dzień. A była dopiero dziewiąta rano.

Rozdział XI – „Przyczajona śmierć”

Pac al Pruk stał na jednej nodze już od tygodnia, i prawdę mówiąc zaczynało go to wszystko nużyć. Nie mógł jednak przestać. Stawka była zbyt wielka.
Członkowie sekretnej organizacji skrytobójców nie okazywali słabości. Mieli to w kontrakcie.

W Vinogradzie zalągł się cmok i ten kto pokonałby go pierwszy zgarnąłby całą nagrodę. A punkt o nazwie “nadwyżka budżetowa” chwilowo nie znajdował się na tablicy korkowej zatytułowanej “Obecne problemy” powieszonej na ścianie w siedzibie głównej Sral–Kajdy. Innymi słowy, potrzebna była kasa i to na wczoraj. Do tej pory plan był prosty: pójść kupą na potwora, ubić go oszczepami i maczugami, i jeśli szeregi organizacji boleśnie by się przy tym uszczupliły to nawet lepiej – mniej gęb do wykarmienia. Pojawiły się jednak komplikacje. Najpierw ratusz ogłosił wszem i wobec wieść o nagrodzie a później pojawiły się słuchy, że na cmoka idzie Wejdźmin.

Zebrali więc Radę Starszych i walnie uradzili, że ryzyko jest zbyt wielkie. Wejdźmina trzeba było zlikwidować. To zadanie miało przypaść w udziale Pac al Prukowi. Ale Wejdźmin nie był zwykłym przeciwnikiem. Trening musiał być morderczy.

Skrytobójca spędził więc trzy dni w dole pełnym jadowitych węży. Zabił niedźwiedzia grizzly gołymi rękami. Przepłynął kilkadziesiąt razy staw pełen głodzonych od miesięcy rekinów. Jako jedyny spośród swoich towarzyszy potrafił przebiec zabójczy tor przeszkód tyłem i z zamkniętymi oczami. Pac al Pruk nie był amatorem. Krążyły o nim legendy.
Momentami miał nawet wątpliwości czy podoła, na przykład kiedy stał podczas burzy z metalowym prętem na szczycie wzniesienia, aby wytrzymać jak najwięcej uderzeń pioruna nie mrugając. I spędził tydzień stojąc na jednej nodze w zimnym wodospadzie. Podołał. Musiał, bo skrytobójcy nie pokazywali słabości.

Pac al Pruk jednym susem zeskoczył z kamienia i ubrał swój czarny strój zabójcy. Krwią wściekłego psa namalował sobie na czole czerwony znak bitewny. Pomedytował jeszcze jakiś czas przygotowując się do obudzenia Pierwotnego Wojowniczego Gniewu, wsiadł na osiołka o imieniu Czarna Śmierć i wyruszył w drogę.

– Mlaskier. Przecież ty nie masz brata. Zołman ma – mówił cierpliwie Wejdźmin siedzący na kocu w czerwoną kratę obok barda i koszyka piknikowego. Popołudniowe słońce wpadające na polankę przez korony drzew oświetlało ich przyjemnie.
– Mam.
– Znam Cię od przedszkola. Zaraz… czy ty znów piłeś eliksir „A Właśnie Że Mam Brata?”

Nie wiedzieli, że na gałęzi nad nimi czai się zakamuflowane zło. Pac al Pruk przygotował się do skoku, wyjął sztylet i spowolnił oddech. Specjalna technika koncentracji pozwoliła mu skupić wszystkie myśli na chwili obecnej. Przestał słyszeć i odczuwać. Na chwilę świat stanął w miejscu i właśnie w tym momencie skrytobójca, jakby w zwolnionym tempie wykonał pełen gracji skok.

Mlaskier podniósł rękę wystawiając palec wskazujący i uśmiechnął się szeroko.
– O. Pierłem – oznajmił.

Zabójca nie spodziewał się tego i nadział się okiem na wystawiony palec.

– Ała – krzyknął łapiąc się za twarz, przez co cała choreografia zabójczego skoku wzięła w łeb. Upadł niezgrabnie na ziemię i przeturlał się kilka razy.

– Ojej, przepraszam – powiedział Mlaskier. – Ale nie wiedziałem, że będzie pan tu akurat przelatywał.

Pac al Pruk nie stracił koncentracji. Jednym zwinnym ruchem wrócił do postury ataku, wyjął z rękawa zabójczą gwiazdkę Shuriken i cisnął nią w kierunku Gejralta. Wejdźmin, korzystając z Wejdźmińskich refleksów, spojrzał na lecące ostrze, wyjął z koszyka bułkę kajzerkę i przytrzymał tak, że gwiazdka przekroiła ją na pół i poleciała dalej.
– Dziękuję – powiedział z zadowoleniem. – Doprawdy nie wiem skąd pan wiedział, że mam ochotę na bułkę.

– Ja też – krzyknął Mlaskier. – Łap masło, a ja poszukam dżemu!
Mlaskier rzucił kostkę masła na koc obok Wejdźmina. Pac al Pruk, który właśnie biegł w jego kierunku ze sztyletem wdepnął w nią, poślizgnął się i wpadł w kolczaste krzaki.
– Ojej, musi pan trochę uważać – powiedział Gejralt patrząc za nim sceptycznie i kręcąc głową. – Ale my się chyba nie znamy? Bardzo nam miło, że dołączył pan do naszego pikniczku.

Skrytobójca wyskoczył z krzaków cały poharatany i rozejrzał się za swoim sztyletem, który wypadł mu z ręki podczas upadku. Zobaczył go w ręku Mlaskra, który smarował sobie za jego pomocą kanapkę dżemem.
– Wziąłem pana nóż – powiedział grajek. – Znalezione nie kradzione. Bardzo ładny.
– W rzeczy samej – dodał Wejdźmin i ziewnął.

Pac al Pruk widocznie nie docenił tych potężnych wojowników. Wygrzebał z tajnej skrytki za pasem kulkę z trującym gazem i cisnął między Wejdźmina a Mlaskra siedzących na kocu. Kulka nie zdążyła jednak wybuchnąć, bo Wejdźmin złapał ją w locie, obejrzał z zaciekawieniem i podał Mlaskrowi.
– Co to? – powiedział Mlaskier i dodał ją sobie do kanapki.
– Chcę gryza – powiedział Gejralt.

Pac al Pruk po chwilowym szoku uznał, że z jakiegoś powodu sztuczka z trucizną zadziałała nawet lepiej, niż przewidywał. Jednym saltem do tyłu skrył się za pniem i czekał aż jego ofiary wyzioną ducha.

Kiedy kwadrans później wystawił głowę żeby upewnić się, że nie żyją, zobaczył że Mlaskier i Wejdźmin wciąż siedzą i, co gorsza, patrzą na niego żując gumę z dość tępymi minami. Przed nimi na rozkładanym stoliczku stał imbryk i małe, różowe filiżanki do herbaty.

– Myśleliśmy, że już pan nie wyjdzie – powiedział Wejdźmin. – Że może zabrakło tam panu papieru, albo coś takiego. Herbatki?
– Swoją drogą, bardzo smaczna kulka – dodał Mlaskier z aprobatą. – Trochę paliła w gardle, ale po tym wszystkim co my na codzień pijemy mogłaby być jeszcze trochę mocniejsza.
– Aha. Przykro mi, ale pana nóż do kanapek jest taki ładny i błyszczący, że postanowiliśmy go sobie zatrzymać. Jak pan chce to musi pan sobie kupić drugi. Zaraz po drugiej stronie rzeki jest sklep. ‘U Złomana’ .

Skrytobójca stał skonfundowany i patrzył na nich wytrzeszczonymi oczami. Odebrali mu broń. Ale tak łatwo się nie podda. Pobiegł w stronę rzeki. Kupi nową. Obojętnie. Siekierę. Wróci. I ich zabije.

– Panie Gościu! Most jest tam – krzyknął za nim Mlaskier.
Zabójca biegnąc skręcił we wskazaną stronę bez słowa. Po chwili Wejdźmin i Mlaskier usłyszeli ciągnący się, coraz cichszy wrzask zakończony głośnym pluskiem i spojrzeli na siebie pytająco. Po jeszcze dłuższej chwili ujrzeli kompletnie mokrego Pac al Pruka, który szedł powłócząc nogami.

– Aaaa. Zapomnieliśmy powiedzieć, że w moście jest dziura – powiedział Wejdźmin.

– Tak naprawdę chcia… chciałem być… ogrodnikiem – głośno łkał owinięty pluszowym kocem Pac al Pruk. – Hodować kwiaaatkii.
Gejralt i Mlaskier kiwali głową ze zrozumieniem.
– To bardzo ładnie. A jakie pan najbardziej lubi?
– Bratki i ho.. Ho.. Hortensje. Bardzo ła… ładnie pachną.
– Jeszcze herbatki? – zapytał łagodnie Wejdźmin.
– Taak. Poproszę – powiedział skrytobójca przez łzy. – Lubię herbatkę.
– Z miodkiem?
– Ta… Tak.

Pac al Pruk, przygarbiona figura na tle zachodzącego słońca, odjeżdżał w dal na swoim osiołku. Obejrzał się jeszcze przez ramię i ujrzawszy Wejdźmina i Mlaskra wesoło machających do niego chusteczkami na pożegnanie, zamyślił się głęboko i westchnął.
Zrezygnowany otworzył ładnie zapakowany prezencik, który dostał od nich na pocieszenie. “Ja Pierdolę. Wersja powiększona.” – przeczytał na etykietce. Czekała go długa droga do domu, więc równie dobrze mógł się napić czegoś dobrego, żeby się nie dłużyła.

Rozdział IX – „100000 lat Zołmana”

Trzy dni później, wszystko wróciło do normy.

Zołman próbował strącić dyndającego na gałęzi towarzysza długim patykiem. Mlaskier wlazł jeszcze wyżej, więc krasnolud machnął ręką i usiadł na kamieniu.

– To nie złaź. – powiedział.

Mlaskier zlazł i położył się na ziemi twarzą w dół. Krasnolud jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu wygrzebał sobie z leżącej obok torebki Gejralta przypadkową butelkę, którą wypił jednym haustem bez czytania i zamilkł. Mlaskier, widząc że jego zachowanie nie irytuje już krasnoluda wstał i otrzepał się.

– Gejralt? – krzyknął. – Chcesz pobawić się w dom?

– Nie teraz! – odpowiedział Wejdźmin, który właśnie wyłonił się z wysokiej trawy. – Zbieram jagódki.
– Zołman coś wypił.
– Eliksir Ja Pierdolę – przeczytał Gejralt na butelce wciąż trzymanej przez Zołmana, który siedział zapatrzony w przestrzeń – Ha ha.
– Co to robi?
– Sprawia, że czas mija ci wolniej.
– Jak to wolniej?
– Wydaje ci się że każda minuta to około, no niech pomyślę… owoc ostrokrzewu, tak, jakieś siedemset lat.
– Ja pierdolę! – ucieszył się Mlaskier szerokim uśmiechem – Ale będzie zły jak mu przejdzie. Długo to trzyma?
– Wypił tylko trochę. Jakieś piętnaście minut. Zdążymy rozbić obóz.

– Człowiek całe życie uczy się na błędach. – powiedział Mlaskier tydzień później wylewając na trawę resztki gulaszu z szyszek. – Znowu film nam się urwał.

Gerjalt beknął i zachichotał. Po chwili jednak spoważniał.

– Mogło być gorzej. – stwierdził – Podobno nie można łączyć eliksirów z szyszkami.
– A co niby miałoby się stać?
– Nie wiem. Tak mówi legenda.
– Srenda. Zołmanowi nie powininno już minąć to Ja Pierdolę?
– Powinno. Ale…
– Co?
– Nie minęło.

– RATUNKU! – głos dochodzący od strony ścieżki odbił się echem po drzewach.

Mlaskier poderwał się na nogi, zerwał szyszkę z drzewa, wplótł ją sobie we włosy i usiadł z powrotem śmiejąc się cicho. Gejralt, bardziej czuły na ludzkie nieszczęście, przyglądał się uważnie swoim pomalowanym na srebrno paznokciom. Ale zerknął na nadbiegającą postać.

– Dziewczyna w opałach – powiedział. – Albo może umięśniony mężczyzna? W opałach. Z wysokim głosem. Tutaj! Tutaj!

– Ratujcie!

Tajemniczy gość okazał się jednak dziewczyną. Gejralt przewrócił oczami.

– Przed czym? – odkrzyknął.
– Wonszołak panie! Wonszołak!
– Wonszołak? – zapytał Mlaskier.
– No. Brzmi jak robota dla Wejdźmina – powiedział Gejralt z uśmieszkiem i zatrzepotał rzęsami.

Mlaskier, ubrany w dół od bikini i kapelusz z wypchanym ptakiem przytaknął i z całej tej ekscytacji zjadł garść piasku.

– Idziecie czy nie?! – krzyczała nieznajoma przez łzy.
– Tak – powiedzieli w tym samym momencie.
– A Zołman? – zapytał Mlaskier. – Zostawimy go tu samego?
– Lepiej nie. Kilkadziesiąt tysięcy lat samotności mogłoby mu zaszkodzić.

Dziewczyna zaprowadziła ich do ojca – sołtysa wioski Polędwica. Wioska ta znana była w okolicy z tego, że spośród wszystkich dziesięciu mieszkańców czterech było kozami. Przed chatą zaparkowali Pupkę z przerzuconym przez jej grzbiet Zołmanem.
– Panie wejdźmin, ratujcie – mówił Sołtys. – Mamy tu jakiego wonszołaka. Czai się to po lesie i jak kogo dorwie to potem chłopy z wioski nie mają siły chodzić. Ani siedzieć.
– Tak. Wonszołaki mają to w zwyczaju – powiedział Gejralt. – Najczęściej przy pełni księżyca, człowiek dotknięty wonszoksiężycołakopotworonomią przeistacza się i rusza… na łowy.
– Panie, a gdzie mnie wiedzieć takie rzeczy. To wyście specjalista.
– Tak. Wiadomo kto to?
– Nie wiadomo. Ale moja córka, Kasia, słyszała więcej.

Kasia spłonęła rumieńcem.

– Od tygodnia ani jeden ludź po zmroku nie wyjdzie z domu – powiedziała. – Teraz po wsi mówią, że potwory są dwa. Jeden ma szyszki we włosach a drugi srebrne pazury.

Gejralt i Mlaskier spojrzeli na siebie. Wejdźmin włożył ręce do kieszeni a Mlaskier wygrzebał coś ze swojej głowy i zjadł, chrupiąc powoli i głośno w ciszy, która zapadła. Sołtys patrzył wyczekująco.

– Niestety nie możemy wykonać zlecenia, gdyż miecz mi się wygiął. Właśnie teraz – powiedział wejdźmin zdecydowanym tonem.
– Jak to się wygiął? – zapytał zrezygnowany sołtys – Miecz? Ze stali?
– Z czekolady – poprawił Gejralt. – Do widzenia. Mlaskier, chodź.

Wioska Polędwica była już tylko jasną kropką na horyzoncie.
– Nigdy więcej szyszek i eliksirów – stwierdził wejdźmin zakładając uzdę na jakiegoś konia, gdyż Pupka zajęta była przez Zołmana. – Dobra Pupka.
– Człowiek całe życie uczy się na błędach – powiedział Mlaskier zakopując butelki. – Patrz, Zołman drgnął. Chyba mu przechodzi.

– Ja Pierdolę – powiedział cichutko krasnolud, wrzasnął, wytrzeszczył oczy, spadł z konia i pobiegł do lasu.
– Krasnolud też – dodał filozoficznie grajek patrząc jak Zołman biega między drzewami wydzierając się wniebogłosy.

Rozdział VII – „Baba Wodna”

Baba wodna przeciągnęła się na swoim leżu i jeszcze przez chwilę tępo patrzyła w sufit jaskini. O tej porze roku na moczarach powietrze było wilgotne i całą norę porastały mchy w kolorach zgnilizny – gustownych i, o ile Baba Wodna znała się na modzie, całkiem modnych.

Na śniadanie Baba zjadła paluszki ludzkie z glonami, po czym przyszedł czas na odświeżającą kąpiel w kupach przytarganych pieczołowicie z pola sołtysa Żytowita z leżącej tuż za wzgórzem wioski.
Baba wodna, trzykrotna laureatka mistrzostw moczarów na najbardziej Śmierdzące Pachy i Pachwiny, od razu poczuła się lepiej.

Po kąpieli był czas na tradycyjny poranny spacer w poszukiwaniu grzybów, ziół i zwłok. Baba ubrała się w swoją najładniejszą, wyjściową podartą starą szmatę i pieczołowicie natarła ciało wywarem z glizd i suszonego odbytu skunksa. Po zakończeniu toalety zrobiła już kilka człapiących kroków w stronę wyjścia i stanęła jak wryta.
– Grrrhhhhhhhh! – zdziwiła się.

W wejściu do jaskini była głowa. Zwisały z niej długie, srebrne włosy z pasemkiem na środku, a po drugiej stronie przyczepiona była reszta ciała ubrana w kolczugę z cekinów oraz baletki z koziej dupy.

Jednym słowem wejdźmin.

Baba, poważany w pewnych kręgach autorytet w dziedzinie teorii aerodynamiki Skoków do Gówna, wielkim susem odskoczyła w drugi koniec jamy i wyszczerzyła kły. Wejdźmin stał nieruchomo z mało inteligentnym wyrazem twarzy, ale Baba nie urodziła się wczoraj. O wejdźmińskich sztuczkach opowiadały legendy.

Wiedziała, że walczy o życie. Charcząc złowrogo skoczyła i uczepiła się ściany jaskini, zagarnęła ze szczeliny skalnej garść śmierdzącego błota i odbiła się w stronę sufitu, w locie dokonując półobrotu i rzucając nim w twarz wroga. Widząc że nie spudłowała, zawisła na suficie do góry nogami, czyhając na dogodny moment do skoku i przebicia szponami oślepionego zabójcy.

– Fuuuuuuuuuuj! – wejdźmin tupał nogami i pospiesznie wycierał twarz różową chusteczką, którą wyjął z pluszowego etui. Zamiast atakować, popsikał się jeszcze jabłkowymi perfumami.

To musiał być jakiś podstęp. Baba postanowiła, póki co, pozostać niezauważona. Kiedy Wejdźmin oczyścił mokre od łez oczy, położył ręce na biodrach i westchnął głośno.

– Ładnie to tak? Przyszedłem po cukier! Dla konia Pupci. O boże, jak tu brudno – jęknął, rozglądając się z niesmakiem po gustownie, zdaniem Baby Wodnej, urządzonym wnętrzu.

– A to? – Baba spojrzała na wskazaną palcem przez wejdźmina kupkę kości. – Oooo nie. No tak to nie może być. Proszę natychmiast zejść z sufitu.

Zdezorientowana Baba, przykładna i szanowana przez inne trupojady obywatelka Grzązkich Bagien, wpatrywala się w przeciwnika, i charcząc z dezorientacji, z hukiem spadła na dno jaskini. To musiał byc koniec. Wejdzmiński urok zadziałał, w każdej chwili miał spać na nią cios miecza.

– Dalej, dalej. Samo się nie posprzata – kontynuował wejdźmin.

Baba, chodzący przykład determinacji w dążeniu do wyznaczonych celów, podniosła wzrok na wroga, który wpatrywał się w nią znacząco i ostatkiem sił, rycząc, z nienacka skoczyła na niego wystawiając szpony. Wejdźmin jednak nie przejął się tym zbytnio i robiąc unik wcisnął w nie mopa.

Jaskinia lśniła czystością. W wypolerowanych kamieniach można było się przejrzeć, a w powietrzu unosił się zapach lawendy.

– I co, nie było tak źle – powiedział wejdźmin paląc cienkiego papierosa. – Warto by było jeszcze zaopatrzyć się w cukier. Choćby dla gości – wejdźmin popatrzył na babę sceptycznie. – A tak, muszę szukać dalej.
Gejralt opuścił jaskinię mrucząc coś pod nosem.

– Grhh – zacharczało ze zrezygnowaniem stojące wciąż na środku monstrum, ubrane w śnieżnobiały fartuszek, który pożyczył mu wejdźmin.

Baba, nowoodkryty talent w dziedzinie Higieny Jam i Nor, wróciła do leża.

Rozdział V – „Miasto elfów”

Miasto elfów mieściło się w całości na gigantycznym drzewie z licznymi dziuplami przerobionymi na sale i pokoje. Wejdźmin i Mlaskier zostali wprowadzeni do sali tronowej przez Yondra, który następnie otworzył okno, wszedł na parapet i wyskakując popełnił samobójstwo.

– Gejralt, Yonder chyba nie żyje – zagaił Mlaskier.
– Nie znasz się na elfich zwyczajach. Każdy elf musi umrzeć co jakiś czas, aby odrodzić się z popiołów jak Feniks.
– Naprawdę?
– Nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ale gdyby tak było to byłoby, popraw sobie stringi, ciekawe.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – rozległ się głos króla elfów zasiadającego na tronie w drugim końcu sali. Król Dydelf nie był znany z cierpliwości. – Tak lepiej. Wejdźmin i słynny miszcz Mlaskier we własnej osobie. Pewnie zastanawiacie się, czemu zawdzięczacie tę przyjemność.

– Przyjemność? – Gejralt spojrzał pytająco na Mlaskra.
– Też nie wiem o co chodzi.
– Kurwa! Tak się mówi – król uniósł brwi. Na kilkanaście sekund zapadła cisza, po czym kontynuował. – Jestem Dydelf. Odzywacie się tylko za moim pozwoleniem – poczekał, upewniwszy się, że zrozumieli. – Dzisiejszego wieczoru odbędzie się tu uczta, podczas której moja córka, Sralineczka, stanie się pełnoletnia. O północy uwolnimy dżina aby zdjął z niej klątwę ciążącą na niej od urodzenia. Sralineczka ma tylko jeden cal wzrostu. Trzymamy ją w akwarium. Po dzisiejszej nocy po raz pierwszy będzie mogła odzyskać normalny rozmiar i spojrzeć swojemu ojcu prosto w oczy. Nie może się doczekać. Ja też nie mogę.

Gejralt dłubał w nosie, ale nagle uśmiechnął się szeroko.
– Jaaa… – powiedział – Będziemy gośćmi honorowymi! Mlaskier, czy ty to rozumiesz? Uczta specjalnie na naszą cześć!
Mlaskier wyrwał sobie kępkę włosów z głowy i zjadł ją, uśmiechając się błogo.

– Nie, kurwa. Co jest z wami nie tak? – król wytrzeszczył oczy. – Wejdźmin będzie ochraniać uroczystość, na wypadek gdyby pojawili się nieproszeni goście. A ty, Mlaskier, zaśpiewasz piosenkę. Co umiesz?
– A będą na sali jakieś dzieci?
– Tak.
– W takim razie… – Mlaskier zamyślił się. – Nic. Czy mogę prosić o wodę?
– Dobrze. – mówił dalej król po głębokim oddechu. – Mlaskier coś wymyśli. Przynieście mu tę, kurwa, wodę. Wejdźmin będzie wypatrywał intruzów i pilnował, żeby nic nie stało się karafce z zamkniętym w niej dżinem. Mamy tylko jedno życzenie i nie możemy go zmarnować.

Jeden ze strażników przyniósł Mlaskrowi szklankę z wodą.

– Nie, dziękuję – strażnik odszedł z wodą.

– Jak mówiłem – ciągnął król – Będzie to bardzo ważna ceremonia w historii naszego…

– Mogę o coś zapytać? – Wejdźmin podniósł rękę.
– Nie możesz.
– Naprawdę masz na imię Dydelf?

Chwila ciszy.

– Nie, naprawdę mam na imię Mateusz – odpowiedział król.
– Ha, wiedziałem. Mlaskier, wisisz mi wiesz co.
– Naprawdę mam na imię Dydelf, kretynie! Zamknąć się. Na czym to stanęliśmy?

– Ja wygrałem, teraz ty mi wisisz. – Mlaskier patrzył na wejdźmina z politowaniem.

Król schował twarz w dłoniach i został w takiej pozycji dopóki Gejralt i Mlaskier sobie nie poszli. Kiedy zamknęli drzwi, usłyszeli za sobą coś jakby ciche chlipanie.

– Gejraaalt – powiedział Mlaskier przeskakując z nóżki na nóżkę – Co on mówił, że będzie na tej uczcie?
– Nie słuchałem – przyznał się Wejdźmin. – Chyba, że będzie dżin. Mam nadzieję, że z tonikiem.
– Nie lubię dżinu. Lubię martini.
– Może też będzie.
– Z oliwką? – ucieszył się Mlaskier.
– Możliwe.

Wejdźmin przechadzał się wśród dostojnie ubranych gości szukając upragnionego dżinu, ale bez rezultatu. Mlaskier znalazł co prawda martini, które trzymał w ręku w kieliszku na wysokiej nóżce, ale niepocieszony przeszukiwał wszystkie stoły w poszukiwaniu oliwek. Na tę okoliczność ubrał się w wieczorowe leginsy i szlafmycę. Wejdźmin miał na sobie cienkie body, a także wypił eliksir „Żakiet”, który sprawiał, że użytkownik myślał, że ma na sobie gustowny żakiet. Zastanawiał się właśnie, czy wypić jeszcze eliksir „Spodnie”, kiedy coś przykuło jego uwagę.

Na środku sali stał piedestał z umieszczonym na nim kwadratowym akwarium. Wewnątrz pojemnika stworzono miniaturowy ogród z drzewkiem bonsai, domkiem dla lalek i kołowrotkiem. Na malutkiej ławeczce siedziała Sralineczka.

– O boże! – ucieszył się Gejralt – Jakie to słodkie!
– Spierdalaj! – odpowiedział cieniutki głosik królewny.
– Ale kto to jest taki malutki?! – Wejdźmin uśmiechał się szeroko – Aj ti ti ti! – pogmerał królewnę po główce palcem.
– Niech no wybije północ i urosnę! – krzyczała, a raczej piszczała cichutko Sralineczka – Wtedy się policzymy! Zabieraj paluchy! Ratunku!

Wejdźmin chwycił ją palcami za tył sukienki i otwierając dach domku dla lalek włożył ją do środka. Złapał się pod boki i z zadowoleniem przyglądał się jak królewna wybiega ze środka i macha do niego rączkami. Obie piąstki miała zaciśnięte, prostując tylko po jednym środkowym paluszku.

– Muszę to pokazać Mlaskrowi! – powiedział i rozejrzał się po sali, ale jego towarzysza nie było w zasięgu wzroku. Trzeba było go znaleźć. Z całych sił skupił się aby uruchomić wejdźmińskie zmysły, pierdnął, i skupił się, ostrożniej, jeszcze raz.

Podążając za śladami dotarł do wrót balkonowych i wyszedł na zewnątrz. Balkon, który mieścił się na platformie z desek ułożonych na rozwidlonym konarze był nieduży. W kącie, na podłodze siedział Mlaskier i głośno łkał przytulając kieliszek wciąż pełen martini. Wejdźmin przytulił go i pogłaskał.

– Co się stało? – zapytał delikatnie.
– Nie ma oliwki. Nigdzie nie ma. Nie maaaaa – Mlaskier wysmarkał się w rękaw Wejdźmina. – Martini bez pływającej w środku małej, soczystej oliwki to gówno, nie martini!
– A nie może być coś innego? – zapytał Gejralt. – Na przykład winogronko?
Mlaskier spojrzał na niego pełnymi łez oczami i rozryczał się tak, że już w ogóle nie dało się nic z niego zrozumieć.
– No już, już – powiedział Gejralt. – Jak znajdę to ci przyniosę.

Wejdźmin wstał i wrócił na salę, uprzednio przywiązawszy Mlaskrowi nogę do gałęzi na wypadek gdyby ten w desperacji podążył w ślady Yondra. Postanowił jeszcze pogmerać królewnę po główce. Kiedy dotarł do akwarium, ta ostrzyła mały nożyk krzemieniem i zawiązała sobie na czole czerwoną przepaskę. Wejdźmin przyglądał się, żałując że Mlaskier nie chce przyjść. Bez Mlaskra to jednak nie było to samo. Wypił sobie eliksir „Coś Fajnego”, popił szklanką spirytusu z pobliskiego stołu i lekko się zataczając wmieszał się w tłum aby poszukać innych atrakcji.

Niedługo później wybiła północ. Rozległ się dźwięk dzwonów. Na ambonę wszedł król elfów i uciszył wszystkich gestem.

– Dziękuję wszystkim za przybycie – ogłosił Dydelf. – Jak wiecie, ten wieczór znaczy wiele dla przyszłości mojej rodziny, a także wszystkich elfów. Za chwilę otworzymy karafkę z dżinem, który, uwolniony, spełni wypowiedziane życzenie w myśl którego moja córka, Sralineczka, odzyska należną jej postać. Będę musiał jednak prosić gości o wyrozumiałość. Królewna będzie musiała zostać z dżinem sama, ponieważ owa magiczna postać spełni życzenie pierwszej osoby, przy której się zatrz…

TSK!

– Co to było? – Dydelf rozglądał się po sali. Jego wzrok spoczął na wejdźminie, który trzymał zdobioną karafkę w ręku, a w ustach miał korek.
– Żnalażłem dżyn. – powiedział – Ale gdże jeszt tonik?
– O kurwa – powiedział Dydelf.

Karafka rozświetliła się niczym piorun. Wejdźmin upuścił ją krzycząc “ojej!”. Ze środka wydobyła się chmura niebieskiej pary, która formując się w niewyraźny kształt postaci zaczęła krążyć po pomieszczeniu, a następnie wyleciała przez wrota balkonu na zewnątrz. Dydelf dopadł do Gejralta i wymachując rękami nie potrafił znaleźć słów.
– DŻIN! – w końcu mu się udało. Złapał Gejralta za fraki – Zrób coś! Złap go idioto! Co ty masz w kieszeni?

Wejdźmin zarumienił się.

– Spokojnie, poleciał na balkon – powiedział gwałtownie puszczony przez Dydelfa – Pewnie się przewietrzyć. Siedział w środku kilka tysięcy lat. Zaraz wróci i nikt nie ukradnie twojego życzenia. Na balkonie jest tylko Mlaskier, a czego on mógłby sobie ży…  Wejdźmin zbladł, zastanowił się chwilę i pobiegł w stronę balkonu. Król i kilku strażników pobiegło za nim. Z akwarium na środku sali dobiegało ciche, zbulwersowane popiskiwanie.

Kiedy dobiegli do wrót, zobaczyli Mlaskra, który uśmiechał się przez łzy i wiszącego nad nim potężnego dżina.

Plum! – rozległo się w ciszy.