Rozdział III – „Homo Moher”

Mlaskier kochał wszystkie dni. Kochał je tak bardzo, że ich nawet nie rozróżniał. Podobnie jak kolorów. Nie umiał także powiedzieć, która jest godzina i szczerze mówiąc, niewiele go to obchodziło. Lubił słońce i deszcz. Śnieg i mgłę. Kochał wschody i zachody słońca. Uwielbiał zapach róż, zbierać motyle i głaskać ptaszki. Nigdy nie skrzywdziłby muchy (no chyba, że był głodny) i bardzo dobrze wiedział, że jak ktoś jest smutny, to należy go przytulać. Czasami spędzał całe poranki mocząc stopy w górskim strumyku i podziwiając migoczące w wodzie promienie słońca, innym razem obejmował drzewa, głaskał trawę i cieszył się, kiedy ciepły wiatr przechodził mu przez palce i czesał jego falujące włosy.            Codziennie przyglądał się niebu i kształtom płynących chmur, a kiedy błękit przechodził w granat i na niebie pojawiał się księżyc – czekał na spadającą gwiazdę, zamykał oczy i wypowiadał życzenie.

– Mlaskier, kurwa! – wrzasnął Zołman. – Idziesz, czy nie? Leżeć mu się teraz zachciało, jakby nie wiedział, która już godzina. Przecież nie zdążymy!
Mlaskier otworzył oczy i posłusznie ruszył w kierunku przyjaciela.
– A gdzie Gejralt? – zapytał.
Zołman załamał ręce.
– Obudziliśmy się i go nie było. Nie pamiętasz?
Grajek pokiwał głową.
– Zostawił nam wiadomość – kontynuował. – Czeka na nas w ostatniej wsi przed górską przełęczą, czy coś takiego. Musimy tam dotrzeć o świcie.
Poeta podrapał się po głowie. Krasnolud westchnął.
– Piliśmy w Wyprutym Flaku. To pamiętasz…? – Zołman zastanowił się. – Ja w sumie też nic nie pamiętam.
– A skąd wiesz, jak iść? – spytał Mlaskier, rozglądając się po polanie.
– Idę śladem pustych flakoników po eliksirach…

Pierwszy promień słońca wpadający przez szczelinę w drewnianej ścianie zbudził wejdźmina. Pogromca potworów wstał, wyciągnął majtki z pomiędzy pośladków i przeciągnął się jęcząc.
– Gdzie to ja w ogóle jestem?… – mruknął pod nosem.
Wyjrzał przez okno. Rozpadający się znak z wypalonym napisem oświadczał, że jedyna chata w której spał, znajdowała się we wsi „Ostatnia Wieś”.
„O. Bardzo dobrze”, pomyślał, kiedy dobiegł go nieznany głos.
– Wcześnie pan wstaje.
Wejdźmin podskoczył, cofnął się, potknął o rozrzucone butelki wódki i wpadł w worki z ziemniakami.
Spojrzał na właściciela głosu i przewrócił oczami.
– Jasny gwint. Masz taki głosik, że już myślałem, że jesteś kobietą.
Odetchnął i wyszedł na papierosa.
Zanim się ubrał, zszedł ocucić się nieco w pobliskim strumyku.

– To kim w zasadzie jesteś? – zapytał Gejralt, wycierając się już w środku.
Młody, szczupły mężczyzna o jasnych krótkich włosach i wydatnej szczęce spojrzał na niego mrużąc oczy.
– Jestem Romek, przedstawiliśmy się sobie wczoraj.
– Naprawdę? Nie pamiętam.
– Przejeżdżał pan tędy, zatrzymałem pana, bo mój skowronek źle się czuł, a wy wejdźmini macie różne specyfiki… – przerwał chłopiec, wpatrując się w grymas na twarzy przybysza. – Naprawdę nic pan nie pamięta?
Gejralt przestał wycierać włosy, zerknął w bok i pokiwał głową.
– Powiedział mi pan, że doskonale zna się na ptakach, to pana zaprosiłem…
Wejdźmin przyjrzał się młodzieńcowi.
– Tak powiedziałem? – zapytał. – Hm. A ile ty masz w ogóle lat?
– Dwanaście.

Wejdźmin rozszerzył oczy i przygryzł dolną wargę.
Nic nie powiedział.

– Jedzie pan do Homo Moher, prawda?
– Skąd wiesz, że homo…?
– Wielu wejdźminów tędy przejeżdża. Zostawiają mi swoje konie, bo przełęcz jest dla nich zbyt niebezpieczna.
– A ci wejdźmini… Czy oni… No wiesz, też znali się na… Ptakach…?

Chłopiec poczerwieniał.
Gejralt wypuścił powietrze i podrapał się po czole.

– No to będę cię musiał zabrać ze sobą – rzekł. – Gratuluję. Według paragrafu pierwszego wejdźmińskiego kodeksu, właśnie cię zwerbowałem.

Zołman zszedł na pobocze i pochylił się.
– Eliksir „Ornitolog” – odczytał i wycelował buteleczką w dół urwiska. – Wcale się nie zdziwię, jak go zaraz znajdziemy urżniętego w trzy dupy pod jakimś drzewem.
Zołman często mówił sam do siebie. Każdy kto go znał wiedział, że myśli głośno i nie zawsze należy go słuchać.
– Jeszcze ta gówniana ścieżka – ciągnął. – Wąska jak dupa węża, jakby nie można było poszerzyć. Tylko czekać aż spadnie deszcz, a my pospadamy z tej skalnej półki. Mlaskier! – wydarł się nagle. – Zostaw te kamyczki, widzę jakąś chatę!

Pupka, przywiązana do słupka przed domem Romka zarżała, kiedy spostrzegła cztery oddalające się postaci. Przełęcz, którą musieli przebyć, nie była pobłażliwa. Wymagała odpowiedniego skupienia. Romek szedł pierwszy.
– Gejralt, pogramy w grę, co ją właśnie wymyśliłem? – zagaił Mlaskier, kiwając się na boki.
– No, a jakie są zasady? Nie kiwaj się, bo spadniesz.
– Złap zapałkę!
Gejralt, nie zastanawiając się zbytnio, złapał.
– Hi hi hi – roześmiał się Mlaskier. – Przegrałeś! Miałeś złapać zapałkę, a nie za pałkę!
– Nie wiedziałem, że masz zapałkę – rzekł, odbierając ją Mlaskrowi. – Dobra, teraz ja. Złap…
– Na litość boską – wtrącił Zołman. – Możecie chociaż raz w życiu iść normalnie?!
Wejdźmin spojrzał z góry na krasnoluda i przejechał siarczaną główką po skałach.
– Widzisz tę wypalającą się zapałkę, Zołmanie? – zwrócił się do niego. – Oto właśnie metafora mego życia – rzekł.
– Gejralt, co ty pieprzysz?
Wejdźmin spojrzał na siebie i Romka z nie byle jaką miną.
– Teraz akurat nic – odparł.

Chłopiec był nieco przerażony. Nie silnym wiatrem, który nim bujał. Nie przepaścią, która rozciągała się pod jego stopami, ani nawet mocno nadwerężonym mostem linowym, który przyszło mu przebyć, ale tym, co właśnie usłyszał. Chłopiec nie miał wyboru. Musiał odbyć pierwszy test… Drugi test sprawdzający jego fizyczne umiejętności, czyli w ogóle dotrzeć do Homo Moher. Uprzedzony przez wejdźmina wiedział, że jeśli powinie mu się noga, to trudno.

Homo Moher, pradawna forteca ulokowana na dwóch najwyższych szczytach w okolicy, napawała grozą. Strzeliste wieże, kraty w oknach, ostrokoły i czerwone ślady rozmazane na murach podejrzliwie pachnące martwymi truskawkami skutecznie odstraszały nieproszonych gości. Przed samą bramą panował przeszywający aż do kości chłód, padał deszcz i grzmiało. Zołman cofnął się o krok, bo krok wcześniej już nie padało.
Wejdźmin ominął deszcz i dopasował swój medalion do wyżłobienia w kształcie serca. Ciężka, czterometrowa zbrojona kolcami brama zaskrzypiała rozwierając się. Kłęby dymu wzbiły się w górę, powoli opadając.
Gejralt zamknął oczy i wciągnął powietrze nosem unosząc podbródek. Uśmiechnął się przy tym lekko. Do jego uszu dochodziły coraz głośniejsze dźwięki dudniącej muzyki. Zapach truskawek, odżywki do włosów i blask cekinów mieniących się na jego twarzy sprawiły, że się rozmarzył.
– Czuję się jak w domu… – wyszeptał.
– Gejralt, kurwa – zaczął Zołman. – Przecież ty jesteś w domu.
Wejdźmin przeszedł przez bramę tanecznym krokiem pozdrawiając sędziwego starca, który lał wodę ze szlaucha przed wejście i imitował dźwięki burzy, wesoło popierdując w coś na kształt trąby.

Homo Moher, kompleks zamkowy z siedemdziesięcioma eleganckimi pokojami, dziewięćdziesięcioma pięcioma łazienkami, jadalnią w kształcie serca, wyrafinowanym zespołem spa, czternastoma wykwalifikowanymi masażystami, sauną, rozległym dziedzińcem z licznymi basenami o osobliwych kształtach i eleganckim barem pośrodku, tętniła życiem. Grała muzyka z hitami z pierwszych list przebojów, drinki i ostrzałki do golenia nóg rozdawano tu za darmo, świeciło słońce, a na leżakach wygrzewali się błyszczący od olejków wejdźmini popijając kolorowe trunki. Inni pływali na różowych materacach przemierzając baseny wzdłuż i wszerz (no, głównie wzdłuż), lub zjeżdżali na fikuśnych ślizgawkach, co też czynili z wielką frajdą. Mlaskier pobiegł w ich stronę.

– Gejralt! Kupę lat! – zawołał Wazelin, najstarszy z wejdźmińskiego cechu i zarazem ojciec wszystkich wejdźminów, doskonały nauczyciel, stary zboczeniec i pierwszy imprezowicz. – Nic się nie zmieniłeś! Chociaż przydałby ci się odprężający masaż i jakaś maseczka na podkrążone oczy. Roberto, zajmij się Gejraltem. Zaraz zrobimy cię na bóstwo!
Wazelin rozłożył ramiona.
– Zołman! Ty tu chyba pierwszy raz? Witaj po tej stronie Homo Moher, gdzie w jacuzzi są oliwki, w martini pływają bąbelki, na drzewach rosną życzenia, a gruszki spełniają marzenia! Czy coś takiego. O! – wrzasnął nagle. – Gejralt, widzę że przyprowadziłeś nowego rekruta. No no, nada się. Chłopcze, możesz być z siebie dumny. Zostałeś… „zwerbowany” – rzekł, puszczając mu oczko – przez najlepszego wejdźmina, jaki stąpał po tej ziemi. Choć no tu, niech cię ucałuję!
– Nawet nie chcę na to patrzeć – burknął Zołman.

Masażysta pocierał ciepłe dłonie olejkiem kokosowym i z wielką gracją przyłożył je do idealnie gładkich, jasnych pleców, odgarniając uprzednio pasemka srebrnych włosów. Powietrze było ciężkie i senne. Słodkawe zapachy, czuły Roberto i iskrzący ogień rozluźniły roznegliżowanego wejdźmina.
– To co cię do nas sprowadza, Srebrny Wilku? – wtrącił Wazelin, przyglądający się Gejraltowi z drugiego końca sali. Palił fajkę waniliową uważając przy tym, by nie podpalić swej bujnej, fioletowej brody. – Przyszedłeś podszkolić młodych rekrutów?
– Hmm, nie – mruknął Gejralt w półśnie. – Już jednego młodego wczoraj wyszkoliłem… Tak jakby… niechcący.
– A więc?
– Nie chce mi się już tego masażu. Idę do sauny – odparł i zniknął w wielkiej drewnianej, parującej beczce.

Uroczysta kolacja była już prawie gotowa. Zniecierpliwieni rekruci siedzieli ciasno przy sercowym stole, wyczekując nadejścia legendy. Wielu znało Srebrnego Wilka tylko z opowiadań, toteż ekscytacja sięgała zenitu.
Na sali rozległ się pomruk zdumienia, a potem zbiorowe westchnienie. Gejralt, ubrany w biały dublet ze srebrnymi wstawkami, giętko zszedł ze schodków, przeczesał gęste włosy i spoczął na samym czubku sercowego stołu, uśmiechając się zalotnie. Wiedział, jak zrobić wrażenie.
– Może pralinkę? – odezwał się kelner.
– A żebyś wiedział – zaczął ochoczo Zołman, siedzący obok Gejralta.
– Zołmanie, nie jedz tego – rozkazał wejdźmin.
– A to niby czemu?
– Jak sama nazwa wskazuje, ta pra-linka to coś bardzo starego. Czyli nieświeża.
Zołman zdębiał.
– Jak prababcia. Albo prawidło – tłumaczył wejdźmin, wywracając oczami.
Krasnolud zjadł pralinkę.
– E he. A możesz mi w takim razie powiedzieć, co to jest „widło”? – zapytał.
– Taki duch, Zołmanie – szepnął Gejralt. – Nie zadawaj takich oczywistych pytań głośno, bo się będą z ciebie śmiać.
Kiedy Srebrny Wilk skończył opowiadać młodym rekrutom o swoich ostatnich przygodach, Zołman był już zbyt pijany, aby bronić się przed ściskającymi go wejdźminami. Mlaskier zaczął mówić wierszem. Było grubo po północy.

Gejralt zamilkł nagle. Wyciągnął zapałkę, odpalił ją i uniósł. Tańczący płomień odbijał się w jego zmartwionych, błyszczących oczach. Nikt prócz Wazelina nie zwrócił na to uwagi.
– Kończy mi się czas, Wazelinie – rzekł wejdźmin.
– Czas na co? – dopytywał nauczyciel.
– Przyjechałem zregenerować siły. Być może po raz ostatni.
– Jak zwykle dramatyzujesz, Gejralt.
– Nie tym razem. Jestem w czarnej dupie.
– Tak, słyszałem o Mundo.
Gejralt przewrócił oczami.
– Nie o to mi chodziło – odparł. – Być może niedługo będę potrzebował pomocy wszystkich braci.
– Powiesz mi, co się dzieje?
– Mmm… – wejdźmin zastanowił się. – Nie.
– Wiedz, że zawsze możesz na nas liczyć – wygłosił Wazelin i przysnął na moment.

Na sali skończył się alkohol i eliksiry, toteż większość wejdźminów popadła w czarną rozpacz.

– To co teraz będziesz robił? – dopytał Wazelin, ocknąwszy się na okrzyk „jest wódka!”.
Gejralt wzruszył ramionami.
– Jutro ruszam z powrotem do Wyrżnijmy, Fjutest ciągle mi wisi. Ale najpierw… – dodał, wychylił kielicha i wmieszał się w tłum młodych rekrutów.

Mlaskier wyszedł na zewnątrz. Przejechał palcem po czerwonej mazi na murach i uśmiechnął się. Lubił dżem truskawkowy. Wdrapał się na jedną z wież i usiadł na dachu, z którego rozciągał się widok na całe Homo Moher. Pod sobą miał obszerny dziedziniec, bardzo różniący się od tego z basenami i radosną muzyką. Zrobiło mu się smutno i poczuł się samotnie. Pomyślał wtedy o Gejralcie.
Spojrzał na rozgwieżdżone niebo, zamknął oczy i podkulił kolana.
– Chciałbym, żeby Gejralt dostał to, czego pragnie najbardziej – szepnął.
Jedna z gwiazd rozbłysnęła, mrugnęła i zniknęła, pozostawiając za sobą mieniący się ogon.

Rozdział II – „Raz, dwa, trzy”

Na przestrzeni lat cech wejdźminów wypróbował różne strategie pozyskiwania nowych rekrutów. Najbardziej mistyczną, a zarazem najsłynniejszą było prawo niespodziewanki. Polegało ono na tym, że zamiast zapłaty w formie finansowej, klient wejdźmina mógł zgodzić się na oddanie mu pierwszej rzeczy, którą zastanie po powrocie do domu, a której się nie spodziewał. W ten sposób cech wzbogacił się o kilka kulawych zwierząt, liczne listy od poborców podatkowych i sądów, tort urodzinowy, dziurę w dachu i tyfus. Raz po powrocie do domu klientka wejdźmina Lamparta zastała w łóżku swojego męża kochanka, ale okazało się, że to Gejralt, a on wejdźminem już był. Trzeba więc było szukać innych sposobów, i po licznych deliberacjach część Wielkiej Rady ustaliła, że najlepiej będzie po prostu się napić. Część ta składała się dokładnie z jednego, srebrnowłosego wejdźmina.

– Gejralt – powiedział krasnolud Zołman, siedząc przy barze w urokliwej knajpce o nazwie Wypruty Flak. – Ty nie miałeś czasem zrobić sobie dnia bez alkoholu?
– Miałem, miałem. – odpowiedział wejdźmin znad kufla wyrżnijmijskiego piwa. – Ale pojawiły się nowe okoliczności.
– W sensie, jednak stwierdziłeś, że ci się nie chce.
– To nieprawda – powiedział Gejralt. – Chociaż muszę przyznać, że to prawda. Posłuchaj, Zołmanie, potrzebujemy nowych członków.
Krasnolud wpatrywał się w Gejralta z kamienną twarzą.
– Oj Zołmaaan, przecież wiesz o co mi chodzi.
– Ten jeden raz dam ci kredyt zaufania – powiedział ostrożnie krasnolud, po raz trzydziesty czwarty podczas całej ich znajomości. – Gdzie chcesz ich szukać?
– Myślałem, że tutaj. Ale jakoś nikt mi nie wpadł w oko. Przy okazji, szukając tych członków, moglibyśmy też rozejrzeć się za nowymi kandydatami do cechu wejdźminów. Ale to akurat będzie trudne, bo rytuał przemiany w wejdźmina to nie przelewki
– Nie skomentuję tego. Gejralt, wiesz dlaczego nikt do tej pory nie przykuł tu twojej uwagi?
– No?
– Bo tutaj, kurwa, nikogo nie ma.

Rozejrzeli się. W całym lokalu oprócz nich nie było żywej duszy. Nawet miejsce, gdzie powinien stać barman świeciło pustkami. Każdy wiedział, że nie istniało takie zjawisko jak pusty, wyrżnijmijski pub, więc sytuacja wymagała natychmiastowej uwagi. Na domiar złego, tam, gdzie wcześniej stały otworem drzwi wyjściowe była teraz ściana, nie zakłócona niczym z wyjątkiem wiszącego sobie, jakby nigdy nic, obrazka z pieskiem.

– Jak to możliwe? – powiedział powoli Zołman.
– Nie wiem – rozejrzał się wejdźmin z niepokojem. Po chwili zatrzepotał rzęsami. – Ale skoro już jesteśmy całkiem sami…

Nie dokończył, bo całe pomieszczenie rozświetliło się magicznym blaskiem, a pomiędzy nim a krasnoludem zmaterializowało się w powietrzu okno. Nie okno, takie jak, na przykład, okno na świat, ani okno tunelu czasoprzestrzennego, tylko zwykłe okno w drewnianej oprawie. Gwałtownie otworzyło się i wysunęła się z niego górna połowa czarodzieja Dyrdymała, która, nie zwlekając, złapała Gejralta za fraki. Czarodziej był rozczochrany, nie miał na sobie kapelusza i mówił, a właściwie krzyczał w wielkim pośpiechu.

– Gejralt! Przybywam z niedalekiej przyszłości. Mam tylko kilka sekund! Ważą się losy świata. Jesteście uwięzieni! To bardzo ważn… Puf! – Okno zniknęło w jednej chwili wraz z Dyrdymałem.
Krasnolud i wejdźmin spojrzeli na siebie pytająco.
– Co to kur… – zaczął mówić Zołman, ale portal z Dydrymałem pojawił się ponownie.
– To bardzo ważne! Nie wylej dziś piwa! Zapoczątkuje to łańcuch zdarzeń, które… – wrzasnął czarodziej, ale w tym samym momencie znów zniknął.
Towarzysze odczekali chwilę, żeby upewnić się, że tym razem zniknął na dobre.
– Powiedz, że chociaż trochę wiesz o co tu chodzi. – powiedział Krasnolud.
– Zaczynam podejrzewać – zamyślił się Gejralt.

Powietrze rozbrysnęło na sekundę. Znów pojawiło się okno, ale czarodziej mruknął tylko coś do siebie i sięgnął po stojący na stoliku kieliszek wódki, schował się w portalu i zniknął.
Tym razem odczekali dłuższą chwilę. Sytuacja nie powtórzyła się.
– Wygląda na to, że mamy problem, Zołmanie – powiedział wejdźmin.
– Nie pierdol. Nie wiem, co tu jest grane, ale bardzo mi się to nie podoba.
– Wygląda na to, że w jakiś sposób zostaliśmy przeniesieni do innej rzeczywistości. Ktoś, kto to zrobił mógł być bardzo potężnym czarodziejem, co jest raczej wątpliwe. Szczególnie, że Dyrdymał, mimo swoich wyobrażeń o potędze, jest raczej… no w każdym razie bardziej prawdopodobne jest, mój drogi, że padliśmy ofiarą niecnych knowań niedowierza.
– Oczywiście, że tak – pacnął się w czoło krasnolud. – Ech. Co to jest?
– Hmm… No, to takie jakby złe zamiary.
– Wiem, co to są knowania – Zołman po tych wszystkich latach wykształcił w sobie pewien rodzaj specyficznej cierpliwości. – Co to jest niedo-cośtam?

Niedowierz, jak wyjaśniał Wielki Wejdźmiński Bestiariusz z misiem na okładce, potrafił więzić swoje ofiary w zaczarowanej rzeczywistości. Posiadał też zdolność zmieniania się w dowolny przedmiot, dzięki czemu bardzo trudno było go znaleźć. Aby wywabić go z kryjówki, należało zlokalizować rzecz, w którą się przemienił i wykorzystać największą słabość Niedowierza. Postanowili zająć się tym pierwszym, nic jednak na pierwszy rzut oka nie wydawało się szczególnie podejrzane.

Po dalszych poszukiwaniach zwrócili uwagę na dziwne urządzenie stojące na komódce. Jak wyjaśnił wejdźmin, widział coś takiego kiedyś podczas wyprawy do Hin. Składało się z dwóch połączonych pionowo naczyń, w których przesypywał się piasek. Z tego co Gejralt pamiętał, nazywało się Klep Se Wydra, i służyło do odmierzania czasu. Było jednak kompletnie nie znane w tej części świata. Zołman odwrócił urządzenie i obaj cierpliwie poczekali kilka minut aż cały piasek przesypie się.

– No i? – powiedział Zołman patrząc na Klep Se Wydrę sceptycznie. – Która jest godzina?
– Nie wiem, myślałem, że to… będzie wiadomo. – powiedział Gejralt. – To jakieś gówno. Niedowierz nie zmieniłby się w takie gówno.
Poszukiwania trwały.
Na ścianie wisiało antyczne zdobione zwierciadło, które wydawało się skupiać na sobie uwagę większą, niż reszta pomieszczenia. Gejralt podszedł do niego ostrożnie. W zwierciadle zmaterializowała się twarz, która spojrzała na niego uważnie, pokiwała głową z aprobatą i przemówiła.
– Ależ ja mam piękny nosek – zakomunikowała. – Zołman, czy ty widzisz jaki ja mam piękny nosek?
– Gejralt, zostaw to lustro i chodź. Mam coś lepszego. – odkrzyknął krasnolud z drugiego końca pomieszczenia.

Mop stojący obok starego regału sam w sobie nie miał nic nadzwyczajnego. Towarzysze jednak spojrzeli na siebie i parsknęli śmiechem. Dowolna rzecz służąca utrzymaniu czystości, stanowiła w wyrżnijmijskich pubach tak nieodłączny element krajobrazu jak wieloryb w sklepie z ręcznikami.

– To na pewno on. Teraz patrz. Pokażę Ci, dlaczego niedowierz tak się nazywa. – powiedział Gejralt.
– Hej, ty – zwrócił się do mopa. – Jestem wejdźminem.
Mop zachwiał się lekko.
– Mam na imię Gejralt, a to jest Zołman.
Potwór nie mógł oprzeć się pokusie. Mop zadrżał i w jednej chwili przemienił się w wysoką, bladą postać o małych, głęboko osadzonych oczkach.
– Nie wydaje mnie się – powiedział niedowierz patrząc na nich z niedowierzaniem.
– To prawda. Uwięziłeś nas tu, a teraz nas wypuścisz.
– Czyżby? – niedowierz podniósł jedną brew.
Zołman chciał wytłumaczyć mu dlaczego właśnie to za chwilę zrobi, ale Gejralt wyjaśnił, że niedowierz o zawartości topora w głowie przekraczającej zero nie będzie w stanie ich uwolnić.
– Niedowierzu – powiedział wejdźmin. – Bardzo chcielibyśmy wrócić do domu.
– Ha ha ha – syknęło monstrum. – No chyba nie. Zostaniecie tu na zawszszszszsze! – krzyknął a następnie rozbłysnął niebieskim światłem i zniknął.
– Znowu się w coś zmienił – wejdźmin rozejrzał się po sali.
– Gejralt, zaczyna mnie to wszystko wkurwiać – przyznał szczerze krasnolud.
– Mam pewien pomysł. Zmusimy go do przeniesienia nas z powrotem do normalnej rzeczywistości. Posłuchaj mnie uważnie…

– Naprawdę tak to wygląda? – powiedział Zołman. – Serio?
– Tak, a co w tym dziwnego? – wzruszył ramionami Gejralt. – Uwaga, zaczynamy.
– Mam w kieszeni coś fajnego! – krzyknął głośno. Krasnolud stał obok lustrując otoczenie. Wskazał na stojącą w kącie donicę, która poruszyła się nieznacznie. Gejralt pokiwał głową i podszedł do niej powoli.
– Baardzo fajnego. Mam to. Tra la la, ale fajne.
Donica dygotała przez chwilę lekko i w końcu z głośnym “Pop!” zamieniła się w stwora, który wstał i dopadł do Gejralta.
– Wąątpięę! – wysyczał.
– Ależ owszem. – powiedział wejdźmin nonszalanckim tonem. – Patrz.
Potwór wpatrywał się w rękę Gejralta, którą ten włożył do kieszeni. Kiedy ją wyjął, była to wciąż pusta dłoń. Gejralt klepnął nią potwora w ramię i skrzyżował palce.
– Wejdźmin! – krzyknął. – Raz…

Niedowierz rozejrzał się zdezorientowany i chciał nawet nie uwierzyć, ale uśmiechnięta mina Gejralta z przymrużonymi oczami nawet jemu nie pozostawiała żadnego pola do wątpliwości. Potwór rozejrzał się panicznie, i ruszył w stronę Zołmana z wyciągniętą łapą, ten jednak również uśmiechnął się i podniósł dłoń pokazując skrzyżowane palce.
– …dwaaa… – odliczał Gejralt.

Potwór podjął szybką decyzję. Zacisnął oczy, i wykonał kilka skomplikowanych ruchów palcami. Powietrze zamigotało magicznymi iskrami i w tej chwili wszyscy trzej stali pośród gwaru pełnego gości pubu. Niedowierz nie zwlekał. Klepnął w ramię przechodzącego kelnera sycząc “Wejdźmin!”, ale nie zdążył. Sekundę wcześniej Gejralt powiedział już “Trzy!” i chcąc czy nie chcąc, od tej chwili, po wsze czasy, stwór był wejdźminem. Opadły mu ręce i posmutniał. Nabrał też dziwnej ochoty aby zrobić się na bóstwo. “No nie wierzę.” – jęknął do siebie. Skoro jednak i tak nie dało się nic na zaistniałą sytuację poradzić, postanowił jak najszybciej wdrożyć się w tajniki nowego zajęcia, zamówił więc kufel krasnoludzkiego absyntu z zamiarem picia na umór do rana. Do rana dwa dni później.

Zołman otarł pot z czoła, a Gejralt pokiwał głową z satysfakcją. Postanowili pójść w ślady niedowierza. Usiedli przy barze, tym razem wśród muzyki dla ich uszu, którą był gwar dobrze prosperującego lokalu. W tle przygrywał na lutni Mlaskier, prezentując swoją najnowszą kompozycję pod tytułem “Idę równo, wdepnę w błoto”, choć jeszcze coś mu się w tym tytule nie podobało. Okazjonalnie ktoś rzucał w niego pomidorem, którego Mlaskier zjadał w locie i odzyskiwał wiarę w ludzkość, ponieważ ludzkość pokazywała, że jednak jest coś takiego, jak jedzenie za darmo.

Gejralt zapalił cienkiego papierosa. Sięgając po popielniczkę zahaczył o stojące na ladzie piwo, które zachybotało się, przewróciło i rozlało się na blacie. Nikt nie zwrócił na to uwagi.

Rozdział I – „Powrót do czystości”

Po powrocie z odległych krain wszedł do znajomej karczmy i rozejrzał się. Badawczym spojrzeniem objął całe wnętrze i szybko zlokalizował bratnie twarze. Przypomniał sobie, jak bardzo mu ich brakowało, kiedy (zaraz potem, jak Zołman przestał ganiać go z toporem wokół Vinogradu) samotnie wyruszył w zamorską podróż, by przygotować świat na najgorsze.
Najpierw odwiedził skutą lodem Gwintlandię, gdzie stracił poczucie czasu i świadomość na dłuższą chwilę, aby zaraz potem udać się na spalone słońcem pustynie Amen Ryki, skąd niezwłocznie popłynął do Kraju Kwitnącej Śliwki, gdzie dostał najdoskonalszą parę japonek, jaką widział w swoim długim życiu.
Zaprzyjaźniony marynarz, Szaleniec Wojciech, pomógł mu również dostać się do Asstralii, gdzie w miejskiej operze zrozumiał, dlaczego Mlaskier nie może odnieść sukcesu w sztuce, chociaż samej sztuki nie zrozumiał (jednakowoż brawo bił najgłośniej).
W tyfetańskiej świątyni złożył śluby dożywotniego milczenia przed samym Dalej Lamo, których przestrzegał rygorystycznie do momentu, w którym natknął się na małego kotka w czarne paski, czyli przez jakieś pięć minut. W następstwie, goniony przez stado tygrysów, dobiegł aż do Hin, gdzie nauczył się starożytnej sztuki walki Kung-Fuj, której przysiągł sobie nigdy – ale to przenigdy – nie używać.

Podróż swą zakończył wśród czarnych plemion Afri-ki-ki-ki, gdzie ratując pewnego wojownika przed wyjątkowo zawziętym lasodymaczem, zyskał jego dożywotnią miłość, przychylność i osobistego fryzjera, gdyż ten bardzo lubił go czesać.
Ale żaden, nawet najbardziej oddany druh, nie mógł zastąpić mu starych przyjaciół i tego, co poczuł w spodniach, kiedy po siedmiu miesiącach tułaczki i podkradania wszelkiego rodzaju mydeł z najodleglejszych zakątków świata, spostrzegł jednego z nich.
– Zołmanie! – zawołał unosząc ręce.
Krasnolud rozpromienił się i zbliżył do wejdźmina. Nawet by go utulił, gdyby zza jego pleców nie wyłonił się potężny, ponad dwumetrowy, ciemnoskóry człowiek.

– Gejralt, kurwa. Kto to jest? – spytał, poważniejąc.
Wejdźmin westchnął i opuścił przygotowane do ściskania ramiona.
– To jest Mundo. Mundo, to jest Zołman, Zołmanie, to jest Mundo – rzekł szybko i na powrót przygotował się do przytulania.
– Dlaczego Mundo jest…? – krasnolud odsunął się nieco. – Dlaczego on ma na sobie tylko pasek?
Mundo pomachał Zołmanowi, ale po reprymendzie wejdźmina zawstydził się i uczynił to samo ręką.
– Trochę więcej tolerancji Zołmanie – rzekł Gejralt. – Mundo pochodzi z plemienia Zulugolasów. Tam są takie zwyczaje.
– Co jak co, Gejralt – oburzył się krasnolud. – Ale tolerancji, TOLERANCJI, to ty mi nie wypominaj!
– Uprzedzając twoje kolejne pytanie; uratowałem mu życie, a wedle tamtejszego prawa, za taką przysługę, należy mi się dożywotnia posługa.
– Wejdźmin być dobry dla Mundo – wydukał przybysz. – Mundo kochać wejdźmin i zrobić dla wejdźmin wszystko.
Zołman stał chwilę w bezruchu błądząc oczami.
– W… wszystko? – wymamrotał w końcu.
– Wszystko, wszystko – odparł Gejralt uśmiechając się psotnie. – Chociaż, tak między nami Zołmanie, gdybym wiedział, że tak to będzie wyglądało, to bym go zostawił z tym lasodymaczem. Może by się podszkolił.
– Dobra! – przerwał krasnolud. – Nic więcej nie chcę wiedzieć! Aczkolwiek nie – rzekł po krótkiej chwili. – Mam jeszcze jedno pytanie, chociaż nie jestem pewien, czy rzeczywiście chcę znać odpowiedź.
– Kto pyta nie błoci – zachęcił Gejralt.
– Błądzi.
– Kto błądzi?
– Mówi się: kto pyta, nie błądzi – wyjaśnił krasnolud. – No nieważne. To pytam: Dlaczego ten cały Mundo taszczy na plecach worek mydła?
– Mydła? A tak, mydła. To jest mydło, do zakopywania w ziemi. Ale można się też nim umyć. Mogę cię namydlić, chcesz? Dać ci jedno?
Krasnolud tracił cierpliwość.
– Nie pojechałem na wycieczkę, Zołmanie – oburzył się Gejralt. – Przez dwadzieścia osiem tygodni zakopywałem mydła we wszystkich znanych mi krainach. Na wypadek potopu, pamiętasz?

Krasnolud pamiętał. Owy „biblijny potop” to określenie na pewnego rodzaju tajemnicze zjawisko, które powstaje wówczas, gdy ktokolwiek zdoła oszukać czarodziejkę – i to nie byle jaką – ale Dżemmefer, bo o niej mowa, do zwyczajnych wieszczek nie należała.
– I to mydło, to po co? – spytał krasnolud. – Żeby mogła się umyć, gdziekolwiek akurat będzie?
– Nie, Zołmanie, pomyśl czasem. Będzie potop, czyli dużo wody. Zakopane co kilka metrów mydło spieni się po kontakcie z nią. I będzie dużo piany! A wtedy…
Krasnolud machnął ręką.
– Nie, nie – rzekł. – O pianie to ty sobie porozmawiaj z Mlaskrem. Na pewno się ucieszy.
– To tylko pierwszy etap przygotowań – podsumował Gejralt. – Czeka nas jeszcze dużo pracy. A właśnie, gdzie jest Mlaskier? Przed chwilą go widziałem…
Zołman zaśmiał się.
– Nasz grajek się zakochał! – zatriumfował.
– Zakochał?
– A żebyś wiedział. Ma dziewczynę.
– Mlaskier ma dziewczynę? Jesteś pewny? Ale taką…? Dziewczynę… dziewczynę?
– No a jaką!
– Ale jak to?

Mundo, wciąż stojący niczym góra gliny za Gejraltem, rzucił wór mydła na ziemię i natychmiast zawiesił się na jego plecach obejmując go szczelnie wielkimi łapami.
– Wejdźmin nie smuta – rzekł. – Mundo nigdy nie opuścić.
Wejdźmin posmutniał jeszcze bardziej.

Gejralt nie mógł uwierzyć własnym oczom. Mlaskier był ubrany – i to nawet w pełnej długości spodnie (choć strój ten w dalszym ciągu odzwierciedlał jego infantylną osobowość i zamiłowanie do pewnego koloru). Szedł, nucąc coś pod nosem, i wyglądał jakby chciał namówić swoją towarzyszkę do tańca, co mu kompletnie nie wychodziło. Jej mina mówiła sama za siebie: przestań idioto.
– Mlaskier! – zawołał Zołman. – Zostaw na chwilę swoją pannę i chodź zobacz kto przyszedł!
Oczy Mlaskra rozszerzyły się. Grajek pociągnął dziewczynę za rękę i w podskokach dotarł do wejdźmina.
– Geeejraaalt…! – zaśpiewał, próbując wtulić się gdzieś pomiędzy niego, a zaciśnięte ramiona Munda. – Patrz co mam!
Mlaskier wskazał na stojącą za nim szczupłą niewiastę o niebieskich włosach i zmrużonych czerwonych oczach, które wpatrywały się w niego złowieszczo.
– To moja dziewczyna – pochwalił się grajek.
– Cześć – odparła wyciągając rękę. – Ruch Anna jestem. A ty to pewnie ten słynny wejdźmin Gejralt?
Gejralt skrzywił się. W duchu cieszył się, że jest unieruchomiony i nie może się fizycznie przywitać, ponieważ każde dotknięcie dziewczyny przywoływało w nim najokrutniejsze wspomnienia.
– Ładne imię – zauważył za to. – Witaj Ruchanno.

Gejralt, przekonawszy Munda, że jest już szczęśliwy i nie trzeba go więcej tuli-tulić, dołączył do stolika przyjaciół, gdzie właśnie wznoszony był toast na cześć jego powrotu.
Ponieważ brakowało krzesła, Zulugolas natychmiast pochylił się – na nieszczęście Zołmana w jego stronę – i przybrał pozę „na czworaka”, aby wejdźmin mógł spocząć.
Wejdźmin spoczął i chwycił lampkę wina odginając mały palec.
– Gdzie byłeś cały ten tydzień! – krzyknął Mlaskier.
– Tydzień? – zdziwił się Gejralt. – Nie było mnie dokładnie sto dziewięćdziesiąt sześć dni.
Mlaskier próbował sobie wyobrazić tyle dni, ale mu nie wychodziło. Wspomógł się nawet wsadzeniem sobie palca do nosa, za co od razu oberwał od swojej wybranki.
Gejralt obrzucił ją pogardliwym spojrzeniem. Dziewczyna nie była mu dłużna, a kiedy spostrzegła, że Mlaskier zamierza pociamkać pachnący winem korek, ponownie zamachnęła się, uważnie obserwując przy tym wejdźmina.
Gejralt nie wytrzymał. Wstał, zacisnął pięści, zapowietrzył się i wyszedł na fajkę.

Na dworze było ciemno. Taras na piętrze rozpostarł przed nim przyjemny widok. Płomienne latarnie oświetlały brukowane ulice, a w powietrzu dało się wyczuć zapach przemokniętych ciepłym deszczem drewnianych chat.
Wejdźmin oparł się o skrzeczącą balustradę, wypił eliksir „Nostalgia”, spojrzał na miasto i zamyślił się.
– Potwornie się pogubiliście – rzekł nagle. – Nie powinienem was zostawiać samych na tak długo.
– Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
– Od dwóch minut słyszę jak oddychasz – wyjaśnił Gejralt.
Krasnolud wychylił się zza porośniętej bluszczem przypory.
– Nawet się ze mną nie przywitałeś Zołmanie – ciągnął, odwracając się. – W ogóle już mnie nie potrzebujecie.
– Ejże, Gejralt! – zawołał Zołman, klepiąc przyjaciela po plecach, najwyżej jak sięgał. – Nawet nie wiesz, jak za tobą tęskniliśmy!
– No właśnie widzę – rzekł, krzyżując ręce. – Jeszcze ta Ruchanna…

Okno nad nimi otworzyło się z hukiem. Rozpostarte skrzydła z impetem uderzyły o ścianę uwalniając szyby z ram. Ostre końce błyszczących kawałków szkła zaczęły zmierzać w kierunku tarasu.
Gejralt złapał je w Syrden i unieruchomił. Rozłożył ręce.

– No bardzo przepraszam, ale nikt nie będzie w ten sposób traktował Mlaskra! – kontynuował, chodząc w tą i z powrotem. – Poza tym…

Z dachu posypały się dachówki pobrzękując. Wejdźmin od niechcenia wytworzył strumień ognia Znakiem Migni i wycelował w nie, aż całkiem się skruszyły.

– …nie podoba mi się to wasze zasiedlenie się w Vinogradzie. A najbardziej nie podoba mi się to, że…
– Gejralt – przerwał mu Zołman stojący jak słup soli.
Taras pod ich stopami zaczął trzeszczeć.
– Gejralt! – wrzasnął krasnolud.
Drewniane poszycie obsunęło się, kiedy wsporniki podtrzymujące konstrukcję trzasnęły, łamiąc się w pół. Deski, na których stali, grzmotnęły o ziemię z łomotem.

W powietrzu zawiesił się pył. Tłum ludzi wybiegł z karczmy rozglądając się wokół, a pośród niego – Mlaskier z Anną i Mundo.
– Tam! Tam u góry! – wydarł się jeden z mieszczan, kiedy kurz opadł.
Na metalowej rurce z flagą Vinogradu wisiał Gejralt, którego w ostatniej chwili zdążył chwycić się Zołman.
– …że Mlaskier ma dziewczynę – dokończył wejdźmin.
– Aaaaaah! – krzyknęła Ruchanna z dołu, tupiąc nogą. – Od pół roku męczę się z tym kretynem, z tą zakutą pałą, żeby być blisko ciebie, kiedy nadejdzie odpowiednia okazja! Od pół roku planuję twoją śmierć i czekam na moment, w którym wrócisz z tej swojej przeklętej podróży i w końcu będę mogła cię zabić! – wrzeszczała, rzucając w niego kamieniami.
– Że co proszę? – zapytał Gejralt, odbijając kamienie. – Kretyn? Zakuta pała?
– Aaaaaah! Przez ciebie moja kariera legła w gruzach! A Pac al Pruk mnie ostrzegał! Oj ostrzegał! Przez wiele dni i nocy zapisywałam każde jego słowo, które wypowiadał raz dziennie! Nie posłuchałam go! Nie posłuchałam…! Powinnam być ostrożniejsza!
– Pacan kto? – Gejralt zamyślił się.

Ruchanna od początku mu się nie podobała, szczególnie teraz, kiedy oczy Mlaskra zaszły łzami.
– Mundo – rzekł wejdźmin bardzo powoli zwracając się do Zulugolasa. – Ruchanna jest smutna.
Murzyn zastanowił się chwilę. Podrapał się po głowie i spojrzał na niebiesko-włosą dziewczynę.
– Mundo rozumieć. Mundo opiekować się Ruchanna do końca życia. Nie opuścić. Pa pa – wybełkotał wielkolud „machając” Gejraltowi i ścisnął skrytobójczynię, po czym zniknął w ciemnej uliczce, nie zważając na jej protesty.

Metalowa rurka zatrzeszczała pod zaciśniętą dłonią wejdźmina i ugięła się pod ich ciężarem. Zołman mocniej chwycił Gejralta i zmarszczył twarz czekając na twardy upadek. Flaga zafalowała i zsunęła się na ziemię.
– Ludzieee? – rzucił ktoś z gapiów mrużąc oczy. – A na cym ten krasnolud się cyma?
Tłum spojrzał w górę i przechylił głowy.
Zołman też spojrzał w górę.
Gejralt spojrzał w dół, zachichotał i puścił mu oczko.
– Zołmanie – zaczął. – Uznaję to za serdeczne przywitanie.
Krasnolud nie mógł się doczekać, aż dorwie ten worek z mydłem i umyje ręce.

Rozdział XV (ostatni) – „Pocałunek Przeznaczenia”, Część II

Zapachu psa i aresztu nie dało się żadną miarą wziąć za zapach fiołków z lawendą. Wielka, czarna chmura zmaterializowała się na ścieżce strzelając na wszystkie strony błyskawicami. Rozwiewała się powoli, ukazując stojącą w kuszącej pozie sylwetkę czarodziejki stopniowo od stóp wzwyż, co bez wątpienia było dokładnie zaplanowanym efektem.

– Psia mać! – Dżemefer straciła cierpliwość i pomachała ręką żeby rozwiać ostatnie resztki chmury. – Nareszcie was znalazłam.

Przejeżdżający obok rycerz, zapewne jeden z amatorów słynnej nagrody za cmoka, tak zapatrzył się na czarodziejkę, że ledwo zdążył zatrzymać konia przed krawędzią urwiska. Niestety jechał dość szybko więc nie zdążył zatrzymać też siebie.

– Dżemmefer – powiedział Gejralt.
– Tak, ja! – wrzasnęła czarodziejka. – Gdybyś nie wypowiedział mojego imienia, to bym was nie namierzyła. Zgłupieliście do reszty? Czy wy ogóle zdajecie sobie sprawę jak niebezp..
– Dżemmefer – powiedział Gejralt wzdychając.

Przelatujący ptak patrzył na czarodziejkę tak intensywnie, że uderzył w ścianę skalną powyżej.

– Zamknąć się! Co tu się w ogóle dzieje? Zołman wygląda jakby bardzo chciał być gdzieś indziej, Mlaskier ocieka sosem, sądząc po zapachu, grzybowym, a o tobie, Gejralt, to już nawet mi się nie chce gadać. Mlaskier, dlaczego ociekasz sosem? Chociaż nie chcę tego wiedzieć.
– Dżemmefer – Gejralt skrzywił się.

– No co?! I dlaczego masz minę jakby ktoś ci nasrał do talerza?
– Jesteś goła.
– Co? – Dżemefer spojrzała na siebie. – A, tak – pstryknęła palcami, a na jej ciele pojawiła się czarna suknia.

Gejralt i Mlaskier chichotali i szeptali do siebie coś co kończyło się na “fuuj”. Dżemefer kopnęła ich małą błyskawicą.

***

– Dlaczego była wkurzona? – zapytał karczmarz.

– A kto ją tam wie – machnął ręką krasnolud. – Jej zdaniem powinniśmy byli ją ze sobą zabrać, bo, że zacytuję, takich trzech idiotów na potwora nie uradzi. I trochę dlatego, że sama miała ochotę na tego cmoka.

Karczmarz zachichotał polerując szklankę.

– No tak. Kobieta – powiedział – Ale uspokoiła się?
– Uspokoiła. Musiała, bo…

***

Zupełnie niespodziewanie, z całym impetem, wzbijając tumany kurzu, na środku ścieżki wylądował z rykiem trzygłowy potwór. Jego paszcze zionęły niebieskim ogniem, a jego długi, srebrny ogon rozdzierał powietrze ze świstem.

Gejralt odruchowo zrobił salto do tyłu wyciągając miecz. Dżemmefer odskoczyła a w obu jej rękach pojawiły się kule ognia. Mlaskier rył nosem ziemię w poszukiwaniu trufli.

– Cmok! – krzyknął Zołman wyciągając topór. – No to mamy przejebane!

Potwór nie atakował. Kręcił się powoli wokół własnej osi, ciężko stąpając łapami i pomrukując groźnie. Powoli przyglądał się wszystkim towarzyszom, którzy nie bardzo wiedzieli co zrobić. Walka nawet z mniejszym potworem wymaga strategii i przygotowań, a każde z nich było kompletnie zaskoczone. Wyjątkiem był Mlaskier, który, nie znalazłszy trufli, budował domek z kołdry i dwóch krzeseł.

– Zołman! – krzyknęła Dżemmefer. – Coś Ty powiedział?
– Cmok! – Zołman nie spuszczał oczu z potwora. – I że mamy przejebane!

Dżemmefer zmarszczyła brwi.

– Zołman. To nie jest cm…

***

– To nie jest cmok?
– Chyba tak. Nie jestem pewien co powiedziała, bo rozpętało się piekło – mówił ponuro krasnolud sącząc wódkę. – Właściwie od tamtego momentu to ja już mało co pamiętam. Potwór zaryczał i zaczął ziać na wszystkie strony, tak że mogliśmy tylko patrzeć, gdzie uciekać. A potem… upatrzył sobie Dżemmefer. I mnie. Staliśmy obok siebie a bestia rzuciła się na nas z zębiskami. I wtedy Gejralt…
– Waść, mówże szybciej!

Krasnolud westchnął i zamilkł na chwilę.

– Gejralt – kontynuował po następnym kieliszku – Wypił coś. Nie wiem co to było. Ale zaczął tak się błyszczeć, że potwór poniechał nas z Dżemmefer i rzucił się na niego. Specjalnie to zrobił, wiem, bo nawet już nie walczył. Potwór złapał go w szpony i przyglądał mu się, świecącemu, wszystkimi trzema głowami. Mlaskier złapał stwora zębami za nogę, ale na niewiele się to zdało bo… właśnie wtedy Gejralt eksplodował. Wybuchł po prostu. Tak jasno, że nic nie widzieliśmy przez następne dziesięć minut. A kiedy w końcu doszedłem do siebie, z potwora, Mlaskra i Gejralta zostało tylko to.

Krasnolud powoli wyjął z torby pomięty, nadpalony japonek i czarną od sadzy szyszkę i patrzył na nie smutno.

– A co z Dżemmefer? – zapytał karczmarz.
– Nie wiem.

Znów długa pauza.

– Gdzieś w międzyczasie wyczarowała portal i wskoczyła do niego mówiąc, że zacytuję, że coś jej tu bardzo śmierdzi. Przyznam, że zapach spalenizny był nie do zniesienia, ale…”

Krasnolud schował głowę w dłoniach.

„Pypryszę nastympne pywo.” – krzyknął jeden z gości. Karczmarz zignorował go.

– Twoi towarzysze wydają się bardzo dzielni – powiedział.
– Bo, kurwa, byli dzielni – Zołman mówił powoli, wpatrzony w jeden punkt. – Pieprzone spedalone cioty. Co ja bym dał, za te ich głupie żarty.
– Kochałeś ich?
– Tylko bez takich! – warknął krasnolud, ale zaraz potem łzy pociekły mu po policzku – Tak, kurwa. Kochałem. Na swój sposób. Kochałem, kurwa!”

Zołman położył głowę na blacie.

– Dy widzynia – powiedział ktoś – Dziynkuję za gośćynę.
– Haha, eliksir Y – zaśmiał się karczmarz wychodząc zza lady.

Zołman wciąż wpatrywał się w jeden punkt czerwonymi od łez oczami, ale w jego umyśle otworzyły się jakieś małe drzwiczki. Kilka neuronów połączyło się w łańcuszek. Orkiestra szarych komórek trafiła w znajomy klucz.

– Zaraz – powiedział. – Skąd on tu wziął taki zjebany eliksir?
– Zołmanie – powiedział łagodnie karczmarz odklejając sztuczne wąsy i zdejmując jednego japonka, którego miał na nodze – Zołmanie.

***

Nie jest łatwo przekonać ludzi o istnieniu czegoś, co nie istnieje, czego nikt nie widział. Jednakże w świecie, w którym na każdym kroku można spotkać takie stworzenia jak Belze–bab ze Swądogradu, Zrzyga z Wyrżnijmy albo Wypierdalać z Tąd, perspektywa Cmoka nie wydaje się nikomu aż tak nadzwyczajna. I komu właściwie ma się wierzyć w kwestii magicznych monstrów bardziej niż specjaliście? Rozpuszczenie wieści o rzekomym potworze to nie problem, a jeśli jeszcze rozłoży się kilka kup Hihihipotama w strategicznych miejscach, to można liczyć na to, że kłamstwo, powtórzone wiele razy, stanie się prawdą. Pewną niedogodnością było to, że król rychło wyznaczył wielką nagrodę za owego cmoka, ale zawsze można było postarać się o zlecenie na wyłączność. Sprawa wymknęła się nieco spod kontroli gdy chodziły słuchy, że nawet organizacja skrytobójców ostrzy sobie kły na pokaźną sumkę wyznaczoną przez Vinograd, a nawet stara się wyeliminować całą konkurencję, ale przejawów tego ostatniego Gejralt akurat nie zauważył. Trolle pilnujące jaskini też stanowiły problem. Wtedy Wejdźmin zaczął już wątpić w powodzenie przedsięwzięcia, ale na szczęście legwan pożyczony od Dyrdymała w połączeniu z mieszanką eliksirów “Kocham” i “Wyolbżymiam” podaną Zołmanowi rozwiązał problem. Tym w końcu zajmują się Wejdźmini. Rozwiązywaniem problemów.

***

Zołman patrzył na Gejralta, który jeszcze przed chwilą był karczmarzem i nie mógł uwierzyć własnym oczom.

– No chodź się przytul – powiedział Wejdźmin. Krasnolud zrobił to, ale po chwili odsunął się.
– Co.. Gejralt. Jak? Czy… – wystękał. – Czy to wszystko… Nie. Czy to było po to, żebym, kurwa, powiedział, że was kocham? Powiedz że to wszystko nie było tylko po to, żebym powiedział że was kocham.

Gejralt uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Oż kurwa. Kurwa, oż. Kurwa. Mać. A cmok? Nigdy nie widziałem takiego wielkiego potwora!
– E, to tylko legwan. Ma na imię Pikuś – powiedział Wejdźmin. Zołman tylko patrzył na niego przez chwilę wytrzeszczonymi, zaczerwienionymi oczami.
– A… eksplozja? – krasnolud mówił coraz cieńszym głosem. – Gejralt, kurwa. Kurwa, widziałem jak wybuchasz.
– Efekty specjalne. Eliksir Supernowa. I trochę konfetti.
– A od kiedy umiesz prowadzić karczmę?! – krzyknął Zołman.
– Eliksir Karczmarz.
– A robić drinki!?
– Ten sam eliksir.
– A polerować szklanki?! Też eliksir karczmarz?!
– Nie, Zołmanie. To akurat nie jest takie trudne.

Krasnolud bez patrzenia sięgnął ręką po stojącą wciąż na barze butelkę spirytusu. Wypił ją duszkiem.

– A Dżemmefer? Gejralt, ona też się nabrała. Oszukałeś czarodziejkę. Wiesz co to oznacza.
– Tak. Biblijny potop. Już wkrótce. Ale nie z takimi rzeczami sobie radziliśmy – Wejdźmin wzruszył ramionami.
– Kurwa – krasnolud opadł na krzesło. – A Mlaskier? Wiedział o tym?
– Właściwie to nie wiem. Trudno powiedzieć – zastanowił się Wejdźmin – Ale jest cały i zdrowy. Bawi się w błocie na zapleczu.
– Ja pierdolę – pisnął krasnolud. – Czyli nigdy nie było żadnego cmoka?
– Aaa… – powiedział Gejralt z uśmiechem robiąc usta
w dzióbek.

CMOK! – rozległo się cichym echem po sali.

Wejdźmin zrobił maślane oczy.
Krasnolud zaczął się śmiać. Wejdźmin też zaczął się śmiać.
Kilku gości karczmy na wszelki wypadek, gdyby miało ich ominąć coś śmiesznego, też zaczęło się śmiać. Krasnolud wstał.

– Zajebię Cię toporem – powiedział. – Dokładnie za trzydzieści sekund.

Gejralt przeskoczył z nóżki na nóżkę.

– Mlaaskieeer – krzyknął.
– Noo? – rozległo się z zaplecza.
– Wskakuj na Pupkę! – Wejdźmin w podskokach podążył w stronę wyjścia. – Tylko szybko. Hi hi.

To był ciężki dzień. A była, znów, dziewiąta rano.

Rozdział XIV – „Pocałunek Przeznaczenia”, Część I

9:00 RANO

*** TYLE, ŻE TRZY DNI PÓŹNIEJ ***

Karczma „FLAKI, MAKI & ZACNY ZAPITEK” była pełna gości. W mieście trwał festyn z okazji nadejścia lata, toteż całe miasto od trzech dni chodziło całkiem pijane. Uśmiechnięte twarze odbijały się w błyszczących kuflach, grała muzyka i ci, którzy jeszcze mogli, zaczynali tańczyć, wesoło tupiąc w rytm skocznych dźwięków harmonijki, lutni, bębenków i skrzypiec. Ale żadna karczma nie mogłaby karczmą się zwać, gdyby nie znajdowała się w niej choć jedna osoba, która w samotności wlewa w siebie kolejne kieliszki wódki.

– A mówiłem mu… – powtarzał krasnolud Zołman pod nosem. – A mówiłem…
– Co pan mówił? I komu? – zapytał wreszcie karczmarz.
– Ech – jęknął. – Od początku wiedziałem, że to zły pomysł. Ale co ja mogłem. I co? Minęło zaledwie kilka godzin, a ja już tęsknię za tym nadętym mądralą. I tym półgłówkiem też.

Karczmarz zastanowił się.

– Mówi pan o tych dwóch, co tu byli z panem kilka dni temu? Mieliście wtedy jeszcze takie dziwaczne zwierzątko.
– To mój syn akurat. Zlaskier G. Junior. Niech pan tak nie patrzy, nie ja wymyślałem.
– Nie, nie, w zasadzie… Imię ładne, ale… – karczmarz westchnął. – Chciałem powiedzieć, że wygląda pan na człowieka strudzonego życiem.
– Panie, pan nie wiesz o czym pan mówisz. I jeszcze te sarny chędożone – krasnolud machnął ręką. – A jednak… Co ja teraz będę ro… ro… rooobiiił?
Zołman uderzył czołem o blat baru i zaniósł się cichym szlochem.
– Mlaskier to może nie jest do końca normalny, ale jaki pocieeesznyyyy…! A Gejralt bywał upierdliwy, bywał, ale takie dobre serce miaaał…!
– Niechże się pan uspokoi i opowie, co się stało.

Krasnolud przetarł twarz różową chusteczką ze starannie wyhawtowaną literą „G.”, z trudem powstrzymał łzy i zaczął:

– W Vinogradzie mieliśmy załatwić tylko kilka drobnych spraw. Gejralt chodził jakiś cały taki poddenerwowany i odezwać się do niego nie można było. Odebraliśmy dekret od ludzi cesarza, odwiedziliśmy kilka sklepów z ziołami, monopolowy, fryzjera i jakiś sklepik z fatałaszkami, ale nawet nowa bluzeczka nie poprawiła mu humoru. Gdyby nie ta zgraja ludzi, od razu ruszylibyśmy w drogę…

*** TRZY DNI WCZEŚNIEJ ***

– Panie wejdźmin! Panie wejdźmin, podejdź no tu pan!
Gejralt, chcąc uniknąć rozgłosu, chyłkiem wypił eliksir „Nie ma mnie”, który miał sprawić, że go nie będzie.
– Panie wejdźmin! Prosimy tu do nas!
– Hmm – mruknął, spoglądając na flakonik.

Ku radości i uldze zgromadzonych, zbliżył się. Posępnie.

– Czego? – rzekł.
– Pani! Panie, z nieba nam pan spadł! – ucieszył się wysuszony starzec o krzaczastych brwiach.

Gejralt rozejrzał się.

– Nieprawda, przyszedłem tamtym chodnikiem – odparł.
– Panie! W studni czai się licho!
– Co za licho? – spytał.
– No licho!
– Ludzi porywa! – wrzasnął ktoś z tłumu.
– Cicho! Ja be–de gadał! No licho!

Wejdźmin uniósł brew.

– Licho! Tam! Tam w studni! Nadążasz pan?!
– Mhm – mruknął Gejralt. – Może lepiej niech gruby mówi, a pan pójdzie krzyczeć „licho” gdzie indziej – rozkazał. – No więc?
– Już mówię – rzekł pulchny starszy jegomość odpychając tego o krzaczastych brwiach. – Dwa dni temu woda w studni zrobiła się całkiem czerwona. Myśmy się bali to pić. No tośmy poszli do dzielnicowego, żeby co zrobił, bo to jedyna studnia na naszej ulicy jest. No to on przyprowadził znawców i wybrali całą wodę. Jeden z nich powiedział, że pewnie rura rdzą zaszła. No tośmy poszli spać. Na drugi dzień, z samego świtu, córka mego sąsiada narobiła rabanu, aż wszyscy na ulice wyleźli. No i gada, że syna mego coś wciągnęło do przeklętej studni. Ja mówię: „Jak to! Przecie Sławek mój w izbie śpi!”
– I co? Spał? – zapytał wejdźmin oglądając paznokcie. – Fajny jakiś chociaż?
– No tom właśnie poszedł sprawdzić. I nie było go.
– Fajny? Panie, głupi jak but! – wtrącił starzec o wydatnych brwiach. – Dobrze, że go to licho porwało!
– Oż ty! – wrzasnął ten gruby. – Ty się córą swą lafiryndą zajmij lepiej! Całe szczęście, że ją też porwało!
– Wara od mojej Kalinki, ty łachudro, ty!

Starcy rzucili się na siebie z pięściami, a w koło zrobił się szum. Gejralt odskoczył na bok i dołączył do przyjaciół. Ziewnął.

– Może byś coś zrobił, zamiast dłubać w tych pazurach? – wtrącił Zołman.
Gejralt wywrócił oczami.
– Nie chce mi się – odparł. – Szkoda czasu. Mam ważniejsze sprawy na głowie.
Zołman zmarszczył czoło.
– No dobrze, ale robię to tylko dla ciebie.

Wejdźmin wlazł na studnię, zajrzał do środka i kaszlnął. Przerażony tłum zawył.

– Panie wejdźmin! Nie zbliżajta się! Bo jeszcze i was porwie!
– …Licho! – padło z tłumu.
Gejralt spoczął na kamiennej ściance, i opierając stopę na stopie, odpalił cienkiego papierosa. Nakazał wszystkim usiąść wokół studni. Z czynności tej zwolnił jedynie Zołmana, bo uznał, że ten i tak wygląda jakby siedział. Kiedy skończył palić, powiedział, że zanim sprawdzi co jest w studni, będzie potrzebował kilku rzeczy, w tym świeżych bułek, dżemu truskawkowego, masła, butelki wina i obcążek. Wszystko miało być ładnie zapakowane w koszyk z błękitną wstążką. Mieszkańcy ulicy rozbiegli się w popłochu i zaczęli znosić wymienione rzeczy. Wejdźmin odstawił koszyk i wyrwał chłopu obcążki z rąk, aby czym prędzej obciąć sobie kawałek zadartego paznokcia, by – jak oznajmił – nie oszaleć, po czym schował przedmiot do kieszeni. Następnie oświadczył, że schodzi na dno, a podczas jego pobytu tam, nikomu nie wolno ruszyć się z miejsca, chyba że okoliczności zadecydują inaczej. Kiedy jego dolna część ciała znajdowała się już w studni, ujrzał przed sobą Mlaskra miętoszącego końcówkę swej wściekle różowej tuniki.
– Gejraaalt? – zapytał poeta. – A będę mógł jedną bułkę?
– Bułki są na potem – wytłumaczył.
Mlaskier posmutniał, co skruszyło wejdźmina.
– Później pójdziemy na lody – obiecał, puszczając mu oczko.
– Obiecujesz? – upewniał się Mlaskier.
– Obiecuje. Wracaj na miejsce.
Grajek oblizał się i pobiegł usiąść obok Zołmana.

*** ~ ***

– No i wlazł do tej studni nucąc jakiś stary kawałek Bi Gejsów, a ja zostałem z Mlaskrem, który nie wiem czemu, znowu zaczął się strasznie ślinić. Nie było go z pół godziny i ludzie zaczynali się już niecierpliwić.
– I co było dalej? – spytał karczmarz.
– No, już mówię…

*** ~ ***

– Łuuu… – rozległo się ze studni. – To jaaa…! LICHO!
Tłum wydał z siebie okrzyk przerażenia.
– Cicho! To znaczy… Ciiichooo…! Pożarłem weeejdźmiiinaaa…! I zaraz stąd wyjdę i pożrę was wszystkich, chybaaa, że ucieeeknieeecieee…! TERAZ!
Ludzie poderwali się z miejsc i z krzykiem rozbiegli się we wszystkie strony. Niektórzy pozamykali się w domach barykadując drzwi i zasłaniając okna, inni pobiegli przed siebie wydzierając się wniebogłosy. Mlaskier się popłakał, a Zołman oparł czoło na dłoni i wziął głęboki oddech.
– Gejralt, wyjdź stamtąd – powiedział.
– Poszli już? – zachichotał wejdźmin.
– Nie. Pobiegli.

*** ~ ***

– Po wyjściu ze studni Gejralt wytłumaczył nam, że Kalinka ze Sławkiem zaplanowali to wszystko, bo ich ojcowie nie wyrażali zgody na ich związek. Nie chcieli zwyczajnie uciec, bo bali się, że rodziny będą ich szukać. A Gejralt… Gejralt zawsze był pobłażliwy, jeżeli chodzi o te sprawy. No i przynajmniej humor mu się trochę poprawił. Ale starczy tego, przecież miałem opowiadać o Cmoku.
Karczmarz podbiegł do baru i pochylił się nad Zołmanem.
– To wyście byli? I ten wejdźmin, co szedł na Cmoka?!
– No po to ta nieszczęsna wyprawa była. Nie wspominałem?
– Panie krasnoludzie! Zołmanie! Ludzie!
– Cicho…
– Całe miasto o was gada! Pozwól chociaż, że uścisnę ci dłoń!
– Ech… Wolałbym, żeby uścisnął pan dłoń Gejraltowi. A teraz zostałem sam. Brat mnie nienawidzi, mój syn odszedł z trollem…
Karczmarz wyciągnął kolejną flaszkę i kieliszek dla siebie.
– Jeszcze wódki? – zaproponował.
Krasnolud nie odmówił, chrząknął i poprosił o następną kolejkę.
– Od początku szło nie tak, od początku…

*** ~ ***

– Jestem gruby! – wrzasnął Mlaskier przez łzy i skulił się za drzewem.
Po kilkugodzinnej wędrówce przyszedł czas na odpoczynek i posiłek, toteż cała trójka ulokowała się przy głównym szlaku na szczyt góry, który to Cmok wybrał sobie na swoje legowisko.
– Wcale nie jesteś gruby. Już ja wiem najlepiej – uzasadnił wejdźmin.
– Zostaw mnie! Jestem obrzydliwy! – łkał dalej grajek.
– Kto ci tak powiedział?
– Zołman!
– Zołmanie?

Krasnolud jęknął. Siedział na pieńku ostrząc swój topór.

– Ech… Nie powiedziałem, że jest gruby, tylko żeby nie żarł wszystkiego jak popadnie – wytłumaczył.
– No widzisz? Zołman się o ciebie po prostu martwił.
– Naprawdę…? – zapytał Mlaskier, ocierając łzy.
– Naprawdę – uspokajał wejdźmin, smarując bułkę dżemem. – A ty po co ostrzysz to swoje ohydztwo, Zołmanie? I tak nigdzie nie idziesz. Na Cmoka idę sam.
– I zamierzasz go załatwić bułkami z dżemem? To powodzenia.
– Na całusa zawsze jest czas. Masz, napij się wina.
– Jakiego, kurwa, całusa?

Głos mężczyzny w prowizorycznej zbroi ubiegł odpowiedź Gejralta.

– No ładnie się tu zabawiacie! – rzekł nieznajomy. – Wejdźmak, co? Pewnie idziecie ubić Cmoka!
– Możliwe – odparł Gejralt.
– No panowie, to mamy nie byle towarzystwo! – stwierdził mężczyzna, opierając swą dziurawą tarczę o leśny głaz.
– Towarzystwo? – zapytał wejdźmin prostując się. – Nie sądzę. Mam Cmoka na wyłączność – rzekł, zadzierając głowę.
– Ha! Dobre sobie.

Mężczyzna zaciągnął się śmiechem, ale to nie zbiło Gejralta z tropu.

– Mam tu specjalny dekret od samego cesarza Emhuja val Emsreja… – wygłosił. – Zaraz… Gdzie on jest? Ktoś widział? Jasnożółty gruby papier z odciśniętym w czerwonym wosku herbem lwa?

*** ~ ***

Dochodziła pierwsza w nocy. Kwartet grajków był już zbyt pijany, aby zabawiać gości muzyką i zszedł ze sceny, a właściciel karczmy zbyt śpiący pod stołem, żeby go tam z powrotem zagonić, toteż bywalcy radzili sobie na własną rękę.

– A potem, to było już tylko gorzej – kontynuował Zołman. – Na Cmoka szły tłumy, bo jak dowiadywaliśmy się od każdego po drodze, „cesarz to się może w rzyć pocałować, ogłoszenie i tak wszyscy przeczytali, a nagroda i tak się należy”, no więc Gejralt postanowił, że musi tam dotrzeć jako pierwszy, bo jak stwierdził: „Ta banda wiejskich, zasmarkanych, pryszczatych pedałów jeszcze go zabije”. A powtarzam panu, panu barmanu, że jak Gejralt się na coś uprze, to nie ma zmiłuj. Wsiedliśmy na konia – Mlaskier z tyłu, ja z przodu – i tak popędziliśmy, tak popędziliśmy, że zatrzymaliśmy się dopiero pod samą górą. Gejralt był tak podekscytowany, że całą drogę pojękiwał mi nad uchem. Wtedy po raz pierwszy ujrzeliśmy Cmoka. Panie, jak zobaczyłem to coś, to… w życiu. W życiu nie widziałem czegoś takiego… w zasadzie pięknego. I strasznego. Wielki jak okręt, bialuśki jak śnieg, trzy głowy, ogon jak sto splecionych lin, a jak rozpostarł skrzydła, to cień padł chyba na cały Vinograd. Unosił się nad nami majestatycznie, a potem wylądował na szczycie i wydał z siebie taki dźwięk, że głowa mała. Gejralt wyglądał jakby się zakochał i wymyślił, że pójdzie na skróty. Zaczął wspinać się po skałach, a Mlaskier oczywiście za nim. Dobrze, że chociaż ubrał spodnie, bo bym tego nie wytrzymał. A ja… ja jestem krasnoludem. Nie mam szans we wspinaczce górskiej. No to wsiadłem na te jego Pupkę i…

– Wsiadł pan na jego pupkę? – zdziwił się karczmarz.
– Kurwa, tak ma na imię koń Gejralta. A właściwie konie. Zresztą, jeden z nich stoi zaparkowany przed karczmą. Swoją drogą, nie wiem jak on to robi, ale te Pupki wiecznie za nim łażą.
– Całkiem ładne imię jak dla… Przepraszam na moment.
Karczmarz zsunął się pod bar.
– Co pan robi? – spytał krasnolud, próbując dojrzeć karczmarza.
– Muszę przypu… przypierdolić w… nosek – odparł głos zza baru.
– Ma pan jakieś dobre zioła?
– Mam coś lepszego. Chce pan?

*** ~ ***

– Jak się boisz ciemności to nie idź – rzekł wejdźmin wypijając znajomy krasnoludowi eliksir.

Dalsza wspinaczka była niemożliwa. Sam szczyt, mierzący ponad trzysta metrów, był gładki i pionowy, a jedyna możliwa droga naprzód prowadziła przez jaskinię, toteż Gejralt postanowił, że muszą ją zbadać. Zołmanowi pomysł ten nie przypadł do gustu.

– Mlaskier idzie ze mną, bo ma różne przydatne w ciemnościach talenty – ciągnął wejdźmin.
– Talenty?! – oburzył się krasnolud. – A jakie on ma, kurwa, talenty?! Łazi tylko! Wszędzie wpycha paluchy, ślini się i… O! Nawet teraz to robi!
– Ty się po prostu nie umiesz z nim obchodzić – stwierdził Gejralt.
– Tak? To powiedz mu, żeby się ubrał.
– Sam powiedz.
– Mam tego dość! – krasnolud założył ręce na piersi. – Nie będę się z wami obchodził jak z jajkami.

Gejralt przysunął się do niego mierząc go wzrokiem.

– Skoro już mowa o jajkach – zaczął. – Wiesz, że z tej wyprawy mogę akurat nie wrócić?

Zołman pomyślał.

– Spierdalaj! – krzyknął. – Już ja wiem, co ci chodzi po tej głowie! Nic z tego. Niczego nie będę pił! Nie będę się też nachylał, żeby ci podać jakieś niepotrzebne gówno z ziemi, gasił światła ani zamykał oczu.
– Jesteś dzisiaj wyjątkowo drażliwy, Zołmanie, zaraz poprawię ci humor. Wiesz co to jest? – zapytał wejdźmin, unosząc na palcu małego, czerwonego owada w czarne kropki. – To jest biedłonka.
– Biedronka chyba.
– Nie, to jest akurat biedłonka. Bardzo rzadka odmiana – wyjaśnił, kładąc stworzonko na rękę krasnoludowi, ówcześnie na nie chuchając.
– Wygląda jak zwykła biedronka. Ała! – wrzasnął krasnolud.
– Tak. Różnica jest taka, że biedronki są grzeczne i miłe, a biedłonki są wściekłe i gryzą, a ich jad jest silnie trujący.
– Trujący?! To po cholerę mi to dałeś?!
– Bo mam TO – oznajmił.

Gejralt wyciągnął małą buteleczkę wypełnioną czerwonym płynem i leniwie oznajmił przyjacielowi, że jak to wypije, to za piętnaście sekund nie umrze. Zołman, upewniwszy się, że to bezpieczniejsze niż śmierć, wyrwał korek z butelki i zaczął wlewać sobie płyn do gardła. Przestał jednak, gdy spostrzegł, że usta Gejralta wykrzywiają się w uśmiechu, a oczy mrużą. Znał tę minę aż za dobrze.

– Nie ma czegoś takiego jak „biedłonka”, prawda? – zapytał.
– Nie. Nie ma.
– I wcale bym nie umarł?
Wejdźmin przykucnął i pokiwał głową.
– To co właśnie wypiłem i dlaczego wydajesz mi się atrakcyjny? Gejralt, na wszystkie zamtuzy w Koxenfurcie, coś ty mi znowu zrobił?!
– O, jeszcze nic.
– Nigdy wcześniej nie zauważyłem, że masz takie piękne oczy.
Krasnolud chwycił się za głowę zastanawiając się, jakim cudem słowa te wyszły z jego gardła.
– No widzisz, od razu lepiej – ucieszył się wejdźmin. – Zauważyłeś nie raz, tylko nie pamiętasz.
– Nie raz? Jak to nie pamiętam?!
– No już, już. Daj rączkę i chodź, patrz jaka fajna jaskinia. Mlaskier, ty też chodź. W końcu coś ci obiecałem.
Mlaskier obślinił się.

*** ~ ***

Karczmarz podrapał się po czole.
– Ciemno jak w dupie, duszno i mokro – ciągnął krasnolud.
– Trafne porównanie – zauważył.
– Co? No nieważne. W każdym razie szliśmy w głąb jaskini i nagle zostałem sam. No to wołam jednego i drugiego, ale odpowiedziało mi tylko echo. Potem usłyszałem hałas i poczułem czyjąś obecność. Pomyślałem, że Gejralt znowu się ze mną droczy, no to pytam, czy to on za mną stoi i mówię, żeby się przesunął – bo wie pan, z jakiegoś powodu nie czuję bezpiecznie kiedy Gejralt za mną stoi. A on chichocze i mówi, że tak, że owszem, że stoi, i mnie ucisza. A ja nie cierpię, jak się mnie ucisza. Już miałem zrobić awanturę, kiedy jego łapy złapały mnie za głowę i nakierowały na migoczące światło w oddali. Nie był to prześwit sugerujący drugie wyjście, jak z początku myślałem, tylko ognisko. Zrobiło się jasne, że przez jaskinię nie przejdziemy, a do tego na jej końcu mieszkały dwa trolle. Ha ha! Jak pan zgadnie, jak miały na imię, to dam panu sto koron!
– Krzysztof i Krzysztof.
Zołman zdębiał.
– Żesz kurwa… – rzucił przed siebie, razem z pieniędzmi. – Skąd pan wiedział?
– Bo… Jestem karczmarzem, rozmawiam z ludźmi i wiem różne rzeczy. A co z Mlaskrem?

*** ~ ***

– Mlaskier stóóój! – wrzasnął wejdźmin widząc, jak jego goły towarzysz biegnie na przywitanie mieszkańców groty.

Trolle, jak to trolle, nie były wrogo nastawione. Ale były…

– …GŁODNE. TO MY ZJEŚĆ JEDEN Z WY – wydukał Krzysztof.
– Was – poprawił Gejralt.

Trolle spojrzały po sobie.

– NIEMCY – zauważył Krzysztof.
– NIESMACZNE – nadmienił Krzysztof.
– JA WIEM.
– JA TEŻ.
– To my już sobie stąd… gehen – wtrącił Zołman.
– I GEJE.
– NIEZDROWE.
– JA WIEM.
– JA TEŻ.

Trolle wzruszyły ramionami. Krzysztof odwrócił się i wyjął z kotła ociekającego sosem grzybowym Mlaskra, który oblizywał dłonie i inne części ciała, do których sięgał. Krasnolud pomyślał, że nikomu nie poleciłby go zjeść, chyba, że chciałby kogoś otruć.

– TY – zawołał towarzysza Krzysztof. – MOŻE ON NIE NIEMCY? SPRAWDŹ.
– TY – Krzysztof zwrócił się do Mlaskra.
– Ja? – zapytał poeta.

Trolle pokiwały głowami.

– NO NIE POJEMY.
– NO NIE.

Gejralt wyglądał na załamanego. Po wyjściu z jaskini w milczeniu usiadł na kamieniu i wsadził głowę między kolana, aż jego długie srebrne włosy z różowym pasemkiem pośrodku rozłożyły się na ziemi. Słońce zaczęło już powoli zachodzić, a on po raz pierwszy w życiu zupełnie nie wiedział co robić. Cmok był blisko, jego ciężki oddech huczał mu w uszach, i gdyby tylko droga na szczyt nie była tak niemożliwa do przebycia, bestia byłaby już jego.

– Gejraaalt? – odezwał się poeta plotąc srebrne warkoczyki na głowie wejdźmina. – Ale ciągle jesteś zły, że się nie podzieliłem? Wiesz, nie masz czego żałować. Ten niebieski żelek w kształcie lwa był bez smaku, a naleśnik smakował jak papier. Chudy i suchy nawet z dżemem.

Gejralt podniósł głowę i wlepił wzrok w przyjaciela.
– Mlaskier! Jesteś geniuszem! – krzyknął.
Zołman zadławił się winem.
– Dżemmefer! – wrzeszczał wejdźmin podskakując. – To ona pomoże mi dostać się na szczyt!

*** KONIEC CZĘŚCI  I ***

Rozdział XIII – „Pan Kazimierz”

– Kurwa – powiedział Zołman patrząc odważnie w oczy trolla jaskiniowego, który pilnował bramy. Troll był od niego wyższy kilkanaście razy, więc nie za bardzo wiedział, że ten mały krasnolud w ogóle ma jakieś oczy. Nieopodal na ziemi stała klatka z obrzydliwym, zębatym potworkiem w kształcie wężo–szczura. Jakaś mysz podeszła do niej, zajrzała do środka i cudem uniknęła pożarcia. Od porodu minęło już kilka dni. Wszyscy towarzysze zgodzili się nigdy więcej nie rozmawiać o tym, co się tam odbyło.

– NIE PRZEJDO – powtórzył Troll.
– Mamy oficjalne zlecenie. Musisz nas przepuścić – powiedział krasnolud marszcząc brwi.
– NIE PRZEJDO.

Gejralt i Mlaskier stali obok kłócąc się o kolor sukienki Mlaskra. Wejdźmin twierdził że jest niebiesko–czarna, natomiast zdaniem grajka była wściekle–różowo–seledynowa–w–gwiazdki–i–farfocle.

– Uważaj! – krzyknął nagle Mlaskier. – Ta prawie by Cię trafiła!
Gejralt lekko zbladł. Eliksir Widzę Sarny, który popijali, doprowadził już do kilku ciężkich chorób psychicznych pośród Wejdźminów, w szczególności tych ze szkoły Sianka Dla Sarenek. Gejralt nie należał co prawda do tego cechu, ale to nie znaczyło, że nie należało się pilnować.
– Może byście się ruszyli? – krzyknął do nich Zołman. – Zamiast pić to gówno.
Oboje z Mlaskrem spojrzeli jeszcze raz na sukienkę, pokręcili głowami dając wyraz swojemu niezadowoleniu i posłusznie podeszli do Zołmana.
– Co się stało? – zapytał Gejralt poprawiając japonki.
– Troll się stał – Zołman wskazał na górującą nad nimi postać jakby istniały jakieś wątpliwości, o kogo chodzi – Patrz.
– Hej, Ty! – krzyknął do Trolla.
– NIE PRZEJDO – zagrzmiał głos z góry.
– Dlaczego?
Troll spojrzał w górę, zrobił bardzo skoncentrowaną minę i podrapał się po głowie.
– BO TROLL TU STAĆ – odpowiedział z zadowoleniem.
– Uwaga! – krzyknął nagle Wejdźmin.
– Co? – krasnolud rozejrzał się z niepokojem.
– Sarna!
– Skoncentruj się – Zołman tracił cierpliwość. – Mlaskier! Powiedz mu coś. Musimy wejść do miasta.
Mlaskier patrzył na niego tępo.
– Żeby dostać oficjalny glejt na wyprawę na cmoka – powiedział krasnolud powoli. Mlaskier dalej patrzył.
– … po który tu przyszliśmy – skończył Zołman.
Mlaskier bardzo, bardzo powoli włożył sobie palec do nosa.
– A tak! Cmok! – ocknął się Wejdźmin. – Tylko jest pewien problem.
– Jaki znowu problem?
– Bramy pilnuje Troll. Nie wiem czy zauważyłeś.
– Ja pierdolę, kurwa mać. Kutas. Dupa.

Zołman uspokoił się kilkanaście minut i dwa łyki spirytusu później. Problem kamiennego strażnika pozostawał nierozwiązany. Nie chcieli walczyć z trollem, gdyż zasadniczo nie był do nich wrogo nastawiony. Po prostu nie chciał się ruszyć. Poza tym, trolle były pod ochroną. Dodatkowym powodem było to, że gdyby spróbowali, potwór złapałby ich jedną ręką, pozwijał w kulki, nadział na patyki i zjadł, i to szybciej niż Mlaskier zazwyczaj znajduje sklep ze sztucznymi rzęsami. Czyli stanowczo zbyt szybko.
– Potrzebny nam czarodziej – powiedział Wejdźmin. – – Musimy przyzwać Dyrdymała.
– Jest na to jakieś specjalne zaklęcie? – zapytał Zołman.
– Tak – powiedział Gejralt. – Zwłaszcza, że jest tam. Dyrdymaaaał!
Grajek i krasnolud podążyli spojrzeniem za wzrokiem Wejdźmina. Zza krzaka wystawał wysoki kapelusz. Czarodziej wstał, mając pod pachą gazetę.
– Jam jest wielki mag Dydrymał! – oznajmił uroczyście, podchodząc i opuszczając podwiniętą szatę – Wysrać się spokojnie nie można. Co tu robicie?
– Chcemy wejść do miasta. Przydałaby nam się pomoc – powiedział Gejralt.
– No tak. Troll – skwitował czarodziej. – Gadaliście z nim?
– Trochę – powiedział Gejralt. – Ale mówi bardzo wolno i jest strasznie głupi.
– W takim razie rzeczywiście potrzeba tutaj czarodzieja. Trolle wcale nie są głupie, po prostu słabo radzą sobie z językiem ludzi. O wiele więcej dowiemy się rozmawiając z nim w języku trolli.
– Znasz go? – zapytał Wejdźmin.
– Tak, całkiem dobrze. Moja cioteczna stryjenka była trollem. Odsuńcie się, na wypadek gdyby coś poszło nie tak. Konwersacja może być burzliwa.
Czarodziej stanął przed trollem, złapał się pod boki i odchrząknął.
– Tro lo lo lo lo lo lo lo lolo looooo – zaśpiewał niskim głosem kiwając się rytmicznie.
– Trolololo looooooooo – odpowiedział Troll.
– Lololo lolo lolo looooo – kontynuował Dyrdymał.
– Trolololo looooooooooooooo – nie dawał za wygraną potwór.
– Ła ha ha ha haaa – celnie zauważył czarodziej.
– Ło ho ho ho hooo – ripostował troll.
Wymiana zdań trwała blisko kwadrans.
– Eee, macarena! – zakończył Dyrdymał.
– A hoy! – powiedział troll.
Czarodziej zwrócił się do pozostałych.
– Troll nie ruszy się stąd, gdyż czeka na Pana Kazimierza. Cytuję dosłownie, nie wiem kto to. Wygląda na to że jakiś jego przyjaciel. Na pytanie czy nie mógłby się przesunąć odpowiada że nie, bo tutaj właśnie się umówił, i boi się że jeśli stanie obok, to przyjaciel go nie zauważy.
– Jak można go nie zauważyć? – Zołmanowi opadły ręce.
– Bo jest szary – stwierdził Mlaskier. – Trochę makijażu i jakieś święcące legginsy wyróżniłyby go z tłumu.
– Mówił jak długo już czeka? – zapytał Wejdźmin.
– Jakieś dwa tygodnie. Trolle nie czują upływu czasu – wyjaśnił czarodziej – A właściwie to dlaczego nie wejdziecie główną bramą? Tam na pewno jest otwarte.
– Mamy zlecenie na wyłączność – Wejdźmin puścił do niego oczko – Nie chcemy rzucać się w oczy. Więc wchodzimy, hi hi, od tyłu.
– No to musicie czekać aż troll sobie pójdzie. Prosta sprawa – powiedział czarodziej, wyczarował portal i wskoczył do niego bez słowa.
Przez chwilę wszyscy stali bezradnie.
– To nie ma sensu! – krzyknął Zołman i kopnął przechodzącą białą myszkę, która poszybowała w dal. – I jeszcze te pieprzone szczury.

„AAAAARRRRRRRRRRGGGGGgGHHHHHHHH” – rozległo się niczym grom i zatrzęsła się ziemia.

Towarzysze zachwiali się na nogach zdezorientowani.
– PAN KAZIMIERZ!!! – grzmiał troll i spojrzał wściekle na krasnoluda.
– O kurwa – szepnął Zołman.
Troll wpadł w szał i robiąc wielkie, ciężkie kroki ruszył w jego stronę. Krasnolud przez chwilę biegł tyłem. Spróbował odwrócić się ale w panice poplątały mu się nogi i przewrócił się na ziemię. Gigant w kilku susach dopadł do niego i zamachnał się wielką łapą. Krasnolud zamknął oczy i czekał.
Nic się jednak nie stało. Troll zesztywniał. Zołman powoli otworzył oczy i zauważył, że Wejdźmin stoi obok z zupełnie opuszczonymi spodniami.
– Co się dzieje?! – pisnął krasnolud.
– Zatrzymałem go znakiem! – krzyknał Gejralt. – Uciekaj!
– .. co? – Zołman wytrzeszczył oczy.
Wejdźmiński znak nie był jednak powodem dla którego troll stracił koncentrację. Jego wzrok skupiony był na klatce z dzieckiem Zołmana.
– JAKIE SŁODKIE – zagrzmiał. – MALUTKIE.
– … co? – cichuteńko zapiszczał Zołman.
– PAN KAZIMIERZ.
Krasnolud przełknął ślinę i oprzytomniał.
– Tak! Weź go sobie. Pan Kazimierz. To on. Bardzo słodki. I nie trzeba nikogo zabijać.
– Ale Zołman? To jest Twoje dziecko! – powiedział Wejdźmin.
Troll spojrzał na Zołmana unosząc jedną brew.
– Zabieraj to! – krzyknął krasnolud.

Zadowolony potwór opuścił ich, uśmiechając się i trzymając klatkę z nowym Panem Kazimierzem w wyciągniętych łapach. Ziemia trzęsła się w rytm jego oddalających się kroków. “Tro lo lo lo looo” – nucił sobie wesoło.
– Dwie pieczenie na jednym ogniu – spojrzał za nim Zołman wycierają czoło chusteczką. – Pozbyliśmy się i trolla i tego … tego.
– No cóż, dzieci muszą kiedyś wyfrunąć z gniazdka – powiedział w zamyśleniu Wejdźmin. – Na pewno będzie Cię odwiedzać – dodał z pocieszającym uśmiechem.
– Zołman, uważaj! – krzyknął z nienacka Mlaskier. – Trafi w Ciebie!
– Sarna. Widzę – odparł Zołman i westchnął. – Zaraz…
Zwierzę przywaliło w Zołmana z całym impetem. Oboje upadli na ziemię. Sarna wstała, otrzepała się i uciekła.
Zołman leżał dalej. Zapowiadał się ciężki dzień. A była dopiero dziewiąta rano.

Rozdział XII – „Junior”

Cesarz Emhuj val Emsrei przechadzał się po sali tronowej swej letniej rezydencji położonej u stóp Vinogradu z rękami założonymi na plecach. Gejralt – ubrany w dopasowany dublet, czarne rajstopy i lakierowane trzewiki – siedział w ogromnym pozłacanym fotelu obitym czerwonym kaszmirem i z nogą założoną na nogę popijał herbatę owocową, do której wlewał losowy eliksir, gdy cesarz akurat nie patrzył. Kiedy zegar wybił siódmą wieczorem, zdobione drzwi do sali otworzyły się.
Stanął w nich nadworny krawiec wraz z Zołmanem, poprawiającym kołnierzyk w swym wystawnym fraku, obydwoje w towarzystwie szczupłej szatynki o krótkich kręconych włosach, odzianej w karmazynową suknię balową ze złotymi ornamentami.
Cesarz przetarł oczy i spojrzał na krawca w oczekiwaniu na wyjaśnienie. Gejralt, korzystając z sytuacji, sięgnął do torebki i urozmaicił swoją herbatę kolejnym eliksirem.

– Mości cesarzu, Wasza Wysokość! – rzekł krawiec załamując ręce. – Nic nie dało się zrobić! Uparł się i koniec!
– Potwierdzam – potwierdził krasnolud.
Było oczywistym, że dobre samopoczucie Mlaskra sięgnęło tego wieczoru zenitu. Stał wyprostowany z zadowolonym wyrazem twarzy i uśmiechając się wstydliwie, błądził oczami po – jak myślał – podziwiających jego kreację zgromadzonych.
Cesarz Emhuj, dla przyjaciół Em’, dla wrogów ‚Huj, był niepocieszony.
– Zresztą, z mości wejdźminem wcale nie było łatwiej! – ciągnął krawiec. – Nie dość, że musiałem wszystko zwężać, to jeszcze kazał mi wszędzie podoszywać falbanki, a to wszystko w niecałe dwie godziny! Wasza Wysokość, proszę o zrozumienie!

Cesarz wciągnął policzki i spojrzał na smukłą postać z filiżanką siedzącą na jego tronie.
– Dziękuję, możesz nas opuścić – wydał polecenie i ponownie złożył ręce na plecach. – Skoro jesteśmy w komplecie, to pozwolę sobie wyjaśnić, dlaczego kazałem was ubrać jak wysokiej klasy mieszczan – rzekł, z pogardą zerkając na Mlaskra.
Wejdźmin ziewnął.
– Powodem, dla którego to zrobiłem, choć prawdę mówiąc chodziło mi tylko o wejdźmina, jest obecność duplera na moim dworze. Zdrajcy, mówiąc wprost, który szpieguje dla moich wrogów. Chcę, wejdźminie, abyś go dla mnie wytropił.
Gejralt siorpnął i odsunął filiżankę od ust.
– Chyba nie muszę ci tłumaczyć, jaką odmianą nieludzia jest dupler? – dopytał cesarz.
– Nie, z cała pewnością tak – odparł wejdźmin.
Emsrej zastanowił się chwilę.
– W takim razie wiesz, co robić – rzekł. – Nie mam pojęcia…
– Ja też nie – przerwał mu Gejralt.
Cesarz zirytował się, ale nie dał tego po sobie poznać.
– Nie mam pojęcia, jaką postać przybrał teraz – dokończył. – Moi zwiadowcy ustalili, że tydzień temu paradował jako moja córka Syrylla, i to zresztą na jej własne życzenie. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak bardzo mnie to niepokoi.
– Nie tak tak, nie wiem – powiedział Gejralt, tym razem sam zastanawiając się nad sensem swej wypowiedzi.

Spojrzał na herbatę, potem na cesarza, potem znów na herbatę, powiedział:
– Przepraszam na moment – wstał i zamknął się w najbliższym kredensie.
W pośpiechu wypił eliksir „Pies”, aby ciut lepiej widzieć w ciemnościach, i szybko przejrzał puste flakoniki.
– Zołmanie, mogę cię prosić? – zapytał, uchylając drzwiczki.
Zdumiony cesarz spojrzał na krasnoluda, który chrząknął i pewnym krokiem wszedł do kredensu. Cesarz pokiwał się chwilę w przód i w tył, a kiedy Mlaskier puścił mu oczko udał, że musi zrobić coś bardzo ważnego i schował się za kolumną.

– Kurwa, jak tu ciemno. Nic nie widzę – powiedział Zołman, próbując ominąć długie nogi siedzącego w kredensie wejdźmina. – Gejralt, co ty wyprawiasz?! Zabieraj łapy!
– Zołmanie, przez przypadek wypiłem eliksir „Tak”, a zaraz potem eliksir „Nie”. I teraz nic nie wiem.
Krasnolud chwycił się za czoło i wziął głęboki oddech.
– Chyba nie lubię tej miny – oznajmił wejdźmin.
– Rozumiem, że wypiłeś też ten eliksir, który sprawia, że trochę lepiej widzisz w ciemnościach, ale za to wszystko na czarno–biało?
– I tak, i nie.
– Co jeszcze wypiłeś?
– Nie wiadomo.

Cesarz Emhuj val Emsrei co jakiś czas nadstawiał lewe ucho, próbując rozpoznać słowa w przytłumionych dźwiękach wydobywających się z kredensu. Przez przypadek zerknął też na Mlaskra, który kręcąc się w kółko podziwiał obszerne rondo swej sukni.

Jako pierwszy z kredensu wyłonił się Zołman. Poprawił swój frak i zwrócił się do cesarza:
– Wasza Wysokość, mój przyjaciel jest chwilowo niedysponowany.
– Jak to?
– Wysokość się nie martwi, Gejralt przyjmuje zlecenie na tego duplera, ale pod jednym warunkiem. Załatwi mu Wasza Wysokość zlecenie na Cmoka. Na wyłączność – rzekł, po czym dodał od siebie: – A za duplera chce tysiąc vinogradzkich koron.
Gejralt próbował zaprzeczyć, ale mu nie wyszło.
– Bardzo jesteś śmiały, wejdźminie. Ale dobrze, niech będzie. Jestem w stanie zorganizować i jedno i drugie, ale również mam pewien warunek. Otrzymasz nagrodę, jeśli załatwisz sprawę przed świtem. Nazajutrz wyjeżdżam i nie chciałbym brać szpiega ze sobą.
– Nie ma strachu – zaczął krasnolud. – Jak znam Gejralta, to wytropi go w godzinę.
– Znakomicie. A zatem czuję się zobowiązany przekazać wszelkie informacje, jakie posiadłem do tej pory – rzekł cesarz, wyciągając z szuflady niewielką karteczkę. –  Poprzedni wejdźmin, który niestety nie mógł dokończyć zadania, gdyż umarł ze starości, zdołał ustalić, że mój dupler ma jedną specyficzną cechę, która z nim zostaje, niezależnie od tego, w kogo się zamienia. A mianowicie, jego skóra ma, jak to określił, „ciekawy odcień perłowożółtego papirusu z dodatkiem kremu z dyni oraz barwionego, niebielonego jedwabiu” – odczytał. – Mi to nic nie mówi, ale wy, wejdźmini, podobno macie wyjątkowo wyostrzone zmysły. W pierwszej kolejności proponuję rozejrzeć się w zachodnim ogrodzie, gdzie trwa małe przyjęcie pożegnalne dla najmożniejszych mieszkańców miasta.

Gejralt przełknął ślinę i spojrzał na szarą suknię Mlaskra.
Potrafił rozpoznać dziewiętnaście różnych odcieni beżu bez picia jakichkolwiek eliksirów, jednakże w tym momencie był zdolny nazwać co najwyżej trzy kolory.

– No to mamy przejebane – zauważył Zołman, gdy tylko zamknęły się za nimi drzwi do sali tronowej. – Gejralt, jakieś pomysły?
Wejdźmin wzruszył ramionami.
– Nie wiem – odparł.
– Chodźmy na przyjęcie! – krzyknął Mlaskier, wyciągając ręce w górę.

Przyjęcie, o którym wspomniał Cesarz, wcale do małych nie należało. Tłum rozbawionych gości przechadzał się wśród perfekcyjnie przystrzyżonych żywopłotów, suto zastawionych stołów i płonących latarni. Goście zabawiani byli przez połykaczy ognia, mimów, akrobatów i… Mlaskra, który podwinął suknię i czym prędzej zbiegł ze schodów, rzucając się na najbliższy stół z alkoholem i okolicznych mężczyzn. Gejralt ruszył w jego ślady, ale ponieważ po raz pierwszy w życiu wypowiadał się mniej logicznie od przyjaciela – no i nie miał na sobie sukienki – skończył z butelką wódki w pobliskiej fontannie, gdzie doznał olśnienia.
– Zołmanie! – wrzasnął potrząsając przyjacielem za ramiona. – Musisz mi pomóc znaleźć niebieskozielony leśny kwiat!
Zołman nie wiedział o co chodzi, ale wyczuł, że to ważne, więc pobiegł za przyjacielem i czuł się w tej roli dość dziwacznie, bo to zazwyczaj jego Gejralt ganiał nocą po lesie.

– A ten? – zapytał Wejdźmin, wskazując kierunek palcem.
– Ten jest… No, taki bardziej fioletowy – objaśnił krasnolud najszczegółowiej jak potrafił, podświetlając trzydziesty pierwszy z kolei kwiat świeczką.
– A ten?
– Ten nie. Ten jest czerwony.
– A ten tutaj?
– Gdzie?
– Tu.
– Ten jest… Jasny żółty i ma biały środek. Przysięgam Gejralt, że jak jeszcze raz wypijesz ten eliksir, to zrobię ci z dupy jesień średniowiecza.
– Trzymam za słowo. A ten?
– Ten jest niebieski. Co…?
– Ale taki bardziej niebieski czy taki bardziej niebieskozielony?
– No taki… Niebieski raczej, chociaż może rzeczywiście lekko wpada w zieleń…? – zastanawiał się krasnolud.
– No to w końcu jaki jest? – niecierpliwił się wejdźmin.
– Nie wiem, kurwa! Co ja, artysta–malarz jestem?
Zapadła cisza.
– Oho. Coś się zbliża – szepnął Gejralt, wyostrzając słuch.
– Co się zbliża? Nic nie słyszę.
– Pewnie wyczuł ciepło. Zołmanie zgaś świeczkę.
– No na pewno! Nie nabierzesz mnie tym razem. Zgaszę świeczkę i obudzę się dopiero jutro z tobą w…
– Uważaj! – wrzasnął wejdźmin, sięgając ręką po miecz, tyle że zapomniał, że jego miecze skonfiskowała straż na czas pobytu na cesarskim dworze.
Coś bardzo długiego zwiesiło się z gałęzi i porwało Zołmana w korony drzew.

Gejralt wiedział, że zgwałty nie są szczególnie groźne, zerwał więc kwiat najbliższy temu, którego szukał i wrócił na przyjęcie, skąd zwędził słoik miodu, sok malinowy, rumianek i dwie butelki krasnoludzkiego spirytusu. Następnie upuścił sobie kroplę krwi i z bólu niechcący podpalił choinkę, po czym uwarzył eliksir według starej, zapomnianej już receptury wejdźmińskiej, który miał anulować działanie wszystkich zażytych ostatnio specyfików.

Mikstura zadziałała. Zadziałała nadzwyczaj dobrze, bo wszystkie dolegliwości ustąpiły w ciągu kilku sekund, jednak ilość spirytusu, którego Gejralt nie żałował, albowiem doskonale wiedział, że mocny alkohol przyspiesza działanie eliksirów, sprawił, że nie do końca rozumiał, co mówią stojący przed nim czterej cesarze Emhuje val Emsreje.
– Co to za cyrki! Złapałeś duplera? – powtórzył cesarz po raz kolejny, kiedy jego ludzie próbowali ugasić płonącego iglaka.
– Du? Plera…? DupLeRaa…! – wyjęczał rozkosznie. – Złapałem.
Emhuj podskoczył, kiedy ręka wejdźmina znalazła się na jego pośladkach.
– Zdejmij ze mnie rękę – wycedził cesarz, na co stojący obok Mlaskier natychmiast zdjął sukienkę.
Wianek mężczyzn wokół niego wydał z siebie okrzyk obrzydzenia, a jeden z nich zaczął w szale wycierać usta, po czym zwymiotował na zamszowe buty cesarza, kaszląc przy tym potwornie.
Mlaskier nie pamiętał, kiedy ostatni raz coś go tak bardzo rozśmieszyło. Gejralt, chichocząc, zwrócił się do jednego z cesarzy:
– O ranyyy… Ale z ciebie nudziasssz – po czym nachylił się i zaczął klepać duszącego się mężczyznę po plecach; ten jednak słabł z sekundy na sekundę, aż w końcu całkiem opadł z sił i skurczył się przybierając swą prawdziwą postać.
– O – rzekł Mlaskier. – Jessst dufler. Suflet. Duplet. Tsszeba powiedzieć Zołmanowi, bo cesasssz jusssz chyba wie.
– Ojej… No pssszeciesssz… – Gejral westchnął. – Chodź.

Zaczynało już świtać, więc wejdźmin był dobrej myśli. Leżał na ściółce leśnej i obracał w palcach niewielki niebieski listek spoglądając w korony drzew.
– Może Gejman? Albo Gejzoł? – zastanawiał się.
– A Gejzeł…? – zaproponował Mlaskier.
– Hmm. Nie, nie podoba mi się. Zbyt pretensjonalne.
– To wiem – powiedział Mlaskier w półśnie. – Gejraltozołmanomlaskier Drugi Junior…
Z gałęzi zlazło coś długiego i delikatnie odłożyło krasnoluda na mech. Gejralt poruszył się dopiero, kiedy stwór odszedł, i przytulił otępiałego przyjaciela.
– Jak się czujesz, Zołmanie?
Krasnolud milczał.
– Na pewno jesteś głodny, ale najpierw musisz polizać to – rzekł, unosząc listek.
Zołman, wyjątkowo posłuszny, zrobił jak wejdźmin kazał.
– I co? – spytał Mlaskier, przecierając pełne śpiochów oczy.
– Jeszcze chwila – odparł Gejralt, w skupieniu wpatrując się w mieniący się listek.
Po chwili rozpromienił się.
– Gratuluję Zołmanie, jesteś w ciąży.

Kilka godzin później krasnolud doszedł do siebie.
– Nie kurwa! Nie zgadzam się! Gejralt, zrób coś! Usuń to czymś! Wypiję wszystko!
Wejdźmin przez chwilę miał ochotę wykorzystać sytuację, ale bał się, że może to zaszkodzić dziecku.
– Spokojnie, Zołmanie. Wiem, że to szokująca wiadomość dla każdej młodej matki, ale nie podejmujmy pochopnych decyzji.
– Zamknij się! Jak to w ogóle możliwe!?
– Nikt ci wcześniej nie wytłumaczył? Masz, zjedz jagódki.
– Kurwa, Gejralt! – wrzasnął, ciskając jagodami o ziemię. – Ja jestem facetem! Nie mogę zajść w ciążę!

Wejdźmin wytłumaczył przyjacielowi, że zgwałty to magiczne potwory zagrożone wyginięciem, dlatego nie próżnują i potrafią sobie poradzić w obydwu przypadkach. Są prawdziwymi chirurgami w swoim fachu choć i im zdarzają się niepowodzenia. Magiczna ciąża trwa tylko dziewięć godzin, więc za niecały kwadrans wszystko miało się wyjaśnić.

Krasnolud pobladł.

– Nie martw się Zołmanie – uspokajał wejdźmin. – Malutki zgwałt ma tylko piętnaście centymetrów długości. Poza tym wszystko już zaplanowałem. Nazwiemy go Gejman, albo Gejzoł i…
– O nie nie nie! To moje dziecko i na pewno nie nazwę go Gejzoł! Sam wymyślę imię i sam go wychowam! Kurwa, co ja gadam!?
– To może jednak Gejzeł? – zaproponował Mlaskier. – Jak ta dziura co tryska gorącą wodą. Albo Mlaskruś.
– A Zołralt? – dopytywał wejdźmin.
– Nie kurwa! To są jakieś kpiny!

Drzewa nad nimi obsiadły czarne podłużne stwory z uśmiechniętymi jasnymi oczami i tuląc się do siebie zaczęły wydawać kojące dźwięki. Krasnolud poczuł się śpiący i opadł na ziemię.
Wszyscy wyczekiwali narodzin w napięciu, jednakże nic się nie wydarzyło. Magiczne stwory posmutniały, popatrzyły po sobie i schowały się głęboko w liściach, zupełnie jakby się rozpłynęły.
– O kurwa… – powtarzał Zołman dysząc. – Jeszcze nigdy nie czułem takiej ulgi.
– I nie jest ci ani trochę przykro? – zapytał wejdźmin, tuląc chlipiącego Mlaskra do piersi.
Zołman spuścił głowę.
– No trochę jest. Ale jak komuś o tym powiesz, to!

Krasnolud opuścił przyjaciół, bo jak stwierdził chwilę później, musiał się natychmiast napić.
Nie napił się od razu, za to jego wysoki krzyk kilkaset metrów dalej wypłoszył wszystkie wrony z lasu.
W pierwszej z brzegu karczmie w Vinogradzie otrzymali wiadomość od komendanta cesarskiej straży, że na wejdźmina Gejralta czeka sowita nagroda, co tylko podniosło nastroje całej trójki do świętowania.
No, może dwójki. Czwórki…?

Rozdział XI – „Przyczajona śmierć”

Pac al Pruk stał na jednej nodze już od tygodnia, i prawdę mówiąc zaczynało go to wszystko nużyć. Nie mógł jednak przestać. Stawka była zbyt wielka.
Członkowie sekretnej organizacji skrytobójców nie okazywali słabości. Mieli to w kontrakcie.

W Vinogradzie zalągł się cmok i ten kto pokonałby go pierwszy zgarnąłby całą nagrodę. A punkt o nazwie “nadwyżka budżetowa” chwilowo nie znajdował się na tablicy korkowej zatytułowanej “Obecne problemy” powieszonej na ścianie w siedzibie głównej Sral–Kajdy. Innymi słowy, potrzebna była kasa i to na wczoraj. Do tej pory plan był prosty: pójść kupą na potwora, ubić go oszczepami i maczugami, i jeśli szeregi organizacji boleśnie by się przy tym uszczupliły to nawet lepiej – mniej gęb do wykarmienia. Pojawiły się jednak komplikacje. Najpierw ratusz ogłosił wszem i wobec wieść o nagrodzie a później pojawiły się słuchy, że na cmoka idzie Wejdźmin.

Zebrali więc Radę Starszych i walnie uradzili, że ryzyko jest zbyt wielkie. Wejdźmina trzeba było zlikwidować. To zadanie miało przypaść w udziale Pac al Prukowi. Ale Wejdźmin nie był zwykłym przeciwnikiem. Trening musiał być morderczy.

Skrytobójca spędził więc trzy dni w dole pełnym jadowitych węży. Zabił niedźwiedzia grizzly gołymi rękami. Przepłynął kilkadziesiąt razy staw pełen głodzonych od miesięcy rekinów. Jako jedyny spośród swoich towarzyszy potrafił przebiec zabójczy tor przeszkód tyłem i z zamkniętymi oczami. Pac al Pruk nie był amatorem. Krążyły o nim legendy.
Momentami miał nawet wątpliwości czy podoła, na przykład kiedy stał podczas burzy z metalowym prętem na szczycie wzniesienia, aby wytrzymać jak najwięcej uderzeń pioruna nie mrugając. I spędził tydzień stojąc na jednej nodze w zimnym wodospadzie. Podołał. Musiał, bo skrytobójcy nie pokazywali słabości.

Pac al Pruk jednym susem zeskoczył z kamienia i ubrał swój czarny strój zabójcy. Krwią wściekłego psa namalował sobie na czole czerwony znak bitewny. Pomedytował jeszcze jakiś czas przygotowując się do obudzenia Pierwotnego Wojowniczego Gniewu, wsiadł na osiołka o imieniu Czarna Śmierć i wyruszył w drogę.

– Mlaskier. Przecież ty nie masz brata. Zołman ma – mówił cierpliwie Wejdźmin siedzący na kocu w czerwoną kratę obok barda i koszyka piknikowego. Popołudniowe słońce wpadające na polankę przez korony drzew oświetlało ich przyjemnie.
– Mam.
– Znam Cię od przedszkola. Zaraz… czy ty znów piłeś eliksir „A Właśnie Że Mam Brata?”

Nie wiedzieli, że na gałęzi nad nimi czai się zakamuflowane zło. Pac al Pruk przygotował się do skoku, wyjął sztylet i spowolnił oddech. Specjalna technika koncentracji pozwoliła mu skupić wszystkie myśli na chwili obecnej. Przestał słyszeć i odczuwać. Na chwilę świat stanął w miejscu i właśnie w tym momencie skrytobójca, jakby w zwolnionym tempie wykonał pełen gracji skok.

Mlaskier podniósł rękę wystawiając palec wskazujący i uśmiechnął się szeroko.
– O. Pierłem – oznajmił.

Zabójca nie spodziewał się tego i nadział się okiem na wystawiony palec.

– Ała – krzyknął łapiąc się za twarz, przez co cała choreografia zabójczego skoku wzięła w łeb. Upadł niezgrabnie na ziemię i przeturlał się kilka razy.

– Ojej, przepraszam – powiedział Mlaskier. – Ale nie wiedziałem, że będzie pan tu akurat przelatywał.

Pac al Pruk nie stracił koncentracji. Jednym zwinnym ruchem wrócił do postury ataku, wyjął z rękawa zabójczą gwiazdkę Shuriken i cisnął nią w kierunku Gejralta. Wejdźmin, korzystając z Wejdźmińskich refleksów, spojrzał na lecące ostrze, wyjął z koszyka bułkę kajzerkę i przytrzymał tak, że gwiazdka przekroiła ją na pół i poleciała dalej.
– Dziękuję – powiedział z zadowoleniem. – Doprawdy nie wiem skąd pan wiedział, że mam ochotę na bułkę.

– Ja też – krzyknął Mlaskier. – Łap masło, a ja poszukam dżemu!
Mlaskier rzucił kostkę masła na koc obok Wejdźmina. Pac al Pruk, który właśnie biegł w jego kierunku ze sztyletem wdepnął w nią, poślizgnął się i wpadł w kolczaste krzaki.
– Ojej, musi pan trochę uważać – powiedział Gejralt patrząc za nim sceptycznie i kręcąc głową. – Ale my się chyba nie znamy? Bardzo nam miło, że dołączył pan do naszego pikniczku.

Skrytobójca wyskoczył z krzaków cały poharatany i rozejrzał się za swoim sztyletem, który wypadł mu z ręki podczas upadku. Zobaczył go w ręku Mlaskra, który smarował sobie za jego pomocą kanapkę dżemem.
– Wziąłem pana nóż – powiedział grajek. – Znalezione nie kradzione. Bardzo ładny.
– W rzeczy samej – dodał Wejdźmin i ziewnął.

Pac al Pruk widocznie nie docenił tych potężnych wojowników. Wygrzebał z tajnej skrytki za pasem kulkę z trującym gazem i cisnął między Wejdźmina a Mlaskra siedzących na kocu. Kulka nie zdążyła jednak wybuchnąć, bo Wejdźmin złapał ją w locie, obejrzał z zaciekawieniem i podał Mlaskrowi.
– Co to? – powiedział Mlaskier i dodał ją sobie do kanapki.
– Chcę gryza – powiedział Gejralt.

Pac al Pruk po chwilowym szoku uznał, że z jakiegoś powodu sztuczka z trucizną zadziałała nawet lepiej, niż przewidywał. Jednym saltem do tyłu skrył się za pniem i czekał aż jego ofiary wyzioną ducha.

Kiedy kwadrans później wystawił głowę żeby upewnić się, że nie żyją, zobaczył że Mlaskier i Wejdźmin wciąż siedzą i, co gorsza, patrzą na niego żując gumę z dość tępymi minami. Przed nimi na rozkładanym stoliczku stał imbryk i małe, różowe filiżanki do herbaty.

– Myśleliśmy, że już pan nie wyjdzie – powiedział Wejdźmin. – Że może zabrakło tam panu papieru, albo coś takiego. Herbatki?
– Swoją drogą, bardzo smaczna kulka – dodał Mlaskier z aprobatą. – Trochę paliła w gardle, ale po tym wszystkim co my na codzień pijemy mogłaby być jeszcze trochę mocniejsza.
– Aha. Przykro mi, ale pana nóż do kanapek jest taki ładny i błyszczący, że postanowiliśmy go sobie zatrzymać. Jak pan chce to musi pan sobie kupić drugi. Zaraz po drugiej stronie rzeki jest sklep. ‘U Złomana’ .

Skrytobójca stał skonfundowany i patrzył na nich wytrzeszczonymi oczami. Odebrali mu broń. Ale tak łatwo się nie podda. Pobiegł w stronę rzeki. Kupi nową. Obojętnie. Siekierę. Wróci. I ich zabije.

– Panie Gościu! Most jest tam – krzyknął za nim Mlaskier.
Zabójca biegnąc skręcił we wskazaną stronę bez słowa. Po chwili Wejdźmin i Mlaskier usłyszeli ciągnący się, coraz cichszy wrzask zakończony głośnym pluskiem i spojrzeli na siebie pytająco. Po jeszcze dłuższej chwili ujrzeli kompletnie mokrego Pac al Pruka, który szedł powłócząc nogami.

– Aaaa. Zapomnieliśmy powiedzieć, że w moście jest dziura – powiedział Wejdźmin.

– Tak naprawdę chcia… chciałem być… ogrodnikiem – głośno łkał owinięty pluszowym kocem Pac al Pruk. – Hodować kwiaaatkii.
Gejralt i Mlaskier kiwali głową ze zrozumieniem.
– To bardzo ładnie. A jakie pan najbardziej lubi?
– Bratki i ho.. Ho.. Hortensje. Bardzo ła… ładnie pachną.
– Jeszcze herbatki? – zapytał łagodnie Wejdźmin.
– Taak. Poproszę – powiedział skrytobójca przez łzy. – Lubię herbatkę.
– Z miodkiem?
– Ta… Tak.

Pac al Pruk, przygarbiona figura na tle zachodzącego słońca, odjeżdżał w dal na swoim osiołku. Obejrzał się jeszcze przez ramię i ujrzawszy Wejdźmina i Mlaskra wesoło machających do niego chusteczkami na pożegnanie, zamyślił się głęboko i westchnął.
Zrezygnowany otworzył ładnie zapakowany prezencik, który dostał od nich na pocieszenie. “Ja Pierdolę. Wersja powiększona.” – przeczytał na etykietce. Czekała go długa droga do domu, więc równie dobrze mógł się napić czegoś dobrego, żeby się nie dłużyła.

Rozdział X – „Za pan brat”

Po tajemniczej historii z wonszołakami i niepamiętnym tygodniu spędzonym pod wsią Polędwica, budżet całej trójki poważnie ucierpiał. Po czternastu nieudanych recitalach Mlaskra, wspólnie zadecydowali, że od dzisiaj to krasnolud Zołman będzie trzymał pieczę nad ich budżetem, oraz że ich ostatnią nadzieją na odbicie się od dna jest wejdźmin Gejralt, który rozpaczliwie szukał zleceń we wszystkich okolicznych wsiach, aby nie umrzeć z głodu. Zołman co prawda doszedł już do siebie, choć po dziś dzień czuje nieprzyjemne mrowienie na karku, kiedy wypowiada słowa: ja pierdolę.
Szczęście uśmiechnęło się do nich dopiero we wsi Dmuchawięc, ostatniej wsi położonej na wschód od Vinogradu.

– A tam, pierdolenie – skwitował Zołman, po piętnastominutowej wypowiedzi wejdźmina. – Przestałbyś ubierać się jak baba, to może moglibyśmy przechodzić przez wioski nie wzbudzając aż takiej sensacji.
– No dobrze, powiem wprost. Myślałem, że tak będę ci się bardziej podobał – wyjaśnił Gejralt.

Krasnolud postanowił tego nie komentować. W milczeniu podeszli do tutejszej tablicy ogłoszeń, gdzie Gejralt wnikliwie przejrzał wszystkie anonse matrymonialne, oświadczenia o bankructwie i zawiadomienia o zaślubinach, kiedy to uwagę krasnoluda przykuło jedno zlecenie. Była to rozpaczliwa prośba sołtysa wsi o uporanie się ze skrzydlatym potworem, który uwił sobie gniazdo na pobliskim wzgórzu. A przynajmniej tak twierdzili chłopi, co było również umieszczone w treści ogłoszenia, bardzo tłustym drukiem.
Zołman pożyczył szczęścia przyjacielowi i odprawił go machnięciem ręki. Znudzony wejdźmin przewrócił oczami, albowiem nie przepadał za skrzydlatymi stworzeniami, i rzekł na odchodne:

– Zołmanie, pilnuj Mlaskra. Nie czuje się najlepiej po swoich ostatnich występach.

Mlaskier, włócząc nogami, przechadzał się pomiędzy domami i patrząc w ziemię, zbierał co lepsze kąski. Wszyscy wiedzieli, kiedy się nachylał, bo po wsi rozchodził się śmiech i gwizdanie.

– Ech – jęknął krasnolud.

Już miał podejść do grajka, kiedy na jego drodze stanął niewielkich rozmiarów jegomość. Mimo iż dzierżył na plecach dwa miecze i wyglądał nieco inaczej niż go zapamiętał, Zołman dobrze znał owego krasnoluda.

– Złoman… – wyszeptał. – Co… Co tu robisz?
– Witaj braciszku. A więc znów się spotykamy.

Gwoli wyjaśnienia, Złoman, brat bliźniak Zołmana, nie pałał do niego braterską miłością. Bracia pokłócili się przed laty o dziewczynę o imieniu Helenka, a ich spór do dzisiaj nie został rozstrzygnięty.

– Co u Heli? – zapytał Złoman, wyciągając jeden ze swych potężnych mieczy.
– Nie wiem… – wybełkotał Zołman. – Chciałem zapytać o to samo… Co ty z tym mieczem…? Słuchaj, dajmy już temu spokój. Było minęło, nie ma co roztrząsać dawnych spraw…
– Haa! – wrzasnął Złoman. – My wejdźmini, nigdy nie zapominamy!
– Zostałeś wejdźminem…? Ale jak?
– A tak!

Złoman zabłyszczał swymi wypolerowanymi mieczami przed oczami brata, wprawiając go w oszołomienie. Następnie pchnął go pulchną nogą, aż ten znalazł się na ziemi. Wbił ostrza pomiędzy jego kolana, uniósł ręce i wytworzył kulę ognia, która swym blaskiem oślepiła Zołmana. Złoman cisnął nią o ziemię z grymasem na twarzy tuż obok osłaniającego się rękami brata.
Z perspektywy leżącego na ziemi krasnoluda, wszystko to wyglądało wyjątkowo imponująco.
Złoman, zadowolony z efektu, pogroził jeszcze zdezorientowanemu bratu i odszedł w stronę pobliskiej chaty podciągając obszerne spodnie.
Zołman usiadł zastanawiając się, co się właściwie stało, po czym spostrzegł Mlaskra kulącego się na sianie przy stajni i szaleńczo drapiącego się po rzyci. „Cholera”, pomyślał. Zaraz potem usłyszał znajomy głos.

– No ładnie. To ja haruje, a wy sobie leżycie.
Gejralt wyglądał dość mizernie.

– Upolowałeś tę mizernę?
– Mhm. Nudy. Tam jest – powiedział, biorąc łyk z flakonika bez etykietki.

Wskazał na szarpiącego się na sznurku niewielkich rozmiarów ptakowatego, jak twierdził Gejralt, potwora. Mizerna trzepotała barwnymi skrzydełkami popiskując, ale Pupka, do której była przywiązana, pozostawała nieugięta.

– Strasznie mizerna ta mizerna. I w zasadzie wygląda jak papuga – skomentował Zołman. – Dlaczego wciąż żyje?
– A dlaczego miałaby nie żyć? Przecież to tylko papuga. Tylko nie mów nikomu – dodał szeptem.

Krasnolud chciał coś nawet powiedzieć, ale zrezygnował.

– Nie ważne – skwitował. – Dobrze, że jesteś. Jak cię nie było, Mlaskier chyba coś zeżarł i dostał wysypki.
– Gdzie?
– Tam pod pieńkiem, na sianku.
– Pytam, gdzie ta wysypka.
– Tam gdzie słońce nie dochodzi. Chociaż, akurat w jego przypadku, dochodzi.

Gejralt poradził Mlaskrowi, aby udał się do miejscowej zielarki, bo ta wysypka, jak stwierdził, jest w złym miejscu. Zołman nie chciał wiedzieć dlaczego, choć się domyślał. Sam udał się do sołtysa po nagrodę. Sędziwy mężczyzna o ogorzałej twarzy nie był całkiem zadowolony z pracy wejdźmina, toteż Gejralt był zmuszony przystrzyc skrzydełka owej „mizerny” i przekonał go, aby została miejscową atrakcją. Bogatszy o kilkanaście koron, dołączył do krasnoluda, który zniecierpliwiony wypatrywał Mlaskra. Wejdźmin mruknął podejrzliwie zerkając na wystawną chatę znachorki.
– Bogata ta zielarka – zauważył. – Kupimy coś do jedzenia i pójdziemy po Mlaskra – zadecydował, rozglądając się za odpowiednim straganem. – Zołmanie? Dlaczego stoisz po drugiej stronie wioski, przebrany za grubiutkiego wejdźmina?
– Co ty pieprzysz, Gejralt?
– No tam!
– Aaa… Zapomniałem. To mój braciszek…
– O mój Boże, jest tak słodziutki, że nie wytrzymam!
– Gejralt, nie! On jest bardzo niebezpieczny! – wołał Zołman, ale Gejralt, znany ze swojego zamiłowania do wszystkiego, co malutkie, błyskawicznie znalazł się po drugiej stronie wioski.

Podniósł krasnoluda na wysokość swoich oczu i wyprostował ramiona.
– Co ty robisz?! Postaw mnie debilu! – wrzeszczał krasnolud machając rączkami.
– O rany! Jaki on mięciutki! – zachwycał się Gejralt. – Zołmanie, nigdy nie mówiłeś, że masz młodszego braciszka!

Zołman próbował przekonać przyjaciela, że jego brat niewiele ma wspólnego ze słodkościami, ale po raz kolejny tego dnia poniósł porażkę. Gejralt wpatrzony był w niego jak w obrazek, szczerząc się bez przerwy.
– O matko, jest jeszcze mniejszy od ciebie! – ciągnął wejdźmin. – To najsłodsza rzecz, jaką widziałem w życiu!
– Słyszałem, że to samo mówiłeś o Sralineczce – zauważył Zołman.
– Nie przypominaj mi. Patrz! – wrzasnął nagle. – Zrobił sobie na rączce malutką ognistą kuleczkę!
– Gejralt, zdenerwujesz go tylko. To nie jest kuleczka, tylko…
Wejdźmin delikatnie zdmuchnął płomyk, przechylił głowę na bok uśmiechając się i postawił krasnoluda na ziemię tyłem do siebie.
– O rany, popatrz! Jakie ma malutkie wejdźmińskie mieczyki!
Wejdźmin uklęknął i zdjął jeden z nich z pleców krasnoluda.
– Aj ti ti ti! – zaczął, zabawnie drażniąc się z krasnoludem. – Aj ti ti ti! No kto to ma taki malutki wystający brzuszek?

Krasnolud, cały czerwony z nerwów, wściekł się jeszcze bardziej, kiedy końcówka jego miecza po raz kolejny delikatnie ukłuła go w brzuch.
– Dość tego! – wrzasnął wyjmując swój drugi miecz i machnął nim z całej siły wytrącając wejdźminowi ostrze z rąk.
Gejralt zdębiał.
– No to był bardzo gruby nietakt, mój drogi Mniejszy Zołmanie – rzekł, grożąc mu palcem.
– Dość powiedziałem! Nie jestem żaden twój! Mam na imię Złoman, mam trzydzieści jeden lat i jestem prawdziwym rekrutem Krasnoludzkiej Szkoły Wejdźmińskiej!
– Tak, tak, oczywiście, że jesteś – skwitował Gejralt, klepiąc go po szpiczastej czapeczce.
– Argh! Zaraz ci pokażę ty chuda tyczko! – warknął krasnolud ruszając na niego z impetem.
– Ciii…! – szepnął Gejralt.

Wejdźmin powstrzymał szarżę Złomana leniwie blokując go dłonią i wytężył słuch. Krasnolud naciskał z całej siły, ale nijak mógł poradzić sobie z ręką wejdźmina na czole.
– Co to za dźwięk? – zastanawiał się Gejralt. – Coś jakby szuranie…? Malutki Zołmanie, przestań się pchać!
– Nigdy! – warknął krasnolud-wejdźmin.
Gejralt przewrócił oczami, wyjął swój czterokrotnie dłuższy miecz i wbił go w ziemię, pomiędzy ubranie krasnoluda a jego skórę.
– No – rzekł, opierając ręce na biodrach. – Nie szarp się, bo się skaleczysz. A teraz tu na nas ładnie poczekaj.

– Zołmanie, twój brat ma pewne problemy umysłowe. Już go nie chcę – powiedział chwilę później Gejralt, kiedy oddalili się na bezpieczną odległość.
– A to to ja wiem.
Obydwoje wychylili się zza chaty. Owe szuranie, które Gejralt dosłyszał z daleka, okazało się być ciężkim worem ciągniętym po suchej ziemi przez Mlaskra.
– Dużo tej maści na wysypkę – zauważył Zołman.
– Hop, hop! – zawołał Mlaskier na widok swoich przyjaciół. – Patrzcie, co kupiłem!
Zołman otworzył lniany wór i wyjął z niego kilka przedmiotów.
– Mlaskier, wydałeś nasze ostatnie pieniądze na… na śmieci…? Kurwa! Co to w ogóle jest? – wrzasnął Zołman wymachując kawałkiem podeszwy w kształcie serca.
Grajek rozweselił się.
– Mlaskier, jak wygląda ta zielarka? – zapytał Gejralt, odkładając drewniane przyrodzenie do worka.
– Noo, kudłata jak pies. Tyle, że taki w kształcie człowieka. Wyprostowany. Na dwóch nogach. I miała przepiękny uśmiech…
– Taki pies, jak hiena? – dopytywał wejdźmin.
– O. Tak. Miała tyle do kupienia… – westchnął.
– To nie żadna zielarka – zaczął Gejralt, zwracając się do Zołmana. – To skubkup. Oczarował go i oskubał ze wszystkich pieniędzy.
– Sku-co?
– Skubkup. Taki potwór co powstaje, jak kupiec umiera w nieszczęściu.
– Aha.
– Jest tylko jeden sposób, aby pokonać skubkupa.

Gejralt chwycił wór i wrzucił go z powrotem do chaty podszywającego się pod zielarkę potwora. Wór grzmotnął o drewniana podłogę wzbijając w powietrze tumany kurzu, który powoli osiadł na bogato zaopatrzonych półkach sklepowych, które zresztą też były na sprzedaż. Piętrzące się towary przytłaczały każdego, kto przechodził przez próg. Ale nie wejdźmina.
– Dzień dobry. Chciałbym dokonać zwrotu – zaczął Gejralt.
Grajek, usłyszawszy to,  błagalnie złożył dłonie, a z jego smutnych oczu wyciekła duża łza. Wejdźmin westchnął.
– No dobrze. Nie lubię jak płaczesz – rzekł, całując grajka w czółko.
Skubkup spojrzał na przybyszy spode łba szczerząc żółte kły.
– Zzzwrotów i tak nie ma – wysyczał, pukając czarnym pazurem w drewnianą tabliczkę z wyrytym nań napisem.
– Nie ma, nie ma – przedrzeźnił go wejdźmin. – A co jest?
– Wszyssstko – wysyczała hiena.
– Znaczy się, że jest też obeschnięty patyk z trzema listkami?
– Jessst.
– A mały żółty kamyczek z czarną kropką pośrodku?
– Jessst.
– A Wysublimowany Zaklinacz Myszy?
– Jessst. Tssszy pięćdziesssiąt…!

Gejralt zmrużył oczy, zrobił dzióbek z ust, wyprostował się i założył ręce na piersi.

– A prostokątne kółko z pergaminu z trzema wierzchołkami? – zapytał.
– Nie maaa!
– A metrowy sznur z kamienia z tylko jednym dwumetrowym końcem?
– Nieee maaa…! – syczał potwór powoli zachodząc się płomieniami.
– A… – zaczął wejdźmin, ale jego kolejne pytanie przerwał nadlatujący krasnolud z rozchechłanym tyłem ubranka.
– Stop! On jest mój! – wrzasnął Złoman. – Zabiję go i będę pławił się w bogactwie!
Krasnolud odbił się od podłogi i z zadartym w górę mieczem przeleciał tuż obok klatki piersiowej Gejralta.
Wejdźmin chwycił go w locie za szelki, zmarszczył się, zdjął swój drugi miecz z pleców, ponownie wbił go, tym razem między klepki w podłodze sklepu, i zawiesił krasnoluda na rękojeści. Bezradny malec wierzgał nóżkami popiskując złowieszczo.
– Uspokój się, bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę – poradził wejdźmin, wyjmując mu z ręki mieczyk, którym zaczął dłubać sobie w zębach.
– A… – zamyślił się, ponownie zwracając się do skubkupa. – Stuletnie drzewo kasztanowe w małej, czerwonej doniczce?
– Nieeeee maaaaa…! – syknął potwór, zamieniając się w obłok gęstego dymu, który wypełnił wnętrze sklepu i wydostając się przez okna, zaalarmował mieszkańców wsi.

Miejscowi wieśniacy w popłochu otoczyli chatę łapiąc się za głowy.
– Panie! Co my teraz poczniemy?! – lamentował tłum.
– Jak to co? – zdziwił się Gejralt, odganiając rękami gryzący dym. – Uwolniłem was od najbardziej pazernego potwora na świecie. Teraz możecie żyć normalnie i kupować to, co jest wam potrzebne, a nie wszystko jak leci.
– Rzeczywiście… Jakoś tak… Lżej mi na rzyci, że kupować nie muszę… – powiedział jeden z chłopów, drapiąc się po głowie.
– Ale to był nasz jedyny sklep! – dodał inny.
Wejdźmin zastanowił się chwilę.
– Wciąż go macie – oznajmił w końcu – tylko właściciel się zmienił. Ogłaszam, że od teraz, właścicielem tego przybytku jest krasnolud Złoman, brat mego przyjaciela, który…
– Gejralt, co ty pieprzysz! – przerwał mu Zołman. – Ja pierdo… Aaaał!
– Który… – kontynuował wejdźmin. – Który co właściwie?
– Który będzie najuczciwszym i najlepszym sprzedawcą w całej Dilerii, albowiem wie, jak ważne są prawa konsumenckie w dzisiejszym owładniętym biedą i ubóstwem świecie!
– Mlaskier…? – zapytał wejdźmin niepewnie. – Dobrze się czujesz?
– No co. Tak mi się powiedziało

Rozdział IX – „100000 lat Zołmana”

Trzy dni później, wszystko wróciło do normy.

Zołman próbował strącić dyndającego na gałęzi towarzysza długim patykiem. Mlaskier wlazł jeszcze wyżej, więc krasnolud machnął ręką i usiadł na kamieniu.

– To nie złaź. – powiedział.

Mlaskier zlazł i położył się na ziemi twarzą w dół. Krasnolud jakby chciał coś powiedzieć, ale w końcu wygrzebał sobie z leżącej obok torebki Gejralta przypadkową butelkę, którą wypił jednym haustem bez czytania i zamilkł. Mlaskier, widząc że jego zachowanie nie irytuje już krasnoluda wstał i otrzepał się.

– Gejralt? – krzyknął. – Chcesz pobawić się w dom?

– Nie teraz! – odpowiedział Wejdźmin, który właśnie wyłonił się z wysokiej trawy. – Zbieram jagódki.
– Zołman coś wypił.
– Eliksir Ja Pierdolę – przeczytał Gejralt na butelce wciąż trzymanej przez Zołmana, który siedział zapatrzony w przestrzeń – Ha ha.
– Co to robi?
– Sprawia, że czas mija ci wolniej.
– Jak to wolniej?
– Wydaje ci się że każda minuta to około, no niech pomyślę… owoc ostrokrzewu, tak, jakieś siedemset lat.
– Ja pierdolę! – ucieszył się Mlaskier szerokim uśmiechem – Ale będzie zły jak mu przejdzie. Długo to trzyma?
– Wypił tylko trochę. Jakieś piętnaście minut. Zdążymy rozbić obóz.

– Człowiek całe życie uczy się na błędach. – powiedział Mlaskier tydzień później wylewając na trawę resztki gulaszu z szyszek. – Znowu film nam się urwał.

Gerjalt beknął i zachichotał. Po chwili jednak spoważniał.

– Mogło być gorzej. – stwierdził – Podobno nie można łączyć eliksirów z szyszkami.
– A co niby miałoby się stać?
– Nie wiem. Tak mówi legenda.
– Srenda. Zołmanowi nie powininno już minąć to Ja Pierdolę?
– Powinno. Ale…
– Co?
– Nie minęło.

– RATUNKU! – głos dochodzący od strony ścieżki odbił się echem po drzewach.

Mlaskier poderwał się na nogi, zerwał szyszkę z drzewa, wplótł ją sobie we włosy i usiadł z powrotem śmiejąc się cicho. Gejralt, bardziej czuły na ludzkie nieszczęście, przyglądał się uważnie swoim pomalowanym na srebrno paznokciom. Ale zerknął na nadbiegającą postać.

– Dziewczyna w opałach – powiedział. – Albo może umięśniony mężczyzna? W opałach. Z wysokim głosem. Tutaj! Tutaj!

– Ratujcie!

Tajemniczy gość okazał się jednak dziewczyną. Gejralt przewrócił oczami.

– Przed czym? – odkrzyknął.
– Wonszołak panie! Wonszołak!
– Wonszołak? – zapytał Mlaskier.
– No. Brzmi jak robota dla Wejdźmina – powiedział Gejralt z uśmieszkiem i zatrzepotał rzęsami.

Mlaskier, ubrany w dół od bikini i kapelusz z wypchanym ptakiem przytaknął i z całej tej ekscytacji zjadł garść piasku.

– Idziecie czy nie?! – krzyczała nieznajoma przez łzy.
– Tak – powiedzieli w tym samym momencie.
– A Zołman? – zapytał Mlaskier. – Zostawimy go tu samego?
– Lepiej nie. Kilkadziesiąt tysięcy lat samotności mogłoby mu zaszkodzić.

Dziewczyna zaprowadziła ich do ojca – sołtysa wioski Polędwica. Wioska ta znana była w okolicy z tego, że spośród wszystkich dziesięciu mieszkańców czterech było kozami. Przed chatą zaparkowali Pupkę z przerzuconym przez jej grzbiet Zołmanem.
– Panie wejdźmin, ratujcie – mówił Sołtys. – Mamy tu jakiego wonszołaka. Czai się to po lesie i jak kogo dorwie to potem chłopy z wioski nie mają siły chodzić. Ani siedzieć.
– Tak. Wonszołaki mają to w zwyczaju – powiedział Gejralt. – Najczęściej przy pełni księżyca, człowiek dotknięty wonszoksiężycołakopotworonomią przeistacza się i rusza… na łowy.
– Panie, a gdzie mnie wiedzieć takie rzeczy. To wyście specjalista.
– Tak. Wiadomo kto to?
– Nie wiadomo. Ale moja córka, Kasia, słyszała więcej.

Kasia spłonęła rumieńcem.

– Od tygodnia ani jeden ludź po zmroku nie wyjdzie z domu – powiedziała. – Teraz po wsi mówią, że potwory są dwa. Jeden ma szyszki we włosach a drugi srebrne pazury.

Gejralt i Mlaskier spojrzeli na siebie. Wejdźmin włożył ręce do kieszeni a Mlaskier wygrzebał coś ze swojej głowy i zjadł, chrupiąc powoli i głośno w ciszy, która zapadła. Sołtys patrzył wyczekująco.

– Niestety nie możemy wykonać zlecenia, gdyż miecz mi się wygiął. Właśnie teraz – powiedział wejdźmin zdecydowanym tonem.
– Jak to się wygiął? – zapytał zrezygnowany sołtys – Miecz? Ze stali?
– Z czekolady – poprawił Gejralt. – Do widzenia. Mlaskier, chodź.

Wioska Polędwica była już tylko jasną kropką na horyzoncie.
– Nigdy więcej szyszek i eliksirów – stwierdził wejdźmin zakładając uzdę na jakiegoś konia, gdyż Pupka zajęta była przez Zołmana. – Dobra Pupka.
– Człowiek całe życie uczy się na błędach – powiedział Mlaskier zakopując butelki. – Patrz, Zołman drgnął. Chyba mu przechodzi.

– Ja Pierdolę – powiedział cichutko krasnolud, wrzasnął, wytrzeszczył oczy, spadł z konia i pobiegł do lasu.
– Krasnolud też – dodał filozoficznie grajek patrząc jak Zołman biega między drzewami wydzierając się wniebogłosy.