Rozdział III – „Ogórkiem i magią”

W Koxenfurcie panowało jakieś zamieszanie. Przed bramą stało dwóch strażników i tłum niezadowolonych przechodniów, których nie wpuszczono do środka. Wejdźmin przepychał się łokciami w kierunku bramy figlarnie pojękując, a w ślad za nim przeciskał się ubrany w różową tunikę i stringi Mlaskier.

– Przejścia nie ma – warknął na nich strażnik kiedy dotarli do wrót. Poprawił też spodnie patrząc na Mlaskra, który puścił do niego oczko.
– Nie ma, nie ma. Co się stało? – wejdźmin skrzyżował ręce na piersi i patrząc sceptycznie ułożył usta w dzióbek.
– Z zoo uciekły dymony. Dopóki nie przyjedzie wojsko zrobić z nimi porządku, przejścia nie ma.
– Doskonale! – ucieszył się Gejralt, a następnie zdecydowanie zbyt mocno zbliżył się do strażnika. – Wiesz. Jestem wejdźminem – szepnął mu do ucha.
Strażnik co prawda nie wiedział co to jest wejdźmin, ale bardzo szybko uznał, że wpuszczenie tych dwóch idiotów do miasta pełnego dymonów przy odrobinie szczęścia sprawi, że następny raz, kiedy będzie musiał ich oglądać, nastąpi dopiero przy liczeniu ofiar.
– Wchodźcie! – krzyknął strącając rękę wejdźmina ze swojego tyłka.

– Gejraaalt? – Mlaskier szedł za wejdźminem przeskakując z nóżki na nóżkę.
– Coo? – wejdźmin szedł przed Mlaskrem również przeskakując z nóżki na nóżkę.
– Co to właściwie są te dymony?
Dymony wyglądały jak wielkie, włochate goryle, których jedynym zajęciem były czynności prokreacyjne z wszystkim co wykazywało choćby najmniejszą skłonność do ruchu. Z powodu siły fizycznej tych osobliwych potworów, ucieczka prawie zawsze okazywała się daremna. Koxenfurckie zoo było w posiadaniu sporego stada, które najwyraźniej znajdowało się teraz na wolności. Nic dziwnego, że ludzie bali się wychodzić z domu. Wejdźmin wyjaśnił to Mlaskrowi.
– Wytrzyj się, jesteś cały w ślinie – powiedział później podając mu różową chusteczkę.
Mlaskier mlasnął i zachichotał.
– To gdzie te dymony? – zapytał. – Hej, czy to Zołman?
Krasnolud stał na środku ulicy i zobaczywszy ich szybko rozejrzał się na boki, ale w końcu westchnął ze zrezygnowaniem i podszedł.
– No tak, kogo mogła przyciągnąć taka okazja – powiedział. – Nie macie tu czego szukać. Przyszliśmy z Dyrdymałem ubić te dymony, ale nigdzie ich nie ma. Przeszukaliśmy całe miasto. Oczywiście Dyrdymał cały czas osłaniał mi tyłek magicznym korkiem. A potem zniknął. Więc teraz w zasadzie uciekam.

Zza krzaka wyłonił się cień. Zołman przyjął postawę wojenną unosząc topór, wejdźmin podskoczył krzycząc: „ojej!”. Mlaskier się popłakał.
– To tylko ja – rzekł czarodziej Dyrdymał prostując się do swojej pełnej wysokości niemal dwóch metrów w kapeluszu. Kapelusz mierzył półtora metra. Mag wyglądał na bardzo starego i nosił długie, cienkie wąsiki zwisające aż do ziemi. – Byłem kupę.
– Ha ha – Mlaskrowi widocznie poprawił się humor. – Ale wąsy to masz pedalskie!
Czarodziej spojrzał na Mlaskra w jego tunice i prześwitujących różowych stringach, a potem pytająco na Zołmana.
– Nie zwracaj uwagi – krasnolud machnął ręką. – Gdzieś ty, kurwa, był? Wyobrażasz sobie co by się stało, gdybym w tym czasie trafił na dymony sam?
– Cicho – czarodziej podrapał się po brodzie. – Mam pewien pomysł.
Mlaskier sobie mlasnął, a wejdźmin tępo patrzył przed siebie dłubiąc w nosie.
– Jest tylko jeden sposób, żeby dowiedzieć się co się stało – mówił dalej czarodziej. – Potrzebujemy świadka. Niestety, strażnik, który pilnował klatki zaginął. Będziemy musieli go tu sprowadzić.
– Ale nie wiemy gdzie jest – przypomniał Zołman. – Bo zaginął. Mlaskier, kurwa, wyjmij stamtąd palec.
– Ale wiemy, gdzie był. Dlatego użyjecie magii – Dyrdymał starał się pozostać skoncentrowany. Wejdźmin ukradł ogórek z pobliskiego straganu i schował się w krzakach. Mlaskier oblizywał palec. – Użyjecie magii do sprowadzenia go tu z przeszłości, a dokładnie tuż sprzed momentu zniknięcia dymonów.
– Użyjemy?
– Użyjecie, bo ja się stąd zmywam – powiedział czarodziej, w zamyśleniu przyglądając się Mlaskrowi, który zdjął stringi i założył je sobie na głowę.

– Wszyscy na stanowiska – powiedział Zołman. – Robimy tak jak kazał Dyrdymał. Gejralt pilnuje okolicy, na wypadek gdyby pojawiły się dymony. Ja zamykam się w kawiarni na cztery spusty, na wypadek gdyby pojawiły się dymony, a Gejralt by uciekł. Wlewam do kotła wywar, który wywoła magiczną reakcję i sprowadzi tu naszego strażnika. Mlaskier, zrobiłeś wywar?
– Tak. Zrobiłem – Mlaskier podał czarodziejowi butelkę.
– Na pewno nie pomyliłeś składników?
– Zielony owoc mandragory, korzeń czerwonego suchokrzewu, kropla krwi wyciśnięta z komara i niebieskie płatki z miejsca zbrodni. Wtrząśnięte, nie mieszane. Zgadza się?
– Zgadza – krasnolud uspokoił się trochę. – No dobra. Idę.

– Mlaskier…? – powiedział chwilę później wejdźmin.
– No?
– Przecież ty jesteś daltonistą.
– Pocałuj mnie w dupę – zmarszczył czoło Mlaskier. – Wcale nie. Przysięgam na moje niebieskie stringi.

Z komina kawiarni wyleciały magiczne iskry. Było wiadomo, że reakcja zadziałała. Musiała zadziałać niespodziewanie dobrze, bo jak na sprowadzenie jednego strażnika sprzed kilku dni w przeszłości, efekty świetlne były wyjątkowo spektakularne. Po chwili z komina wyleciało tyle światełek, że wszyscy musieli na chwilę zamknąć oczy. Wejdźmin golił nogi ostrzałką do miecza i patrzył na drzwi, ale krasnolud nie wychodził. Mlaskier dreptał w kółko; w końcu poszedł zajrzeć przez okno, czy osiągnięty został pożądany rezultat.
– Zołmaaan? Wszystko w porządku? – zawołał. – Gejralt, widzę Zołmana. Jest cały blady i stoi w bezruchu.
– Może zamarzł? – Wejdźmin naprawdę chciał być pomocny.
Mlaskier zbliżył twarz do okna i osłonił oczy dłońmi, aby lepiej widzieć.
– Ojej! – zawołał. – Gejralt!
– No?
– Już wiem gdzie się podziały tamte dymony!

Rozdział I – „Zołman”

Ślady japonek zostawione na śniegu okrążały drzewo i ginęły w zagajniku. Krasnolud Zołman, który nie miał wątpliwości co to oznaczało, podrapał się po karku, odwrócił się na pięcie i pospiesznie zrobił pierwszy krok do przodu. Kiedy nic się nie stało, przyspieszył aby czym prędzej się oddalić.
Nie zdążył. Głos, który dobiegł zza jego pleców nie dawał nadziei na odwrót.
– Kurwa – jęknął krasnolud.
Źródło dźwięku zbliżało się szybko. Zołman westchnął i mrucząc coś pod nosem obejrzał się przez ramię.

Mizernę dałoby się ciąć w locie toporem i zyskać na tyle czasu, żeby uciec lub dobić potwora póki ten byłby jeszcze w szoku. Może nawet runąłby na tyle szczęśliwie żeby skręcić kark i byłoby po robocie. Ale to nie była mizerna.

– Juhuu! – ten głos i towarzyszący mu blask cekinów w promieniach wieczornego słońca krasnolud znał zbyt dobrze. Gdyby nie to, że już i tak było mu kurewsko zimno, mógłby jeszcze spróbować zakopać się w śniegu. Kiedy w końcu wejdźmin Gejralt zrównał się z Zołmanem, z gracją zeskoczył ze zmarzniętego na kość konia Pupki i przeczesał ręką swoje srebrne włosy z pasemkiem na środku.

– Kogo widzą me oczęta!
Wystarczyłoby jedno celne cięcie, żeby szeroki uśmiech pełen perłowo białych ząbków znalazł się w zdecydowanie innym miejscu niż jego właściciel.
– Gejralt. Ze wszystkich miejsc… Co tu robisz?
– Poluję. Chodzą słuchy że w okolicy grasuje lasodymacz. Nie mogę go znaleźć.
Wejdźmin zachichotał bez widocznego powodu.
– Lasodymacz? – krasnolud skrzywił się ponuro. – Zresztą, nie chcę wiedzieć.
Wejdźmin uniósł brwi i zamrugał sceptycznie.
– Zołmaaaan, to wciąż się boczysz?
– Mam dobry powód.
– Oj już przestań, przestań. Krasnoludy znane są z dystansu do siebie. Przepraszałem. Zresztą trzeba było się nie nachylać. Masz coś do jedzenia?
– Nie. Szedłem do zagajnika po drewno na opał, bo zamarznąć idzie. Ale zmieniłem zdanie. A twój koń już chyba zamarzł.
Spojrzeli na trzęsącą się Pupkę, która, zagarnąwszy kopytem na stosik kilka zamarzniętych patyków starała się rozpalić ognisko.

Ogień, wzniecony pospiesznie wspólnymi siłami krasnoluda, wejdźmina i konia Pupki oświetlał twarze siedzących wokół niego postaci. Przyszedł już zmierzch i tak czy inaczej trzeba było przeczekać do rana. Gejralt zakończył właśnie medytację, podczas której wypił kilka eliksirów i natarł dokładnie miecz błyszczykiem truskawkowym. Usiadł obok Zołmana na pieńku, założył nogę na nogę, i podał mu zdobioną butelkę.

– Napijesz się?
– Ty wiesz, że dla normalnych ludzi wejdźmińskie eliksiry są silnie trujące?
– Ale jak już cię nie zabije, to cię wzmocni. Zresztą to jest Malibu z mlekiem kokosowym.
– Malibu? Gejralt, czyś ty do reszty… – krasnolud spojrzał na wejdźmina w jego delikatnej tunice, po czym westchnął i nalał sobie drinka.
– Będę musiał iść poszukać lasodymacza – powiedział Gejralt. – Mogę nie wrócić. Idziesz ze mną?
– Nie. Słuchaj, to Malibu jest jakieś słabe.
– Bo to nie krasnoludzki absynt, głuptasie – wejdźmin przerwał nasłuchując czegoś chwilę, po czym podniósł się powoli i zatrzepotał rzęsami.
Krasnoludowi wydawało się że z oddali dobiegało wycie. Brzmiało jednak podejrzanie bardziej zalotnie niż złowrogo.
– Na mnie pora.
– Co, kurwa? Ty poważnie idziesz do tego ciemnego lasu? – krasnolud zbladł na samą myśl.
Gejralt uśmiechał się jednak szeroko.
– Idę. Jest tam taka polanka… – wziął Pupkę za lejce i spojrzał na Zołmana. – Mam nadzieję, że będziesz tęsknił – puścił jeszcze oczko i zniknął w ciemności.
– Tak po prostu…  poszedłeś? – Zołman wciąż siedział przy ognisku czując dziwną pustkę. – Żebyś wiedział, że będę tęsknił. Będę…. Co ja, kurwa, gadam? A chuj. Idę.

W ciemnym lesie nie było widać ani Gejralta, ani wspomnianej polanki, i Zołman zaczął żałować, że opuścił ciepły obóz. Chwilę później pożałował tego stokroć bardziej. Krasnolud wzdrygnął się, spojrzał podejrzliwie w ciemność i pobladł.
– Mrrr… – usłyszał za plecami zalotnie mruczenie – Dzień dobry.
– O kurwa – szepnął.